Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


minut. Bempo z pod daszka nasuniętej na czoło „bosmanki“ zaczął pilnie obserwować porucznika. Orski stał z opuszczoną na piersi głową i rękoma włożonemi głęboko w kieszenie spodni. Spojrzenie jego oczu wpatrzonych w widnokrąg miało wyraz głębokiej, ciężkiej zadumy. Bempo mógłby przysiąc, że oczy porucznika w chwili tej nic i nikogo nie widzą. Zdawało się, że spojrzenie ich zwrócone jest w tej chwili do wewnątrz czaszki, gdzie w mózgu powstaje gwałtownie jakaś potężna, ogromna wizja. Usta Orskiego rozwarły się lekko, a pierś poruszyła się kilka razy w ciężkim, niespokojnym oddechu, jakby przerażenie ścisnęło nagle jej żebra swemi lodowatemi szponami. Po długiej dopiero chwili porucznik uniósł głowę i, westchnąwszy głęboko, zbliżył się do światła pozycyjnego z bakburty. Postał chwilę, a potem zdecydowanym krokiem podszedłszy do bugszprytu, wlazł do siatki. Położył się na jej linach nad wodą plecami do góry i wzrok przenikliwy utopił w fale szemrzące łagodnie pod sztabą „Gwiazdy“.
— Nieprzytomny — pomyślał Bempo — lunatyk.
Porucznik, rzeczywiście, leżał w siatce tak długo aż Bempo, znużony ciągłem patrzeniem na niego, usnął w końcu po raz drugi, ukołysany szmerem fal