Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały Tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały Tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział XV.

Zastałem panią Chewiszem i Estellę w pokoju z toaletą i płonącemi woskowemi świecami. Pani Chewiszem siedziała w krześle w pobliżu kominka, Estella zaś u jej nóg na poduszce. Estella tkała, pani Chewiszem patrzyła przed siebie. Obie podniosły oczy, gdym wszedł i zauważyły zmianę we mnie. Poznałem to ze spojrzenia, jakie zamieniły między sobą.
— Jakiż to wiatr — rzekła pani Chewiszem — przyniósł cię tutaj? — Choć uparcie patrzyła na mnie, była zmieszana. Estella co chwila przerywała zajęcie i rzucała wzrokiem na mnie; wyobrażałem sobie, że z ruchów jej palców czytam tak jasno, jakby z elementarza niemych, że wie o odkryciu mego dobrodzieja.
— Byłem w Riczmond wczoraj, aby zobaczyć Estellę, a dowiedziawszy się, że jakiś wiatr przywiał ją tutaj, przyjechałem za nią.
Pani Chewiszem trzy czy cztery razy prosiła, bym usiadł; zająłem w pobliżu toalety krzesło, na którem ona często siadywała. Widząc na wszystkich punktach ruinę mych marzeń, uważałem to krzesło za najwłaściwsze dla siebie miejsce w tym dniu.
— Wszystko, co chciałem wyznać Estelli opowiem zaraz w obecności pani. Nie zadziwi to pani i nie obrazi. Jestem obecnie nieszczęśliwszy, niż mogła pani kiedykolwiek zapragnąć.
Pani Chewiszem wciąż uparcie patrzyła na mnie. Mogłem spostrzedz z ruchu palców Estelli, że mnie słucha, choć oczu nie podnosi.
— Poznałem swego dobroczyńcę. Ale nie jest to odkrycie szczęśliwe i nie poprawi ono niego położenia czy stanowiska. Pewne powody nie dozwalają mi się nad tem rozwodzić. Jest to tajemnica obca — nie moja.
Umilkłem na chwilę, patrząc na Estellę i zastanawiając się, co dalej mówić. Pani Chewiszem powtórzyła: — Tajemnica obca, nie twoja. No cóż dalej?
— Gdy pani po raz pierwszy mnie tu wezwała, żyłem jeszcze tu we wsi i żałuję dziś, żem ją opuścił; przypuszczam, że znalazłem się tu tak, jakby się mógł znaleźć każdy inny chłopiec, jako służący dla zaspokojenia zachcianek, za dobrowolną umową?
— Tak, Pip! Masz słuszność!
— A pan Dżaggers?
— Pan Dżaggers nie brał w tem najmniejszego udziału, a nawet nic o tem nie wiedział. Zwykłemu przypadkowi można przypisać, że był zarazem pełnomocnikiem moim i twego dobroczyńcy. Ma on stosunki z wieloma ludźmi i stąd mogła wyniknąć mimowolna twoja pomyłka. Jakkolwiek było, wynikła ona bez obcego współudziału.
Widocznie nic nie ukrywała i nie kłamała.
— A gdym popełnił omyłkę i skutkiem tego tak długo błądziłem, pani nie wyświetliła mi prawdy.
— Tak, nie oświeciłam cię.
— Nie przemawia to na korzyść dobroci serca pani.
— Kimże jestem — zawołała, uderzając laską w podłogę, ze wzrastającym gniewem, tak że Estella popatrzyła na nią ze zdziwieniem. — Kim jestem — powiedz, na miłość Boską, dlaczego mam być dobrą dla kogokolwiek?
Gniew ten wzbudziłem mimowoli. Powiedziałem jej to, gdy siedziała ponura po tym wybuchu.
— Dobrze, dobrze! Cóż więcej?
— Wynagrodzono mnie hojnie za pracę. Oddano mnie na naukę i robiłem postępy tylko z wrodzonej ciekawości. To, o czem mówić będę dalej, ma inną przyczynę, przypuszczam, że jeszcze bardziej osobistą. Podtrzymując mą pomyłkę, karała pani — może sama pani znajdzie inne nieobraźliwe wyrażenie — swych egoistycznych krewnych?
— Tak. Sami tego chcieli! Tego i tyś chciał. Dlaczegóż miałem ich lub ciebie prosić, byście nie postępowali tak, jak się wam podobało? Sam zastawiłeś na siebie sieci, nie ja.
Przeczekałem aż się zupełnie uspokoi, bo i te słowa wymówiła gniewnie i ostro, i ciągnąłem.
— Wszedłem do rodziny krewnych pani i mieszkałem wciąż u niej, póki byłem w Londynie. Wiem, że byli oni, zarówno jak ja, oszukani. Postąpiłbym podle i nikczemnie, gdybym pani nie oznajmił — choćby tam nie wiem lak pani to przyjęła i uwierzyła czy nie — że bardzo pani jest niesprawiedliwą względem Mateusza Poketa i syna jego Herberta, jeśli pani ich nie uważa za uczciwych, szanownych i szczerych ludzi.
— Jesteś ich przyjacielem.
— Sami przyjaźń mi ofiarowali, nawet wówczas, gdy przypuszczali, że ich pozbawiam spadku, podczas gdy Sara Poket, pani Jerzowa i panna Kamilla zupełnie nie miały dla mnie życzliwości.
Porównanie mych przyjaciół z innymi członkami jej rodziny wywarło dobre net niej wrażenie. Przez chwilę badawczo patrzyła na mnie i rzekła cicho:
— Czego żądasz dla nich?
— Tego, by pani nie łączyła ich z innymi. Mają krew wspólną, lecz niech mi pani wierzy, nie jednakowe charaktery.
— Czego żądasz dla nich?
— Nie jestem tak podstępny, jak pani widzi, aby skryć to, że czegoś dla nich pragnę. Pani Chewiszem, jeśli pani chce korzystnie użyć pieniędzy i wyświadczyć wielką usługę memu przyjacielowi Herbertowi, która jednakże musi być zrobiona bez jego wiedzy, pomogę pani.
— Dlaczego musi się zrobić bez jego wiedzy? — spytała, kładąc ręce na lasce, aby lepiej mnie zbadać.
— Dlatego, że sam zacząłem tę sprawę, bez jego wiedzy dwa lata temu i nie chciałbym się zdradzić. Dlaczego nie mogę posłużyć się przy tem własnymi środkami, nie mogę wytłomaczyć. To tajemnica, należąca do kogoś innego.
Zwolna przeniosła spojrzenie ze mnie na ogień. Przeczekawszy dość długo, drgnęła, gdy iskry wybuchnęły i znów patrzyła na mnie zrazu obojętnie, potem uważniej. Przez ten cały czas Estella tkała. Wreszcie pani Chewiszem zwróciła się do mnie, jakby nie było przerwy w naszej rozmowie:
— Cóż więcej?
— Estello — zawołałem, zwracając się ku niej i starając się zapanować nad drżeniem swego głosu — wiesz, że cię kocham. Wiesz, że cię dawno i gorąco kocham.
Podniosła na te słowa oczy, palce jej zmięły robotę, popatrzyła na mnie nieruchomym wzrokiem. Pani Chewiszem przenosiła wzrok to na nią, to na mnie.
— Wyznałbym to już wcześniej, gdyby nie to ciągłe przekonanie, że pani Chewiszem przeznaczyła nas dla siebie. Póki myślałem, że nie możesz decydować sama o sobie, wstrzymywałem się z tem wyznaniem. Teraz muszę się wypowiedzieć.
Nie zmieniając wyrazu twarzy i wciąż pracując palcami, Estella pokiwała głową.
— Wiem, że nie mogę mieć nadziei nazwania cię moją, Estello! Nie mogę powiedzieć, co się wkrótce ze mną stanie, gdy będę biednym i gdzie się zwrócę. Ale kocham cię, pokochałem cię od pierwszego naszego spotkania w tym domu.
Wciąż patrząc na mnie i pracując palcami, skinęła głową.
— Byłoby okrutne, bardzo okrutne, gdyby Pani Chewiszem igrała z uczuciami biednego, małego chłopca i męczyła mnie w ciągu tych tat pustą nadzieją, jeśli z zamiarem tak postępowała. Nie myślę jednak, aby to było jej celem. Może skutkiem własnych cierpień zapomniała o moich, Estello!
Tu pani Chewiszem przyłożyła rękę do serca, wciąż patrząc to na mnie, to na Estellę.
— Zdaje mi się — rzekła spokojnie Estella że są uczucia, kaprysy — nie wiem, jak to nazwać, — których nie rozumiem. Gdy mówisz, że mnie kochasz, rozumiem to tylko jako słowa, nic więcej. Niczego nie poruszasz w mem sercu. Nie zajmuje mnie to, co mówisz. Starałam się przestrzedz cię o tem. Nie czyniłam tego?
Z bólem odrzekłem: „tak, tak“.
— Nie zważałeś na przestrogi, przypuszczając, że nie o tem chciałam mówić. Czy nie tak?
— Byłem przekonany, że masz oziębłą naturę. Tak młoda jeszcze, niedoświadczona, piękna!
— Otóż jest to w mej naturze, w naturze wyrobionej we mnie. Mówiąc to, czynię wielką różnicę między tobą a innymi. Więcej nie mogę uczynić.
— Czy prawda, że Bentel Drummel bawi tu w mieście i stara się o ciebie?
— Prawda — odrzekła obojętnie, prawie ze wstrętem.
— Prawda, że ty dajesz mu nadzieje, jeździsz z nim konno i że dziś ma być tu na obiedzie?
— Prawda.
— Nie możesz kochać go, Estello!
Palce jej po raz pierwszy się zatrzymały i z przejęciem rzekła:
— Cóż ci mówiłam? Wciąż posądzasz że co innego mówię, niż myślę?
— Nie wyjdziesz za mąż za niego?
Popatrzyła na panią Chewiszem, pomyślała chwilkę i rzekła:
— Dlaczego nie wyznać ci prawdy? Wychodzę za niego.
Schwyciłem się rękami za głowę, ale po chwili zapanowałem nad sobą, choć słowa te strasznie mnie przejęły. Gdym znów podniósł głowę, pani Chewiszem była podobną tak do widma, że pomimo własnej boleści, doznałem na jej widok wzruszenia.
— Estello, droga, kochana Estello, nie dozwól, by pani Chewiszem cię zmusiła. Porzuć mnie, wiem, że to zrobisz; ale obdarz sobą człowieka godniejszego, niż Drummel. Pani Chewiszem wydaje cię za niego, by poniżyć i dokuczyć wielu lepszym ludziom, ubóstwiającym cię. W liczbie tych jest jeden, co tak cię kocha, jak ja, choć nie tak długo. Wyjdź za niego, zniosę to dla twego szczęścia!
Moje gorące uczucie zdziwiło ją i prawdopodobnie wzbudziłoby współczucie dla mnie, gdyby mogła mnie zrozumieć.
— Wychodzę za niego. Robią już przygotowania do ślubu, który wkrótce nastąpi. Poco z wyrzutem wspominasz nazwisko swej opiekunki? To mój własny wybór.
— Twój własny wybór, oddanie się nicponiowi?
— Komuż się mam oddać? — uśmiechając się, rzekła. — Człowiekowi, który od razu pozna, że nie mam żadnych serdecznych dlań uczuć? Już postanowione. Zgodzimy się z mężem. Co się tyczy pani Chewiszem, to nie tylko nie skłaniała mnie do tego kroku, ale namawiała nawet, bym nie wychodziła obecnie za mąż, lecz poczekała jeszcze. Znudziło mnie jednak życie, jakie prowadzę. Miało ono za mało powabu dla mnie i dlatego zdecydowałam się do zmiany na nowe. Ani słowa więcej. Nigdy się nie zrozumiemy.
— Oddać się takiemu głupcowi, podłemu nicponiowi! — powtórzyłem z boleścią.
— Nie obawiaj się, bym go uszczęśliwiła. Na tem skończmy, idealny chłopcze, czy młodzieńcze.
— Estello! — zawołałem prawie z płaczem — choć starałem się opanować — nawet, gdybym pozostał w Anglii i mógł mieć to samo stanowisko, co inni, czyż mógłbym widzieć cię żoną Drummela?
— Głupstwo! Głupstwo! To prędko przeminie.
— Nigdy Estello!
— Za tydzień o mnie zapomnisz.
— Zapomnę! Tyś częścią mego istnienia, częścią mnie samego! Gdym czytał, przy każdym wierszu o tobie myślałem od chwili, gdym po raz pierwszy tu przybył i jako chłopiec, którego serce już wówczas opanowałaś! Twą postać widziałem wszędzie — na rzece, na żaglach okrętów, na moczarach, na morzu, na ulicach. Byłaś wcieleniem każdej szlachetnej myśli, która rodziła się we mnie a wpływ twój na mnie był i będzie zawsze bez granic. Estello! Do ostatniej chwili życia będziesz mimowoli częścią mego istnienia, częścią dobrej i zlej strony mej duszy. Ale przy rozstaniu z tobą pamiętam tylko o dobru, jakiego doznałem, bez względu na całą gorycz tej chwili! Niech ci Bóg błogosławi! Niech ci przebaczy!
Nie wiem, jak wyrwały się te słowa z ust moich, w tak bolesnej chwili. Myśli te wezbrały we mnie, jak krew w otwartej ranie i nagle znalazły sobie ujście. Przytrzymałem kilka krótkich chwil jej rękę przy swych ustach i odszedłem. Wciąż jednak później przypominałem sobie, że gdy Estella patrzyła na mnie ze zdziwieniem, widmowa postać pani Chewiszem, trzymając przez cały ten czas rękę na sercu, wyrażała żal i skruchę. Teraz wszystko skończone! Gdym wyszedł z bramy, światło dzienne wydawało mi się ciemnem jak wówczas, gdym wszedł. Z początku błądziłem małemi ścieżkami, potem udałem się drogą ku Londynowi. Przez ten czas o tyle odzyskałem spokój, żem uświadomił sobie niemożliwość powrotu do gospody i spotkania się z Drummelem. Czułem, że nie mógłbym siedzieć w dyliżansie i rozmawiać z sąsiadem; zdecydowałem, że najlepiej będzie zmęczyć się aż do wyczerpania. Była już północ, gdym minął most Londyński. Nie oczekiwano mnie wcześniej, niż nazajutrz, ale wziąłem klucz i gdyby nawet Herbert spał, mogłem łatwo przejść do sypialni, nie budząc go.
Rzadko zdarzało mi się przechodzić bramę miejską po zamknięciu Templu. Zabłocony i zmęczony drogą nie obraziłem się, gdy stróż nocny, oglądnąwszy mnie uważnie, niechętnie otworzył mi bramę; aby dopomódz jego pamięci, wymieniłem swe nazwisko.
— Tak przypuszczałem, ale nie byłem zupełnie pewien. Oto list do pana. Człowiek, który go przyniósł, kazał panu powiedzieć, by pan go przeczytał przy świetle mej latarni.
Zdziwiony tą prośbą, wziąłem list. Był zaadresowany do mnie, a nad adresem napisano: „bądź pan łaskaw, zaraz go przeczytać“. Otworzyłem i przeczytałem następujące słowa, napisane ręką Uemnika:
„Nie wracaj do domu.“







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.