Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


domu — oto jeszcze jeden powód, dla którego lepiej było, by pan nie wracał wtedy do siebie. Ale gdy pan raz wejdzie do domu, niech już pan tam nie chodzi. Wie pan, jak zawsze rad widzę pana. — Ręce miał już swobodne i po przyjacielsku uścisnął mnie. — Wreszcie na zakończenie pozwoli mi pan dać sobie jedną radę. — Oparł mi obie ręce na ramionach i dodał tryumfującym szeptem: — niech pan korzysta z tego wieczoru, by zawładnąć jego rzekomym majątkiem. Kto wie, co się może stać. Uważaj pan, by się co nie stało z jego ruchomym majątkiem.
Straciłem nadzieję uświadomienia kiedy Uemnika o mych przekonaniach co do tego przedmiotu i nie starałem się więcej przekonywać go.
— Już czas na mnie — rzekł Uemnik. — Jeśli pan nie ma nic lepszego do roboty, niech pan tu zostanie do zmierzchu. Wydaje się pan znużonym i dobrzeby było, gdyby pan spędził tu spokojnie dzień ze starcem — zaraz wstanie. I niech pan skosztuje z łaski swej kawałek tej wieprzowiny.
— Dobrze.
— A więc pan decyduje się na kawałek. Ta kiełbaska, którą pan smażył, była z niej zrobiona i zupełnie godna pochwały. Niech pan spróbuje kawałek, choćby z powodu dawnej znajomości. Żegnaj, ojcze! — wesoło zawołał na zakończenie.