Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się Chodkiewiczowi — mówił. — Wódz to dzielny, prawda, że ogniście popędliwy, ale w wodzu czasem i to nie szkodzi.
Patrzył potem w oczy Szczypiorowi, jakby czekał aż ten mu powie.
— A no, idźmy do Inflant — ale chorąży sobie dał słowo, że się biernie zachowa.
— Iśćby do Inflant? — powtarzał potem w kilka godzin — hę?
— Jeżeli chcecie? czemu nie? — mruczał Szczypior.
— A tobie jak się zdaje?
— Ja pójdę zawsze gdzie wy zechcecie?
Bajbuza milczał, chodził i tarł czuprynę.
— Ja ci się przyznam — rzekł w końcu. — Jestem podłą kreaturą w oczach własnych. Proszę ciebie, namby koniecznie potrzeba iść na Sudermańskiego! prawda? Otóż widzisz tak mi tej kobiety żal, że ją na Spytka napaść bezbronną muszę rzucić, iż siły nie mam iść, gdzie powinność woła.
Ale gdy mnie tu nie stanie — ciągnął dalej — ten podły człek zbierze takich łotrów jak sam, gotów najechać, porwać, ograbić. Żoną jest, nikt mu słowa nie powie.
Co tu począć? co tu począć…
W tej niepewności pozostał Bajbuza dni kilka. Raz pod wieczór wysunął się z dworku bez Szczypiora, obiecując zaraz powrócić. Kazał na