Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem z gniewu i czułem, że nie można rozmawiać bez wspomnienia Estelli, o której nie mógłbym słyszeć odeń; dlatego zacząłem się bezmyślnie wpatrywać w przeciwległą ścianę, jakby nie było nikogo w pokoju i wciąż milczałem. Nie wiem, jak długo trwałoby to śmieszne położenie, gdyby nie weszli do pokoju trzej fermerzy, wysłani prawdopodobnie przez lokaja; zapinając surduty i pocierając ręce, podeszli do kominka. Musieliśmy im ustąpić. Widziałem przez okno, jak Drummel, schwyciwszy konia za grzywę, niezgrabnie wgramoli się nań i odjechał, podskakując i chwiejąc się. Już myślałem, że się oddalił, gdy wrócił po ogień do cygara, którego zapomniał zapalić. Na usługi pojawił się człowiek w kaftanie popielatego koloru. Nie mogłem pojąć, skąd się tu wziął; czy z ulicy, czy z podwórza, czy z inego jakiegoś miejsca — a gdy Drummel pochylił się z siodła i zapaliwszy cygaro, zaśmiał się, kiwnąwszy głową w kierunku okien jadalni, zgarbione plecy i rozwiane włosy tego człowieka, stojącego do mnie plecami, przypomniały mi Orlika.
Zbyt zdenerwowany, by troszczyć się o to, czy to był on, czy nie, a także aby zasiąść do śniadania, zmyłem brud i pył z twarzy i z rąk, poszedłem do znajomego starego domu, do którego lepiejbym był nigdy nie zachodził.