Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem; na twarzy i w mowie czuć było znużenie żywotem, a gdy o przyszłości mowa przychodziła, oglądał się na Zebrzydowskiego, jakby mu ją chciał powierzyć.
W początkach zaraz pomiędzy posłami a senatorami przyszło do sporów, cisnęli się posłowie do izby, nie dawano im miejsca, odstrychali się więc i osobno naradzać chcieli.
Raziły ubogą szlachtę dwory panów, z któremi na sejm zjeżdżali, jak Sieniawski, który oprócz dworu i przyjaciół, stu hussarzów prowadził jak na wojnę.
Wystąpił zaraz Zamojski z mową o sprawach rzeczypospolitej, w której nikogo nie oszczędzał, ani króla, ani opieszałej szlachty, która na obronę kraju nie tak gorliwie śpieszyła jak była powinna.
Mówił hetman przeciw rozlóżnionej karności wojskowej i związkom, wspomniał o sprawie tytułów cudzoziemskich, i chociaż na niego samego kładziono tę potwarz, iż się dla siebie i syna o tytuł książęcy starał, otwarcie rzekł, zapierając się tego.
— „Co do mnie, wolę z tą cną bracią moją równej wolności zażywać, jakoż, dali Bóg, i najmniejszego szlachcica równym sobie kładę we wszystkiem. Z tej to nierówności pochodzi luxus, każdy bowiem pnie się i chce się jak najhojniej okazać“.