Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co pan rozkaże?
— Koń gotów?
— Przy bramie.
— Poczekaj. Pani dziś nie pojedzie. Pogoda brzydka.
— Słucham.
Drummel spojrzał na mnie z wyrazem wstrętnego tryumfu, który dotknął mnie do głębi serca. Pomimo że był strasznie głupi, tak mnie to rozgniewało, że gotów byłem, jak rozbójnik z powieści, porwać go i wepchnąć do pieca. Jedno tylko obaj uświadamialiśmy sobie, że bez obcej pomocy żaden z nas nie odejdzie od kominka. Staliśmy tak ramię przy ramieniu, noga przy nodze, trzymając ręce za sobą i nie ruszając się ani na krok. Konia widać było przy bramie, śniadanie moje stało już na stole, lokaj proponował mi, bym zasiadł do jedzenia. Kiwnąłem mu głową, ale żaden z nas nie ruszył się z miejsca.
— Dawno był pan w klubie?
— Nie. Gdym był po raz ostatni, zięby mi dokuczyły.
— Było to wówczas, gdyśmy mieli nieporozumienie?
— Tak.
— Tak! tak! Niepięknie się pan wówczas znalazł. Nie wypadało bowiem tracić cierpliwości.
— Panie Drummel, pan nie może mi udzie-