Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 02.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! królowo moja — wołał Bajbuza — gdyby mnie dziesięćkroć srożej raniono, czyżby mi dzisiejszy dowód waszego dobrego serca dla mnie nie był setną nagrodą? Krwi nie żałuję.
Próbowała Spytkowa rozpytywać o wypadek, ale się strasznie zmięszał, i to co jej powiedział, wcale nie objaśniło o nim.
Zabawiwszy chwilę, jejmość podała mu rękę i odjechała nazad, ale po sobie zostawiła wrażenie takie, iż Bajbuzy trudno było poznać.
Odżył, nawet o straconych dla siebie Inflantach zapomniał, choć one mu na sercu leżały.
Było to właśnie pod ten czas, gdy listy i gońce o zwycięztwie odniesionem pod Kirchholmem wieść przyniosły.
Łzy się toczyły rotmistrzowi, gdy czytał pismo owego Krajewskiego z chorągwi Niewiarowskiego, którego dobrze znał, a co go Sudermański w niewolę wziąwszy, badał o polaków, i wierzyć mu nie chciał.
Przyniesiono potem opis bitwy pod Kirchholmem. Cóż to była za radość i za zazdrość względem tych, co w niej uczestniczyć mogli.
— Zbójom co mnie zrąbali, krew moją daruję — wołał Bajbuza — ale tego, iż mnie rozbroili i bezczynnym uczynili, nigdy!
Powoli jednak od tego dnia, gdy go Spytkowa nawiedziła, począł Bajbuza coraz żywiej przychodzić do siebie. Szczypior codzień Leszcza-