Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czemś jednak żyć potrzeba i człowiek się żywi sprawą ogólną, gdy własnej mu braknie.
— Wracajcież rychło — przy pożegnaniu cicho dodała Spytkowa — wszyscy my tu na was niecierpliwie i tęskno oczekiwać będziemy, a ja o sobie nie mówię, bo wyście mi jedynym opiekunem na świecie.
Łzy jej w oczach błysnęły, rotmistrz do ręki się pochylił, ucałował ją i umknął coprędzej.
Podróż do Warszawy w porze chłodnej przy zmiennem powietrzu nie była wygodną ani pośpieszną, ale Bajbuzie ruch i czynniejsze życie przywróciły trochę dawnego rycerskiego ducha i humoru.
Po drodze mało nie na każdym popasie i noclegu spotykali się ze szlachtą tłumnie na sejm ciągnącą, a bardzo niechętnie dla króla i dworu usposobioną. Narzekano też na panów senatorów, iż posłom na poprzedzających już sejmach wszelką władzę prawodawczą wydrzeć usiłowali, izbie poselskiej głos odejmowali, sami rozstrzygać wszystko pragnęli. Zachęcano się do czynnego oporu, spodziewając wodzów w Zamojskim i Zebrzydowskim.
W samej Warszawie jeszcze burzliwiej wrzało wszystko i miotało się, a oczy były na Zamojskiego zwrócone. Przybywał on, ale gdy go raz pierwszy zobaczył rotmistrz, uląkł się i serce mu się ścisnęło. Nie ten już był człowiek co przed-