Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śliwszy, niż mogła pani kiedykolwiek zapragnąć.
Pani Chewiszem wciąż uparcie patrzyła na mnie. Mogłem spostrzedz z ruchu palców Estelli, że mnie słucha, choć oczu nie podnosi.
— Poznałem swego dobroczyńcę. Ale nie jest to odkrycie szczęśliwe i nie poprawi ono niego położenia czy stanowiska. Pewne powody nie dozwalają mi się nad tem rozwodzić. Jest to tajemnica obca — nie moja.
Umilkłem na chwilę, patrząc na Estellę i zastanawiając się, co dalej mówić. Pani Chewiszem powtórzyła: — Tajemnica obca, nie twoja. No cóż dalej?
— Gdy pani po raz pierwszy mnie tu wezwała, żyłem jeszcze tu we wsi i żałuję dziś, żem ją opuścił; przypuszczam, że znalazłem się tu tak, jakby się mógł znaleźć każdy inny chłopiec, jako służący dla zaspokojenia zachcianek, za dobrowolną umową?
— Tak, Pip! Masz słuszność!
— A pan Dżaggers?
— Pan Dżaggers nie brał w tem najmniejszego udziału, a nawet nic o tem nie wiedział. Zwykłemu przypadkowi można przypisać, że był zarazem pełnomocnikiem moim i twego dobroczyńcy. Ma on stosunki z wieloma ludźmi i stąd mogła wyniknąć mimowolna twoja pomyłka. Jakkolwiek było, wynikła ona bez obcego współudziału.