Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siebie czekać z wieczerzą. Tymczasem nietylko pora jej nadeszła, przeszła, ale noc się zrobiła, a rotmistrza z powrotem nie było. Nigdy się nie trafiało, aby tak nie dając znać o sobie, dał się komu zbałamucić. Szczypior, choć wiedział, że się bardzo o niego obawiać nie było potrzeba, zaczynał być niespokojnym.
Około północy zrobił się rumor około domu, wybiegł chorąży i z przerażeniem spostrzegł rotmistrza na noszach leżącego, krwią oblanego, którego miejscy pachołkowie nieśli.
Blady był, ale przytomny i zobaczywszy Szczypiora zawołał.
— Cyt, niema o czem mówić! przypadek… Zbóje mnie w ulicy napadli dla mieszka. Pięciu na jednego, co za dziw, żem ranny, a no, nic niema! Krwi mi upuścili dużo.
Mówił to z pośpiechem wielkim, i obszerniej nie chciał się tłumaczyć. Szczypior posłał zaraz po doktora, a sam zajął się wygodnem umieszczeniem rannego i opatrzył ranę.
Płatnięty był haniebnie przez ramię raz aż do kości, a drugą rękę miał w kilku miejscach porąbaną. W głowę też go raz cięto, ale słabo, bo skórę ledwie rozpłatał zbój.
Dla Bajbuzy rany takie nie były ani nowością, ani rzeczą straszną, tym razem jednak utrata krwi, osłabienie, długie leżenie bez po-