Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Cały tekst
Indeks stron
Rozdział XIV.

Pocóż mam zastanawiać się nad pytaniem, o ile Estella była przyczyną mej niechęci do Prowisa? Pocóż mam zatrzymywać się nad porównaniem stanu, w jakim znajdowałem się przed spotkaniem się z nią na stacyi pocztowej, gdym starał się usunąć wszelkie ślady niugetskiego więzienia z tem zwątpieniem, z jakiem mierzyłem bezdenną przepaść, dzielącą Estellę tak dumną i piękną ode mnie, tak poniżonego? Nie doprowadziłoby to do niczego, do tych samych jedynie wyników.
Nowa troska wkradła się do mej duszy po jego opowieści; a raczej opowiadanie jego nadało wyrazu i treści już zrodzonej trosce. Kompenson jeszcze żyje i może dowiedzieć się o jego powrocie, a wówczas niema co wątpić o następstwach. Że Kompenson ogromnie się go obawiał, o tem wiedziałem najlepiej, a czyż można było wątpić, żeby taki człowiek nie postarał się o uwolnienie od niebezpiecznego wroga za pomocą doniesienia policyi.
Nigdy nie mówiłem, nie chciałem mówić Prowisowi ani słowa o Estelli. Ale wyznałem Herbertowi, że przed odjazdem za granicę muszę odwiedzić Estellę i panią Chewiszem.
Oznajmiłem mu to tej nocy, gdyśmy pozostali sami. Postanowiłem jechać do Riczmondu nazajutrz i rzeczywiście udałem się tam.
Odym wszedł do pani Brendli, służąca Estelli oświadczyła mi, że pani wyjechała.
— Dokąd?
— Do pani Chewiszem, jak zwykle.
— Nie jak zwykle; przedtem nigdy tam nie wyjeżdżała beze mnie. Kiedy wróci? Odpowiedź jej była tak nieoczekiwana, że zwiększyła mą bezradność. Odrzekła, że jej pani prawdopodobnie wróci tylko na krótki czas. Nic z tego nie mogłem zrozumieć, nie wiedziałem, że chcą przede mną ukryć stan rzeczy i wróciłem do domu kompletnie rozstrojony. Długie nocne narady z Herbertem po odejściu Prowisa wzmocniły we mnie postanowienie, że nie powiem nic o zamierzonej podróży za granicę, póki nie wrócę od pani Chewiszem.
Przez ten czas z Herbertem mieliśmy obmyśleć, jakiego pretekstu lepiej użyć: — czy obawy, że znajduje się pod nadzorem; czy że ja, który nie byłem jeszcze za granicą, chciałbym wyjechać w podróż? Wiedzieliśmy, że wystarczy, bym zaproponował a oni natychmiast się zgodzi.
Nazajutrz poniżyłem się do oświadczenia Prowisowi, że obiecałem odwiedzić Józefa. Byłbym popełnił każde głupstwo na rachunek Józefa. Prowis miał podczas mej nieobecności uważać na siebie, Herbert zaś zastąpić mnie przy nim. Miałem opuścić go tylko na jedną noc a po powrocie swoim, wynagrodzić jego oczekiwanie wyjazdem za granicę. Przyszło mi wówczas na myśl, a jak się później dowiedziałem i Herbertowi, że najłatwiej możnaby go było wywieźć pod pretekstem różnych zakupów.
Przygotowawszy się w ten sposób, wyjechałem rannym dyliżansem jeszcze przed wschodem słońca i byłem już na wielkiej, zamiejskiej drodze, gdy dzień zwolna zaczął świtać, drżąc lekko, okryty strzępami i łachmanami mgły, jak żebrak.
Gdyśmy zajechali przed „Niebieskiego Dzika“ po trzęsącej jeżdzie, któż, jak myślicie wyszedł z bramy rzucić okiem na nadjeżdżający dyliżans? — Bentel Drummel z wykłuwaczką w zębach.
Udał, że mnie nie widzi, ja uczyniłem to samo; przyczem niezręcznem było obustronne udawanie, tem bardziej, że obaj zeszliśmy się w jadalni, gdzie on właśnie kończył, ja zaś zamawiałem sobie śniadanie. Było mi przykro widzieć go w tem mieście, bo doskonale wiedziałem, dlaczego się tu znajduje.
Zasiadłszy do stołu, wziąłem brudną gazetę z dawno minionych dni, na której mniej było wyraźnych słów, niż plam z kawy, sadzy, masła i wina. Wreszcie nie mogłem znieść widoku jego przy kominku i wstałem z zamiarem skorzystanie również z ognia. Podszedłem do kominka i wyciągnąłem rękę poza jego nogami, aby dostać pogrzebacz i poruszyć węgle, wciąż udając, że go nie poznaję.
— Czy to żarty? — spytał.
— O — odrzekłem, trzymając polano w rękach — to pan istotnie? Jak się pan miewa? Dziwiłem się, kto też zasłaniał ogień. Z temi słowy silnie rozburzyłem węgle i stanąłem obok Drummela plecami do ogniska.
— Pan dopiero co przyjechał? — spytał, dotykając mnie zlekka ramieniem.
— Tak — odrzekłem, dotykając go również ramieniem.
— Obrzydliwe miasteczko. Pan zdaje się tutejszy?
— Tak. Opowiadano mi, że te strony są nadzwyczaj podobne do pańskich miejsc rodzinnych.
— Zupełnie nie.
Tu Drummel popatrzył na swe buty, ja zaś na swoje; potem on spojrzał na moje a ja na jego.
— Pan tu już bawi od dawna?
— Dość długo, tak że miasteczko mocno mi już dokuczyło.
— Długo pan zabawi?
— Nie wiem. A pan?
— Nie wiem.
Poczułem po wrzeniu swej krwi, że jeśli pan Drummel choć zlekka dotknie mnie ramieniem, wyrzucę go przez okno a także, że jeśli ja go dotknę ramieniem, wrzuci mnie w po blizki dół.
Zaczął gwizdać. Ja również.
— Słyszałem, że tu w okolicy wiele moczarów?
— Tak. I cóż z tego?
Pan Drummel spojrzał na mnie, potem na me obuwie, zawołał: — O! i zaśmiał się.
— Wesoło panu, panie Drummel?
— Nie, niezbyt. Chciałbym przejechać się konno i dla rozrywki obejrzeć moczary. Mówiono mi, że tam dalej są wsie, zajazdy, kuźnie i tak dalej. Hej, człowieku!
— Co pan rozkaże?
— Koń gotów?
— Przy bramie.
— Poczekaj. Pani dziś nie pojedzie. Pogoda brzydka.
— Słucham.
Drummel spojrzał na mnie z wyrazem wstrętnego tryumfu, który dotknął mnie do głębi serca. Pomimo że był strasznie głupi, tak mnie to rozgniewało, że gotów byłem, jak rozbójnik z powieści, porwać go i wepchnąć do pieca. Jedno tylko obaj uświadamialiśmy sobie, że bez obcej pomocy żaden z nas nie odejdzie od kominka. Staliśmy tak ramię przy ramieniu, noga przy nodze, trzymając ręce za sobą i nie ruszając się ani na krok. Konia widać było przy bramie, śniadanie moje stało już na stole, lokaj proponował mi, bym zasiadł do jedzenia. Kiwnąłem mu głową, ale żaden z nas nie ruszył się z miejsca.
— Dawno był pan w klubie?
— Nie. Gdym był po raz ostatni, zięby mi dokuczyły.
— Było to wówczas, gdyśmy mieli nieporozumienie?
— Tak.
— Tak! tak! Niepięknie się pan wówczas znalazł. Nie wypadało bowiem tracić cierpliwości.
— Panie Drummel, pan nie może mi udzielać uwag w tym razie. Jeśli tracę cierpliwość (choć wtedy wcale jej nie straciłem), to nigdy nie rzucam szklankami.
— A ja rzucam.
Spojrzałem! nań z wzrastającym gniewem i rzekłem:
— Panie Drummel, nie szukałem rozmowy z panem i wogóle nie uważam jej za przyjemną.
— Zgadzami się z tem i nie zmuszam pana do niej.
— Dlatego proszę o przerwanie a także i wszelkich stosunków między nami.
— Bardzo chętnie. Sambym to panu zaproponował a nawet prawdopodobniej uczyniłbym to bez propozycyi. No, nie trać pan cierpliwości. Bo i bez tego pan jej dość stracił.
— Co pan chce przez to powiedzieć?
— Hej, człowieku! — zawołał Drummel zamiast odpowiedzi.
Lokaj zjawił się.
— Słuchajno! Czyś dobrze zrozumiał, że młoda pani nie pojedzie konno i że dziś u niej będę na obiedzie?
— Zdaje mi się.
Mówiąc to lokaj dotknął ręką mej przestygłej herbaty i popatrzywszy na mnie błagalnym wzrokiem, wyszedł z pokoju. Drummel uważając, by nie dotknąć mego ramienia wyjął z kieszeni cygaro i odgryzł koniec, zupełnie nie okazując zamiaru odejścia. Kipiałem z gniewu i czułem, że nie można rozmawiać bez wspomnienia Estelli, o której nie mógłbym słyszeć odeń; dlatego zacząłem się bezmyślnie wpatrywać w przeciwległą ścianę, jakby nie było nikogo w pokoju i wciąż milczałem. Nie wiem, jak długo trwałoby to śmieszne położenie, gdyby nie weszli do pokoju trzej fermerzy, wysłani prawdopodobnie przez lokaja; zapinając surduty i pocierając ręce, podeszli do kominka. Musieliśmy im ustąpić. Widziałem przez okno, jak Drummel, schwyciwszy konia za grzywę, niezgrabnie wgramoli się nań i odjechał, podskakując i chwiejąc się. Już myślałem, że się oddalił, gdy wrócił po ogień do cygara, którego zapomniał zapalić. Na usługi pojawił się człowiek w kaftanie popielatego koloru. Nie mogłem pojąć, skąd się tu wziął; czy z ulicy, czy z podwórza, czy z inego jakiegoś miejsca — a gdy Drummel pochylił się z siodła i zapaliwszy cygaro, zaśmiał się, kiwnąwszy głową w kierunku okien jadalni, zgarbione plecy i rozwiane włosy tego człowieka, stojącego do mnie plecami, przypomniały mi Orlika.
Zbyt zdenerwowany, by troszczyć się o to, czy to był on, czy nie, a także aby zasiąść do śniadania, zmyłem brud i pył z twarzy i z rąk, poszedłem do znajomego starego domu, do którego lepiejbym był nigdy nie zachodził.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.