Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


całem umeblowaniem, tak że jedna jego noga była prawie na kominku, druga we drzwiach a mała, skrzypiąca umywalnia była zupełnie niem przyduszona.
Położywszy się do łóżka wyczerpany, zmęczony, z bólem w nogach, rychło przekonałem się, że nie mogę zamknąć oczu. Cóż to była za noc! Jaką niespokojną, straszną i długą wydawała mi się! W pokoju czuć było jakąś niegościnną woń dymu i pyłu. Popatrzyłem w górę, w kąt sufitu i pomyślałem, wiele much ze sklepów masarskich i owadów z rynku zimuje tam, oczekując lata. Potem myśli wzięły inny obrót; zdawało mi się, że coś bardzo niemiłego spaceruje po mych plecach. Przeleżałem tak przez pewien czas i zacząłem rozróżniać zupełnie jasno dziwne szelesty, jakie budzi cisza nocy. Wiatr pogwizdywał, komin wzdychał, umywalnia trzeszczała a jakaś struna gitary brząkała od czasu do czasu w komodzie. Prócz tego blaski lampki nocnej na ścianach przybrały nowy wyraz, jakby chciały rzec: „Nie wracaj do domu“.
Jakąkolwiek była gra nocnej fantazyi, jakiekolwiekby były dźwięki, wszędzie i na wszystkiem widziałem i słyszałem tylko: „Nie wracaj do domu“. Myśl ta nie dawała mi spokoju, jakby ciągły ból fizyczny. Niedawno czytałem w gazetach, że jakiś nieznajomy zajechał do hotelu Gummsa, położył się