Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zastałem go. Nie mówiąc nazwisk i nie wdając się w szczegóły, dałem mu do zrozumienia, iż jeśli mu wiadomo, że ktoś, mniejsza kto, mieszka w sąsiedztwie, to najlepiejby zrobił, gdyby tego Toma, Dżeka, czy Dżemsa usunął, zanim pan wróci.
— Oczywiście było to dlań niespodzianką i nie wiedział, co zrobić?
— Było rzeczywiście niespodzianką, jeszcze większą, gdy mu oznajmiłem, że nie byłoby bezpiecznie przewozić tego Toma, Dżeka, czy Dżemsa zbyt daleko. Posłuchaj, panie Pip, jedno panu powiem. W obecnych okolicznościach najwygodniejszem jest wielkie miasto, gdy pan się już tu znajduje. Nie uciekaj pan zbyt spiesznie z bezpiecznego miejsca, tylko umiej się ukryć. Daj pan możność zapomnienia sprawy, zanim pan wyjdzie na wolne powietrze, choćby nie tutejsze, tylko zagraniczne.
Podziękowałem mu za cenną radę i spytałem, co powiedział na to Herbert.
— Pan Herbert namyślał się z pół godziny, wreszcie oznajmił mi w zaufaniu, że stara się o dziewczę, którego ojciec nie opuszcza łóżka. Ojciec jej leży zawsze przed półokrągłem oknem, z którego może obserwować statki, płynące w górę i w dół rzeki. Pan zna zapewne to dziewczę?
— Osobiście nie. A to dlatego, że ona nie ]ubi mnie, jako człowieka, który sprowadza