Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Herberta z właściwej drogi i tak zimno przyjęła propozycyę poznajomienia się ze mną, że Herbert musiał mi to oznajmić i prosić, bym jeszcze poczekał. Gdym zaczął mu pomagać potajemnie, znosiłem tę małą przykrość z rezygnacyą, godną filozofa. Zakochani ze swej strony niezbyt spieszyli się z wprowadzeniem w swe towarzystwo obcej osoby i tak, choć już od pewnego czasu jestem przekonany o zmianie usposobienia Klary i choć wymieniałem z nią wyrazy życzliwości i komplementa za pośrednictwem Herberta, nie widziałem jej jeszcze.
Nie dokuczałem więcej Uemnikowi przytaczaniem szczegółów.
— Tak więc — zaczął znów Uemnik — ten dom z półokrągłemi oknami wychodzi na rzekę, trochę niżej za basenem między Limkoosem a Gryniczem i należy do szanownej wdowy, która wynajmuje górne piętro. Pan Herbert zaproponował mi przeniesienie tam Toma, Dżeka, czy Dżemsa. Uważałem tę propozycyę za bardzo rozumną a to z powodów, które panu zaraz wyjaśnię. Po pierwsze będzie to miejsce poza granicą strzałów i wogóle zdala od wszelkich ulic; powtóre będzie pan miał wiadomości o niebezpieczeństwie Toma, Dżeka czy Dżemsa przez Herberta, nie narażając się na niebezpieczeństwo; a z czasem, gdy pan zechce wsadzić Toma, Dżeka, czy