Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Widocznie nic nie ukrywała i nie kłamała.
— A gdym popełnił omyłkę i skutkiem tego tak długo błądziłem, pani nie wyświetliła mi prawdy.
— Tak, nie oświeciłam cię.
— Nie przemawia to na korzyść dobroci serca pani.
— Kimże jestem — zawołała, uderzając laską w podłogę, ze wzrastającym gniewem, tak że Estella popatrzyła na nią ze zdziwieniem. — Kim jestem — powiedz, na miłość Boską, dlaczego mam być dobrą dla kogokolwiek?
Gniew ten wzbudziłem mimowoli. Powiedziałem jej to, gdy siedziała ponura po tym wybuchu.
— Dobrze, dobrze! Cóż więcej?
— Wynagrodzono mnie hojnie za pracę. Oddano mnie na naukę i robiłem postępy tylko z wrodzonej ciekawości. To, o czem mówić będę dalej, ma inną przyczynę, przypuszczam, że jeszcze bardziej osobistą. Podtrzymując mą pomyłkę, karała pani — może sama pani znajdzie inne nieobraźliwe wyrażenie — swych egoistycznych krewnych?
— Tak. Sami tego chcieli! Tego i tyś chciał. Dlaczegóż miałem ich lub ciebie prosić, byście nie postępowali tak, jak się wam podobało? Sam zastawiłeś na siebie sieci, nie ja.