Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W takim razie możesz wrócić do swych zajęć Maryo Anno, my zaś pozostaniemy bez świadków — dodał, dając mi znak, gdy wyszła z pokoju.
Podziękowałem mu za życzliwość i ostrożność i zaczęliśmy rozmawiać półgłosem, podczas gdym przysmażał kiełbaskę dla starca a Uemnik smarował dlań chleb:
— Rozumiemy się zatem wzajemnie, panie Pip; mamy sprawę osobistą, zupełnie nas tyczącą. Urzędowe stosunki — to dobra rzecz, ale i tak jesteśmy zbyt urzędowi.
Zgodziłem się z nim; byłem tak podrażniony, że o mało nie spaliłem kiełbaski; zapłonęła, jak pochodnia, tak że musiałem ją gasić.
— Wczoraj wieczorem słyszałem w pewnem miejscu, w którem raz byłem z panem... nawet między sobą lepiej nazwisk unikać, o ile można.
— Naturalnie, że lepiej. Rozumiem pana.
— A więc w tem miejscu słyszałem wczoraj wieczorem, że pewna osoba, mająca związek z koloniami i niepozbawiona ruchomego majątku — nie jestem pewien kto — nie trzeba zatem wymieniać jego nazwiska...
— Nie trzeba.
— Narobiła wiele hałasu w pewnej części miasta, do której porządni ludzie nieczęsto jeżdżą z własnej woli, lecz zwykle za karę...