Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


worzyła mi kobieta starsza, otyła, o dość miłej powierzchowności, zaraz jednakże zastąpił ją Herbert, który wprowadził mnie do pokoju bawialnego i zamknął za sobą drzwi. Miło mi było widzieć tę znajomą twarz, w tem nieznanem obcem miejscu, to też patrzyłem nań zupełnie inaczej, niż na narożną szafkę ze szkłem i porcelaną, na muszle na kominku i na rozwieszone po ścianach obrazy.
— Wszystko urządzone jak najlepiej, drogi Hendlu. Jest zupełnie zadowolony, ale pragnie cię zobaczyć. Moja Klaruńcia jest obecnie u ojca, jeśli poczekasz, aż wróci, przedstawię jej ciebie i pójdziemy na górę....
— Pani Wimpel bardzo zadowolona, że Prowis tu zamieszkał. Jakiż człowiek mógłby znieść hałasy ojca Klary? To smutne miejsce, nieprawdaż?
Rzeczywiście było to smutne miejsce, ale bardzo porządne i czyste.
— Pani Wimpel dobra gospodyni. I nie wiem naprawdę, coby robiła moja Klara bez jej macierzyńskiej opieki. Klara nie ma matki, ani krewnych, prócz tego szaleńca.
— Jak się on nazywa?
— Nazywają go panem Barle.
Herbert poprzednio opowiadał mi, że po raz pierwszy poznał pannę, Klarę Barle, gdy była jeszcze w szkole w Hammersmit, a kiedy została wezwana do opieki nad chorym ojcem,