Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w dal, na redę, gdzie na kotwicach stoi biały, szkolny bark, który za dni kilka wyruszy z nimi na pokładzie w długą, daleką podróż.
Ciekawość, wzruszenie, lekki strach nawet...
Niski, pękaty holownik przybija do wysokiego mola. Z ust granatowo-złotych zejmanów dozorujących kolegów pada komenda: Załadowywać się, mamine synki!
Poruszył się niespokojnie, nerwowo tłumek białych bluz i wślad za zrzucanemi manatkami, z mola na pokład holownika zaczęły skakać niezdarne, często dziecinne jeszcze postacie „maminych synków“. Orski miał wielki i mocno ubity wór z rzeczami. Skinął na kolegę, by ten pomógł mu zrzucić go na dół. We dwóch ujęli wór krzepko za rogi i huśtając nim nadawali rozpędu, by rzucony wkońcu, padł na środek pokładu holownika. Zdarzyło się tak, że kolega za wcześnie puścił swe rogi i ciężki worek w rozpędzie upadku pociągnął Orskiego za sobą. Orski runął na twarz z wysokiego mola na pokład, rozbijając w krew nos i usta. Okrzyki przerażenia „maminych synków“ zmieszały się ze zgodnym grzmotem śmiechu granatowo-złotych mundurów. Do powstającego z pokładu Orskiego podszedł dozorujący starszy uczeń, wielki drab z potężnym już,