Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XVI.

Otrzymawszy przestrogę Uemnika, natychmiast zawróciłem od bramy Templu i poszedłem do Flit-Strit, nająłem karetę i udałeś się do Kowent-Garden do hotelu. W tych czasach można tam było o każdej porze wynająć pokój. Lokaj wpuścił mnie przez otwarte drzwi, zapalił jedną ze stojących świec i zaprowadził do pierwszego pokoju, będącego na liście. Był to maleńki pokoik z przedpokojem i wielkiem łożem, despotycznie panującem nad całem umeblowaniem, tak że jedna jego noga była prawie na kominku, druga we drzwiach a mała, skrzypiąca umywalnia była zupełnie niem przyduszona.
Położywszy się do łóżka wyczerpany, zmęczony, z bólem w nogach, rychło przekonałem się, że nie mogę zamknąć oczu. Cóż to była za noc! Jaką niespokojną, straszną i długą wydawała mi się! W pokoju czuć było jakąś niegościnną woń dymu i pyłu. Popatrzyłem w górę, w kąt sufitu i pomyślałem, wiele much ze sklepów masarskich i owadów z rynku zimuje tam, oczekując lata. Potem myśli wzięły inny obrót; zdawało mi się, że coś bardzo niemiłego spaceruje po mych plecach. Przeleżałem tak przez pewien czas i zacząłem rozróżniać zupełnie jasno dziwne szelesty, jakie budzi cisza nocy. Wiatr pogwizdywał, komin wzdychał, umywalnia trzeszczała a jakaś struna gitary brząkała od czasu do czasu w komodzie. Prócz tego blaski lampki nocnej na ścianach przybrały nowy wyraz, jakby chciały rzec: „Nie wracaj do domu“.
Jakąkolwiek była gra nocnej fantazyi, jakiekolwiekby były dźwięki, wszędzie i na wszystkiem widziałem i słyszałem tylko: „Nie wracaj do domu“. Myśl ta nie dawała mi spokoju, jakby ciągły ból fizyczny. Niedawno czytałem w gazetach, że jakiś nieznajomy zajechał do hotelu Gummsa, położył się do łóżka i zarżnął brzytwą, tak, że nazajutrz znaleziono go pławiącego się we krwi. Przyszło mi do głowy, że stanowczo musiał się zatrzymać pod tym samym numerem; wstałem, aby się przekonać, czy niema gdzie śladów krwi; potem zajrzałem na korytarz i bardzo się ucieszyłem, widząc światełko; widziałem, że przy niem drzemie lokaj. Ale pytania: — dlaczego mam nie wracać do domu? co się stało? Czy Prowisowi grozi niebezpieczeństwo? — tak przepełniały mą głowę, że wykluczały wprost inne myśli. Nawet, gdym myślał o Estelli i o naszem na wieki rozstaniu, gdym przypomniał sobie wszystkie okoliczności pożegnania: jej głos, jej spojrzenie, ruch palców, przesuwających igłę, nawet wówczas przestroga: „nie wracaj do domu“ nie przestawała mnie prześladować. Wreszcie, znużony fizycznie i duchowo, zasnąłem, ale i we śnie te słowa zmieniły się w jakiś dziwaczny czasownik, który miałem odmieniać. Szczere przestrogi: nie chodź do domu, niech nie idzie do domu, nie chodźmy do domu, niech nie idą do domu. Następnie decyzye, niezliczone formy: nie powinienem, nie chcę, nie wypada, m« mogę wracać do domu; tu już poczułem, że zaczynam się budzić, zsuwać z poduszki i znów wpatrywałem się w świetlane blaski, patrzące na mnie ze ściany.
Kazałem się obudzić o siódmej, ponieważ koniecznie chciałem się widzieć z Uemnikiem i oczywiście tym razem chciałem porozumieć się z nim według jego uolworckiego sposobu myślenia. Z przyjemnością opuszczałem pokój, w którym spędziłem taką noc, to też lokaj nie potrzebował stukać dwa razy we drzwi, aby mnie zbudzić.
Punktualnie o ósmej zamek ukazał się mym oczom; gdym się doń zbliżył, wchodziła właśnie mała służąca z dwoma świeżymi chlebami, przeszedłem wraz z nią przez mostek i bez zameldowania stanąłem przed Uemnikiem, przygotowującym dla siebie i ojca herbatę. Przez otwarte drzwi widziałem starca, leżącego jeszcze w łóżku.
— Aha, pan Pip! Więc pan wrócił?
— Tak, ale nie zachodziłem jeszcze do domu.
— Dobrze pan zrobił, na wszelki wypadek zostawiłem notatki przy każdej bramie Templu. Przez którą pan wszedł?
Powiedziałem mu to.
— Dziś jeszcze obejdę wszystkie inne bramy i zniszczę notatki. Nie należy nigdy zostawiać pisemnych świadectw, jeśli można się bez nich obyć; jest to wogóle dobra reguła, bo często ani się spodziejesz, jak się przyda. Czy nie mógłbym pana prosić o przysmażenie tej kiełbaski dla mego czcigodnego ojca?
Odrzekłem, że bardzo chętnie to zrobię.
— W takim razie możesz wrócić do swych zajęć Maryo Anno, my zaś pozostaniemy bez świadków — dodał, dając mi znak, gdy wyszła z pokoju.
Podziękowałem mu za życzliwość i ostrożność i zaczęliśmy rozmawiać półgłosem, podczas gdym przysmażał kiełbaskę dla starca a Uemnik smarował dlań chleb:
— Rozumiemy się zatem wzajemnie, panie Pip; mamy sprawę osobistą, zupełnie nas tyczącą. Urzędowe stosunki — to dobra rzecz, ale i tak jesteśmy zbyt urzędowi.
Zgodziłem się z nim; byłem tak podrażniony, że o mało nie spaliłem kiełbaski; zapłonęła, jak pochodnia, tak że musiałem ją gasić.
— Wczoraj wieczorem słyszałem w pewnem miejscu, w którem raz byłem z panem... nawet między sobą lepiej nazwisk unikać, o ile można.
— Naturalnie, że lepiej. Rozumiem pana.
— A więc w tem miejscu słyszałem wczoraj wieczorem, że pewna osoba, mająca związek z koloniami i niepozbawiona ruchomego majątku — nie jestem pewien kto — nie trzeba zatem wymieniać jego nazwiska...
— Nie trzeba.
— Narobiła wiele hałasu w pewnej części miasta, do której porządni ludzie nieczęsto jeżdżą z własnej woli, lecz zwykle za karę...
Śledząc wyraz jego twarzy, zapomniałem o kiełbasce, która zapłonęła silnym ogniem i odwróciła uwagę Uemnika od rozmowy. Usprawiedliłem się a on mówił:
— Przez to, że znikła stamtąd i przepadła bez wieści. Z tego powodu wynikły różne przypuszczenia i teorye. Słyszałem nawet, że śledzą za panem w Garden-Korcie i prawdopodobnie będą śledzili nadal......
— Kto śledzi?
— Nie chcę rozwlekać się nad tem, to bowiem pociągnęłoby za sobą odpowiedzialność. Słyszałem to podobnie, jak wiele rzeczy innych w tem miejscu. Nie twierdzę stanowczo, że to pewne. Słyszałem tylko.
Mówiąc to, wziął mi z rąk widelec z kiełbaską, starannie ułożył na talerzyku całe śniadanie dla starca; zanim odniósł je, poszedł do pokoju ojca, zawiązał mu serwetkę pod brodę i pomógł usiąść. Potem ostrożnie ustawił przed nim śniadanie i rzekł:
— Wszystko w porządku, nieprawdaż?
— Tak, tak Janie, mój chłopcze! — odrzekł wesoły starzec.
— A czy ten nadzór nade mną — spytałem Uemnika, gdy wrócił — niema nic wspólnego z osobą, o którą chodzi?
Twarz Uemnika przybrała poważny wygląd.
— Nie mogę stanowczo tego orzec; a właściwie mogę powiedzieć, że albo ma coś wspólnego, albo będzie miał, a w każdym razie może mieć i dlatego należy się strzedz.
Wiedząc, że jego stosunki w Littel-Briten zamykały mu usta i czując wdzięczność za to, co już powiedział, nie dokuczałem mu więcej pytaniami. Ale po zastanowieniu postanowiłem zadać mu jeszcze jedno i pozostawić pełną swobodę odpowiedzi, ponieważ byłem pewny, że postąpi tak, jak mu podyktuje rozum. Przestał jeść na chwilę, założył ręce i zataczając rękawy koszuli (bo za za wielką wygodę uważał możność chodzenia w domu bez surduta), kiwnął głową, chcąc przez to wyrazić, że mogę zadać mu pytanie.
— Czy słyszał pan co o człowieku, mającym bardzo złą sławę, nazwiskiem Kompenson?
Skinął głową.
— Czy żyje?
Znowu skinął.
— I przebywa w Londynie?
Znów kiwnął, zacisnął usta i zaczął jeść śniadanie.
— No, skończone badanie i powiem panu, com zrobił, gdym usłyszał to, o czem panu mówiłem. Udałem się do Garden-Kortu, by pana odszukać, nie znalazłszy pana w domu, poszedłem do Klarrikera, w nadziei, że zastanę tam pana Herberta.
— Nie zastał go pan?
— Zastałem go. Nie mówiąc nazwisk i nie wdając się w szczegóły, dałem mu do zrozumienia, iż jeśli mu wiadomo, że ktoś, mniejsza kto, mieszka w sąsiedztwie, to najlepiejby zrobił, gdyby tego Toma, Dżeka, czy Dżemsa usunął, zanim pan wróci.
— Oczywiście było to dlań niespodzianką i nie wiedział, co zrobić?
— Było rzeczywiście niespodzianką, jeszcze większą, gdy mu oznajmiłem, że nie byłoby bezpiecznie przewozić tego Toma, Dżeka, czy Dżemsa zbyt daleko. Posłuchaj, panie Pip, jedno panu powiem. W obecnych okolicznościach najwygodniejszem jest wielkie miasto, gdy pan się już tu znajduje. Nie uciekaj pan zbyt spiesznie z bezpiecznego miejsca, tylko umiej się ukryć. Daj pan możność zapomnienia sprawy, zanim pan wyjdzie na wolne powietrze, choćby nie tutejsze, tylko zagraniczne.
Podziękowałem mu za cenną radę i spytałem, co powiedział na to Herbert.
— Pan Herbert namyślał się z pół godziny, wreszcie oznajmił mi w zaufaniu, że stara się o dziewczę, którego ojciec nie opuszcza łóżka. Ojciec jej leży zawsze przed półokrągłem oknem, z którego może obserwować statki, płynące w górę i w dół rzeki. Pan zna zapewne to dziewczę?
— Osobiście nie. A to dlatego, że ona nie ]ubi mnie, jako człowieka, który sprowadza Herberta z właściwej drogi i tak zimno przyjęła propozycyę poznajomienia się ze mną, że Herbert musiał mi to oznajmić i prosić, bym jeszcze poczekał. Gdym zaczął mu pomagać potajemnie, znosiłem tę małą przykrość z rezygnacyą, godną filozofa. Zakochani ze swej strony niezbyt spieszyli się z wprowadzeniem w swe towarzystwo obcej osoby i tak, choć już od pewnego czasu jestem przekonany o zmianie usposobienia Klary i choć wymieniałem z nią wyrazy życzliwości i komplementa za pośrednictwem Herberta, nie widziałem jej jeszcze.
Nie dokuczałem więcej Uemnikowi przytaczaniem szczegółów.
— Tak więc — zaczął znów Uemnik — ten dom z półokrągłemi oknami wychodzi na rzekę, trochę niżej za basenem między Limkoosem a Gryniczem i należy do szanownej wdowy, która wynajmuje górne piętro. Pan Herbert zaproponował mi przeniesienie tam Toma, Dżeka, czy Dżemsa. Uważałem tę propozycyę za bardzo rozumną a to z powodów, które panu zaraz wyjaśnię. Po pierwsze będzie to miejsce poza granicą strzałów i wogóle zdala od wszelkich ulic; powtóre będzie pan miał wiadomości o niebezpieczeństwie Toma, Dżeka czy Dżemsa przez Herberta, nie narażając się na niebezpieczeństwo; a z czasem, gdy pan zechce wsadzić Toma, Dżeka, czy Dżemsa na zagraniczny okręt, znajdzie pan taki pod ręką.
Bardzo uspokojony tem, parę razy podziękowałem mu i prosiłem, aby mówił dalej.
— A więc! Pan Herbert z zapałem zabrał się do dzieła i wczoraj o dziewiątej wieczorem zupełnie szczęśliwie przeprowadził Toma, Dżeka, czy Dżemsa, mniejsza z tem, jak się nazywa. Na dawnem mieszkaniu powiedziano, że wyjechał do Duwru i rzeczywiście powieziono go drogą duwrską, a potem z niej zboczono. No, a wreszcie i ta dobra strona, że wszystkiego dokonano bez pomocy pana i to tak, że jeśli ktoś śledził pana, to musiał wiedzieć, że pan był w tym czasie daleko stąd i zajęty zupełnie czem innem. To odwraca podejrzenie i myli drogę; z tego powodu nie radziłem panu wracać na noc do domu. To więcej jeszcze zaciera ślady, a panowie musicie je pozacierać.
Uemnik tymczasem dokończył śniadania, spojrzał na zegarek i przygotowywał się do włożenia surduta.
— Teraz zrobiłem zdaje mi się, wszystko co mogłem; ale jeśli mogę być panu jeszcze w czemś pomocny — rozumie się z uolworckiego punktu widzenia, to będę bardzo zadowolony. Może pan zupełnie spokojnie udać się dziś wieczorem popatrzeć, jak urządził się Tom, Dżek czy Dżems, zanim pan wróci do domu — oto jeszcze jeden powód, dla którego lepiej było, by pan nie wracał wtedy do siebie. Ale gdy pan raz wejdzie do domu, niech już pan tam nie chodzi. Wie pan, jak zawsze rad widzę pana. — Ręce miał już swobodne i po przyjacielsku uścisnął mnie. — Wreszcie na zakończenie pozwoli mi pan dać sobie jedną radę. — Oparł mi obie ręce na ramionach i dodał tryumfującym szeptem: — niech pan korzysta z tego wieczoru, by zawładnąć jego rzekomym majątkiem. Kto wie, co się może stać. Uważaj pan, by się co nie stało z jego ruchomym majątkiem.
Straciłem nadzieję uświadomienia kiedy Uemnika o mych przekonaniach co do tego przedmiotu i nie starałem się więcej przekonywać go.
— Już czas na mnie — rzekł Uemnik. — Jeśli pan nie ma nic lepszego do roboty, niech pan tu zostanie do zmierzchu. Wydaje się pan znużonym i dobrzeby było, gdyby pan spędził tu spokojnie dzień ze starcem — zaraz wstanie. I niech pan skosztuje z łaski swej kawałek tej wieprzowiny.
— Dobrze.
— A więc pan decyduje się na kawałek. Ta kiełbaska, którą pan smażył, była z niej zrobiona i zupełnie godna pochwały. Niech pan spróbuje kawałek, choćby z powodu dawnej znajomości. Żegnaj, ojcze! — wesoło zawołał na zakończenie.
— Tak, tak Janie — odrzekł starzec ze swego pokoju.
Wkrótce zasnąłem przy kominku i wogóle wesoło spędziłem cały dzień. Na obiad podano wieprzowinę i jarzyny, wyrosłe na grządkach wyspy; oczywiście kiwałem głową starcowi, jak tylko mogłem. Gdy zupełnie ściemniało, wyszedłem, zostawiając starca bardzo zakłopotanego przy kominku; zgarniał węgle, przygotowując się do smażenia grzanek. Z liczby naczyń i z niespokojnych spojrzeń, które starzec rzucał od czasu do czasu na maleńkie drzwiczki na ścianie, wnioskowałem, że pani Skiffins będzie dziś u nich na herbacie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.