Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, tak Janie — odrzekł starzec ze swego pokoju.
Wkrótce zasnąłem przy kominku i wogóle wesoło spędziłem cały dzień. Na obiad podano wieprzowinę i jarzyny, wyrosłe na grządkach wyspy; oczywiście kiwałem głową starcowi, jak tylko mogłem. Gdy zupełnie ściemniało, wyszedłem, zostawiając starca bardzo zakłopotanego przy kominku; zgarniał węgle, przygotowując się do smażenia grzanek. Z liczby naczyń i z niespokojnych spojrzeń, które starzec rzucał od czasu do czasu na maleńkie drzwiczki na ścianie, wnioskowałem, że pani Skiffins będzie dziś u nich na herbacie.






Rozdział XVII.

Wybiła już ósma, gdym ocknął się w atmosferze trocin i świeżego drzewa. Cały brzeg był zajęty dokami i pracowniami, w których budowano łódki, obrabiano maszty, wiosła i bloki. Tej części miasta zupełne nie znałem.
Wybrawszy z niewielu porządnych domków, wychodzących na wybrzeże Młyńskiego Potoku, dom trzypiętrowy z drewnianą fasadą i okrągłem oknem, spojrzałem na drzwi i zobaczyłem na tablicy nazwisko pani Wimpel. Właśnie jej szukałem; zadzwoniłem; drzwi ot-