Bajbuza/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Z wyjazdem do domu ociągał się Bajbuza, chociaż miał już i miasta i wrzawy i niepokoju, w którym żył, dosyć. Szczypior, który go znał, widział i czuł, że w nim wewnątrz, jak on się wyrażał poprostu, „robiło“.
A że w takich razach najlepiej go było samemu sobie zostawić i czekać, aż się coś urobi, nie nalegał ani na wyjazd, ani na żadne stanowcze postanowienie. Słuchał go przy misce i kubku roztrząsającego, czy lepiej było iść do Inflant z Chodkiewiczem, czy wracać do Nadstyrza i czekać, ażby hetman pozdrowiał a zawezwał go do siebie, bo nie wątpił, że Zamojski jeszcze w pole wyciągnie.
Kusiła go mocno walka z Sudermańskim, której już raz zakosztował.
— Tambyśmy my, mój Szczypiorze, zdali się Chodkiewiczowi — mówił. — Wódz to dzielny, prawda, że ogniście popędliwy, ale w wodzu czasem i to nie szkodzi.
Patrzył potem w oczy Szczypiorowi, jakby czekał aż ten mu powie.
— A no, idźmy do Inflant — ale chorąży sobie dał słowo, że się biernie zachowa.
— Iśćby do Inflant? — powtarzał potem w kilka godzin — hę?
— Jeżeli chcecie? czemu nie? — mruczał Szczypior.
— A tobie jak się zdaje?
— Ja pójdę zawsze gdzie wy zechcecie?
Bajbuza milczał, chodził i tarł czuprynę.
— Ja ci się przyznam — rzekł w końcu. — Jestem podłą kreaturą w oczach własnych. Proszę ciebie, namby koniecznie potrzeba iść na Sudermańskiego! prawda? Otóż widzisz tak mi tej kobiety żal, że ją na Spytka napaść bezbronną muszę rzucić, iż siły nie mam iść, gdzie powinność woła.
Ale gdy mnie tu nie stanie — ciągnął dalej — ten podły człek zbierze takich łotrów jak sam, gotów najechać, porwać, ograbić. Żoną jest, nikt mu słowa nie powie.
Co tu począć? co tu począć…
W tej niepewności pozostał Bajbuza dni kilka. Raz pod wieczór wysunął się z dworku bez Szczypiora, obiecując zaraz powrócić. Kazał na siebie czekać z wieczerzą. Tymczasem nietylko pora jej nadeszła, przeszła, ale noc się zrobiła, a rotmistrza z powrotem nie było. Nigdy się nie trafiało, aby tak nie dając znać o sobie, dał się komu zbałamucić. Szczypior, choć wiedział, że się bardzo o niego obawiać nie było potrzeba, zaczynał być niespokojnym.
Około północy zrobił się rumor około domu, wybiegł chorąży i z przerażeniem spostrzegł rotmistrza na noszach leżącego, krwią oblanego, którego miejscy pachołkowie nieśli.
Blady był, ale przytomny i zobaczywszy Szczypiora zawołał.
— Cyt, niema o czem mówić! przypadek… Zbóje mnie w ulicy napadli dla mieszka. Pięciu na jednego, co za dziw, żem ranny, a no, nic niema! Krwi mi upuścili dużo.
Mówił to z pośpiechem wielkim, i obszerniej nie chciał się tłumaczyć. Szczypior posłał zaraz po doktora, a sam zajął się wygodnem umieszczeniem rannego i opatrzył ranę.
Płatnięty był haniebnie przez ramię raz aż do kości, a drugą rękę miał w kilku miejscach porąbaną. W głowę też go raz cięto, ale słabo, bo skórę ledwie rozpłatał zbój.
Dla Bajbuzy rany takie nie były ani nowością, ani rzeczą straszną, tym razem jednak utrata krwi, osłabienie, długie leżenie bez pomocy, gdyż z początku przytomność stracił od uderzenia w głowę, czyniło wypadek dosyć groźnym.
Stary Buccella ruszał głową, mruczał i nie był wcale spokojnym o niego. On zaś sam nadrabiał wesołym humorem i żartował sobie.
Szczypior nadewszystko się pragnął dowiedzieć, jak przyszło do tego napadu, gdzie, słowem szczegółów żądał o nim, a rotmistrz zagadywał i zbywał powtarzając.
— Głupstwo… zbóje… niema mówić o czem.
Znał nadto dobrze Bajbuzę, aby się tem zaspokoić; dla niego cały ten wypadek jakoś tajemniczo wyglądał, niezrozumiale właśnie dlatego, iż rotmistrz o nim mówić nie chciał.
Co gorzej, gdy na pytania Buccelli, Szczypiora i innych potem ciekawych przyjaciół odpowiadał, plątał się i chorąży uważał, że raz inaczej, to znowu różnie opisywał i zbójów i napaść samą i walkę z nimi.
Nigdy się zaś nie trafiało rotmistrzowi, aby niecałą prawdę mówił, albo ją dobrowolnie przekręcał. Musiało więc coś być w wypadku tym, co Bajbuza chciał zataić, a nie mając wtem wprawy, plątał się.
Chorąży tego nie podnosił, ale słuchał milczący i głową kręcił, wąsa motał.
Napaści po ulicach oddalonych od miasta wprawdzie się trafiały; było dosyć ciurów i gawiedzi różnej, ale rotmistrz nie chadzał tam, gdzie się to mogło przygodzić. Zbóje też prości, bodaj najśmielsi, na takiego olbrzyma i siłacza, dobrze uzbrojonego, niełatwoby się porwali.
Nie mieściło się to w głowie Szczypiorowi, lecz gdy sam na sam próbował badać, Bajbuza się niecierpliwił i usta mu zamykał.
— Cóż ty u licha mnie sekujesz tą inkwizycyą? — wołał — ja sam nie wiem dobrze jak się to stało. Jeden mnie uderzył zaraz w ramię, drugi w łeb, oszołomił… padłem…
Najdziwniejszem zaś z tego było, że gdy wedle własnego opowiadania, padł i przytomność utracił, zbóje mogli go bezkarnie obedrzeć, tymczasem ani pieniędzy, ani oręża, ani najmniejszego strzępka nie brakło.
Bajbuza to tłumaczył, że ktoś zbójów musiał spłoszyć, lecz gdyby tak było, zarazby rannego zobaczył i ratował, nie dałby mu tak długo we krwi się pławić, aż nadeszli viertelnicy i otrzeźwiwszy go, wzięli na nosze niosąc do dworku.
Takich niejasnych w tem rzeczy było wiele. Rotmistrz na pytania, niecierpliwie się zżymając odpowiadał.
— Nic nie pamiętam! Kat ich wie! Daj mi pokój!
Szczypior w końcu doszedł do tego przekonania, że w tem tkwiła jakaś tajemnica.
Rotmistrz burdy popełnić, ani się dać w nią wciągnąć nie mógł; zresztą byłby się przyznał do śmiertelnego grzechu, gdyby w tem coś do ukrywania w interesie cudzym nie było.
Rany doprowadzały go do rozpaczy nie dla bolu i niebezpieczeństwa, na jakie narazić mogły, ale że powstrzymały go w chwili, gdy, jak powiadał, gotowym już był na wyprawę inflancką.
— A tu! nim człowiek wydobrzeje — wołał — oni tam Sudermańskiego zbiją, i ja z łyżką po obiedziebym chyba przyszedł.
Klął tedy a Szczypior mu dopomagał.
Jak skoro rany cokolwiek się zabliźniać poczęły i opatrywanie ich już umiejętnej ręki balwierzy nie potrzebowało, natychmiast kazał rotmistrz do drogi się sposobić.
— Ja w Nadstyrzu prędzej wyzdrowieję, mnie tam samo powietrze uleczy; kup mi lada brożek lub kotcze, położycie mnie i wieźcie. Zlituj się.
Uparł się tak przy swojem, napierając się domu, że się mu sprzeciwiać nie było można. Szczypior nawet wolał go ztąd wywieźć, bo nadchodzili ciągle znajomi, a opowiadając o tem, co się w kraju działo, drażnili go.
Wszyscy byli przeciwko królewskiemu małżeństwu z austryaczką Konstancyą; chciano mu się opierać siłą, wrzało więc ciągle, a że Zamojski był też przeciwny, dochodziło do tego, iż kniaź Ostrogski Janusz, kasztelan krakowski, pisał do Zamojskiego i mówił publicznie.
— Jeżeli się hetmanowi tak zdawać będzie, całą szlachtę wsadzę na koń i nie dopuszczę rakuszance przystępu do kraju!
Hamować musiał hetman.
Gorączkował się i chory słuchając tych rozpraw; lepiej więc było dla niego z tego zamętu go wziąć, aby spokoju zażył.
Wyruszono tedy, ale podróż, a raczej pochód to był jakby żałobny. Wlec się musieli po złych drogach noga za nogą; chory ciągle jeszcze uspokoić się nie mógł. Szczypior prawie nieodstępnie lub szedł przy nim albo z nim jechał. Po drodze zaś gdzie kogo spotkali, zatrzymywano, trzeba się było tłumaczyć, rozpowiadać.
Po tych śmiertelnych nudach w ostatku dowlekli się jakoś do Nadstyrza, gdzie już na nich oczekiwano.
Co żyło wybiegło przeciwko ukochanemu panu, nawet staruszeczka o kiju.
A płakali widząc go tak wybladłego i osłabłego, ale on się śmiał i radował.
— Już co tam Bóg da, to da, aby w domu, na swem gnieździe — wołał — tu człowiek inaczej oddycha, mnie się zaraz polepszy.
Jednakże ta nadzieja niezaraz się spełniła. Po długiej podróży choremu było gorzej i musiał leżeć a odpoczywać, odżywiając się rosołkami Leszczakowskiej.
Wszyscy domownicy służyli mu z tą miłością, jaką natchnąć im umiał. Jeźli nie Szczypior, zawsze albo ks. Rabski lub z biedy Rożek i Przygodzki siedzieli na posłudze, bawiąc go jak umieli.
Na gościach też nie zbywało, ale jednym, którego się wcale nie spodziewał ani on, ani nikt, była Spytkowa, która pod pozorem iż do Leszczakowskiej przybyła, zajechała do dworu w Nadstyrzu. Gdy mu o tem powiedziano, Bajbuza gwałtem chciał odziać się, choć na nogach utrzymać nie mógł, a Szczypior ledwie wymógł, że się okrywszy opończą, kazał pod ręce wyprowadzić do niej. Lecz nim się dźwignął, Spytkowa zawiadomiona we drzwiach już stała.
— Proszę — rzekła — od łoża ani kroku. Przybyłam tylko widzieć was na oczy własne i przekonać się o zdrowiu. Wiem, że odwiedziny kobiety dla chorego niewczesne, ale wytrwać nie mogłam.
Rotmistrz coś bełkotał, rękę przyłożywszy do serca.
Spytkowa przystąpiła kilka kroków, usiadła, uśmiechnęła mu się, starała go używić i wlać otuchę.
Prawdziwie też czarodziejsko podziałały te odwiedziny.
— A! królowo moja — wołał Bajbuza — gdyby mnie dziesięćkroć srożej raniono, czyżby mi dzisiejszy dowód waszego dobrego serca dla mnie nie był setną nagrodą? Krwi nie żałuję.
Próbowała Spytkowa rozpytywać o wypadek, ale się strasznie zmięszał, i to co jej powiedział, wcale nie objaśniło o nim.
Zabawiwszy chwilę, jejmość podała mu rękę i odjechała nazad, ale po sobie zostawiła wrażenie takie, iż Bajbuzy trudno było poznać.
Odżył, nawet o straconych dla siebie Inflantach zapomniał, choć one mu na sercu leżały.
Było to właśnie pod ten czas, gdy listy i gońce o zwycięztwie odniesionem pod Kirchholmem wieść przyniosły.
Łzy się toczyły rotmistrzowi, gdy czytał pismo owego Krajewskiego z chorągwi Niewiarowskiego, którego dobrze znał, a co go Sudermański w niewolę wziąwszy, badał o polaków, i wierzyć mu nie chciał.
Przyniesiono potem opis bitwy pod Kirchholmem. Cóż to była za radość i za zazdrość względem tych, co w niej uczestniczyć mogli.
— Zbójom co mnie zrąbali, krew moją daruję — wołał Bajbuza — ale tego, iż mnie rozbroili i bezczynnym uczynili, nigdy!
Powoli jednak od tego dnia, gdy go Spytkowa nawiedziła, począł Bajbuza coraz żywiej przychodzić do siebie. Szczypior codzień Leszczakowskiej donosząc jak spał, co mówił, jak się czuł chory, dodawał teraz.
— Już mi się tak widziało, jakby życia rotmistrzowi miało się odechcieć, ale widzę, że znowu żywiej się porusza, i ma nadzieję wprędce siły odzyskać.
O ranach niema co i mówić; zdrowe ciało, to się goją w oczach niemal, choć ciężkie były.
Przywieziono z Krakowa osobliwy i zalecony bardzo balsam gojący, którego użycie przyczyniło się także do prędszego wyleczenia. Jedno tylko cięcie przez ramię, głębokie bardzo, jeszcze się całkiem nie zamknęło, ale rana coraz zmniejszała.
Bajbuza się niecierpliwił przy codziennem opatrywaniu, znajdując, że nigdy jeszcze tak się opieszale nie zabliźniały rany jak teraz. — Wieku to wina! — mówił wzdychając.
Sejm pod ten czas miał być zwołany na początek następnego roku do Warszawy, a rotmistrzowi stęsknionemu za ludźmi i za publicznemi sprawami, do których zawsze czuł pociąg, chciało się koniecznie na nim znajdować. Zapowiadał on się burzliwszym jeszcze niż poprzedzające z powodu małżeństwa królewskiego i buty szlacheckiej, która wyrosła znacznie w ostatnich czasach. Pomiędzy pospolitem rycerstwem a panami i senatorami, co dawniej się nigdy nie dawało czuć, rozdział się tworzył i dwa obozy przeciwne. Dotąd bowiem jedno w rzeczypospolitej szlachectwo było, a w niem stopnie dawała tylko zasługa pojedyńczym ludziom. Nie było dostojeństw dziedzicznych i tytułów żadnych. Panowie zaś, którzy jeżdżąc po krajach obcych napatrzyli się i nasłuchali różnych zaszczytów zagranicznych, grafów, margrafów, baronów, książąt, naśladować to chcieli w Polsce i od cesarzów i królów wyjednywali sobie różne denominacye, których w domu też zażywać próbowali. Tak Myszkowscy od Gonzagów sobie ich nazwisko i tytuł wyprosili, a drudzy, jak Radziwiłłowie, mieli je od cesarzów. Szlachta na tę innowacyę niechętnem okiem patrzyła i opierała się jej jako nowy stan w rzeczypospolitej stworzyć mogącej.
Ztąd na ostatnich sejmach już coraz dobitniej między izbami senatorską a poselską czuć się dawał antagonizm, nieufność, wypowiedziana niemal walka. Panowie się więcej około tronu i króla skupiali, szlachta przy hetmanie, Zebrzydowskim i przeciwnikach rakuzkich praktyk i związków.
Zamojski głosił otwarcie niebezpieczeństwo podziału szlacheckiego stanu na magnatów tytułowanych i prosty gmin herbowny. Liczbą czując się silniejszą, szlachta przygotowaną była bodaj tłumnie i gromadnie swoich praw dochodzić, a nowych przywilejów nie dopuścić, czując to, że magnaci absolutum dominium popierać będą.
Listy, które od Urowieckiego czasem odbierał Bajbuza, zachęcały go też, aby na sejm następny zjechał do Warszawy. Rotmistrz pisał, iż Zamojski na zdrowiu czuł się coraz gorzej i w dniu urodzin swych kończąc rok sześćdziesiąty trzeci życia, gdy mu winszowano, iż szczęśliwie klimakteryczne lato przebył, odparł wzdychając.
— Po sześćdziesięciu i trzech leciech, każdy rok klimakteryczny.
Pragnął więc mocno Bajbuza, choć o tyle się wygoić, aby módz do Warszawy zjechać dla przysłuchania się naradom. Szczypior był temu przeciwnym.
— Ledwieście wypoczęli i wydobrzeli po ranach — mówił do niego — już was tam coś ciągnie, aby się znowu zburzyć, zmęczyć i nadaremnie nagniewać na sejmie. Nie pomożecie tam nic, a ucierpicie siła.
Rotmistrz nie dawał sobie mówić tego.
— Szczypiorze ty mój — wołał — chcesz mnie tu uwędzić w Nadstyrzu, ale ja ruchu i życia potrzebuję, dajże mi, kiedym bezczynny, choć posłuchać jak drudzy pracują, a wreście i hetmana starego zobaczyć a pokłonić mu się. Urowiecki pisze, iż postarzał bardzo, posmutniał; kto wie jak długo pożyje. Zawsze na mnie łaskaw był, rad mnie widywał, chciałbym u jego boku jeszcze na tym sejmie stanąć. Niech ludzie widzą, że przyjaciół ma, którzy go nie odstępują.
Zaczęto się więc zawczasu do Warszawy sposobić, posłano dwór nająć, poszły przodem wozy ze śpiżarnią i obrokami dla koni, bo czasu pobytu rotmistrz swój szlachecki dom trzymał otwartym. W ostatku i Bajbuza dla siebie dzień odjazdu naznaczył, ale wprzód jeszcze pojechał pożegnać Spytkową.
Przyjęła go jejmość tak uprzejmie i serdecznie jak zwykle, i choć się nie spodziewała go wstrzymać, próbowała mu podróż tę odradzić.
— Zaledwieście siły odzyskali — mówiła — a już znowu się narażać chcecie na stratę ich, bo sejm was zmęczy.
— Tęskno mi do hetmana — odparł rotmistrz — chcę go widzieć koniecznie, a i ten konflikt z królem o małżeństwo jak się rozwiąże, dobrze zblizka widzieć i słyszeć.
Rozśmiała się Spytkowa.
— Was bo — rzekła — nic od zajęcia sprawami publicznemi nie odciągnie, do nich byliście stworzeni. Domowego szczęścia cichego nigdyby wam nie było dosyć.
— Nie miałem go nigdy — odparł Bajbuza — ani o niem marzyłem. Jako żołnierz musiałem być zawsze gotowym siąść na koń, więc z moim losem niczyich wiązać nie chciałem. Życia tak znaczniejsza część upłynęła, a dziś jam już stary! Czemś jednak żyć potrzeba i człowiek się żywi sprawą ogólną, gdy własnej mu braknie.
— Wracajcież rychło — przy pożegnaniu cicho dodała Spytkowa — wszyscy my tu na was niecierpliwie i tęskno oczekiwać będziemy, a ja o sobie nie mówię, bo wyście mi jedynym opiekunem na świecie.
Łzy jej w oczach błysnęły, rotmistrz do ręki się pochylił, ucałował ją i umknął coprędzej.
Podróż do Warszawy w porze chłodnej przy zmiennem powietrzu nie była wygodną ani pośpieszną, ale Bajbuzie ruch i czynniejsze życie przywróciły trochę dawnego rycerskiego ducha i humoru.
Po drodze mało nie na każdym popasie i noclegu spotykali się ze szlachtą tłumnie na sejm ciągnącą, a bardzo niechętnie dla króla i dworu usposobioną. Narzekano też na panów senatorów, iż posłom na poprzedzających już sejmach wszelką władzę prawodawczą wydrzeć usiłowali, izbie poselskiej głos odejmowali, sami rozstrzygać wszystko pragnęli. Zachęcano się do czynnego oporu, spodziewając wodzów w Zamojskim i Zebrzydowskim.
W samej Warszawie jeszcze burzliwiej wrzało wszystko i miotało się, a oczy były na Zamojskiego zwrócone. Przybywał on, ale gdy go raz pierwszy zobaczył rotmistrz, uląkł się i serce mu się ścisnęło. Nie ten już był człowiek co przedtem; na twarzy i w mowie czuć było znużenie żywotem, a gdy o przyszłości mowa przychodziła, oglądał się na Zebrzydowskiego, jakby mu ją chciał powierzyć.
W początkach zaraz pomiędzy posłami a senatorami przyszło do sporów, cisnęli się posłowie do izby, nie dawano im miejsca, odstrychali się więc i osobno naradzać chcieli.
Raziły ubogą szlachtę dwory panów, z któremi na sejm zjeżdżali, jak Sieniawski, który oprócz dworu i przyjaciół, stu hussarzów prowadził jak na wojnę.
Wystąpił zaraz Zamojski z mową o sprawach rzeczypospolitej, w której nikogo nie oszczędzał, ani króla, ani opieszałej szlachty, która na obronę kraju nie tak gorliwie śpieszyła jak była powinna.
Mówił hetman przeciw rozlóżnionej karności wojskowej i związkom, wspomniał o sprawie tytułów cudzoziemskich, i chociaż na niego samego kładziono tę potwarz, iż się dla siebie i syna o tytuł książęcy starał, otwarcie rzekł, zapierając się tego.
— „Co do mnie, wolę z tą cną bracią moją równej wolności zażywać, jakoż, dali Bóg, i najmniejszego szlachcica równym sobie kładę we wszystkiem. Z tej to nierówności pochodzi luxus, każdy bowiem pnie się i chce się jak najhojniej okazać“.
Tknął wreście owego nieszczęsnego małżeństwa króla z rakuszanką i rzekł otwarcie: „Zamysł W. Król. Mości żenienia się z siostrą nieboszczki ś. p. królowej polskiej, wcale mi się nie zda. Przez ożenienia dom rakuzki poujarzmiał królestw tyle; nadto, jestto obrzydliwe, zakazane od Boga, a wiesz W. Król. Mość, że Pan Bóg za grzechy królów, zwykł lud wszystek karać. Z miejsca więc mego i sumieniem senatorskiem nie pozwalam na to i przeczę“.
A że i to na króla kładziono, że za życia swego miał zamiar królewicza Władysława koronować, napomknął hetman, iż toby monarchię na dziedziczną zmieniło i pozwolić też na to nie godziło się.
— „Nie minie korona syna W. Król. Mości — dodał — ale dwie rzeczy potrzeba po temu. Daj mu W. Kr. M. przystojne wychowanie, wyjmij go z pod opieki kobiet. Druga rzecz potrzebna, aby cudzoziemcy byli od wychowania królewicza oddaleni…“
Z otwartością potem zarzucał hetman królowi, że obietnic narodowi uczynionych nie spełnił, zamków na Ukrainie nie wznosił, innych nie poprawiał, a sam otaczał się cudzoziemcami, szwedami, niemcami, hiszpanami, i radą młodą, której się dawał powodować, potajemnie korespondując z cudzoziemskimi monarchami.
„Z pokojów swoich królewskich tajemne listy posyłać raczysz — mówił — do innych krain, przez cudzoziemce targujesz, albo pono przedajesz nas W. Kr. Mość, a rzeczpospolita dlatego przysięgłe pieczętarze mieć chciała, aby żaden list królewski bez wiadomości ich nie był pisany, ani posłany“.
Naostatek nawet groźbą zakończył to ostre nader przemówienie, przypominając, że królów niedotrzymujących przysiąg, wyganiano z korony, a innych w ich miejsce wybierano.
„Jeżeli więc i W. Król. Mość nie obaczysz się, ani poprawisz, nam nie pozostanie nic, tylko W. Król. Mość za morze wyprawić…“
Był to łabędzi śpiew wielkiego męża, przejęty goryczą, jaką go napoiły lata ostatnie, a zakończenie jego brzmiało uroczyście jak modlitwa:
„A wy cnotliwe dusze Tarnowskich, Tęczyńskich, Ostrorogów, jakich już dziś nie widzimy, którzyście niegdyś wiernie ojczyźnie służyli, a dziś w wiekuistej chwale na oblicze Boga patrzacie, uproście nam, ojczyźnie naszej, wspólne pomnożenie szczęścia w domu, zwycięztw nad nieprzyjacioły“.
Można sobie wystawić, jak na to usposobienie umysłów, z którem sejm się zebrał, podziałać musiała mowa ta, z otwartością nieograniczoną wygłoszona, którą chciwie pochwycono komentowano, roznoszono, zwiększając nawet jej znaczenie.
Była w niej w istocie nieubłagana, ostra, może za rzeźko i nieopatrznie ale z potęgą wielką wypowiedziana prawda. Naganiał surowo Zamojski zadarcie się z Moskwą o Dymitra Samozwańca: „Dziś, niektórzy ichmość, mimo woli stanów wtargnęli do Moskwy, jakiegoś Dymitra na tron prowadzą. Słyszeliśmy, że ten Dymitr był zadławiony, dziś znowu żyje! Cóżto, czy jaką komedyę Plauta lub Terencyusza grają przed nami!“
Przypomniał hetman, że radził przymierze z Iwanem Wasilewiczem uczynione zachować.
Mowa jego, można powiedzieć, sejmowi cały jego charakter nadała. Śmiałość Zamojskiego pobudzała też innych do odwagi. Posłowie zawezwani do izby senatorskiej, odmówili przyjścia, pókiby im godnego ich miejsca nie uczyniono.
Spierano się o wszystko, i już przewidzieć było można, iż sejm zamiast sprowadzić uspokojenie w umysłach, zwiększy rozdrażnienie i zasieje niebezpiecznych roszczeń ziarno.
Skończyło się na tem, że coraz mocniej się rozgorączkowujący posłowie poszli do grodu i artykuły przeciwko królowi podawszy do ksiąg, powrócili tylko pożegnać Zygmunta, rozjeżdżając się do domów.
Mówiono, że król potem zapłakany wyszedł z sali.
Nikt nie przewidywał wszystkich następstw tego nowego rozjątrzenia i rozdarcia, ale na dworze króla mówiono niemal głośno, że jeśli dalej się posunie burzliwość szlachty, korona do siły uciec się będzie musiała dla obrony praw swych i dostojeństwa.
— Zarzucają królowi J. M., że się szwedami i niemcami otacza, a możeż być inaczej, gdy swoi wszyscy przeciwko niemu powstają?
Winę tego podburzenia składano całą na Zamojskiego; najbliżsi tylko, Zebrzydowski, Tylicki, Gębicki, w obronę go brali i męztwo obywatelskie wynosili pod niebiosa.
Sam on milczał posępnie, może zbytniej swej żałując otwartości, wiedząc, jakie wywarła skutki.
Na ustach Zebrzydowskiego już drgał złowrogi wyraz rokosz. Był on tak zapomnianym, tak niejasne dawał pojęcie prawa, na którem się opierał, iż zaledwie rzucony, potrzebował objaśnień i tłumaczenia. Wielu go wcale nie rozumiało.
Powtarzano sobie pytanie, na które odpowiedź gotował zięć Zebrzydowskiego, Smogulecki: Quid est rokosz?
Zdaje się, że ani myśl, ani zamiar obwołania rokoszu nie zrodziła się za życia hetmana.
Osłabiony już, wedle ówczesnego zwyczaju, Zamojski przygotowując się do corocznej kuracyi wiosennej, wyruszył w kwietniu z Warszawy do Zamościa.
Bajbuza żegnając go raz ostatni, gdy zobaczył w krześle siedzącego, posępnego, z czołem pofałdowanem, niespokojnego, rozdrażnionego sobą i sprawami rzeczypospolitej, miał jakby przeczucie, że go już nie ujrzy więcej. Wszyscy jednak hetmana i siebie tem się pocieszać starali, iż wiosna siły mu powróci, odżywi i pokrzepi.
Rotmistrz także wśród poruszonych do zbytku żywiołów szlacheckich, dłużej wytrwać nie mogąc, natychmiast wybrał się do Nadstyrza. Wiózł z sobą zamiast pociechy troskę. Zdawało mu się, że cochwila posłyszeć może złowrogą wieść.
— Umarł Zamojski!
Przeczucie to nie było daremnem, i pierwszych dni czerwca rozeszła się już pogłoska, że hetman życie zakończył. Bajbuza wierzyć temu nie chciał, wyprawił bojarzyna swego do Zamościa z listem do Urowieckiego, który smutną przyniósł odpowiedź.
— „Stało się — pisał rotmistrz — wszyscyśmy sierotami, tego, który lat tyle przewodniczył nam, a stał na straży rzeczypospolitej, już niema.
„Zdawna w nim odzywało się to zgonu przedwczesnego przeczucie. Liczył lat sześćdziesiąt i trzy zaledwie, ale mu ich wiele znoje i troski podwójnie rachować kazały. Od śmierci Batorego, albo raczej od Zborowskiego sprawy, nieustanną walką były dni jego.
„Myśmy się wraz z jejmością i synaczkiem łudzili nadziejami lepszemi. Wiosenna kuracya chociaż jak zwykle osłabiła go nieco, obiecywała potem nowym odżywić wigorem.
„Od kilku niedziel na zmienne powietrze wiosenne wychodzić mu nie dawano, siedział więc, niecierpliwie oczekując końca leków.
„Dnia wtorego czerwca cieszyliśmy się rumianemu licu, któremu świeżość zdawała się powracać. Wstał dnia następnego zdrów i wesół, z rodziną, jejmością, Tomaszem, z przyjaciołmi i z nami rozmawiając uprzejmie i dobrą myślą. Razem z nami siadł do stołu, a choć niewiele jadł, wstał pokrzepiony, udając się włoskim obyczajem na poobiednią siestę i drzemkę.
„Czuwał zawsze ktoś przy nim na zawołanie, gdyby się przechodził. Wtem jejmość zawołano, gdyż po śnie otwarłszy oczy słabym i mdlejącym się uczuł. Przybiegła pani i synaczek, myśmy też pośpieszyli niemało strwożeni, chociaż groźnego jeszcze nic nie przewidywano.
„Tymczasem z onych mdłości, na ręku jejmości pani, modląc się skonał spokojnie“.
Okazało się później, jak donosił Urowiecki, iż wszystko zawczasu przygotowane było i rozporządzone, począwszy od skromnego pogrzebu, aż do opieki nad dziecięciem i wdową.
Ta, jak zdawna wiedziano, powierzoną być miała Zebrzydowskiemu, którego śmierć hetmana odrazu na wysokie stanowisko zastępcy jego podniosła.
Ciężar to był na ramiona silne, ale niespokojne, zbyt wielki.
Wojewoda krakowski w pierwszej zaraz chwili okazał to, mową nieopatrzną zapowiadając nieubłaganą walkę i spełnienie tych wszystkich żądań zmarłego, które on w ostatniej swej wyraził mowie.
— Spadkobiercą mnie swym uczynił — mówił głośno Zebrzydowski — niegodzienbym był tego zaszczytu, gdybym bodaj życie stawiąc, nie starał się, aby jego dezyderya się spełniły, a te też cały naród podziela, krom tych, którzy królowi schlebiają i do zdrady mu posiłkują.
Listy, które z różnych stron nadchodzić zaczęły do Nadstyrza, wprawiły i rotmistrza w niepokój wielki.
Dopóki hetman żył, ślepo szedł za nim, teraz się uczuł znowu na rozdrożu. Z królem i dworem nie myślał wcale się jednoczyć, a od Zebrzydowskiego dzieliła go nie jakaś niechęć ku niemu, ale obawa, ażeby zbyt gwałtownie się nie rzucił przeciw królowi, szlachtę za sobą ciągnąc.
Jak bardzo wielu innych, Bajbuza niedobrze rozumiał znaczenie wyrazu tego, który teraz z ust do ust sobie podawać zaczynano.
Krążyły wprawdzie wykłady i odpowiedzi na pytanie: quid est rokosz? ale dzieje nie dawały jasnej odpowiedzi, zatarły się tradycye jego, jeśli jakie były. Musiano w ostatku tworzyć fałszywe, aby się podeprzeć niemi.
Oprócz Zebrzydowskiego, zięć jego, pełen energii, ruchawy, czynny, śmiały a wymowny Smogulecki, wielkopolanin, którego czasu sejmu rotmistrz widywał często, już naówczas podrzucał tę myśl, że jeśli król uparcie przy małżeństwie stać będzie i rakuzkich praktykach, rokosz przeciwko niemu zwołać potrzeba.
Nie co innego też Zamojskiemu narzucał Janusz Ostrogski, ofiarując całą szlachtę na koń wsadzić i postawić na granicy, aby rakuszanki nie dopuściła.
To, czego następstw się lękał Zamojski, Zebrzydowskiemu ze Smoguleckim wydawało się narzędziem najdzielniejszem. Z ust do ust więc podawano sobie: rokosz, to jest pospolite ruszenie szlachty przeciwko królowi i jego stronnictwu.
Bajbuza miał wstręt i do wyrazu i do tego, co on mógł w sobie zamykać jako ziarno.
— Więc wojna domowa? — mówił do Szczypiora — najstraszniejsza klęska, jaka na naród spaść może. Bracia przeciwko sobie. Kaimowska walka. Uchowaj nas Panie od niej! Uchowaj Panie!
— A cóż będzie, gdy szlachtę powołają — mruczał Szczypior — czy myślicie w domu siedzieć, patrzeć i słuchać z założonemi rękami, zostać neutralistą? albo pójść króla ratować…
— Gdyby nie to, że hetman stał przeciwko niemu — odparł Bajbuza — kto wie, cobym czynił, ale wierzę tak testamentowi zmarłego, jak ślepo wierzyłem żyjącemu. Około króla obozem cudzoziemcy i kortezany.
Ledwiebym nie życzył tatarów, wojny, niebezpieczeństwa jakiego, któreby nas od domowej zawieruchy salwowało. Co poczniemy?
— Możemy czekać — rzekł Szczypior.
Co dzień zrana zrywał się tak Bajbuza spragniony wiadomości. Te, które mu przynoszono z Łucka i Ostroga, wszystkie brzmiały ogólnem przeciwko królowi oburzeniem.
Zebrzydowski nanowo podrażniony, że po Zamojskim starostwo grodeckie krakowskie, zamiast jemu, dostało się Myszkowskiemu, głośno już do wystąpienia się gotował. Dyssydenci i grecy z nim się łączyli.
Znowu sejm zapowiadano na rok następny, gdy ze swojej strony Zebrzydowski szlachtę wołał do Proszowic.
Zerwał się Bajbuza do tej podróży, rozmyślił potem i nie jechał.
Posłał Szczypiora już samego, aby mu języka przywiózł z tego zjazdu, który w czasie sejmu niemal zwołany, zapowiadał głoszony rokosz.
Chorąży z Proszowic dał tylko znać, że dla lepszego rozsłuchania się do Korczyna jechać musi i czekać kazał na powrót swój.
W marcu wreście zjawił się oczekiwany niecierpliwie chorąży, przeciw któremu wybiegł Bajbuza.
— Co przywozisz? wojnę czy pokój?
— Sam nie wiem, wszystką szlachtę ciągnie i woła na zjazd do Stężycy w kwietniu Zebrzydowski. Król na sejm, wojewoda ciągnie do siebie na obrady przeciwko niemu.
Rotmistrz nie rzekł nic zrazu, wypytywał, badał, słuchał i męczył się.
— Spadkobiercą jest po hetmanie — zamruczał w końcu — nie przyjść na jego zawołanie, byłoby zdradzić nieboszczyka!
Dziej się wola Boża! pojedziemy do Stężycy!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.