Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to ciągłe przekonanie, że pani Chewiszem przeznaczyła nas dla siebie. Póki myślałem, że nie możesz decydować sama o sobie, wstrzymywałem się z tem wyznaniem. Teraz muszę się wypowiedzieć.
Nie zmieniając wyrazu twarzy i wciąż pracując palcami, Estella pokiwała głową.
— Wiem, że nie mogę mieć nadziei nazwania cię moją, Estello! Nie mogę powiedzieć, co się wkrótce ze mną stanie, gdy będę biednym i gdzie się zwrócę. Ale kocham cię, pokochałem cię od pierwszego naszego spotkania w tym domu.
Wciąż patrząc na mnie i pracując palcami, skinęła głową.
— Byłoby okrutne, bardzo okrutne, gdyby Pani Chewiszem igrała z uczuciami biednego, małego chłopca i męczyła mnie w ciągu tych tat pustą nadzieją, jeśli z zamiarem tak postępowała. Nie myślę jednak, aby to było jej celem. Może skutkiem własnych cierpień zapomniała o moich, Estello!
Tu pani Chewiszem przyłożyła rękę do serca, wciąż patrząc to na mnie, to na Estellę.
— Zdaje mi się — rzekła spokojnie Estella że są uczucia, kaprysy — nie wiem, jak to nazwać, — których nie rozumiem. Gdy mówisz, że mnie kochasz, rozumiem to tylko jako słowa, nic więcej. Niczego nie poruszasz w mem sercu. Nie zajmuje mnie to, co mówisz.