Bajbuza/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
IV.

Powiedział sobie Bajbuza, że dla rozpoznania i osądzenia położenia, nigdzie się udać nie było właściwiej, jak do hetmana. Bądź co bądź, był to mąż ze wszech miar pojmujący, co rzeczypospolitej było potrzeba, dał tego dowody za Stefana. Nikogo się nie obawiał, nic już nie miał do pożądania, chyba jedną koronę, ale tej nie chciał, tak jak żadnych dostojeństw nie pragnął.
— Pojadę mu się pokłonić do Zamościa, w którym nie byłem nigdy, będzie mi rad, nauczę się czegoś.
Tegoż wieczora, przy posiłku, napomknął o Zamościu tym nowym, który od lat dziesiątka rósł tak w oczach cudownie, i spytał ks. Rabskiego, czy tam nie bywał.
— Jakto, nie bywałem? — odparł ksiądz — alem ja w blizkiej okolicy mieszkał gdy jeszcze Zamościa na świecie nie było, tylko zameczek na wysepce w Skokówce, nad Topornicą. Pojedźcieżno teraz, co się za miasto włoskie zbudowało, wyrosło, jaki handel, co za gmachy, jarmarki, składy, ilu tam ormian? Już jeżeli co, to Zamość najlepszem jest świadectwem potęgi hetmana… — Rzekł — i stało się. Dziś już Zamość ze Lwowem, z Lublinem, z Warszawą walczyć może. Stolica to nie możnego pana, ale jakby udzielnego książęcia. I takimby Zamojski dawno był, gdyby tylko chciał.
Teraz gdy dwór go ku sobie nie nęcił, wojna nie odrywała na granice, Zamojski cały się oddawał temu swojemu dziełu, które potomkom chciał, jako ordynacyę nienaruszalną, na wieki zostawić.
Około króla zbierała się garstka, przy Zamojskim zawsze były gromady i tłumy szlachty i panów. A od czasu gdy został zmuszony przeciw królowi występować, pomnożyło mu się jeszcze przyjaźnych i adherentów. Skupiali się wszyscy przy nim.
Nie czekając więc na zwołanie sejmu, Bajbuza wyruszył sam, bo Szczypiora musiał, choćby dla czuwania nad Spytkową pozostawić, ale z pocztem świetnym co się zowie, z prawdziwym pańskim dworem. On sam wcale o tę wystawę nie dbał, ale stara Leszczakowska inaczejby go nie puściła, dbając o honor domu.
Musieli jechać hajducy w barwie, musiało iść parę koni powodnych, para wozów okrytych, a czeladzi i pacholików też sporo. W taką podróż, gdzie się na każdym kroku spotkać z kimś było można, nawet na wypadek potrzeby wieziono rzeczy, co się chyba na podarki tylko przydać mogły.
Zwyczaj ten obdarzania się trwał od dawnych bardzo czasów, nie przybywano bez gościńca, nie rozjeżdżano się bez upominków. Pościeli żadnej wozić nie potrzebował rycerski taki człek, bo jej nie używał, kobierzec, wojłok, skóra jaka, poduszka często wprost z kulbaki zdjęta starczyła, ale za to jedzenie dla siebie, dla czeladzi i dla koni nawet potrzeba było mieć. Siodeł, łęków, kulbak, terlic zapaśnych się brało zawsze kilka, opon i kobierców więcej niż było potrzeba, a srebra też choć trochę, aby okazać zamożność.
Dla Bajbuzy najczęściej nie rozpakowywano nawet, ale na wypadek wozić się z tem musiał. Nie puściłaby go ani stara matusia Leszczakowska, ani Szczypior.
I tak jednego poranka, bo obejrzeniu w podwórzu koni, wozów i ludzi, pożegnaniu domowników, dosyć smutny puścił się w drogę Bajbuza naprost do Lublina i Zamościa.
Pora letnia była, dni gorące, podróż więc odbywała się w znaczniejszej części wieczorami i rankami, a w skwary odpoczywano po gospodach. Śpieszyć się nie potrzebował Bajbuza, swobodnie więc, stanowniczego przodem śląc posuwał się dalej.
Po drodze, ponieważ mało uczęszczanym jechali gościńcem, nie spotykali prawie nikogo, do dworów nie lubił zajeżdżać rotmistrz.
W Lublinie stanął odpocząć, spodziewając się tu spotkać może z kim ze znajomych dawnych. Znalazł w istocie starego Mroczka, niegdy rycerskiego człeka, ale teraz więcej siedzącego przy kubkach za stołem, niż na koniu, i rozpowiadającego tylko o dawnych swych czynach przesławnych. Od niego dowiedział się, że hetman w Zamościu na nowym zamku był, a na gościach mu nie zbywało, bo się do sejmu gotowano gorąco.
— O! będziecie mieli tam i na co patrzeć i czego posłuchać — rzekł mu Mroczek — a hetman was przyjmie serdecznie, bo o swoim żołnierzu pamięta.
Z natężoną ciekawością jechał Bajbuza do Zamościa, powziąwszy już wielkie wyobrażenie o tem mieście jak grzyb z ziemi nagle wyrosłem, ale to co tu zobaczył, przechodziło wszelkie spodziewanie. Miasto w znaczniejszej części murowane, z domami i kamienicami piętrowemi, wspaniale się wznosiło kurtynami zamknięte, warowne, potężnemi bramami i basztami opatrzone. Kilka kościołów, zamek nowy, cekhauzy, ratusz, majestatycznie się przedstawiały. Mimowoli w rynku otoczonym domostwy z arkadami, przypominały się miasta włoskie, których Zamość był naśladowaniem.
Wszystko nowe było jeszcze jak z igły, bo niewięcej nad lat kilkanaście poczęło się tu ruszać. Dawniej około zameczku Skokówki, ledwie mała i nieznaczna znajdowała się osada, teraz sklepy, giełda, gospody, ratusz, ormianami szczególniej napełnione, z Lublinem mogły iść o lepszą.
We wszystkiem tu wykształcony smak pański czuć i widać było, ale też i naśladowanie obyczaju włoskiego.
Wjechawszy przez Lubelską bramę, na której w kamieniu rzeźbiony widać było wizerunek wielkiego króla Stefana, dostał się do środka miasta Bajbuza ulicą szeroką i prostą. Tu, pomiędzy nią a wrotami Szczebrzeszyńskiemi wznosił się nowy zamek w stylu też włoskim ze trzema pięknemi wieżami i podwórcem obszernym, murem wkoło opasanym. W rogach wznosiły się cekhauzy. Pańsko i książęco się to oku stawiło, a szczególniej murów obfitość i piękne ich kształty, podziwienie obudzały.
W rynku, gdzie sobie gospody szukał Bajbuza, który domy wysokie pod arkadami otaczały, ratusz z wieżą i inne miejskie budowy, niemniej wspaniale o bogactwie miasta świadczyły. Ruch ogromny, szczególniej kupców ormian, których twarze wschodnie łatwo dawały rozpoznać, panował około giełdy, sklepów i ratusza, wag i gospód. Wcale też w ogóle nie był ówczesny Zamość podobnym do innych miast w Koronie; czuć w nim było jakby świeże przesadzenie, niby roślinę obcą, co się miała dopiero z gruntem, na którym rosła, oswoić, ale już się widocznie przyjęła.
Uderzało i to, że tu nic starego, jak po innych miastach nie było, żadnych szczątków, wszystko świeże, nowe, błyszczące, a dostatnio i szeroko rozłożone, dla przyszłej ludności.
Chatek, domków i dworków ubogich, których nawet w Warszawie, nieopodal od zamku dosyć się znajdowało, tu nie widać było. Drewniane na dalszych ulicach i w przedmieściach dwory, już budowy były pokaźniejszej i misterniejszej. Z lada budą się tu nikt nie ważył. Hetman chciał mieć tę swą stolicę taką, aby z pierwszemi miastami walczyć mogła, a że ją ex radice, całkiem nową tworzył, nadawał jej rozmiary swej myśli i nadziei. Był pewien, że to ziarno raz posiane się rozrośnie i rozkrzewi, a sami ormianie znajdując gościnne przyjęcie, opiekę, samorząd własny, chętnie tu napływać będą, z sobą razem swego przedsiębiorczego przynosząc ducha. Zanosiło się też na to. Potęgi ówczesnej hetmana nic lepiej znamionować nie mogło, nad to piękne miasto, jakby za dotknięciem różczki wyrosłe i już kwitnące.
Rotmistrz, który zdawna miał uwielbienie dla wodza i dla statysty, chociaż ono ostatniemi czasy osłabło, gdyż widział zmianę kierunku, nie mogąc jej sobie wytłumaczyć, na nowo się przejął tą czcią dla niego.
Właśnie pojęciom jego odpowiadał ten mąż, którego po czynach sądzić należało. Wszystko czego dotknął zakwitało i rosło.
Umieściwszy ludzi i konie w gospodzie, Bajbuza naprzód się do Urowieckiego na zamek dowiedział, aby mu posłuchanie wyrobił.
Ten przyjął go otwartemi ramionami i zapewnił, że hetman mu jako miłemu gościowi rad będzie. Chciał go nawet z ludźmi i końmi na zamek brać, ale rotmistrz podziękował.
— Gdybyście wszystkich, co was tu najeżdżają, na zamku ugoszczali, nie stałoby miejsca dla nich. Jam już w gospodzie się rozłożył i tam pozostanę.
Na zamku dnia tego pusto nie było. Między innymi znajdował się i pan Mikołaj Zebrzydowski, skolligacony blizko z Zamojskim przez zaślubienie ciotecznej siostry jego Herburtownej, pan, jak głosił Urowiecki, wielkich zdolności, animuszu rycerskiego, ulubiony hetmanowi. Oprócz niego i innych wielu krewnych, a stronę Zamojskiego trzymających, zjechało się właśnie dla przedsejmowej narady.
— Ja tam, mój kochany rotmistrzu — odezwał się Bajbuza — do radym się żadnej nie zdał, uczyńcie to tylko dla mnie, abym się panu hetmanowi pokłonić mógł i privatim chwilę posłuchania uzyskał.
Miało to nastąpić nazajutrz rano, a tymczasem Urowiecki, któremu na sercu leżało pochwalić się pańską rezydencyą, poprowadził Bajbuzę pokazując mu jej wspaniałość i urządzenie smakowne.
W istocie nie było to podobnem do zwykłych widywanych gdzieindziej zamków i dworów, nie było blasku zbytniego ani wytworności pieszczonej, ale dzieła włoskiej sztuki, rzeźby, obrazy, sprzęty okazałe, opony. Królów godnemi czyniły apartamenty hetmańskie.
Zbrojownia, biblioteka, kaplica ze szczególnem zamiłowaniem były urządzone. Tu wznosiła się już nowa wspaniała kollegiata, a innych też kilka kościołów, troskliwość o wiarę dowodziły.
Nazajutrz rano w sypialni swej, nader skromnie wyposażonej, i namiot przypominającej, hetman przyjął dawnego swego sługę.
Bajbuza, pomimo iż w postawie pięknej nic się nie zmieniło i znużenia na niej wiek nie wypiętnował, znalazł Zamojskiego zestarzałym. Włos mu siwiał już mocno, ale oko pałało, twarz miała zawsze ten sam wyraz energii i spokoju, w którym coś rycerskiego razem i coś statysty się łączyło. Parę kroków postąpił naprzód p. hetman witając człowieka, którego znał zacność ale razem i pewne butne dziwactwo.
— Cóż was to do mnie sprowadza — odezwał się uśmiechając — mój rotmistrzu kochany, jeżeli jaka potrzeba interwencyi do króla i dworu, to ci zawczasu oznajmić muszę, źleś trafił. Nikogo polecać nie mogę, bom za wroga poczytan.
— Wasza miłość raczycie sobie przypomnieć — odparł Bajbuza — że ja do ludzi żądających czegoś u dworu, a dopraszających się łask i nagród, nie należę. Przybyłem z czem innem. Radbym rzeczypospolitej służyć, a w niepewności jestem zaprawdę, jak to dziś uczynić, aby nie pobłądzić.
Za nieboszczyka króla widzieliśmy cel, wyście byli z nim, mogliśmy z zamkniętemi oczyma kroczyć, dziś rodzi się wątpliwość.
Samiście to głosili, że warcholstwo poskromić potrzeba, władzę królewską umocnić, a dziś wy, panie hetmanie, przeciwko niej występujecie?
— Tak jest, mój rotmistrzu — rzekł hetman — ale ja i moi nie występują przeciwko władzy, idzie nam o to, aby ona korzystając z tego żeśmy ją dali, nie przefrymarczyła nas i nie zaprzedała. Głośna to rzecz, o której i wy wiedzieć powinniście, iż król JMość rozpoczął z dworem rakuzkim traktowanie o to, że mu koronę polską gotów jest ustąpić, byle się na tronie szwedzkim utrzymać. Są na to dowody piśmienne. Zdradził król kraj i zaufanie, sprzedaje wreście, co jego własnością nie jest.
Możemyż na to pozwolić, aby nas jako trzodę baranów na targowicy sprzedano?
Osłupiał rotmistrz.
— Mogłożby to być? — zawołał.
— Niestety! mam dowody w ręku, a na sejmie pozwę króla, złożę je, okażę, zmuszę aby się tłumaczył. Bądź co bądź, odsłoniona intryga już niebezpieczną być przestanie. Widzisz tedy dlaczego naprzeciwko króla staję, którego ja sam na tron wyprowadziłem.
Ludzie ci powiedzą, że Zamojski się mści za to, iż nie otrzymał dla Tylickiego podkanclerstwa, dla kogoś tam krzesła lub laski, dla siebie stanowiska, do którego rościł prawo! Wszystko to fałsz i potwarz, dzierżę buławę i władzy mam dosyć, więcej jej nie pragnę, ale nie mogę dopuścić z żadnej strony nieposzanowania prawa.
Nie przebaczyłem Zborowskiemu, bo się urągał z władzy i dekretów, nie mogę pobłażyć królowi, gdy się tu sądzi dziedzicem i chce rozporządzać nami. Myśmy przecie ludzie wolni i tej swobody wiekami wyrobionej bronić będziemy tak samo, jak swawoli będziemy się opierać.
Rozumiesz mnie…
— Sejm więc obnaży te knowania — rzekł Bajbuza.
— Tak jest, musi — odparł hetman. — Przyjdzie to nie bez zgorszenia i boleści, nie bez rozbratu z tymi, co lub nie widzą daleko, lub w rakuzkie pęta oddać się gotowi, lecz raz jasno stanąć i wytłumaczyć się potrzeba.
Znam ja niebezpieczeństwa tego kroku, który czynię, lecz z dwojga muszę wybierać mniejsze.
Na cóżby się zdała ta wielka władza hetmańska, gdyby ona dopuściła rakuzkim pułkom zająć rzeczpospolitę, a małej garści przekupionych lub obałamuconych podpisać upadek tego państwa?
Rotmistrz słuchał.
— Smutna to ostateczność — rzekł po namyśle. — Myśmy dotąd chorowali na bezład i swawolę, wy to najlepiej wiecie i znacie. Nie może szlachcie naszej nic milszem być jak contra majestatem hałaśliwie wystąpić, ale gdy raz zakosztuje znowu owocu zwycięztwa, gdy król ustąpi, gdy wezmą górę, jutro zażądają więcej, a coraz więcej, i jak mówił nieboszczyk Stefan, król zejdzie na malowanego.
— Obawa twoja, mój rotmistrzu, niepłonna — westchnął Zamojski — ale też od króla się obwarowawszy, aby nas nie zaprzedał w rakuzką niewolę, władzy mu w domu ukrócać nie będziemy, niech panuje, niech rządzi.
— A potrafiż on to? — szepnął Bajbuza.
— Zadałeś mi ciężkie do rozwiązania pytanie — rzekł Zamojski. — Dumę i ambicyę królewską ma, ale siły własnej mu brak, musi ją czerpać na stronie. Tu więc O. Bernard, kardynał Jerzy, Bobola i inni podszeptywać będą, radzić, kierować. Nie bez tego, aby i rakuzki wpływ czuć się nie dał. Chwalono nam go — dodał hetman — iż się po polsku uczył, umie i mówi, tak ci jest, lecz po niemiecku myśli, a żona go całkowicie cudzoziemcem uczyni. Zresztą, Bóg jeden wie przyszłość! — westchnął Zamojski.
— Widzicie — dodał — wyspowiadałem się wam szczerze. Tajemnic w tem niema. Ja mój obowiązek uczynię, przy mnie stanie gromadka tych co poprą, reszta zaś oczywiście króla bronić i uniewinniać zechce. Niefortunnym był wybór. Mogliśmy się go pozbyć, gdyby biskup Baranowski z Rewla go do Szwecyi puścił, co teraz będzie, gdy król Jan umrze? Bóg wie. W czynnościach i sprawach ludzi Opatrzność zawsze sobie zachowuje ostatnie słowo.
Nie chciał już rotmistrz męczyć dłużej Zamojskiego pytaniami i odwrócił rozmowę, unosząc się nad Zamościem samym, który po raz pierwszy oglądał. Uśmiechnęło się oblicze poważnego męża.
— Jedyne to dzieło — rzekł — które mi się powiodło i które, przy pomocy Bożej, doprowadzę może do końca. Miasta nam są potrzebne, zamków też brak, handel nasz wzmódz się powinien. Mamy co wywozić i czem obcych żywić. Oprócz szlachty, oprócz włościan, rzemiosła i kupiectwo zakwitnąć musi, gdy tylko rozumnie posiłkować im się nauczymy.
Jeżeli ja nie dokonam com zamierzył, Bóg da, że syn mój dalej dzieło po myśli ojca prowadzić będzie.
Rozmowa przeszła na szczegóły, na trudności jakie w kraju spotykało każde nowe przedsięwzięcie, potem na wojnę, której hetman od strony Wołoszy i Multan się lękał. Bajbuza słuchał i tak wpływowi słowa i myśli hetmana uległ, iż wyszedł uspokojony, przekonany, że z nim i za nim iść było obowiązkiem.
— Prywaty w nim nie ma — rzekł w duchu — nie popsuły go czasy złe. Jest jakim był.
Tego dnia zabawiwszy jeszcze w Zamościu, wieczorem znowu poszedł na pożegnanie do hetmana.
Tym razem nie zastał go samym. Oprócz Herburta, znajdował się Mikołaj Zebrzydowski, o którym już od Urowieckiego słyszał. Mąż to był w wieku średnim, liczący naówczas lat czterdzieści, powierzchowności rycerskiej, postawy pańskiej, oblicza wielką nacechowanego dumą.
Nadzwyczajne uwielbienie aż do czci jakiejś posunięte objawiał względem Zamojskiego, przed którym korzył się, słuchał go milczący, potakiwał mu… ale tuż względem innych szorstko, dumnie, gwałtownie występywał.
Hetman zdawał się go oceniać i lubić, chociaż w rozmowie hamować często musiał.
Obchodził się z nim z łaskawością wielką, jakby z synem rodzonym, często bardzo zwracał do niego, widać było, że na niego rachował i rad się nim posługiwał.
Lecz ilekroć własną myśl Zamojskiego podniósł Zebrzydowski, natychmiast ona inną przybierała barwę i namiętnie brzmiała a krańcowo. Hetman śmiał się i prostował, ale ten zbytek ognia go nie raził.
Rozmowa i tego wieczora obracała się około króla i dworu. Wiedziano tu już, że młoda królowa, otoczona niemkami, żadnej z pań, żadnej nawet ze sług polskich przystępu do siebie nie dawała, że jawnie im niechęć okazywała, a król też od ożenienia więcej się jeszcze odosobniał i zamykał, oprócz swoich wybranych, nie dopuszczając do siebie nikogo.
— Dworu polskiego się spodziewać nie możemy — mówił Zebrzydowski. — Jeszcze może dopóki królowa Anna żyje, którą siostrzan szanuje i czasem jej słucha, cień pozostanie jagiellońskich czasów; zemrze ona, wszystko się przemieni.
W ciągu rozmowy Zebrzydowski namiętnie podniósł zasługę kanclerza, który odważnie przeciwko królowi występował, aby nie dopuścić zamachu na rzeczpospolitę grożącego jej bytowi; cieszył się tem, że Zygmunt upokorzony zostanie, tłumaczyć się będzie zmuszony, a wszystkie jego rachuby w nic się obrócą.
Bajbuza ośmielił się odpowiedzieć na to.
— Wieleśmy winni wdzięczności hetmanowi, to pewna, ale ostateczność ta smutna w takiem państwie, jak nasze, gdzie władza królów małą jest i ograniczoną, jeszcze ją podkopywać musi. Bo nie zaprzeczycie temu, iż powaga królewska na inkwizycyi ucierpi, a szlacheckie zuchwalstwo nasze się wzmoże. Nie zechcemy potem słuchać, choćby co najsłuszniejszego nakazywał.
Ostro spojrzał na mówiącego Zebrzydowski.
— To są dalsze następstwa — rzekł — którym zapobiedz czas będziemy mieli, dziś najpilniejsza rzecz ratować sam byt nasz. Choćby nam na bezład chorować przyszło, życie naprzód trzeba utrzymać, a w sprawie praktyk rakuzkich o sam żywot chodzi.
Nie mógł temu zaprzeczyć rotmistrz i zamilkł. Hetman milczał i po długim przestanku szepnął tylko.
— Gdyby nam nieba nie wzięły Stefana, gdyby on żył, inaczejby rzeczpospolita wyglądała i zabezpieczoną byłaby na przyszłość. Nieubłagana śmierć jego, wszystko w gruzy zmieniła.
Przez wieczór cały toczyły się tylko rozmowy o publicznych sprawach. Bajbuza słuchał więcej niż się odzywał i wyszedł z tem przekonaniem, iż Zamojski czynił co było koniecznem i że z nim iść stało się obowiązkiem, choć mogło wydawać rebelią niemal.
Dzień jeszcze potem spędził na oglądaniu miasta, zamku, kościołów, giełdy, sklepów ormian. Nagadał się do syta z Urowieckim, a naostatek pożegnał z zamiarem powrotu do domu, dopókiby na sejm jechać nie przyszedł czas.
Dążył właśnie do swej gospody wieczorem, gdy w ulicy przed nią spostrzegł przechadzającego się człowieka, którego zobaczywszy stanął nasępiony, a potem się cofnął, jakby spotkania z nim chciał uniknąć.
Był to mężczyzna lat średnich, miernego wzrostu, krępy, który chodził tak jak koń na lince puszczony dla popisu, cały w krygach, podrygach, kręcąc się, głową rzucając, to się biorąc w boki, to dziwnie przebierając nogami i wiercąc biodrami. Zdawał się raczej tańcować niż chodzić. Strój dosyć pomięty, wytarty, ubogi, ale czupurny, krótko a kuso, uwydatniał jeszcze pocieszne ruchy. Czapeczka czerkieska na ucho ułożona, szabelka mała na skórzanych rapciach, dopełniały stroju. Twarz okrągła, rumiana do zbytku, z niezmiernie wysadzonemi na wierzch oczyma ciemnemi, z wąsem najeżonym do góry, przystałaby była więcej trefnisiowi niż szlachcicowi, za jakiego szabla go brać kazała.
Z ust rotmistrza dobył się mimowoli wykrzyknik.
— Do licha! Taż to Gubiata!
W istocie był to, jak się sam głosił, Porfiry Gubiata, litewski szlachcic, który już dał się we znaki Bajbuzie, bo go miał przez parę lat przy sobie.
Niegdy, jadąc do Krakowa raz, Bajbuza na drodze spotkał idącego pieszo, wielce odartego i żałośnie wyglądającego szlachetkę przy szabelce. Szlachcic pieszo, była to anomalia pod owe czasy taka, że widząc go zsadzonego z siodła, wędrującego na piechotę, musiał się każdy zatrzymać i wywiedzieć co się stało, iż szedł na piechotę. Bez ręki, bez nogi się obejść łatwiej było szlachcicowi niż bez konia. Mógł być chabet najobrzydliwszy, ale dopełniał człowieka.
Zobaczywszy tak kroczącego po błocie pana brata, zatrzymał się Bajbuza i począł go wypytywać, co nieszczęścia było przyczyną.
Trafił na wymównego i wielomównego, tak że przez pół mili stępią jadąc słuchać musiał opowiadania wszystkich nieszczęśliwości, jakie dotknęły Porfirego Gubiatę. Obżałowany miał sposób opowiadania zabawny, retoryka jego przeplatana była szyderstwem, tak że i zajął rotmistrza i litość w nim obudził, kazał mu dać konia i kulbakę, wziął go ze sobą i Gubiata umiał mu się tak wysługiwać, że go zawiózł do Nadstyrza.
Ale tu powoli zaczęły się pokazywać istotne przyczyny, dla których owemu Gubiacie powodzić się nie mogło. Nie był bez zdolności i sprytu, lecz razem miał wszystkie nałogi i namiętności, które na łotra wykierować mogły. Był kostera namiętny, niepohamowany tak, że do ostatniej koszuli zgrywać się był gotów, a w ostatku i cudze przegrać; pił jak gąbka, kłamał aż się za nim kurzyło, słowa nie dotrzymywał nigdy, na ludziach co mu dobrze czynili poczciwej nie zostawiał nitki. Słowem im się go bliżej poznawało, tem robaczliwszym owocem się okazywał.
Zgromiony padał na kolana, a potem po cichu klął i groził.
Kilka wybryków, na których go pochwycono in flagranti, zmusiły Bajbuzę precz go wygnać z Nadstyrza, ale opatrzonego niezgorzej, aby nędzy nie cierpiał, dopókiby sobie nie znalazł zajęcia.
Po dwakroć potem goły i odarty do miłosierdzia pańskiego powracał Gubiata, i znowu przeskrobawszy musiał być wypędzony. Naostatek wyświecono go już z Nadstyrza z tem, że jeśliby się pokazał raz jeszcze, czekają go i plagi na kobiercu i co gorszego może jeszcze.
Zniknął tedy Gubiata.
Nic dziwnego, że zobaczywszy go przechadzającego się przed oknami swej gospody Bajbuza, skrzywił się i starał uniknąć z nim spotkania. Nałożył więc drogi, obszedł gospodę dokoła, wśliznął się do niej z tyłu i czekał ażby natręt precz uszedł, spodziewając się mu ujść nazajutrz o świcie. Nie wątpił bowiem, że na niego tu wyczekiwał.
Tymczasem szlachcic świadom obyczajów rotmistrza, tak umiał się urządzić, iż do drzwi jego się dostał nim pośpieszono je przed nim zamknąć i znalazł się oko w oko z Bajbuzą.
Rotmistrz już mu ręką wskazywał aby precz szedł, gdy Gubiata nie zważając na to, wołać począł.
— Bóg świadek, przychodzę jedynie w interesie waszej miłości, powodowany tą czcią, weneracyą i wdzięcznością, jaką w sercu mem, ja robak mizerny, chowałem, chowam i chować nie przestanę dla heroicznej osoby miłości waszej!
Tu w piersi się uderzywszy, nim słowo mógł wtrącić Bajbuza, ciągnął dalej szparko i coraz głos podnosząc.
— Drogiemu życiu miłości waszej grozi niebezpieczeństwo! Tak jest. Na złamanie karku biegłem tu, aby przestrzedz i uchronić miłość waszą od zbójeckiego zamachu.
Rotmistrz się rozśmiał.
— Wasza miłość śmiejesz się — wołał Gubiata — i mówisz sobie: Bzdurstwo jest i kłamstwo, bo to głosi ten niecnota, łotr, kostera, pijanica Gubiata. Tak? A ja przysięgam na wszystko co mam najświętszego, że choć Gubiata łotr, ale słowa jego złote… prawdę mówi i w. miłość życie mu winien będziesz!
Bajbuza nie przestawał śmiać się.
— Nie frasuj się ty o życie moje — rzekł — potrafię je obronić. Ruszaj z Panem Bogiem.
Gubiata stał jak wryty.
— Choćbyś mnie miłość wasza kijem ztąd pędzić chciał, nie pójdę — rzekł — odpowiem jak ów starożytny mąż: Bij, ale słuchaj!
Rotmistrz począł śmiać się mocniej jeszcze.
— Mości Gubiato — rzekł — znamy się już nadto, abym się ja ci dał wziąć na takie postrachy i kłamstwa. Ruszaj z Bogiem pókiś cały!
— No, dobrze, pójdę, idę, ale czekajcie dopóki nie powiem z czem tu przyszedłem. Potem każecie mnie za drzwi wyrzucić, jeżeli na to zasłużyłem, ale, miłościwy panie, Gubiata łotr, niezdara, kostera, pijanica, wszystko to prawda, a serce ma i tem sercem miłość waszą kocha, tak że żywot za nią dać gotów.
Odchrząknął i nogę jedną naprzód wysadziwszy ciągnął dalej.
— Jakim sposobem doszło do wiadomości mej, iż pan Spytek Jordan zasadzkę na rotmistrza powracającego uczynił i na życie godzi, mówić nie potrzebuję. Proszę tylko przekonać się, iż zasadzka ta w samej istocie istnieje.
Ściągnął brwi Bajbuza.
— Gdzież ona ma siedzieć? — spytał pogardliwie — jaka jej siła?
Gubiata stał się śmielszy.
— Widzicie, miłość wasza, że nie plotę koszałków, że przynoszę wam prawdę! Aha! pytacie gdzie? chcecie wiedzieć ilu? Więc i ów potępiony Gubiata na coś się przydać może!
Aha! aha!
Trochę zwycięzko brzmiały te słowa i Bajbuza się zmarszczył.
— Spytek więc tak ograniczonym jest, że chcąc mnie podejść, publicznie to głosi? — rzekł szydersko. — Gdyby istotnie miał ten zamiar, czyżby go roztrąbiał zawczasu?
— Nie trąbił i nie roztrąbiał — odparł uroczyście Gubiata — ale ja mam uszy ku podsłuchaniu i umiem wydobyć z ludzi co mi potrzeba. Zbierał i werbował ludzi do tej napaści, chciano mnie zaciągnąć, dałem się ująć, aby się o wszystkiem dowiedzieć.
Spytek mieć będzie zbieranej lichej drużyny głów może do pięćdziesięciu. Niewiele to warto, ale po nocy na gospodę wpaść, na śpiących, niespodziane, bezbronnych pokonać, łatwo i lada ciurom.
To mówiąc Gubiata już zabezpieczony, że go nie wypędzą, przystąpił bliżej i wymienił miejsce, podał szczegóły niedozwalające wątpić, iż na ten raz nie kłamał, choć może dodawał i powiększał.
Zamyślił się rotmistrz.
Miał sposób dwojaki uniknięcia niebezpieczeństwa, albo sam napaść na zasadzkę, czekając na nią przygotowany, lub inną udać się drogą, aby jej uniknąć.
To mu się zdawało właściwszem.
Nie rozgadywał się już obszerniej z Gubiatą, dobył sakwy i począł liczyć pieniądze. Szlachcic, który się może innej nagrody spodziewał, wzdychał.
— Jabym miłości waszej do Nadstyrza towarzyszył! — wyjąknął. — Przez te czasy, wiele biedy doświadczywszy, wielce się poskromiłem. Teraz mnie ani poznać. Kości i kart w ręce nie biorę, choć mówią, że sam król młody karty grawa, ale co wolno królowi, nie godzi się Gubiacie. To się wie. Co się tyczy pijatyki, także zarzekłem się excessu. Chodziłem do spowiedzi pod laskę, z całego żywota, i mogę powiedzieć, żem odrodzonym, nowym z pod niej wyszedł. Miałbyś miłość wasza ze mnie sługę doświadczonego, wiernego, bywałego, jakiego korona ta drugiego nie okaże.
— Dziękuję ci — odparł Bajbuza — nie może to być. Raz i drugi próbowałem cię, wiem że jesteś niepoprawionym, szukaj służby gdzieindziej, u mnie jej dla ciebie niema.
To mówiąc wskazał na talary rozłożone na stole, które Gubiata skrzętnie zgarniać począł do chusty brudnej, gdy mieszka na pomieszczenie ich mu brakło.
— Bóg zapłać — rzekł — ale gdybyś miłość wasza inaczej się rozmyślił!
— Nie mogę.
Szlachcic stał jeszcze chwilę.
— Konika w dodatku — szepnął — ja po niego sam dobiegnę do Nadstyrza, bo z podróżnych oczywiście nie dostanę.
Bajbuza obojętnie głową poruszył. Gubiata wyszedł nareście.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.