Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wciągnąć nie mógł; zresztą byłby się przyznał do śmiertelnego grzechu, gdyby w tem coś do ukrywania w interesie cudzym nie było.
Rany doprowadzały go do rozpaczy nie dla bolu i niebezpieczeństwa, na jakie narazić mogły, ale że powstrzymały go w chwili, gdy, jak powiadał, gotowym już był na wyprawę inflancką.
— A tu! nim człowiek wydobrzeje — wołał — oni tam Sudermańskiego zbiją, i ja z łyżką po obiedziebym chyba przyszedł.
Klął tedy a Szczypior mu dopomagał.
Jak skoro rany cokolwiek się zabliźniać poczęły i opatrywanie ich już umiejętnej ręki balwierzy nie potrzebowało, natychmiast kazał rotmistrz do drogi się sposobić.
— Ja w Nadstyrzu prędzej wyzdrowieję, mnie tam samo powietrze uleczy; kup mi lada brożek lub kotcze, położycie mnie i wieźcie. Zlituj się.
Uparł się tak przy swojem, napierając się domu, że się mu sprzeciwiać nie było można. Szczypior nawet wolał go ztąd wywieźć, bo nadchodzili ciągle znajomi, a opowiadając o tem, co się w kraju działo, drażnili go.
Wszyscy byli przeciwko królewskiemu małżeństwu z austryaczką Konstancyą; chciano mu się opierać siłą, wrzało więc ciągle, a że Zamojski był też przeciwny, dochodziło do tego, iż