Banabak

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Banabak
Pochodzenie Czapka topielca
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
BANABAK

Morze nie wszystkich hartuje i wzmacnia — niektórych łamie. Łamie na duchu i ciele. Istnienie zwiędłe wśród poszumów wichrów i fal morza staje się niedołęgą fizycznym i umysłowym. Takim właśnie był Banabak. Któż go nie znał z pomiędzy tych którzy obijali się wśród portów oceanu Spokojnego, a później Atlantyku? Wysoki, chudy, o twarzy wielkości figi uczynionej z trzech palców pięści tęgiego szypra był uosobieniem jednocześnie dzieciństwa i starczości.
Na twarzy blado-żółtej i nie podlegającej opaleniźnie o wyrazie ciągłego z czegoś zdumienia sterczał mały śmieszny nosek po obu stronach którego świeciła się głupio para błękitnych, bezmyślnie przejrzystych i zawsze nieprzytomnych oczu. Wielkie, szeroko rozdziawione usta o grubych wargach ukazywały nagie, blade dziąsła z których wszystkie zęby powydzierał szkorbut.
Na uwagę w tem dziwacznem ciele uczynionem chyba przez Stwórcę w chwili roztargnienia albo jako wzór tego czem być nie należy, zasługiwały jeszcze niesamowicie wielkie dłonie uczepione jakoś koślawo do przeraźliwie chudych, cienkich rąk.
Dłonie te uosabiały niejako straszliwy kontrast całej postaci — były to dłonie jednocześnie starca i dziecka: szerokie o nabrzmiałych palcach i pokryte siecią brózd, cięć, żył i zmarszczek, dłonie starca miały jednak w swym kształcie, układzie i ruchu coś dziecinnego. Rzec można, rączka dziecka wielokrotnie, zwiększona, pokancerowana i zwiędła, lecz kształtna jeszcze, nie powykręcana reumatyzmem i nie spaczona wiekiem. Dziwne miał dłonie Banabak — tak dziwne, jak i on sam. Ubranie jego też śmiechu zewszechmiar było godne.
Ubierał się Banabak na granatowo. Granatowa ziujdwestka, bluza i spodnie stanowiły całość — poprostu były zszyte ze sobą na głucho. Nogawki spodni na dole oraz rękawy bluzy ściągnięte były mocno sparciałemi juzyngami[1]. Oprócz tego ztyłu ściśle na środku drogi między piętami i czupryną piętrzyła się u Banabaka pod ubraniem nieprawdopodobnych wprost rozmiarów nabrzmiałość. Z tem wszystkiem wyglądał on jak turecka mocno już zużyta odaliska.
— Czemu ty się tak śmiesznie ubierasz, Banabak? — pytali go marynarze z załóg okrętów na które się zaciągał.
— To dlatego, żeby się było trudniej rozebrać.
— ?
— A co to u ciebie tak puchnie pod spodniami, niżej krzyża?
— To poduszka.
— Cóż to ty bracie tyłek masz szklanny czy co?
— Nie, nie szklanny.
— Więc pocóż to nosisz?
— Trzeba.
— ?
Banabak rzeczywiście, z tyłu, cokolwiek niżej krzyża nosił stale skórzaną poduszkę sporych rozmiarów przytroczoną mocno do ciała rzemieniami od których sprzączki miał zawsze z przodu pod swoją baczną kontrolą.
Jakiż to śmiech rozbrzmiewał wśród marynarskiej braci, gdy dowiadywała się ona o przeznaczeniu tej poduszeczki!
Tak. Jak świat światem nie było wśród marynarzy gorszej łamagi od Banabaka. Śledź, co się zowie!
Coprawda to marynarzem go nazwać nie można — jakiż z kuchty marynarz? Żadnej roboty marynarskiej nie umiał — lin ani ożaglenia nie znał, nie odróżniał nawet grot żagla od kliwra, cóż mówić dopiero o orjentacji wśród lin, brasów, fałów, szkotów, gordingów i gejtaw. Szplajsować nie umiał, o sterowaniu i mowy nie było. Wykierowałby statek akurat w paszczę boga morskiego! Jedno co umiał i dobrze, to chodzić na reje. Gdzie się tak tego, ciągle stercząc w kambuzie, wyuczył nie wiedział nikt. Może dlatego dobrze tak skakał po wantach i pertach, że nie bał się śmierci. Pewność siebie dodawała zręczności. Ale na górę puszczali go rzadko — nie miał tam nic do roboty. Wszak tasza była dlań niemal tem samem co sejzing, a sejzing równał się jagsztagowi! Jednem słowem — baran wełnisty. Niektórzy utrzymywali, że jest niespełna rozumu. Wiele w twierdzeniu tem było racji chociaż z drugiej strony w sprawę wejrzawszy, dochodziło się do przekonania, że rozumu on miał więcej od niejednego przemądrzałego bosmana lub żaglomistrza. Wykształcony był Banabak. Nieświetne było to wykształcenie, zaledwie w parze iść mogące z głębią erudycji przeciętnego radjotelegrafisty na bylejakim dwukominowcu, ale jednak było. Banabak znał cośniecoś z matematyki t. j. z arytmetyki, ale i w algebrze nie był zupełnym głąbem. Znał potrosze literaturę, no i w czem mu już żaden radjotelegrafista nawet transatlantycki nie mógł sprostać — to w łacinie. Najlepiej jednakże Banabak znał historję. Znał tak dobrze, że nawet w niektórych chronologicznych drobiazgach dość biegle się orjentował. Gdzie posiadł Banabak te wszystkie mądrości — dłuższy czas nie wiedziano. Wogóle dość długo cała dziwaczna postać jego z wypiętym kuperkiem owiana była nieprzebitą mgłą tajemnicy. Dopiero gdy Banabak dostał się na pokład barku „Chinsura“ zaczęły jakoś nieznacznie, po trochu, jedna po drugiej spadać zasłony odkrywając właściwe oblicze Banabaka. Stało się to coprawda niezadługo do śmierci jego kiedy to uchylił się ostatni rąbek tajemnicy, ukazując głębie duszy Banabaka.
Podówczas komendantem „Chinsury“ był Mamertyński, kapitan dalekiej żeglugi, postać tak samo jak Banabak ciekawa i niezwykła. Człowiek ten olbrzymiego wzrostu, szeroki w barach, o wielkiej, czerwonej twarzy z zaczynającemi już siwieć płowemi wąsami był typem spotykanym dość często na morzu — typem dobrodusznego wilka morskiego, gaduły i rubachy. Gadulstwo rzadkie wśród rzetelnego ludu morskiego, spotyka się jednak dość często w szeregach oficerów marynarki wojennej, gdzie życie towarzyskie jest silnie rozwinięte. Upodobanie swoje do robienia jak najszerszego użytku z języka nabył kapitan Mamertyński właśnie w marynarce wojennej rosyjskiej, gdzie był komendantem łodzi podwodnej. Ze służby tej Polak — Mamertyński wyniósł trzy rzeczy — szczery żal, że będąc Polakiem musi być w duszy swej wrogiem pobratymczego, sympatycznego narodu rosyjskiego, wstrząs nerwowy po awarji łodzi podwodnej na której był komendantem oraz rosyjskie wyrażenie „tak znaczy“, którego używał zawsze i wszędzie tłumacząc na najprzeróżniejsze języki. To „tak znaczy” używane zbyt często i nie zawsze trafnie przy głębokim, basowym głosie kapitana Mamertyńskiego, przypominającym dudnienie próżnej beczki było niewyczerpanem źródłem anegdot i opowiastek o kapitanie, krążącym wśród różnojęzycznej załogi „Chinsury”. Mimo to załoga lubiła swego kapitana za wzrost, siłę, szlachetność i szanowała go z powodu legendy o łodzi podwodnej no i potrosze dla jego przywiązania do dalekiej ojczyzny o której piękności i wielkości lubił on opowiadać długo i szeroko niezupełnie prawdopodobne historje.
Mamertyński, syn Polaka, zesłańca na Sybir czując nieprzeparty pociąg do bezkresów morza, a nie mogąc służyć w marynarce ojczystej z powodu braku takowej, wstąpił do rosyjskiego korpusu morskiego kadetów, ukończył go chlubnie i później już w oficerskiej szkole marynarki wojennej dzięki wyjątkowej sile charakteru, inteligencji i wytrwałości otrzymał stopień miczmana, który zczasem i stopniowo przeistoczył się na naszywki kapitana pierwszej rangi. W tym stopniu przeszedłszy przez wojnę światową Mamertyński został mianowany komendantem łodzi podwodnej czarnomorskiej floty. Na pokładzie tej łodzi zastała go rewolucja rosyjska i bolszewizm. Wśród ogólnego rozprzężenia i szalejącego chuligaństwa kapitan Mamertyński swoją wielką, twardą, włochatą łapą trzymał ostro „za mordę“ załogę łodzi podwodnej. I podczas gdy na sąsiadujących z nią w porcie pancernikach, krążownikach i torpedowcach kotłownie rozbrzmiewały już desperackiemi wrzaskami żywcem palonych oficerów, na pokładzie łodzi podwodnej kapitana Mamertyńskiego tęgie kułaki podoficerów robiły jeszcze próby mocy i trwałości uzębienia „matrosów“.
Stan taki przypisać należało nie lękowi załogi przed najtęższą, włochatą pięścią kapitana, lecz raczej szacunkowi jakim otaczano „Mamerta“ za prawość charakteru i niebywałe wprost mistrzostwo w dziedzinie przekleństw i wymysłów.
Jednak wśród morza ogólnej anarchji nie mogła długo ustać maleńka wysepka dyscypliny jaką był pokład łodzi podwodnej — wkradło się niebawem, dzięki staraniom „sowietu matrosów“, rozluźnienie karności wśród załogi i spowodowało katastrofę. Przed tą katastrofą zdarzył się wypadek, który kapitan Mamertyński poczytał za zły omen.
Przed wypłynięciem ze swoją łodzią w morze na ćwiczenia torpedowe, kapitan Mamertyński odwiedził znajomą rodzinę polską zamieszkałą w Odesie. Przy stole w trakcie rozmowy o toczących się szybko, krwawych wypadkach rewolucji damulka pewna o kurzym, jak się niebawem okazało, móżdżku ujrzawszy oficerski mundur Mamertyńskiego zawołała ze szczerem zdumienie: — Jakto?! To pana jeszcze nie zamordowali?!!
Wielki, czerwony kapitan Mamertyński jeszcze bardziej poczerwieniał i zatrząsł się z oburzenia. Z ust jego wdzięcznie sfrunęło i pękło jak granat przez nieuwagę wymruczane mocne, pokładowe przekleństwo.
Zorjentowawszy się w wytworzonej, kłopotliwej sytuacji Mamertyński z początku się zmieszał, przygryzł wąsa, ale później opanowany złością i rezygnacją wstał od stołu i rzuciwszy serwetę na podłogę wydudnił swym donośnym „beczkowatym“ głosem: „Tak znaczy ja już i tak w tym domu więcej bywać nie mogę, mać że waszą w lewo i wprawo, w tył i naprzód po stokroć i jeszcze pięć razy w kręgosłup i między zęby!...“
Dorzuciwszy do tej wiązanki jeszcze parę pięknych kwiatków z portowego bukietu, Mamertyński wyszedł i trzasnął drzwiami.
— To zły omen! — mruczał pod wąsem, idąc na pokład podwodnej łodzi.
I rzeczywiście w krótkim czasie Mamertyński został ukarany za swoje mimowolne grubijaństwo. Oto wieczorem w przeddzień ćwiczeń torpedowych, gdy kapitan Mamertyński po opuszczeniu bandery pożegnał załogę, jak zawsze, sakramentalnem „Dobranoc, marynarze!“ — zaległa martwa cisza. Marynarze łodzi podwodnej podjudzeni przez „sowiet matrosów“ nie odpowiedzieli zwykłem „Dobranoc, panie komendancie!“
Mamertyński poczerwieniał z oburzenia i powtórzył raz jeszcze: Dobranoc, marynarze! Cisza. Spuszczone w dół oczy załogi nie patrzyły w twarz swego komendanta. Wówczas kapitan podszedł do pierwszego w szeregu.
— Dobranoc, marynarzu! — zwrócił się tylko do niego.
Wybrańcem okazał się mechanik podoficer, łotr i szubrawiec z pod ciemnej gwiazdy.
Spojrzał bezczelnie w czerwoną twarz kapitana i nic nie odpowiedział. Sytuacja stała się naprężona. Wszystko zależało od przytomności umysłu i zimnej krwi kapitana. Jeden fałszywy krok mógł go przyprawić o zgubę.
— No ot, tak znaczy, chamskie „czuchno“ jesteś, a nie marynarz — wycedził Mamertyński przez zęby.
Jego wielka, włochata, twarda pięść na odlew trzasnęła buntownika w wyszczerzone w bezczelnym uśmiechu zęby. Jednocześnie w lewym ręku kapitana zalśniła lufa mausera. Cios był imponujący — mechanik gibnął się w tył i odbiwszy się piecami od drugiego szeregu runął ciężko na pokład wypluwając z ust krew i zęby. Kapitan Mamertyński z zimną krwią zwrócił się do następnego w szeregu:
— Dobranoc marynarzu!
Ten łypnął tylko okiem na tańczące przed jego nosem włosy kapitańskiej pięści, zerknął raz jeden na rewolwerową lufę i drżącym głosem odpowiedział:
— Dobranoc, panie komendancie!
Mamertyński odstąpił o krok w tył:
— Dobranoc, marynarze!
Załoga powtórzyła odpowiedź kolegi — bunt został stłumiony. Wszelako po wyjściu podwodnej łodzi z portu okazało się, że zbity przez kapitana podoficer mechanik znikł z pokładu. Mamertyński zbagatelizował ten fakt.
I oto gdy komendant dał rozkaz: na pogrążenie! i łódź podwodna poczęła się zanurzać, któryś tam luk czy przełaz okazał się zepsutym, nie poddał się działaniu ogólnego mechanizmu łodzi podwodnej i fale przez otwór runęły do wnętrza. Łódź zaczęła tonąć. Panika i demoralizacja ogarnęły załogę. Kapitan Mamertyński opanował jednak sytuację. Pozamykał przegrody wodoszczelne, zgromadził załogę w niezalanym przedziale torpedowym i z rewolwerem w dłoni panował nad zdemoralizowaną bandą „matrosów“. Wyrzucony na powierzchnię sygnał wskazywał okrętom ratowniczym, które ewentualnie miałyby przybyć na ratunek, miejsce zatonięcia łodzi.
W krótkim czasie chrobot piasku o ściany łodzi dał znać załodze, że są pogrzebani na dnie w swej wielkiej, pływającej, metalowej trumnie. Jakie sceny rozgrywały się tam, na dnie morza — niewiadomo — kapitan Mamertyński pomimo całego swojego gadulstwa nie lubił o tem opowiadać. Wiadomo tylko, że przeprowadzone przez niego, w czasie długich, bezczynnych godzin wyczekiwania śmierci, śledztwo i badanie wykazało defekty w mechanizmie łodzi, uczynione przez zemstę zbrodniczą ręką podoficera mechanika. Zbity mszcząc się na kapitanie zatopił wszystkich swych towarzyszy. Z powodu niechęci Mamertyńskiego do opowiadań o tym wypadku mętnie się przedstawia również sposób w jaki potrafił on wyzwolić z toni i uratować załogę swoją i siebie. Uratował zaś wszystkich z wyjątkiem dwóch, których w czasie największego napięcia paniki musiał zastrzelić. Legenda krążąca dokoła jego barczystej postaci głosi, że przy pomocy sprężonego powietrza zdołał przez wyrzutnię torpedową, czy przez jakiś tam luk wypchnąć na powierzchnię pokolei wszystkich marynarzy załogi i samemu wypłynąć na końcu. Coprawda kilku nie wytrzymało wielkiego ciśnienia głębinowych wód i zmarło w kilka sekund po wciągnięciu ich na pokłady ratowniczych okrętów. Podanie głosi również, że Mamertyński po wstąpieniu o własnych siłach na pokład nurkowego okrętowego, serdecznie splunął, wyłajał się szpetnie zawadziwszy językiem prochy matek, babek, i prababek wodzów rewolucji i wyrzekłszy tylko: „Tak znaczy“, ja mówię, że nie on winien ten „czuchna“ — mechanik, ale ci co go podburzali!“ — odszedł szybkim krokiem od otaczających go i wyrażających mu swoje uznanie rewolucyjnych marynarzy. Ta zimna krew jednak była tylko pozorem. Mamertyński po wypadku tym dostał wstrząsu nerwowego, podał się do dymisji, której już nie miał kto przyjąć i wyjechał z Rosji. Nie mogąc jednak rozstać się z morzem i to specjalnie z morzem południowem, tułał się po świecie na pokładach wielu okrętów handlowych, pod banderami najprzeróżniejszych narodowości, ustawicznie tęskniąc i myśląc o powrocie do swej dalekiej, północnej ojczyzny.
Gdy Banabak po wyjściu „Chinsury“ z portu Bony[2], gdzie zaciągnął się na jej pokład, dowiedział się od załogi historji kapitana Mamertyńskiego, przyszedł dnia któregoś do komendanckiej rupki „Mamerta“ i sprostował pewne dane w swych dokumentach.
Okazało się wówczas, że nie jest on żadnym „Banabakiem“ lecz „również“ nazywa się Sławiński, ma lat dwadzieścia, a nie, jak mylnie opiewał paszport dwadzieścia sześć. „Banabak“ — jest tylko jego przezwiskiem, które używane ciągle, dzięki zagubieniu poprzednich dokumentów stało się wkońcu nazwiskiem. Jest Polakiem tak samo, jak pan kapitan Mamertyński, jak „Banabaka“ dziad i pradziad.
Gadatliwy „Mamert“ po oświadczeniu tem wdał się z rodakiem — kokiem[3] w dłuższą rozmowę z której wynikło, że Adaś Sławiński, będąc chłopcem uciekł z domu ojca — syna zesłańca na Sybir i po długich tułaczkach po zrewolucjonizowanym obszarze Rosji trafił w końcu w Teodozji na pokład jakiegoś tureckiego statku, gdzie został przyjęty do załogi w charakterze kuchcika.
Na pytanie Mamertyńskego, czemu uciekł z domu, Banabak mruknął coś o pociągu do przygód i dalekich podróży, a później długo i szeroko rozprawiać począł o nędzy, głodzie i strasznem życiu jakie z powodu rewolucyjnych rozruchów pędziła rodzina Sławińskich.
— A teraz znaczy, chciałbyś wrócić do domu? — zagadnął go Mamertyński.
— Pewnie, że chciałbym, tylko gdzie ja go szukać będę tego domu?
— Jakto gdzie? Tak znaczy, tam skądeś wyszedł. Może ojciec i matka nie wyjechali jeszcze stamtąd...
— E... e... e... — nie warto, panie kapitanie — mruknął Banabak.
— Co, nie warto?
— Nie warto wracać.
— Czemu nie warto wracać?
— A tak nie warto.
— No, tak znaczy, powiedz, dlaczego?
Banabak milczał. Pod wpływem wspomnień naszło nań otumanienie, które go ogarniało od czasu do czasu uniemożliwiając wszelką z nim rozsądną rozmowę. I teraz też, na tem zagadkowem „nie warto“ urwała się pogawędka z kapitanem Mamertyńskim — Banabak wrócił do kambuza, a „Mamert“ do swoich nawigacyjnych obliczeń.
Jakimś sposobem jednak rozmowa ta przedostała się z rupki do kubryku[4] i załoga zainteresowawszy się w specyficzny sposób początkiem historji Banabaka, wyciągnęła od niego szczegóły jej dalszego ciągu.
W załodze każdego niemal okrętu, zwłaszcza żaglowego, znajdują się wesołki ponurego sposobu zabawiania się, którzy kosztem wybranych na ten cel ofiar urozmaicają towarzyszom życie najprzeróżniejszemi wątpliwej zresztą wartości „szpasami“. Na „Chinsurze“ rolę takich „promyków wesołości“ pełnili, Grek Safandopułło i Rosjanin Syroj. Grek ośmieszał towarzyszów i czynił im wszelkiego rodzaju złośliwości przez wrodzony mu już „szwarccharakter“, Rosjanin zaś gwoli wesołości i jeśli tak w tym wypadku można się wyrazić — dla sztuki. Z początku, gdy tylko rejs się rozpoczął „sztuka“ ta szła im dość opornie. Załoga składająca się z różnojęzycznych i dobrze już przez życie schlastanych draniów lubiła ogromnie śmiać się z innych, natomiast nie znosiła jakichkolwiek drwin z samej siebie. Zdarzało się niejednokrotnie, że Safandopułło po obrzuceniu kwieciem swej bujnej wymowy jakiegoś wolnego obywatela United States of America lub dumnego syna Albionu, chadzał dni parę ze zwichniętą szczęką dopóki po następnej szermierce językowej bylejaki Hiszpan lub Włoch ognistem trzaśnięciem pięści z przeciwnej strony nie wprawiał mu jej z powrotem w zawiasy. Dopiero gdy w Bonie, na pokład „Chinsury“, chwiejnym kroczkiem wstąpił Banabak, nastały złote czasy dla załogowych wesołków.
Rzeczywiście Banabak, jako temat dla drwin i dokuczań był niezastąpiony. Jego wypięte siedzenie i twarz wielkości pięciu groszy same prosiły o jak najzjadliwszą parodję i drwinę. Zresztą i niebezpieczeństwo żadne, ze strony jego dziwolągowych rąk, nie groziło dowcipnisiom. Trudno było sobie wprost wyobrazić idjotyczną gębę Banabaka rozpłomienioną szałem walki, lub jego głupio obrzmiałą pięść zadającą ciosy i razy. Z tej pokojowej struktury Banabaka nie omieszkali oczywiście skorzystać Safandopułło i Syroj.
Aż dziw zdjął załogę, jak w krótkim czasie Grek i Rosjanin zdołali Banabaka zajmującego lękiem przejmujące stanowisko kucharza, uczynić ogólnem pośmiewiskiem.
A stało się to mniej więcej w tydzień po odpłynięciu „Chinsury“ z Bony.
Zachodzące słońce lało swój czerwonawy, spokojny blask na stateczne tego dnia fale oceanu unoszące na swych grzbietach kadłub „Chinsury“.
Na masztach stały wszystkie żagle, gdyż leniwy wietrzyk nie przekraczający mocy 2 ledwo ledwo posuwał bark naprzód. Była godzina szósta i marynarze którzy tylko co objęli swą dwugodzinną wachtę nie mieli nic do roboty. Załoga cała wyległa na pokład i rozsiadła się na śródokręciu na zapasowych stengach. Z kambuza, po wymyciu poobiednich półmisków, wylazł także Banabak.
Przez chwilę rozglądał się głupkowato dokoła, a później usiadł na grota luku akurat naprzeciwko rosjanina Syroja. Ten mrugnął tylko okiem na swego pomagiera Safandopułkę i odrazu rozpoczął „sondowanie“ Banabaka.
— Ty, kuchta, pocoś przylazł na „Chinsurę“?
— A tak sobie — odparł uśmiechając się Banabak.
— A przedtem gdzieś służył?
— Na „Gwieździe Polarnej“.
— To ta bolszewicka?
— Tak, bolszewicka.
Syroj pomilczał chwilę, skręcił grubego papierosa i zaczął z innej beczki.
— A czemuż ty, kuchta, zad masz taki wypięty, hę?
Wśród marynarzy, których „zad“ Banabaka zdążył już zainteresować powstał ruch. Niektórzy dźwignęli się ze swoich miejsc i podeszli bliżej.
— A czemuż ty, kuchta, zad masz taki wypięty, powiedz? — powtórzył znowu Syroj tak, żeby go wszyscy słyszeli.
— A tak sobie — niechętnie odmruknął Banabak.
— Jakto tak sobie?! Mać twoją warząchwią w patelnię! — obruszył się raptem Syroj. — Cóż ty mi tu kucharski ryju kotleciany dziwne historje jakieś opowiadasz?!
Banabak poruszał nerwowo bezzębnemi ustami i milczał.
— Poczekaj! Ty nie tak... — odezwał się raptem Safandopułło. — Słuchaj, duszo moja — zwrócił się Grek do Banabaka — myśmy słyszeli, że ty się nie nazywasz Banabak, a jakoś inaczej. Czemu ukrywasz swoje nazwisko? Może ty jesteś przebranym królewiczem?
Wśród otaczających marynarzy powstał śmiech. Zaczynało się robić wesoło.
— Nie jestem żadnym królewiczem — odparł ponuro Banabak — nazywam się Sławiński, jestem Polak.
— Czarci cię bierz kto ty jesteś — wtrącił się Syroj — tu są z różnych krajów bandziory! Gadaj dlaczego wabisz się Banabak, a nie jak ci tam jest naprawdę Sławiński!
— To długa historja — z namysłem, wolno odpowiedział Banabak.
— Czort ją bierz z tem, że długa! Ty ją skróć i opowiedz nam.
Banabak długo się namyślał, lecz wkońcu rzekł:
— Dobrze, opowiem wam tę historję tylko pod jednym warunkiem, że nie będziecie się ze mnie wyśmiewać.
I gdy Syroj wespół z Safandopułłą zapewnili Banabaka w imieniu całej załogi, że nikt się z niego nie będzie wyśmiewać, Banabak zaczął opowiadać:
— Banabakiem, widzicie, nazywam się teraz dlatego, że będąc jeszcze w załodze „Konstantynopola” opowiedziałem towarzyszom jedną historję z mojego życia... Oni przyczepili się do pewnych szczegółów tej historji i przezwali mnie Banabakiem. Później to już tak się utarło, że sam siebie zacząłem uważać nie za Sławińskiego, tylko za Banabaka.
Banabak przerwał i zamyślił się jakby czemś zakłopotany.
— No cóż nie opowiadasz? Gadaj dalej! — odezwał się Safandopułło.
— Boję się, że będziecie się śmiać ze mnie...
— Jużeśmy ci raz powiedzieli, kuchenne sadło — wydarł się Syroj — że nikt się z ciebie nie będzie śmiał! Gadaj nam tę historję, którą żeś opowiadał tamtym z „Konstantynopola”!
— Właściwie to jest krótka historja... — rozpoczął Banabak zaczerpnąwszy pełną piersią powietrza.
— To cóżeś łgał, że będzie długa?! — zgromił go Syroj.
— Milcz! — syknął nań porozumiewawczo Safandopułło.
— Posłuchajcie! — Banabak wstał z grota luku, wyprostował się, nozdrza małego noska drgały. Twarz miał zaróżowioną, błękitne oczki świeciły gorączkowo — wzruszenie jakieś ogarnęło Banabaka.
— Posłuchajcie!
— „Czy znacie chiński port In-Kon? Jest tam taka mała, ciemna, kręta uliczka... Szedłem nią kiedyś, gdym był ze statkiem swoim w In-Kon. Nagle z jednego szynku, których jest tam dużo wyszło dwóch ludzi. Ubrani biało z długiemi, czarnemi brodami. Wysocy.
Zaczęli mi się bystro przyglądać, bo było ciemno — noc.
— Ban-Abak! S..s...s..s.. sssss — zawołał jeden z nich.
— Ban-Abak! Ssss...ss..s...ss..s... — powtórzył drugi.
Podszedł do mnie i wziął za rękę. Podszedł i ten, który zawołał pierwszy — Ban-Abak! Coś mi zaczęli opowiadać wywijając rękoma w kierunku szynku. Nie rozumiałem ich mowy. Nie mówili ani po angielsku, ani po chińsku. Dziwacznie jakoś. Twarze też mieli jakieś dziwne — ni to Chińczycy ni to biali! Z Indochin może? Pokazywali też co chwila sakiewki pełne monet. Ciągnęli do szynku. Poszedłem z nimi wkońcu. Przed drzwiami jeszcze, zatrzymali się przyłożyli palce do ust i wyszeptali jednocześnie: Ban-Abak! Ssss...s... Ban-Abak! Ssss...s...s...
Siedliśmy przy stoliku, w głębi sali, w jednej z nisz. Piliśmy. Piliśmy dużo. Piliśmy za dużo nawet. Przynajmniej ja piłem za dużo. Oni może pili mniej, a może i nie pili wcale. Nie pamiętam już dobrze. Wkrótce byłem nieprzytomny. Czułem, jak spadłem z krzesła, jak mnie ktoś podniósł i gdzieś niósł. Światło jakieś zielone przedzierało się przez powieki. Cisza. Gdym się ocknął leżałem rozebrany w łóżku, w małym, pustym pokoiku, a u sufitu kołysała się mała lampka w zielonym abażurze. Ktoś leżał obok i obejmował mnie za szyję. Był to jeden z tych dwu. Odsunąłem się od niego. Wtedy on wylazł z łóżka i otworzył drzwi pokoiku... wszedł drugi. Podszedł do mnie. — Ban-Abak! Ban-Abaaaak! Czarna broda zakołysała się nade mną. Na piersiach i brzuchu uczułem nieznośny ciężar...
— Ban-Abaaak! Ban-Abaaaak! Ban-Abaaaaak!“
Opowiadanie Banabaka przeszło raptownie w przeraźliwy, nieprzytomny, obłąkany krzyk. Zagłuszył go potężny wybuch śmiechu zebranych marynarzy. Banabak stał w środku otoczony ich rozrechotaną, rozwrzeszczaną gromadą. Żółte policzki jego stały się blade, niemal przezroczyste. Błędny wzrok skakał niespokojnie z jednej twarzy na drugą. Grzbiet Banabaka całkiem widocznie przebiegał dreszcz.
Upadając niemal ze śmiechu, podszedł Syroj. Ręką wskazał Banabaka.
Rozumiecie?! — krzyknął do towarzyszy. — Rozumiecie teraz? Rozumiecie poco on nosi na zadku tę poduszkę?! Ban-Abaaak! Żeby było trudniej się dobrać do niego!! O! O! O! O! Zdechnę chyba ze śmiechu! Rozumiecie teraz? Poduszeczka!! Żeby było trudnie... O! O! O! Skonam! Boi się żeby po raz drugi... ktoś... nie... złakomił się... na niego... O! O! Oho! Oho! Poduszeczka! Oho! O! ho! ho!
Zbliżył się jeszcze Safandopułło, cichutko chichocząc w pięść. Obydwaj, Syroj i Safandopułło z rechotem, krzycząc na całe gardło „Ban-Abaaaak!“ runęli na Banabaka, przewrócili go na pokład i obejmując, usilnie starali się zedrzeć zeń przytroczoną rzemieniami poduszkę. Śmiech, rechoty, wrzaski i kwiki zebranej bandy nie posiadającej się z uciechy zagłuszyły poszum fal i klaskanie żagli. Zdawało się, że szał jakiś ogarnął załogę. Wtedy na śródokręciu zjawił się nagle kapitan Mamertyński. Potężną, włochatą pięścią odrzucił precz Syroja i Safandopułłę od półżywego ze wstydu i zmęczenia Banabaka.
— Tak znaczy, cóż wy tu z nim wyprawiacie? — zadudnił swym beczkowatym głosem „Mamert“. — Mamusię waszą w mózg, a rzetelnie! Rekinie ogony schlastane!
Banabak stał ciężko dysząc z opuszczoną na piersi głową. W ręku trzymał zerwaną, skórzaną poduszkę z pomiętemi rzemieniami.
— Idź do kambuza! — mruknął doń Mamertyński. A gdy Banabak odszedł, „Mamert“ pokazał jeszcze swą olbrzymią pięść Safandopulle i Syrojowi, dał im ją każdemu zosobna do powąchania i oddalił się do siebie na rufę.
Od tego dnia rozpoczęło się systematyczne znęcanie się i katowanie Banabaka przez Syroja i Safandopułłę przy powszechnym aplauzie załogi. Osią prześladowań była skórzana poduszeczka manjaka, którą zarówno Grek, jak i Rosjanin na wyścigi starali się zerwać, udając przytem jakieś niezdrowe w stosunku do Banabaka podniecenie erotyczne. Przeczulony już na tym punkcie manjak brał całkiem poważnie goryle zaloty wesołków, płakał, łkał, darł się w niebogłosy w czasie operacji zdzierania zeń poduszeczki, czem jeszcze bardziej podniecał zapał żartownisiów i jeszcze potężniejszy śmiech i pogardę wzbudzał w załodze. Dochodziło czasami do tego, że napół obłąkany, oszalały z rozpaczy i wstydu podbiegał do burty w zamiarze skończenia nędznego życia w falach oceanu. Wtedy na dni parę dawano mu odpoczynek i potem zaczynano odnowa. Cierpienia Banabaka nie miały końca. Kapitan Mamertyński bronił potrosze swego rodaka pokazywał i dawał wąchać prześladowcom swą włochatą pięść, a nawet raz gwizdnął nią w ucho Greka tak potężnie, że ten przez całe życie już zlekka niedosłyszał i miewał wieczorami uporczywe bóle głowy. Obrona ta nie była jednak opieką niańki i prześladowania przerywane na krótko zapachem włosów kapitańskiej pięści odnawiały się i były coraz natarczywsze i coraz bardziej wyrafinowane. Zresztą i obrona ta wypływająca z sympatji Mamertyńskiego do rodaka, wkrótce ustała z powodu pewnego wypadku, który przychylność kapitana do kucharza zamienił na niechęć, a nawet na wrogi stosunek.
A stało się to niezadługo do zarzucenia kotwic „Chinsury“ w porcie Cherbourga. Istnieje na pokładach wszystkich niemal okrętów żaglowych, szlachetny, tradycją uświęcony zwyczaj kradzieży prowiantów z kambuza. Zwyczaj ten ma mało zastosowania tam gdzie kucharz jest energiczny i zły, natomiast bardzo szeroko się uprawia, gdzie kok jest z usposobienia kluską i nie ma władzy nad marynarską bracią. Samo przez się rozumie, że Banabak należał do tej drugiej, „kluskowatej“ kategorji koków. Takiej jednak niezdary, jak Banabak nie było na pewno nigdy i nie będzie wśród kasty kucharzy okrętowych. Prowianty „wędzono“ mu niemal z patelni. W sztuce tej, tak samo zresztą, jak i w innych mało z uczciwością mających wspólnego, celowali Safandopułło i Syroj. Grek zwłaszcza, odznaczający się nieprzyzwoitym wprost apetytem, przebierał wszelką miarę w uszczuplaniu zapasów magazynu żywnościowego. Mamertyński, który zwrócił uwagę na zbyt szybkie zmniejszanie się prowiantów, wezwał Banabaka do siebie i nakazał mu oszczędność w rozdzielaniu dziennych racyj obiadowych. I oto następnej nocy gdy wachta w której byli Syroj i Safandopułło, schodziła ze służby otwarły się cicho drzwi prowadzące do kuchni i dwie postacie, jak cienie wślizgnęły się do środka. Banabak, który spał w nocy na ciepłej jeszcze płycie kuchennej, ostrożnie uniósł głowę. W świetle księżyca przenikającem przez iluminator u góry ujrzał na środku kambuza Rosjanina i Greka. Obydwaj zgarniali ze stołu w poły bluz puszki mięsnych konserw przygotowane do obiadu na dzień następny. Banabak zerwał się z płyty.
— Co robicie — krzyknął w rozpaczy — te puszki są wydane przez kapitana na jutro. Więcej już ich od niego nie dostanę!
— Milcz! — syknął nań tylko Syroj zgarniając puszki ze stołu.
— Obiadu jutro nie będzie! — płakał Banabak.
— Milcz, duszo moja, bo cię tu zaraz zniewolimy — z lodowatym spokojem oświadczył Grek.
Banabak ogarnięty przerażeniem z głuchym jękiem wcisnął się w kąt kambuza i milczał. Słychać było tylko, jak pośpiesznie i trwożnie łomotało jego serce.
Napastnicy dokonawszy rabunku tak samo cicho, jak weszli wyślizgnęli się z kuchni. Banabak siedział skulony w swym kącie i jarzącym się wzrokiem patrzał w mrok kambuza.
Nazajutrz załoga nie dostała obiadu, powstał groźny rozruch i oto wieczorem po opuszczeniu bandery kapitan Mamertyński zeszedł na śródokręcie i wezwał Banabaka do siebie. Załoga otoczyła ich ciasną obręczą.
— Tak znaczy, dlaczego dziś nie było obiadu? — zadudnił kapitan Mamertyński, zwracając się do Banabaka.
— Skradziono, panie kapitanie, puszki z mięsem — ledwie wyjąkał trzęsący się ze strachu Banabak.
Czerwony od gniewu „Mamert“ posiniał z wściekłości. Z gardła jego dobyło się jakieś nieludzkie charczenie, a potem lunął gwałtownie potok wyzwisk, przekleństw i obelżywych słów.
— A...a...a...a...a... psie syny! Czuchna parszywe! — ryczał olbrzymi kapitan tupiąc nogami w deski pokładu. — A — a — a — złodzieje! Wielorybie ogony! Kraby pryszczawe! Kradniecie prowiant przed przybyciem do portu?! Żeby go później sprzedać w jakiejś knajpie?!! Złodzieje! Sukinsyny! Mać waszą w ślepia raczym ogonem!!! Pod sąd was oddam złodzieje! A...a...a... A...
Mamertyński opanował się znagła i po chwili już spytał spokojnie:
— Tak znaczy, którzy skradli? Przyznać się bez bicia!
Załoga milczała. Mamertyński powiódł wzrokiem po twarzach. Oczy wszystkich „bodły“ twarz kapitana. Nie odezwał się nikt.
— Przyznajcie się lepiej — powiedział znów Mamertyński — jeśli przyznacie się sami, zbiję tylko po mordzie, jeśli sam dojdę kto złodziej — oddam pod sąd morski. Gadać!
Głuche milczenie panowało w tłumie marynarzy.
Wtedy Mamertyński zwrócił się do Banabaka.
— Ty spałeś w kambuzie tej nocy?
— Tak jest, panie kapitanie.
— Widziałeś tych, którzy kradli?
Bladość śmiertelna pokryła żółtą maskę Banabaka. Milczał. Kolana dygotały pod nim. Zdawało się, że za chwilę upadnie.
— Nie bój się, powiedz — ciągnął dalej Mamertyński — nie dam cię skrzywdzić. Złodziei zamknę odrazu w fortriumie i wypuszczę dopiero na sąd. Nic ci nie zrobią złego. Ja nie dam. Nie bój się. No, więc? Mówże!
Banabak milczał. Mamertyńskim znów wstrząsnęła pasja.
— Powiedzże nareszcie czyś ich widział, skwarko plugawa?!
Mamertyński postąpił krok naprzód i podsunął pięść pod nos Banabaka.
— Gadaj, kuchto! Widziałeś?!
— Nie widziałem, panie kapitanie — wyszeptał Banabak.
Rozległo się głuche uderzenie i ciało Banabaka zwalone pięścią kapitana runęło na pokład.
— Sam złodziej jesteś — wycedził Mamertyński przez zęby — sam złodziej jesteś skoro nikogo wskazać nie możesz. Sam żeś schował puszki z mięsem, żeby je później sprzedać w Cherbourgu. Parrrrszywiec!
Odwrócił się od leżącego w omdleniu Banabaka i odszedł za rufę.
Po wypadku tym katowania i znęcania się nad Banabakiem wzmogły się jeszcze bardziej. Pozbawiony potężnej opieki rozgniewanego kapitana, Banabak był zupełnie bezbronny wobec prześladowców. Syroj zaś i Safandopułło składając postępek Banabaka na karb jego tchórzostwa poczuli doń głęboką, szczerą pogardę i nienawiść.
Marynarze szanują tylko siłę i dzielność. Ideały łagodności, samozaparcia się i poświęcenia są dla nich obce i niezrozumiałe. To też nikt z załogi nie zrozumiał Banabaka. Każdy marynarz nie miał dlań innych uczuć oprócz uczucia pogardy dla tchórza. Syroj zaś i Safandopułło jak każdy prześladowca względem swej ofiary, żywili doń jeszcze silną, głuchą nienawiść. Oburzało ich, że ten nad kim oni pastwili się tak usilnie, zachowuje się biernie, nie broni się i nie bije, znosząc z pokorą wszelkie drwiny, obelgi i maltretowania. Nie rozumieli zwichniętej przeżyciami młodości duchowej struktury manjaka. Nieświadomie dążyli do tego, by w biernej, chorej duszy Banabaka wywołać reakcję — reakcję czynu. Wszelkiemi siłami i środkami starali się pobudzić to znękane ciało do obrony, do walki, któraby im dostarczyła nowych wrażeń, nowych rozrywek i śmiechu w monotonnem życiu na pokładzie „Chinsury“. Nie udawało się im to nigdy. — Banabak był martwy, martwy za życia, myślący i rozumujący kategorjami zaświatów. Tem większa też rosła w nich przeciwko niemu zawziętość pociągając za sobą całe serje coraz bardziej wyrafinowanych, szalonych, osiągających czasami moc orgji prześladowań.
Całkiem inaczej niż przypuszczali reagowała na nie chora, nienormalna, nieziemska już jaźń Banabaka. Wszystko jednakże ma swój koniec. Nastał on i dla cierpień Banabaka. A nastał wtedy gdy prześladowania osiągnąwszy punkt kulminacyjny przybrały postać ciężkiej, koszmarnej zbrodni i zostały przypieczętowane krwią.
Stało się to na drugi dzień po zarzuceniu kotwic „Chinsury” w porcie Cherbourga. Dnia tego cała załoga prócz kilku służbowych marynarzy zeszła na ląd i rozlazła się po knajpach i szynkach. Już od samego rana Safandopułło i Syroj, którzy postanowili uczynić w Cherbourgu coś niezwykle „wesołego”, udawali wobec Banabaka przyjaźń i szczerość. Nieszczęsny manjak, przypuszczając, że może zmiękły wreszcie kamienne serca jego prześladowców, brał to za dobrą monetę i chętnie przestawał z Safandopułłą i Syrojem. Ani razu nie udało mu się zauważyć drwiących, porozumiewawczych spojrzeń jakie zamieniali pomiędzy sobą Grek i Rosjanin. Ci zaś uknuli szatański zaiste plan i umówiwszy się z Banabakiem na wieczór w jednej z nadbrzeżnych kawiarń zaczęli poszukiwać po różnych norach i dziurach portowych z całej załogi im tylko znanych też im tylko znanego człowieka. Znaleźli go wkrótce i przy szklaneczkach wódki ubili z nim jakiś niezwykle ważny interes. Później oczekiwali już tylko zmroku i godziny spotkania się z Banabakiem.
O godzinie ósmej wieczór przy stoliku kawiarni położonej vis-a-vis pasażerskiego mola zeszli się wszyscy czterej: Syroj, Safandopułło, Banabak i ów nieznany człowiek, Francuz nazwiskiem Mahayo. Grek i Rosjanin na samym wstępie oświadczyli, że zamierzają pogodzić się z Banabakiem. Wyciągnęli dłonie. Banabak uścisnął je z zapałem i nie posiadał się z radości. Przypuszczając że teraz skończą się wszystkie jego niedole wpadł w cielęcy zachwyt, rzucił się na szyję z początku Syrojowi, potem Safandopulle i nawet oświadczył w swem radosnem ogłupieniu, że lepszych ludzi i towarzyszy nie spotykał nigdy w swem życiu. Wtedy Safandopułło zamieniwszy znaczące spojrzenie z Mahayem zaproponował oblanie zgody. Rozpromieniony szczęściem Banabak przyjął to z entuzjazmem i ofiarował się zapłacić wódkę za wszystkich. Jednakże okazało się to zbędne, gdyż Syroj miał już dwie butelki w kieszeni. Za namową Mahaya postanowiono nie iść nigdzie do szynku, lecz kupiwszy zakąsek wypić wódkę na pokładzie pierwszego lepszego szkuneru, których kilka stoi przy podmurowaniu wewnętrznej przystani. Są to zdeklasowane szkunery, załogi na nich niema i nikt absolutnie tam nie zagląda.
O godzinie dziesiątej całe towarzystwo siedziało już w nieprzebitych ciemnościach kubryku jednego z tych starych, napółrozwalonych szkunerów. Butelki opróżniały się szybko. Gdy w obydwóch ukazało się dno, Syroj i Safandopułło wyszli na pokład. Lekko się chwieli na nogach. Skręcili i zapalili papierosy. W świetle ogników to ukazywały się to znikały ich rozgorączkowane alkoholem, złośliwie uśmiechnięte twarze. Ciągle nasłuchiwali czegoś przy zamkniętych drzwiach kubryku. W końcu zaczęli się niecierpliwić.
— Cóż on tak marudzi, ten Mahayo? Mać jego...
Syroj nie dokończył. Za drzwiami kubryku rozległy się odgłosy szamotania, uderzeń i jęków. Po chwili na pokład wybiegł Banabak w poszarpanem na całem ciele ubraniu. Za nim wytoczył się gruby Mahayo, czerwony z rozbitą wargą.
— Cóż to za oszukaństwo?! — wrzasnął na całe gardło, głusząc jęki i narzekania Banabaka usiłującego wdrapać się na podmurowanie przystani.
— Cóż to za oszukaństwo?!! — krzyknął po raz drugi, łapiąc Syroja za kołnierz bluzy — on wcale nie chce... Cóżeście mi nałgali?! On się bije i gryzie zamiast dać się popieścić! Cóżeś mi nałgał, łajdaku, pytam się ciebie!
Syroj mocną dłonią oderwał rękę Mahaya od swojego kołnierza.
— Spokojnie — rzekł tylko — spokojnie, bo policja przyjdzie.
Safandopułło tymczasem ściągnął siłą szarpiącego się Banabaka z przystani na pokład, wepchnął do kubryka i przytrzymał drzwi.
— No, leź teraz do niego — syknął Grek do Mahaya — nie bój się, jak nie będzie się dawał, to już my ci pomożemy.
Ale Mahayo nie chciał. Banabak trzęsący się ze strachu za zamkniętemi drzwiami kubryku słyszał odgłosy coraz bardziej potęgującej się kłótni. Syroj i Safandopułło ciągnęli Mahaya do kubryku, ale tamten opierał się protestował, wkońcu zaczął wymyślać im na głos i żądać zwrotu jakichś pieniędzy. Kłótnia zamieniła się w końcu w bijatykę. Trzy ciała zbite w potworny kłąb tułowiów, głów, rąk i nóg potoczyły się w ciemności po deskach pokładu charcząc i ciężko dysząc. Banabak przez lekko uchylone drzwi patrzał ze zgrozą na to widowisko. Korzystając z nieuwagi walczących wymknął się z kubryku, wdrapał się po jakiejś cumie na przystań i oszalały z przerażenia pomknął nie oglądając się w ciemne ulice portowe.
Tymczasem na pokładzie szkunera gruby Mahayo wyrwał się z rąk przeciwników i odstąpiwszy na kilka kroków runął z impetem na stojącego najbliżej Safandopułłę. Przewrócił go na pokład i zaczął dusić. Syroj słaniając się ze zmęczenia na nogach stał przy burcie ciężko dysząc i spluwając krew z rozbitych warg.
— Oddaj pieniądze! — ryczał Mahayo dławiąc kolanami pierś i gardło Greka. — Oddaj pieniądze, oszuście!
— Ja... nie mam... — ledwo wykrztusił z siebie napół żywy Safandopułło. — Pieniądze... ma... Syroj....
Mahayo puścił Greka i rzucił się na Syroja. Tamten ze zmęczenia ledwo stojąc na nogach zdołał tylko zakląć, gdy miażdżący cios pięści Francuza zwalił go na pokład. Zerwał się jednak. Rosjanin i Francuz stali naprzeciw siebie ciężko dysząc i klnąc. Obydwaj szykowali się do walki. Safandopułło co parę sekund popadając w omdlenie leżał na pokładzie i biernie przyglądał się temu widowisku.
Pierwszy skoczył Francuz. Syroj usunął się błyskawicznie i podstawił nogę nacierającemu. Mahayo runął na pokład. Wtedy jakby nagle odzyskawszy siły, Syroj rzucił się na leżącego.
W mdłem, migotliwem świetle rzadkich latarń portowych zimnym blaskiem zalśniła stal i zgasła tuż przy szerokich, otyłych piecach Francuza. Krew, ciemną strugą bluznęła na deski pokładu. Z gardła Mahaya dobyło się charczenie, jęk, a później głośny, przeraźliwy, duszę rozdzierający krzyk zabrzmiał koszmarnie w cichych ulicach portowych.
— Ratunkuuuuuu!
Syroj prawą ręką zdławił gardło Francuza, a lewą trzymając nóż pchnął w bok raz, drugi i trzeci. Krzyk się urwał i tylko przedśmiertne charczenie dobywało się z piersi Mahaya. Było już jednak zapóźno — z głębi przybrzeżnych ulic zabrzmiały na alarm jękliwe gwizdki policyjnych patroli. Syroj porzucił zabitego i podniósł z pokładu Safandopułłę.
— Uciekajmy! — wyrzucił jednym tchem — Policja!
Grek oprzytomniał. Obydwaj rozejrzeli się dokoła. W głębi przystani majaczyły już płaszcze francuskiej policji portowej.
— Do wody! — krzyknął Syroj, zepchnął Greka z pokładu i sam skoczył za nim. Popłynęli szybko w kierunku redy, gdzie błyskały światełka „Chinsury”. Za nimi buchnęło kilka ogni wystrzałów. Kule plusnęły obok nich w fale. Nie trafiła żadna. Po dwudziestu minutach obydwaj podpłynęli do trapu „Chinsury”. Weszli na pokład. Nie zauważył ich nikt. Trapowy uciął sobie drzemkę w waterwejsie, w cieniu burty. Przedewszystkiem poszli do kuchni. Już przy drzwiach posłyszeli jakiś monotonny głos rozlegający się na płycie kuchennej. Banabak leżał na płycie twarzą w dół i pośpiesznie mamrotał:
— Nie mogę żyć... nie mogę żyć... nie mogę żyć...
Syroj podsunął mu pięść przed oczy i wycharczał:
— Mahaya zabiłem... żebyś słówka o niczem nikomu nie pisnął... pamiętaj... bo śmierć...
Banabak nie zwrócił nań najmniejszej uwagi.
— Nie mogę żyć... nie mogę żyć... nie mogę żyć... — mamrotał nieprzytomnie, kamiennym wzrokiem patrząc w deski kambuza.
— Zwarjował! — mruknął Safandopułło. — Nie wsypie nas. Chodźmy się przebrać...

Nazajutrz zrana, gdy do burty „Chinsury“, na dwóch motorówkach przybiła portowa policja w celu dokonania śledztwa w sprawie zabójstwa znanego w Cherbourgu zboczeńca nazwiskiem Mahayo — znaleziono Banabaka martwego z podciętemi żyłami leżącego na płycie kuchennej kambuza. W zesztywniałych już zimnych palcach jego dziwacznych rąk znaleziono kartkę tej treści: „W śmierci Francuza Mahaya proszę nikogo nie winić — ja go zamordowałem, gdyż chciał mnie zniewolić. Ja nie mogę żyć, gdyż mam ciało zbrukane. Do nikogo urazy nie mam. Przez życie całe Chrystusową pokorą starałem się zmazać mój mimowolny grzech młodości. Bóg mi przebaczy“.
Policja salutowała zwłoki zmarłego zbrodniarza i odjechała nie aresztowawszy nikogo. Po kilku dniach „Chinsura“ zabrawszy nowy ładunek odpłynęła z portu na pełne morze.
Kapitan Mamertyński przejął się bardzo śmiercią Banabaka. Przebaczył mu kradzież prowjantów i morderstwo. Zato zawziął się na Syroja i Safandopułłę. Po śmierci Banabaka Mamertyński pływał jeszcze na „Chinsurze“ przez dwa miesiące. I w ciągu tego czasu nie było dnia by coraz nowe sińce nie zjawiały się pod oczami Safandopułły i Syroja po procedurze „wąchania“ kapitańskiej pięści.
Wkońcu jednak nie mogąc przetrawić na morzu wrażenia jakie wywarła nań śmierć rodaka, kapitan Mamertyński porzucił służbę morską i zjechał na ląd do Polski.
Mieszka on teraz w małem prowincjonalnem miasteczku i opowiada ciekawym sąsiadom o swoich przeżyciach na oceanie i morzu.
A kiedy go pytają, czemu porzucił służbę w marynarce, kapitan Mamertyński macha tylko ręką i wspomniawszy zmarłego Banabaka, zamyśla się i cicho odpowiada:
— Et, tak sobie... Odpocząć, znaczy, chcę.



Przypisy

  1. Juzyng — rodzaj cienkiej linki marynarskiej.
  2. Bona — Port w północnej Afryce.
  3. Kok — kucharz okrętowy.
  4. Kubryk — pomieszczenie dla załogi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.