Wspomnienie (Szarecki, 1931)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Wspomnienie
Pochodzenie Czapka topielca
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WSPOMNIENIE

Bez wątpienia — jasne, księżycowe noce nie służyły porucznikowi Orskiemu. Zauważył to sternik jego wachty, Johnson, no i przedewszystkiem młodociany Bempo „św. Franciszkiem z Asyżu“ zwany. Przezwisko to dał mu właśnie porucznik Orski z racji jego częstych, przymusowych wystawań na baku[1] w czasie których Bempo nie mając do kogo gęby otworzyć, gadał ze sobą samym lub, jak twierdził Orski — „kazał do ryb“. Ustawiczne „kazania“ te były wynikiem długich, karnych wystawań na „oku“[2], które znowu były logicznym skutkiem wybujałych upodobań „św. Franciszka“ do snu podczas służby. Ostatniemi czasy, zresztą, „św. Franciszek“ już nie sypiał podczas swych karnych wacht i nawet nie „kazał do ryb“ — był całkowicie pochłonięty obserwowaniem dziwnego zachowania się porucznika Orskiego. Zaczęło się to od tego mniej więcej czasu, gdy „Gwiazda“ weszła w strefę beznadziejnego sztilu[3] przy brzegach południowej Hiszpanji. Nastały wówczas spokojne, gwiezdne, księżycowe noce i znieruchomiałe w absolutnej ciszy białe płachty żagielne poklaskiwały tak leniwie i cicho jakby strzepywały z siebie łagodnie blade, tajemnicze światło miesiąca na zasnuty długiemi cieniami pokład. Już podczas pierwszej takiej nocy, gdy „Gwiazda“ znajdowała się na szerokości Kadyksu, porucznik Orski zachował się ze wszech miar dziwacznie i niezrozumiale. Oto w chwilę po objęciu swej wachty (od 12 w nocy do 4) opuścił stanowisko oficera wachtowego na rufie i poszedł na bak. Bempo, który, pomruczawszy, swoim zwyczajem, krótkich chwil kilka, zdążył już zapaść na stojąco w głęboki sen, obudziwszy się, ujrzał z przerażeniem sylwetkę porucznika tuż obok siebie opartą plecami o windę kotwiczną.
— Wszyscy czarci głębinowi — pomyślał z głuchą rozpaczą „św. Franciszek“ — ratujcie mnie, bo ten demon czuwania znów wlepi kilka godzin karnej wachty Bożemu słudze Bempowi.
Ale porucznik Orski stał nieruchomo, zapatrzony w księżycową dal i, zdawało się, nie wiedział nawet o obecności wachtowego na „oku“. Tak minęło kilka minut. Bempo z pod daszka nasuniętej na czoło „bosmanki“ zaczął pilnie obserwować porucznika. Orski stał z opuszczoną na piersi głową i rękoma włożonemi głęboko w kieszenie spodni. Spojrzenie jego oczu wpatrzonych w widnokrąg miało wyraz głębokiej, ciężkiej zadumy. Bempo mógłby przysiąc, że oczy porucznika w chwili tej nic i nikogo nie widzą. Zdawało się, że spojrzenie ich zwrócone jest w tej chwili do wewnątrz czaszki, gdzie w mózgu powstaje gwałtownie jakaś potężna, ogromna wizja. Usta Orskiego rozwarły się lekko, a pierś poruszyła się kilka razy w ciężkim, niespokojnym oddechu, jakby przerażenie ścisnęło nagle jej żebra swemi lodowatemi szponami. Po długiej dopiero chwili porucznik uniósł głowę i, westchnąwszy głęboko, zbliżył się do światła pozycyjnego z bakburty. Postał chwilę, a potem zdecydowanym krokiem podszedłszy do bugszprytu, wlazł do siatki. Położył się na jej linach nad wodą plecami do góry i wzrok przenikliwy utopił w fale szemrzące łagodnie pod sztabą „Gwiazdy“.
— Nieprzytomny — pomyślał Bempo — lunatyk.
Porucznik, rzeczywiście, leżał w siatce tak długo aż Bempo, znużony ciągłem patrzeniem na niego, usnął w końcu po raz drugi, ukołysany szmerem fal i łagodnem poklaskiwaniem kliwrów nad głową. Obudziło go silne uderzenie pięścią w usta i gniewny głos: Znów śpisz, nieczysty synu?! Mać twoją tak i inaczej i jeszcze raz między zęby.
Przestraszony Bempo ujrzał przed sobą czerwoną od gniewu twarz porucznika Orskiego.
— Ja ci dam spać podczas wachty — krzyczał porucznik wywijając pięścią przed nosem Bempa — do paki już teraz pójdziesz! Tam się wyśpisz, wielorybi pośladku!
Bempo przez chwil kilka usiłował wmówić w porucznika, że nie spał, tylko się zdrzemnął, ale zauważywszy, że to jeszcze bardziej rozwściecza porucznika i naraża jego — Bempa — na powtórne uderzenie w zęby — zamilkł i pokornie się zgodził na okrętowy areszt o głodzie.
— Nie, nie lunatyk — myślał Bempo, patrząc w ślad za schodzącym na jut[4] porucznikiem i wymrukując pod nosem piętrowe przekleństwa pod jego adresem — nie lunatyk i całkiem przytomny, pieska jego morżowa, zatracona, zaułkowa, sprzedajna, pod siódme żebro i między oczy spróchniałym kłem rekina dziobnięta...
„Wszyscy czarci głębinowi“, których tak często, a zawsze bezskutecznie wzywał Bempo na pomoc, nic nie pomogli i, jak mu to przyrzekł porucznik Orski, „św. Franciszek z Asyżu“ zasiadł w pace i już nie „kazał do ryb“, tylko do szczurów, które dokuczając mu i w dzień i w nocy zwiększały tylko w jego sercu zawziętość przeciwko Orskiemu.
Siedząc w pace Bempo nie mógł obserwować zwiększającego się ciągle zdenerwowania porucznika Orskiego, które wzrastało z dnia na dzień w miarę zbliżania się „Gwiazdy“ do trawersu Gibraltaru. Wypuszczony nareszcie na rozkaz komendanta z ciemnej paki, widział już Orskiego bardzo krótko; był natomiast świadkiem tego, co napełniło jego duszę niezmierną radością i pozwoliło sypiać bezpiecznie, ile wlazło, zawsze i wszędzie, bowiem porucznik Hastings był na podobne sprawy niezmiernie wyrozumiały.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tołba...
Blade smugi światła miesiąca lały się przez otwarty iluminator kajuty i kładły się mętnemi plamami na podłodze i ścianach. Mosiężny zegar nad stołem tykał rytmicznie, tykanie swe mieszając z szmerem wody za burtą. Od czasu do czasu poskrzypywały zlekka wiązania.
Tołba...
Porucznik Orski siedział na brzegu kojki, twarz ukrywszy w dłoniach. Już długo tak trwał bez ruchu. Zrzadka tylko wargi jego drgały i wtedy w mrocznej kajucie rozlegał się szept:
— Tołba...
Od czasu, gdy „Gwiazda“ minęła trawers Gibraltaru, Orski wszedł w ostateczną fazę zdenerwowania i rozdrażnienia. Cały swój wolny od służby czas spędzał zamknięty w kajucie rozprawiając tam z kimś niewidzialnym, coś mrucząc i jęcząc.
— Tołba...
— Światła się paląąąąąą!
Z baku, przez nawiewnik spłynął do kajuty śpiewny głos wachtowego na „oku“.
— Ali right!! — zabrzmiała na pokładzie, tuż nad głową Orskiego odpowiedź porucznika Hastingsa.
Dwugłos ten otrzeźwił go trochę. Ociężale dźwignął się z kojki i podszedł do iluminatora. Podbródek oparł o krawędź. Przymglony zadumą wzrok porucznika legł ciężko, uparcie na mieniących się złotem w świetle księżyca falach oceanu.
— Na tych samych wodach... Akurat osiem lat temu... I w taką samą jasną, księżycową noc... — szepnął Orski.
— Tołba! — zawołał cichutko w kierunku szumiących fal.
Stał nieruchomo jakby oczekując odpowiedzi. Później ukrył twarz w dłoniach i pogrążył się w ciężką, posępną zadumę.
Wspomnienia...
Naleciały nań wichrem z nad tych wyzłoconych księżycem fal oceanu. Otoczyły tłumem postaci i korowodem zdarzeń z lat dawnych. Wytrąciły umysł z poczucia rzeczywistości i cofnęły jaźń o kilka lat wstecz.
Orski znów poczuł się uczniem szkoły morskiej. Ujrzał siebie w białej bluzie i granatowych „kloszach“ na nogach.
...Jasny, słoneczny dzień.
Na wielkiem, kamiennem molu tłoczą się grupki postaci w białych bluzach i granatowych kloszach — świeżo przyjęci do szkoły morskiej uczniowie. Zrzadka wśród tego tłumu mignie granatowy mundur ze złotem starszego ucznia. Zrzadka z ust tych przełożonych nad kolegami padnie rozkaz, drwina, obelga...
Nowowstępujący z ciekawością i trwogą patrzą w dal, na redę, gdzie na kotwicach stoi biały, szkolny bark, który za dni kilka wyruszy z nimi na pokładzie w długą, daleką podróż.
Ciekawość, wzruszenie, lekki strach nawet...
Niski, pękaty holownik przybija do wysokiego mola. Z ust granatowo-złotych zejmanów dozorujących kolegów pada komenda: Załadowywać się, mamine synki!
Poruszył się niespokojnie, nerwowo tłumek białych bluz i wślad za zrzucanemi manatkami, z mola na pokład holownika zaczęły skakać niezdarne, często dziecinne jeszcze postacie „maminych synków“. Orski miał wielki i mocno ubity wór z rzeczami. Skinął na kolegę, by ten pomógł mu zrzucić go na dół. We dwóch ujęli wór krzepko za rogi i huśtając nim nadawali rozpędu, by rzucony wkońcu, padł na środek pokładu holownika. Zdarzyło się tak, że kolega za wcześnie puścił swe rogi i ciężki worek w rozpędzie upadku pociągnął Orskiego za sobą. Orski runął na twarz z wysokiego mola na pokład, rozbijając w krew nos i usta. Okrzyki przerażenia „maminych synków“ zmieszały się ze zgodnym grzmotem śmiechu granatowo-złotych mundurów. Do powstającego z pokładu Orskiego podszedł dozorujący starszy uczeń, wielki drab z potężnym już, czarnym zarostem na policzkach i brodzie. Spojrzał z niewymowną pogardą i nienawiścią na zlaną krwią twarz młodszego.
— Niezdara — wycedził wolno przez zęby. — I ty chcesz być marynarzem? Uuuuu... Szczeniak... Pieska twoja, niebieska, blada, groszowa, w ciemnym zaułku palcem garbatego żyda w plugawe ucho dziobana...
— Tołba! Tołba! Daj spokój! — rozległy się niechętne okrzyki towarzyszów brodacza. — Cóżeś się to tak do jednego przyczepił? Idź już innych opieprzaj! Daj mu spokój!
Brodacz odszedł, rzuciwszy jeszcze w stronę Orskiego pełne złości spojrzenie. Od dnia tego wykwitła potężna nienawiść pomiędzy Orskim i „Tołbą“. Rozpoczęła się walka. W walce tej, jako starszy uczeń mocarzem był Tołba, bezsilnym — świeżo upieczony marynarz Orski. W życiu często się zdarza, że przełożony od pierwszego rzutu oka nie upodobawszy sobie podwładnego zaczyna go nienawidzić. W parze z nienawiścią idą szykany i znęcania się do których tysiące okazyj nastręcza służba marynarza na pokładzie okrętu. Na nieszczęście dla siebie Orski wyznaczony został do wachty, w której służbę bosmańską pełnił ponury brodaty Tołba.
Zgorzkniały, rozbity duchowo przejściami burzliwej młodości, sierota bez bliskich i przyjaciół, był Tołba nielubiany przez podwładnych i pogardzany przez kolegów własnego kursu. W młodości swej krzywdzony przez wszystkich i jak mówiono, bity po gębie przez każdego, kto się nie lenił, Tołba, dorwawszy się nareszcie do maleńkiego zakresu władzy, odbijał sobie na młodszych kolegach poniżenia lat dawnych. Specjalnie Orski stał się dlań baranem odkupienia. Na służbie i poza służbą i w dzień i w nocy umysł Tołby zajęty był ustawicznie wynajdywaniem najcięższej i najpaskudniejszej roboty jaką tylko można było wynaleźć na statku. Robotę tę Tołba z nastaniem wachty rozkazywał wykonać Orskiemu. Ciężkie życie prowadzi każdy świeżo upieczony marynarz na pokładzie szkolnego okrętu, jednakże przy dobrej woli starszych kolegów — mentorów, oraz przy odrobinie dekownictwa[5] życie to może być znośne, nawet przyjemne. Biada jednak temu mleczakowi, na którego zagiął parol starszy kolega. Niczem jest wtedy gniew komendanta, a nawet niełaska kucharza w porównaniu ze skutkami takiego „przyfaldalenia się“ starszego kolegi. Życie mleczaka staje się wtedy podczas długiej i zwykle uciążliwej podróży istną męczarnią. Taki właśnie los spotkał Orskiego.
Z początku młody marynarz pogodnie i z uśmiechem znosił wszelkie szykany i drwiny Tołby, później jednakże zaczął protestować, a nawet buntować się. Czynny opór Orskiego znalazł swój epilog w pace, dokąd go zamknięto za naruszenie dyscypliny okrętowej. Karę tę wrażliwy, ambitny chłopak odczuł boleśnie. Po wyjściu z paki, przyciśnięty jeszcze silniej represjami i obelżywem traktowaniem przez Tołbę, Orski spochmurniał i zamknął się w sobie. Rejs dopiero się rozpoczął, szkolny bark w swej podróży na południe mijał dopiero brzegi Anglji, Orski tedy miał w perspektywie jeszcze długie miesiące katowań i znęcań się ponurego brodacza. Z początku posmutniał, zatęsknił za domem, w nocy gdy nikt nie widział zraszał łzami płótno hamaku, później wszelako pod wpływem twardej służby i ciągłych poniżeń nienawiść głucha i zawziętość wezbrała w sercu młodego marynarza. Pewnej ciemnej, burzliwej nocy gdy miał służbę „oka“ na przodzie okrętu, w wyniku długich, ciężkich rozmyślań, zapadła decyzja — trzeba z tem skończyć. I oto po pewnym czasie nastała druga, tym razem już jasna, księżycowa, południowa noc. Szkolny bark minąwszy brzegi Hiszpanji, zbliżał się do trawersu Gibraltaru. Orski znów miał służbę „oka“ na baku. Załoga spała w międzypokładzie, służbowa wachta też, wykorzystując spokojną pogodę, drzemała gdzieś pod brezentem na grota luku. Na pokładzie, ani na baku nikogo widać nie było. Pustka zalegała białe deski pokładu. Myśl pewna poruszyła się w głowie Orskiego.
— Żeby teraz... tu — pomyślał, patrząc uparcie na fale lśniące w poświacie księżyca.
Podwójne uderzenie w dzwon oznajmiło godzinę pierwszą po północy.
Orski rzucił przelotne spojrzenie na zielony i czerwony odblask świateł pozycyjnych.
— Światła się paląąąąąąą! — cisnął śpiewny okrzyk w kierunku rufy.
— Dobraaa! — po długiej chwili doleciał go stamtąd zaspany głos porucznika.
— Posnęli wszyscy — pomyślał Orski. Pochylił głowę na piersi i znów ta sama myśl uporczywa zaczęła się powtarzać coraz częściej i coraz silniej absorbować na sobie świadomość.
— Żeby teraz... tu... zaraz... śpią...
Po kilku minutach rozmyślań myśl ta zajęła plan pierwszy, poczęła dominować i wkońcu skupiła na sobie całą uwagę, wolę i naprężenie nerwów. Raptem drgnął. Tołba stał obok. Wola osłabła, naprężenie nerwów zmalało, myśl zbladła. W obliczu czynu stanął bezradny.
— Spisz, sobaczy synu? — zagadnął Tołba.
— Nie śpię, panie bosmanie!
Znów myśl, znów skrzep woli i naprężenia nerwów.
— Co łżesz, widziałem przecie! Jutro cztery godziny karnego steru.
— Nie spałem, panie bosmanie!
— Milczeć! Jutro cztery godziny karnego steru!
— Tak, panie bosmanie.
Nienawiść. Głucha, ciężka, beznadziejna.
— Światła napewno pogasły.
— Palą się, panie bosmanie.
— Łżesz! Pojutrze cztery godziny karnego steru!
— Światła się palą, panie bosmanie — widać odblask na burcie!
— Milcz! To księżyc.
— Odblask jest zielony po sterburcie, czerwony po bakburcie, panie bosmanie.
— Milcz!
— Pan bosman może zresztą sprawdzić, proszę podejść do burty, przechylić się i zajrzeć w latarnie — palą się.
Tołba odwrócił się plecami i poszedł do burty. Decyzja. Jak kot na palcach Orski podążył za nim. Mijając zbiornik ze słodką wodą pocichu zdjął ze śruby ciężki, żelazny klucz do zakręcania kranu. Stanął za Tołba. Tamten przechylił się całem ciałem nad wodą chcąc zajrzeć w latarnię. Druga decyzja. Zaparty oddech. Przyśpieszone bicie serca. Protest nerwów. Wahanie. Ciężka, gęsta mgła w przyćmionej świadomości i trzecia niedostrzegalna dla uwagi nieodparta decyzja. Ciężkie, bolesne westchnienie, jęk żałosny, zgrzyt zębów — opór zniweczony. Cios. Trzask przełamanej czaszki i głuchy plusk za burtą. Cisza. Orski w kuczki przysiadł na pokładzie. Rzęził. Ręce mu drżały, w uszach łomotały pulsy. Fooj... fooooj... foj... — co chwil parę wyrzucał ciężkie westchnienie z płuc. Wzrok błędny, nieprzytomny wparł w jakiś ciemny ślad po sęku w desce pokładu. Dłońmi ocierał zimny pot z czoła. Dopiero po kilku minutach oprzytomniał. Usiłował zebrać myśli, wziąć je w karby i skierować na drogę rozsądku. Opanował się wkońcu. Zaczął liczyć. Odliczył cztery minuty i zaprzestał — nie mógł już dłużej.
— Już — znikł pewnie — pomyślał.
Wstał z kuczek, podszedł do burty. Spojrzał wtył statku. Nic. Księżyc tylko kładzie na falach swój tajemniczy, zimny, martwy blask. Otworzył usta. Charczenie jakieś dobyło się z gardła. Nie mógł krzyknąć. Zebrał całą siłę woli. Opanował się. Znów walka o decyzję. Ciężki, przerywany oddech. Nagłe poruszenie woli. Krzyk straszny, upiorny, śmiertelny: Człowiek za burtą!
Wysłane szalupy nie znalazły w falach ciała Tołby.
Według przypuszczeń Orskiego, wypowiedzianych do komendanta, samobójca, skacząc z baku wdół, uderzył głową o łapę kotwicy wystającej z kluzy i już martwy wpadłszy do wody ze strzaskaną czaszką, odrazu zatonął. Komendant zgodził się z tem przypuszczeniem. Zresztą innego tłumaczenia gwałtownego zatonięcia Tołby i być nie mogło. Nocy tej biały, szkolny bark minął trawers Gibraltaru.
Od tego czasu minęło wiele lat, Orski ukończył szkołę morską i oto po raz pierwszy statek na którym jest on oficerem wachtowym rozpienia sztabą te wody w których tragiczną śmiercią zginął Tołba.
...Taka sama noc księżycowa...
Orski wstrząsa gwałtownie głową i odchodzi od iluminatora. Patrzy na zegarek. W tejże samej chwili rozlega się klank — za piętnaście minut dwunasta. Orski bierze czapkę i wychodzi na pokład. Księżyc wciąż leje swój czarowny blask na pokład, na białe żagle i lśniące fale oceanu. Orski schyla się i przez grota luk wzywa gwizdkiem z międzypokładu swoją wachtę na górę. Dwie wachty — wstępująca i schodząca stoją naprzeciw siebie. Orski zbliża się do Hastingsa.
— Kurs?
— Sto siedemdziesiąt siedem.[6]
— Wiatr?
— Baksztag,[7] a wogóle prawie sztil.
— Żagle wszystkie na masztach. Pozatem nic nowego. Good bye...
Porucznik Hastings ziewnął i odszedł. Wachta była zdana. Cztery podwójne uderzenia w dzwon wybiły dwunastą. Orski objął służbę.
— Ty — na ster! — Orski wyciągnął z szeregu jednego marynarza, — ty — szkafut, Bempo — na „oko“.
Przytłumiony śmiech rozległ się w gromadzie marynarzy — biedny „św. Franciszek“ znów obejmował swą znienawidzoną służbę na „oku“.
Oddalając się, mruczał ze złością.
— A nie spać mi tam, kaznodziejo! — krzyknął mu Orski wślad.
Rozpuściwszy wachtę, Orski poszedł na rufę i w rupce komendanta, usiadłszy w fotelu, pogrążył się znów w rozmyślaniach. Po ciężkich przejściach duchowych ubiegłych dni opadło go znużenie. Jedne i te same natarczywe myśli nie opuszczały go jednak. W miarę wzrostu znużenia i senności przybierały nawet na sile i jaskrawości. W formie wizyj przelatywały i stawały w umyśle. Niektóre obrazy miały moc halunacyj. Orski ujął głowę w dłonie, a łokcie oparł na kolanach. Począł kiwać głową w lewo i w prawo, jak człowiek wyczerpany docna długotrwałem cierpieniem. Jęczał głucho, przeciągle, zaciskając oczy jakby natrętnym wizjom chciał zamknąć dostęp do mózgu. Jęk stawał się coraz bardziej głuchy, cichy, przeciągły, ruch głowy kiwającej się z jednego ramienia na drugie był idealnie równy, spokojny, rytmiczny. Przez wpółotwarte usta spokojnie wpływało i wypływało powietrze oddechu. Myśli znikły. Zastąpiły je jaskrawe, dziwaczne, nielogiczne w swej konstrukcji i kolorycie obrazy.
— Cóż to ja śpię, czy co? — wysiłkiem woli wywołał Orski myśl ostatnią — wara! Nie wolno spać.
Chciał unieść głowę z nad kolan i nie mógł. Lecz oto szmer pewien przyszedł mu z pomocą. Szmer wody spadającej kroplami skądś z góry na deski pokładu. Orski nastawił ucha. Najwyraźniej krople padały i rozpryskiwały się tuż, tuż koło jego głowy. Gdy uświadomił to sobie, ujrzał je znagła. Padały z prawej strony jego fotela i utworzyły już sporą kałużę.
— Skąd to tak leje? — pomyślał, lecz nie uniósł głowy żeby sprawdzić.
Nagle wstrząs. Jak za dotknięciem tajemniczego prądu Orski drgnął i usiadł prosto w fotelu.
Tołba!
Stał obok. Olbrzymi, blady, o wzroku przymglonym. Mundur jego ociekał wodą, a z wielkiej, czarnej, splątanej brody zwisały wodorosty i kraby. Ręce miał sine, nabrzmiałe. Trup.
Orski wzrok oszalały wbił w śmiertelną maskę upiora. Chciał krzyknąć — głos uwiązł w gardle. Chciał uciec — poczuł że jest przykuty do swego fotelu. Patrzył tedy błagalnie w kamienne źrenice widma.
— Nie bój się, nie drżyj... — rzekł Tołba.
Dotknął się ręką tyłu czaszki i ciężko zrobiwszy krok w stronę, siadł na drewnianej kanapce.
Zaskrzypiały deski pod ciężarem topielca.
— Skąd ty? — głuchym, nieswoim głosem spytał Orski.
— Stamtąd... — mokra, sina ręka przez drzwi rupki wskazała fale oceanu.
Orski opanował się znagła. Ruchem zdecydowanym i pewnym wstał z fotela. Ręce założył w kieszenie. Wzrokiem szyderczym chlasnął w twarz widma.
— Cóż Tołba? — wycedził przez zęby. — Nie żyjesz?
Milczał topielec. Cicho stukały o podłogę krople wody spływające z munduru i z czarnej brody.
— Cóż milczysz, bosmanie? Oficer pyta!
— Mnie mówić ciężko — krew mózg zalewa.
Upiór dotknął ręką tyłu czaszki i odjął ją skrwawioną. Dopiero teraz Orski zauważył olbrzymią, krwawiącą ranę w czaszce Tołby. Krew z niej mieszając się z wodą spływała na kark i na barki.
— Skąd masz tę ranę? — spytał Orski.
— Padając do wody rozbiłem głowę o łapę kotwicy...
— No, nie łżyj trupie — to ja ci łeb rozwaliłem kluczem od zbiornika.
Topielec potrząsnął skrwawioną głową.
— Nie, to o łapę kotwicy — ja sam.
— Łżesz, mówię!
Milczało widmo. Woda wciąż spływała z jego munduru i brody tworząc kałuże na podłodze rupki.
Orski przeciągnął się w ramionach i ziewnął.
— Ale nudnyś się zrobił, bracie, w tej wodzie, niech cię!
— Na dnie niewesoło! — odparł topielec.
— Toż to po tobie widać, nudziarzu. Powiadaj, czego chcesz?
— Chcę ciebie.
Orski parsknął śmiechem.
— Mózgi-ś sobie zamoczył, brodaczu! Co paplesz głupstwa! Ty trup, a ja żywy — czegóż więc chcesz odemnie?
— Chcę ciebie.
Orski zmarszczył brwi.
— Nie mam czasu na głupstwa, gadaj pocoś wylazł z wody!
— Przyszedłem zabrać cię ze sobą.<br — Poco?
— Trzeba.
— To ty tak chcesz?
— Nie, nie ja.
— A kto?
Milczało widmo, kamiennemi oczyma patrząc w twarz Orskiego.
— I cóż zabierzesz mnie ze sobą?
— Zabiorę.
Orski znów wybuchnął śmiechem.
— A jak ja nie pójdę za tobą?
— Pójdziesz.
— Łżesz.
Cisza. Zlekka skrzypnęły deski kanapy. Topielec dźwignął się z niej i stanął na nogi. Zrobił krok ku drzwiom.
— Gdzie idziesz?
— Już tam, do siebie...
— Którędy zejdziesz?
— Tak samo jak wtedy — z baku.
Orski roześmiał się.
— Aha! Przypomniało ci się! Pójdę z tobą zobaczyć czy będzie to wyglądało tak samo, jak wtedy. Wal przodem!
Tołba szedł przodem. Za nim krok w krok skradał się Orski. Tak samo jak wtedy — przed laty. Po schodkach weszli na bak. Cicho, jak księżycowa zjawa, topielec się zsunął z pokładu do wody. Bez plusku zamknęły się nad nim fale. Orski w paru susach dopadł miejsca, gdzie z pokładu znikł Tołba. Wpatrzył się w wodę.
Zbudzony szmerem ze snu, wachtowy Bempo ujrzał porucznika Orskiego pochylonego całem ciałem nad wodą.
— Sukin syn — pomyślał „św. Franciszek“ — sprawdza czy światła się palą...
Dziób „Gwiazdy“ ześlizgnął się po spadzistym grzbiecie fali. Nagły niespodziany wstrząs kadłuba. Postać porucznika Orskiego straciwszy równowagę, runęła w wodę. Głucho plusnęły fale. Zbudzony upadkiem ze snu, Orski miał już usta pełne słonej, gryzącej wody. Krótki, niegłośny, zdławiony krzyk. Woda w płucach...
— Tołba!... i cisza... bulgot... i po chwili już zwykły, spokojny szum fal.
Bempo szeroko otworzył usta — chciał krzyknąć. Powstrzymał się. Czekał. Za burtą było cicho. Spokojnie szumiały fale. Bempo nasunął „bosmankę“ na oczy i oparł się wygodnie plecami o windę kotwiczną. Udawał że śpi.
— Teraz już ty będziesz „kazał do ryb“ — trupie — wymruczał jeszcze. Głębiej nasunął czapkę.
— Za pół godziny krzyknę — człowiek za burtą... — wyszeptał już sennym głosem. — Udawał, że śpi.
A może i zasnął naprawdę.
Cichutko łopotały białe kliwry na wietrze i księżyc kładł swój tajemniczy, srebrny blask na fale, w których znikli Tołba i Orski.



Przypisy

  1. Bak — przód okrętu.
  2. „Oko“ — służba obserwacyjna na przodzie okrętu.
  3. Sztil — bezwietrze.
  4. Jut — część pokładu.
  5. Dekować się — w gwarze okrętowej znaczy tyle co zręcznie unikać pracy.
  6. Kierunek kompasowy.
  7. Baksztag — kierunek wiatru w stosunku do kierunku żeglugi statku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.