Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wa, południowa noc. Szkolny bark minąwszy brzegi Hiszpanji, zbliżał się do trawersu Gibraltaru. Orski znów miał służbę „oka“ na baku. Załoga spała w międzypokładzie, służbowa wachta też, wykorzystując spokojną pogodę, drzemała gdzieś pod brezentem na grota luku. Na pokładzie, ani na baku nikogo widać nie było. Pustka zalegała białe deski pokładu. Myśl pewna poruszyła się w głowie Orskiego.
— Żeby teraz... tu — pomyślał, patrząc uparcie na fale lśniące w poświacie księżyca.
Podwójne uderzenie w dzwon oznajmiło godzinę pierwszą po północy.
Orski rzucił przelotne spojrzenie na zielony i czerwony odblask świateł pozycyjnych.
— Światła się paląąąąąąą! — cisnął śpiewny okrzyk w kierunku rufy.
— Dobraaa! — po długiej chwili doleciał go stamtąd zaspany głos porucznika.
— Posnęli wszyscy — pomyślał Orski. Pochylił głowę na piersi i znów ta sama myśl uporczywa zaczęła się powtarzać coraz częściej i coraz silniej absorbować na sobie świadomość.
— Żeby teraz... tu... zaraz... śpią...
Po kilku minutach rozmyślań myśl ta zajęła plan