Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dzika“ po trzęsącej jeżdzie, któż, jak myślicie wyszedł z bramy rzucić okiem na nadjeżdżający dyliżans? — Bentel Drummel z wykłuwaczką w zębach.
Udał, że mnie nie widzi, ja uczyniłem to samo; przyczem niezręcznem było obustronne udawanie, tem bardziej, że obaj zeszliśmy się w jadalni, gdzie on właśnie kończył, ja zaś zamawiałem sobie śniadanie. Było mi przykro widzieć go w tem mieście, bo doskonale wiedziałem, dlaczego się tu znajduje.
Zasiadłszy do stołu, wziąłem brudną gazetę z dawno minionych dni, na której mniej było wyraźnych słów, niż plam z kawy, sadzy, masła i wina. Wreszcie nie mogłem znieść widoku jego przy kominku i wstałem z zamiarem skorzystanie również z ognia. Podszedłem do kominka i wyciągnąłem rękę poza jego nogami, aby dostać pogrzebacz i poruszyć węgle, wciąż udając, że go nie poznaję.
— Czy to żarty? — spytał.
— O — odrzekłem, trzymając polano w rękach — to pan istotnie? Jak się pan miewa? Dziwiłem się, kto też zasłaniał ogień. Z temi słowy silnie rozburzyłem węgle i stanąłem obok Drummela plecami do ogniska.
— Pan dopiero co przyjechał? — spytał, dotykając mnie zlekka ramieniem.
— Tak — odrzekłem, dotykając go również ramieniem.