W walce z życiem/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł W walce z życiem
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
W WALCE Z ŻYCIEM.
I.

Pan Adam był magnatem z magnatów, ale takich, że nawet zwierzętom w ich psiarniach i stajniach działo się nierównie lepiej niż innemu człowiekowi na świecie. Z baszty pałacu nie objąłeś okiem przestrzeni zasianej ich walącemi się coprawda wioskami, nie policzyłeś też pługów, które orały ich wyjałowione pola, aniś wypatrzył końca puszczy, hodowanej poto jedynie, aby mnożył się w niej gruby zwierz ku uciesze jaśnie pana i jego łaskawych sąsiadów.
I było tej puszczy, tych obszarów i wiosek zgórą przez kilka wieków. Wkońcu jednak, gdy tęgość rodu osłabła, — Żydki, koloniści, dorobkiewicze i im podobne robactwo poczęło toczyć majątek. Wszyscy oni kłaniali się do samej ziemi, pieniądze znosili chętnie, ale każdy za to coś z dziedzictwa urywał. Ten wziął ogłodzoną wioskę, inny — zamulony staw, trzeci rozwaloną gorzelnią, czwarty kawałek lasu, aż wreszcie, za czasów ojca pana Adama, wykłaniali i wyskubali prawie cały majątek. Nieboszczykowi chodziło o to najwięcej, aby piwnica zawsze była pełna, a w kuchni paru zdatnych kucharzy, z odpowiednią liczbą kuchtów. O resztę nie dbał wiele i patrząc z zamkowych okien na okolicę, wciąż powtarzał: moja puszcza, moje wsie, mój browar, — choć tytuł owej własności zapisany był tylko w księgach imaginacji dziedzica.
W czasie tej powolnej i stopniowej ruiny pan Adam podrastał. Widział on, że za każdą wioską sprzedaną, ubywa jeden przyjaciel i krewny, jeden sługa i jeden gość z liczby tych, którzy zjeżdżali się na polowania albo imieniny rodziców. Widział, że z każdym dniem niszczeją ściany pałacu, na pachołkach blaknie liberja, sadzawka zielskiem zarasta, Żydzi i koloniści kłaniają się nie tak nisko jak dawniej, a wszelkie dorobkiewiczostwo coraz hardziej kark podnosi. Z tych powodów w duszy jego wyrodził się nieopisany choć naturalny wstręt do ubóstwa i ruiny, a nienawiść do wszelkich ludzi niższych kondycyj, którzy, ile razy mogli, zatruwali życie potężnym niegdyś możnowładcom.
Na grunt tych nienawiści i wstrętów, siano w duszę Adama tęsknotę do przeszłej świetności rodu. Znał on na palcach wszystkich książąt i hrabiów, z którymi był spowinowacony, a którzy w epoce upadku usuwali się od niego. Rozpamiętywał świetne łowy, bale, ciągnące się po całych tygodniach, klejnoty, które zdobiły suknie jego prababek, służbę i cugi, po których dziś tylko puste miejsce zostało. „Żeby też te dobra i te czasy wróciły kiedy!“ — myślał Adam, a jego babka, sędziwa matrona, powtarzała mu codzień:
— Patrz, co się dzieje, i bierz do serca, co ci mówię, Adasiu!... Ród wasz mocny był i sławny, pokąd pilnował całości swego gniazda, ale dziadowie i ojciec twój nie dbali o to, a my dziś robimy się pośmiewiskiem dla ludzi. Pamiętaj więc, abyś ty i dzieci twoje odzyskał co stracone... Pamiętaj, że z grobu powstanę przekląć cię, gdybyś zawiódł moje nadzieje!...
Zmarła babka i matka, poszedł za nią i ojciec Adama, rozbiegli się kucharze, ale on nauki pamiętał i myślał o tem, aby znowu rozniecić dogorywający blask starego rodu. Los sprzyjał mu, niedługo bowiem, wbrew popędowi serca, ożenił się z kobietą chorowitą wprawdzie i brzydką, która mu jednak ogromny posag wniosła.
Była chwila, że Adam mógł cały majątek przodków odzyskać, lecz wówczas właśnie inne rzeczy odwróciły jego uwagę. W bogatym, młodym i przystojnym nowożeńcu ocknęła się żyłka ojcowska. Trzebaż było mieć przecie powozy i konie, psy i służbę, przyjaciół i kochanki; trzeba było hulać, w karty grać, zagranicę jeździć, — bo inaczej czemżeby się jasny pan od ciemnego pospólstwa wyróżnił? Paryż, Rzym, Wiedeń, podziwiały świetność i hojność magnata, a posag tymczasem topniał...
Gdy pan Adam wrócił z żoną do domu, poczuł, że już z jej fortuny resztki tylko zostały. Że zaś w owej epoce przemysł w kraju popłacał, Adam więc, dla odbicia strat, rzucił się na drogę przemysłową. Widział, że jedni robią interesa na gorzelniach, inni na młynach i tartakach; dalejże więc budować i tartaki, i młyny, i gorzelnie. Ta ochota trwała lat kilka i w rezultacie zjadła to, co od uciech zagranicznych ocalało.
Tymczasem przyszło na świat dwoje dzieci: syn Mieczysław i córka Helena. Piękne to były stworzenia, a syn zadziwiająco zdolny, lecz oboje nad wszelki wyraz wątli. Ponieważ pan Adam zajęty był przemysłem i dumaniami o podźwignięciu rodu, na matkę więc spadł ciężar wychowania. Prowadziła je starannie, ale w arcyszczególny sposób. Dzieci jej nie widziały nigdy śniegu pod nogami, bo ich przez zimę trzymano w obszernych, ale zamkniętych komnatach. Nie znały żadnych rozrywek, żadnych ćwiczeń fizycznych, bo to chłopska rzecz, ale zato mówiły trzema językami obcemi, umiały historją i literaturę powszechną, a rozmawiały tak, jak profesorowie albo księża.
Dziwny był widok tych chorowitych i pięknych, z oczami rozumnemi i poważnemi obliczami dzieci, które w kłopot wpędzały ludzi oświeconych i dojrzałych. Ciż sami ludzie nieraz do Adama mówili:
— Nie męczyłbyś tak dziecin, bo strasznie wątłe, i tak już mądre, że wkońcu może wam ich Pan Bóg pozazdrościć.
Ale Adam uśmiechał się na te uwagi. Dzieci wychować się muszą, bo przecież Pan Bóg, zabierając je, zniszczyłby na ziemi ród znakomity, a więc sobie samemu wyrządziłby krzywdę. Że zaś są nad wiek rozwinięte, cudowne prawie — tem lepiej, bo podniosą świetność rodu do nieznanej przedtem potęgi.
I znowu nadeszły złe czasy, znowu różni ludzie poczęli wyszarpywać po kawałku ziemi, ale Adam już nie dbał o to. Miał przecież syna, który spełni — niezawodnie spełni nadzieje swojej prababki. Oczekując na to, pan Adam chodził sobie tymczasem po obszernych salonach i myślał: to o rozrywkach w europejskich stolicach, to o tem, że ktoś z krewnych, umierając, zapisze mu majątek, to znowu — że gdzieś w piwnicach zamku leżą skarby, które synowi pomogą dziedzictwo odzyskać, to znowu, że córka wyjdzie za jakiegoś księcia, hrabiego, lub w najgorszym razie za członka zwykłej rodziny szlacheckiej, ale tak starej, żeby pochodziła przynajmniej od tych szczurów, które Popiela zjadły.
Tak myślał i wciąż chodził, a marmurowa posadzka i wysokie sklepienia obszernych komnat za każdym jego krokiem szeptały jękliwie:
— Pan!... pan!... pan!...
A jeżeli niekiedy przystanął i wsłuchiwał się w ciszę, zardzewiałe chorągiewki na dachach zdawały się skrzypieć głosem starej gospodyni:
— Jaśnie pan!... jaśnie pan!...
I nie miałże uwierzyć w dostojność swojej krwi człowiek, któremu nawet martwe przedmioty hołd składały?
Wkrótce żona umarła, dzieci dobrze podrosły, a i pan Adam uczuł potrzebę wychylenia głowy na świat. Stary pałac męczył go. Za każdą sztukaterją, opadającą z sufitów albo cegłą z murów, przybywał mu jeden włos siwy i jedna zmarszczka na czole. Wkrótce pałac stał się ruiną: w basztach zamieszkały sowy i niedoperze, komnaty pajęczyna zasnuła, a twarz pana Adama zrobiła się podobną do oblicza posągu, które piorun we wszystkich kierunkach potrzaskał. Nadchodził straszny czas: trzeba było syna wysłać zagranicę, aby świat poznał, a tem samem trzeba było sprzedać majątek, który do tej pory nie wychodził z rąk ich rodziny, a z córką przenieść się na bruk miejski.
Aż zdziwił się pan Adam zmianom, jakie, po kilkunastoletniej nieobecności, znalazł w Warszawie. Dawni jego znajomi i krewni pomarli i została tylko pewna jenerałowa staruszka, dzieląca czas swój między pasjanse i kojarzenie małżeństw, obcinanie kuponów i modlitwę. Cała zaś klasa wyższa, do której tęsknił, cofnęła się z widowni publicznej gdzieś w kąt, ustępując miejsca ludziom nowym, niekiedy bardzo wątpliwego szlachectwa. Na ulicach karet wprawdzie było pełno, lecz napróżno upatrywałbyś na nich herbów. W teatrach loże jaśniały od pięknych kobiet i sukien strojnych, ale napróżno szukałbyś tam klasycznych a tak dobrze Adamowi znanych rysów. Same pojęcia o zasługach i wartości człowieka uległy niemniej radykalnym zmianom. Wyśmiewano już pytania: „Czem się pieczętujesz?“ i „Kto cię rodzi?“ a uwielbiano majątek i pracę. Słuchając tego, pan Adam z trwogą myślał, że jeżeli dłużej potrwa podobnie chorobliwy nastrój umysłów, to wkrótce przyjdzie mu walczyć o pierwszeństwo z własnymi propinatorami, którzy robią majątki, i cieślami, którzy przecież pracować umieją!
Narazie zdawało mu się, że wpadł w jakiś odmęt. W salonach towarzystwa spotykał dorobkiewiczów, którzy niebawem poczęli mu składać wizyty i których on sam rewizytować musiał. Nowokreowani baronowie i hrabiowie z pod wiedeńskiego stempla imponowali mu elegancją. Bankierzy i przemysłowcy usiłowali kłaść swoje miljony narówni z jego genealogją. Służba, którą przywiózł, zdawała się być nieokrzesaną, a kareta, w której przyjechał — niemodną. Trzeba było wynająć mieszkanie ogromne, kupować nowe i wykwintne meble, przyjąć kosztowną służbę, wdawać się z finansistami i rozmawiać o kwestjach ekonomicznych ze wszystkimi.
Jednocześnie uwiadomiono pana Adama, że jego syn zamiast zwiedzać teatra europejskich stolic i zawiązywać stosunki z tamtejszą arystokracją, uniesiony chorobliwym prądem czasu, wstąpił do szkoły politechnicznej w Zurychu. Zgryzł się Adam narazie, lecz gdy Mieczysław niepospolitemi zdolnościami zwrócił na siebie powszechną uwagę, gdy nawet bankierzy warszawscy poczęli zachwycać się jego naukowemi rozprawami, które znali ze słyszenia, ochłonął i ojciec, a zczasem na karjerze syna począł śmiałe budować projekta.
W pół roku po przyjeździe do Warszawy, był już Adam jak w domu. Z natury zdolny, łatwo wyrozumiał ducha czasu i gdy inni rozprawiali tylko o ekonomicznem odrodzeniu całego społeczeństwa, on postanowił na drodze ekonomicznej odrodzić świetność swego własnego imienia.
W salonach bankierów spotykał Adam dość mało jeszcze ogładzonego, ale sprytnego dorobkiewicza, który zrobił już duży majątek, a był na drodze do nierównie większej fortuny. Przy pierwszej rozmowie zubożały magnat Adam i dorobkiewicz pan Rudolf poczuli, że będą sobie bardzo użyteczni: jeden bowiem miał stosunki i nazwisko, lecz potrzebował pieniędzy; drugi miał pieniądze, ale potrzebował stosunków dla siebie, a nazwiska dla potomków. Najwyższem marzeniem Adama było to, aby dzieci jego syna Mieczysława wróciły do rodzinnego mienia i pałacu, a ideałem Rudolfa było znowu to, aby dzieci jego córki posiadały stary herb i jakieś dobra rodzinne.
Harmonja ideałów wyrodziła harmonją interesów. Niebawem Adam ostatnie jakie miał kilkanaście tysięcy rubli oddał Rudolfowi, a Rudolf począł mu od sumy tej płacić ogromne procenta. Pan Adam wprowadził Rudolfa na salony arystokratyczne, Rudolf zaś wyjednał mu w pewnej spółce tytuł prezesa i ogromną pensją. Wreszcie pan Adam zaręczył Mieczysława z córką Rudolfa, Rudolf zaś cały swój majątek oddał do dyspozycji Adamowi. Byli oni podobni do dwu ludzi, którzy wspólnemi siłami wchodzą na stromą wyniosłość, przyczem kolejno jeden staje drugiemu na ramionach. Interes krępował ich, lecz pożycie było niemiłe. Każdy z nich sądził, że robi drugiemu łaskę, każdy uważał się za lepszego, obaj mieli różne nałogi i tradycje, obaj nie lubili się i nie dowierzali sobie.
Gdy wieść o zaręczynach Mieczysława z dorobkiewiczówną gruchnęła po świecie, ludzie poczęli panu Adamowi kłaniać się znacznie niżej niż dotychczas, pojawili się też nowi krewni w dalszym lub bliższym stopniu. I tylko pani jenerałowa, nawskroś legitymistka, kiwając głową, mówiła do Adama ze smutkiem:
— Źle się dzieje, kuzynie! coraz więcej mezaljansów na świecie... To zaś najgorsze, że i twój syn padł ofiarą tej zarazy.
— Ród nasz — odpowiadał pan Adam — posiada zbyt wiele czystej krwi, ażeby się miał lękać związków z dorobkiewiczami raz na pięć wieków.
— Raz na dwa wieki, kuzynie, raz na dwa wieki!... Boć to przecie w roku 16... wojewoda... ożenił się z drążkową szlachcianką. No, a teraz jest gorzej, znacznie gorzej! — Ten Rudolf nawet podobno nie szlachcic... — I powiedziawszy to, ostrożnie pod stołem wydobyła ze złotej tabakierki odrobinkę tabaczki. Pani jenerałowa robiła tak zawsze, ilekroć zdarzyło się jej mówić o nieszlachcie.
— Moja kuzyno — odparł Adam — nasienie dębu upada niekiedy na mierzwę, nigdy jednak nie widziano, aby zrodziło mierzwę, tylko dąb.
Jenerałowa westchnęła, a po chwili milczenia mówiła znowu:
— Wydajże przynajmniej Helenkę za Zenona. Chłopak wprawdzie nie ma tak bystrego umysłu, jaki dziś w modzie, no — ale zato posiada piękne nazwisko, majątek własny a przytem i po mnie otrzyma spadek. Twoja Helenka zaś jest wprawdzie piękna i dobrze wychowana, ale posagu nie ma, a dziś każdy pyta przedewszystkiem o posag...
Adama aż ciarki przeszły, gdy to usłyszał. Cenił on wprawdzie majątek i nazwisko, ale ojcowskie serce wstrząsało się na myśl oddania jedynej córki Zenonowi, którego natura duchowemi skarbami obdarzyła nader oględnie. Mimowoli przypomniał sobie pan Adam tę twarz, którą miejscowa demagogja porównywała do owczej, to czoło niskie i wtył podane, oczy mętne i mocno przerzedzone włosy. Przyszło mu też na myśl, że ów Zencio mimo usilnej pracy nad sobą nie był w stanie prowadzić choćby najkrótszej, najłatwiejszej rozmowy, że umiał patrzeć tylko w tę stronę, w którą patrzyli inni, i że, gdy został na chwilę sam w pokoju, zapadał w stan zdenerwowania, bardzo do snu podobny.
— Zostawmy to czasowi, kuzyno — Helenka jeszcze za młoda! — odpowiadał pan Adam i zwykle potem żegnał się z jenerałową. Sama myśl o połączeniu Helenki z Zenonem odbierała mu humor. Zdarzały się jednak wypadki, bez porównania dokuczliwsze. Pewnego razu, na jakimś balu publicznym, Adam usłyszał niechcący rozmowę, prowadzoną przez dwu nieznanych mu mężczyzn.
— Ciekawym — mówił jeden — na jakiej zasadzie wybrano go na prezesa spółki. Przecież ani nudząc się na wsi, ani hulając zagranicą, nie miał sposobności obeznać się z operacjami handlowemi.
— Co chcesz — odparł drugi — on się zna lepiej na handlu niż nasi najsprytniejsi finansiści. Sprzedał przecież swoje przekonania, nazwisko i syna za kilka miljonów zgórą, no — a przyznasz, że to wcale ładny interes.
Uwag podobnych pan Adam nie brał nigdy do siebie, nie obrażały go też, choć boleśnie drażniły. Wierzył on w swoją ideę, a ludźmi, którzy nie mogli się wznieść do zrozumienia jej — pogardzał. Żałował też, że nie może dziś, jak ongi nieboszczyk ojciec, za pomocą hajduków nauczyć rozumu demagoga, który o jakimś nieznanym mu prezesie odzywał się w sposób, zdradzający zbyt małe uszanowanie dla jego tytułu, a może — i dla herbu.
Tymczasem zaś wypadki szły naprzód i plany Adama dojrzewały. W tym jeszcze roku Mieczysław miał ukończyć szkołę politechniczną, ożenić się z córką Rudolfa i jako inżynier objąć kierunek bardzo korzystnego interesu. Kapitalista chciał córce w posagu kupić dobra, posiadające nieobliczoną wartość, ze względu na bogactwa kopalne, znaleziono w nich bowiem węgiel i kamień litograficzny. Ale Adam ani słyszeć o tem nie chciał, kładąc za pierwszy warunek małżeńskiego związku młodej pary ten, aby Rudolf nabył dziedziczne dobra ich rodziny, które Adam przed kilkoma laty sam sprzedał, a które obecnie znowu na licytacją wystawiono. Majątek ten był zniszczony, pałac prawie w zwaliskach, lasy wycięte, gorzelnie i browary od wielu lat nieczynne. Rudolf też wszelkiemi siłami walczył przeciw kupowaniu go, ale Adam uparł się. Twierdził, że celem jego życia był powrót do gniazda ojców i że rody, pozbawione starodawnych siedzib swoich, marnieją. Gdy zaś wkońcu zagroził zerwaniem umowy o małżeństwo, Rudolf mimo gniewu i żalu ustąpił i polecił adwokatowi swemu rozpocząć starania o kupno.


II.

Pewnego dnia, jakoś po Nowym Roku, siedział pan Adam w swoim gabinecie i myślał o tem, w jakiby sposób przepędzić wieczór dzisiejszy. W chwili, gdy wybór wahał się między resursą i wieczorem u pewnego bankiera, skrzypnęły cicho drzwi i ukazał się lokaj z listem na srebrnej tacy.
— Od Mieczysława! — szepnął prezes z uśmiechem, zwolna przecinając kopertę. — Pewnie mi donosi o jakimś nowym pomyśle dla powszechnego dobra. Kochany marzyciel...
A potem dodał:
— Szczęściem — ja za niego myślę o tem, co dotyczy rodziny... Inaczej rozpłynęlibyśmy się w tej powszechności...

Mój ojcze! — pisał Mieczysław. — Pamiętasz, że wyłącznie z własnego popędu wstąpiłem do szkoły politechnicznej, o brak chęci zatem posądzać mnie nie będziesz. Do ukończenia wydziału brakuje mi obecnie tylko pół roku, ale... nie wiem doprawdy, jak dalej będzie. Czuję się okropnie znużonym. Niekiedy tracę pamięć tak, że nie mogę kilku liczb dodać, — niekiedy znowu bywam tak rozdrażniony, że obawiam się szaleństwa. Lekarze radzą mi przynajmniej rok odpocząć, lecz z drugiej strony sumienie przypomina mi, że kraj czeka na zdolnych pracowników, a ty, ojcze, i pan Rudolf na kierownika nowego przedsiębierstwa. Odpisz mi więc, co myślisz, gdyż jeżeli okaże się konieczna potrzeba, w takim razie zapomnę o moich przywidzeniach i jakoś przebieduję ten czas, dość zresztą krótki. Wyznać jednak muszę, że roczny wypoczynek byłby prawdziwą ulgą dla mnie, a może tylko dla mojego lenistwa.

Pan Adam w ciągu odczytywania tego listu bladł i rumienił się. Co za fatalny zbieg wypadków, co za niepojęty kaprys, aby chcieć odpoczywać cały rok wówczas, gdy byt rodziny wisi na włosku! Rok odpoczywać?... a cóż się w takim razie stanie z nowem przedsiębierstwem, które na niego tylko czeka?... Kiedy ożeni się z córką Rudolfa?... Kiedyż wreszcie cała rodzina powróci do dziedzicznego majątku?
A tu w dodatku Rudolf co tydzień prawie zapytuje, kiedy Mieczysław szkołę ukończy, jakby sam o tem nie wiedział. A tu, co gorsza, znaleźć się może dla córki kapitalisty inny konkurent! bo dziś jest bardzo wielu świetnych bankrutów, a bardzo mało posażnych panien, które o tytuł dbają.
— Energji! — szepnął Adam — tu przecież nie o mnie chodzi, tylko o ród...
Pan Adam, jak wszyscy ci, nad którymi ciąży wyrok zagłady, był marzycielem. W długiej bezczynności, trwającej przez kilka pokoleń, dziedzicznie a nadmiernie rozwinęła się w nim fantazja, tak, że bardzo często do halucynacyj dochodził. I teraz oto zdawało mu się, że samotny gabinet jego poczynają zapełniać ludzie znani i nieznani, dalecy i bliscy. Każdy z nich pytał go o coś, zarzucał mu coś, przedstawiał albo szydził, zupełnie jak ta gawiedź wielkomiejska, która się opinją publiczną nazywa.
— Więc mogę odpocząć? — pytał syn.
— Niepodobna! — odpowiedział Adam. — Jest to chwila, w której ród nasz może wszystko odzyskać, lub wszystko stracić — na zawsze.
— Co za ród? — wtrąciła jenerałowa z westchnieniem. — Jestem prawie pewna, że dzieci Mieczysława będą miały wypukłe oczy i tłuste podbródki. Zupełnie jak ten Rudolf! — i zażyła tabaczki.
— Przytem — tłomaczył się Adam — cóż będziemy robili, jeżeli Rudolf małżeństwo zerwie?
— Ja będę inżynierem — odparł syn — w każdym więc razie utrzymać was potrafię.
— Będzie rysował i rachował ten kochany chłopiec i za to mu zapłacą. Jakie okropne czasy! — odezwała się jenerałowa. — Jestem pewna, że Zencio nigdy się tak nie skompromituje.
— Mój synu — mówił Adam — mnie przecież nie o utrzymanie chodzi, ale o sławę rodu.
— Rody zarówno — odezwał się ktoś obcy — wznoszą się i odradzają przez pracę i zasługę. Przodkowie twoi pracą i zasługą dobili się majątków i rozgłosu. Wy więc myślcie o tem tylko, aby społeczeństwu służyć, a ono was samo uświetni.
— W imię Ojca i Syna! — zawołała jenerałowa — ależ to jakiś jakobin.
— To jeden z guwernerów mego syna — odpowiedział Adam, ze smutnym uśmiechem.
— Dajcie mu pokój — odezwał się inny głos — pracować to smutna rzecz, on woli syna sprzedać...
— Motłoch! — szepnął pan Adam. — Wy każde poświęcenie dla idei nazywacie sprzedaniem się.
— Dlaczegożeś ty się dla niej nie poświęcił? — zapytano.
Pan Adam wpadł w gniew.
— Alboż nie poświęciłem się?... Albożem się nie wyrzekł dla dobra rodu kobiety, którą kochałem?...
— Cóż z tego za korzyść? — pytał dalej ktoś z tłumu. — Gdzie posag żony?... jakiż ten ród, którego ona była matką i wychowawczynią? Twoja córka ma wadę w sercu, a twój syn, zmęczony bezużyteczną pracą w dzieciństwie, dziś nauk ukończyć nie może...
— Dajcie mi pokój!... dajcie mi pokój!... — mówił Adam, upadając na fotel i zasłaniając uszy.
— Szatan niekiedy przybiera rozmaite postacie, aby kusić wiernych. Kto wytrwa, ten zbawionym będzie! — uspakajano go.
— Kto wytrwa!... — powtórzył Adam. — Ja wytrwam!... Mamże jedną chwilą słabości zniszczyć pracę kilkunastu lat; wyrzec się tradycji, pozwolić na to, aby zdenerwowanie Mieczysława ród zabiło, narazić się na przekleństwo przodków i potomstwa? Jakiem czołem ośmielacie się wy, ludzie jednodniowi, sądzić postępki moje, na których ciąży przeszłość i przyszłość. Co mnie obchodzą wasze idee, wasze opinje i wasze prace, podejmowane w tym celu, aby tuczyć was i wam podobnych? Mówicie o społeczeństwie? Albo społeczeństwo nie jest podobne do rzeki, która dlatego tylko nie rozlewa się i nie wysycha, że stare rody stanowią dla niej łożysko i wybrzeża? Czy ja wam przeszkadzam, abyście sobie nawzajem wyrządzali drobne usługi, w ciągu waszej przemijającej egzystencji? Jakiem więc prawem wy dręczycie mnie swemi wrzaskami, jakiem prawem krytykujecie to, czego z was żaden ani pojąć ani odczuć nie może?
Pan Adam obudził się zmęczony nad wszelki wyraz: była to jedna z tych licznych walk, które od chwili przyjazdu do Warszawy staczał z niewidzialnymi wrogami. Od dzieciństwa wierzył najmocniej w to, że ród znakomity i tłum bezimienny są dwoma zupełnie różnemi rzeczami, które ulegają różnym prawom i różne mają obowiązki. Dopiero tu, w tem mieście zarozumiałem i ruchliwem, poczęto mu wykładać jakieś nowe teorje. Dopiero tu poczęto wmawiać, że on jest tylko jednostką z owego tłumu, którym dotychczas pogardzał, poczęto osłabiać wiarę w ideę, którą z mlekiem wyssał.
I otóż znowu uczuł w tej chwili tęsknotę do swego dziś samotnego pałacu, w którym jedna tylko wola i jedna wiara panowała; do tych obszernych komnat, wśród których nie dręczyły go tak głębokie i całą jego naturę wstrząsające wątpliwości. Ale pałac ten i te komnaty były dziś w rękach Rudolfa, a wrócić do nich można było pod tym tylko warunkiem, aby Mieczysław ożenił się z jego córką.
Pan Adam przestał się już wahać. Zapalił świece, usiadł przy biurku i pewną ręką, pięknym charakterem napisał do syna list następujący:

Kochany Mieczysławie! Na twoje pytanie odpowiem ci krótko: odpoczywać nie można, ponieważ honor i byt rodziny wymagają, abyś ukończył nauki nieodwołalnie w tym roku. Już i tak dosyć często wspomina mi Rudolf, że każdy dzień twej nieobecności w Warszawie przyprawia go o stratę kilkudziesięciu rubli, któreby na nowem przedsiębierstwie mógł zyskać. No — a zgodzisz się, że łatwiej przenieść chwilowe zmęczenie, aniżeli upokorzenia rzeczywiste i nieustanne. Co więcej: prędzej lub później ktoś inny może pochwycić plan tego samego przedsiębierstwa, a wówczas — domyślasz się, co nastąpi.
:::Zbierz zatem całą energją, o nerwach zapomnij i kończ — boć jesteś człowiekiem, na którym los naszego rodu spoczywa. Gdy cię zniechęcenie napada, myśl o czem chcesz, o naszem nazwisku, o mnie, o twej siostrze, o całem społeczeństwie wreszcie, ale pracuj i kończ.

List ten szorstki jak rozkaz dzienny wodza do żołnierzy, nieubłagany jak wyrok, Adam jeszcze raz odczytał i zapieczętowawszy go, kazał służącemu natychmiast wrzucić do skrzynki. Widocznie lękał się nowych walk i nowego wahania, które mu dzień jutrzejszy mógł przynieść.
— Spełniłem obowiązek! — szepnął, czując, że straszny ciężar ugniata mu serce. — Ci sami ludzie, którzy wykładają teorją solidarności społecznej, uczą jednocześnie, że miło jest pełnić obowiązki. Gdzie tu zgodność? To samo już wskazuje, że obowiązki tłumów są inne, a rodów inne, skoro pierwsze robią przyjemność, a drugie — zatruwają życie!
Noc już zapadła i pan Adam przeszedł do swej sypialni. Tam, wedle zwyczaju, wziął do rąk bogato oprawną książkę i zbliżył się z nią do klęcznika, nad którym wisiał bronzowy wizerunek Chrystusa.
Pan Adam ukląkł, podniósł oczy na krzyż, lecz nagle cofnął się. Opanował go jakiś straszny niepokój i począł się lękać, aby przy pierwszych słowach modlitwy nie odwrócił od niego głowy Ten, który kochał wszystkich. Zdawało mu się, że posąg otwiera śpiżowe usta i mówi:
— Jeżeli nie wierzysz we mnie, dlaczego się modlisz?... A jeżeli wierzysz, jak śmiesz się modlić, zły ojcze!...
— Poświęciłem mego syna! — jęknął Adam.
— Sprzedałeś...


III.

Od owego dnia upłynęło kilka miesięcy; wiosenny deszcz spłókał resztki śniegów, na targach ukazały się kwiaty, a nad miastem poczęły przeciągać ptaki wędrowne. W elegancko a nawet zbytkownie urządzonym gabineciku siedziały dwie kobiety: jedną z nich była Helena, córka pana Adama, drugą jej towarzyszka, osoba bardzo żółta i bardzo poważna.
Panna Helena była uderzająco piękną. Miała ona grecki nosek, prześliczne usteczka, oczy czarne, pełne słodyczy, brodę nieco wydatną, rączki małe i przeświecające jak alabaster. Szafirowa, zapięta pod szyję sukienka i zebrane w jeden węzeł ciemne włosy podnosiły jeszcze bladość jej oblicza, na którem, niestety! widać było ślady znużenia i choroby.
Dama do towarzystwa była osobą o tyle starą, o ile dystyngowaną. Uwielbiała ona Burbonów, tytułowała się baronową i chętnie rozmawiała o protoplaście swej rodziny, o którym kronika jednej z wojen krzyżowych wspomina, że miał zaszczyt pilnować kozy i koguta, które wojownikom drogę do Ziemi Świętej wskazywały.
Dama w tej chwili skrzypiącym głosem czytała Chateaubrianda; ponieważ jednak robiła to samo codzień od lat kilku, Helenka więc nie słuchała nawet jej pełnych umiarkowanego uniesienia deklamacyj. Z wyrazem znużenia oparła główkę na grzbiecie fotelu i pragnąc czemśkolwiek myśl zaprzątnąć, poczęła oglądać się po swym pokoju.
Lecz nie zajęły jej ani pyszne sztychy pochylonych lub ku niebu wzniesionych twarzy kobiecych, ani drobne mebelki kryte szafirowym atłasem, ani marmurowe urny i wazony pełne kwiatów o zwieszonych gałązkach, szerokich lub podługowatych liściach — słowem nic. Warszawa, to miasto wesołe i gwarne, prócz odległego turkotu dorożki, nie karmiło jej żadnemi wrażeniami. Tu, w swym gabineciku, jak ptak w złoconej klatce, przepędziła ona kilka lat długich i nudnych. Jednostajności ich nie przerywały ani tańce, ani wizyty, ani zebrania liczniejsze, bo Helenka z powodu wątłego zdrowia tańczyć nie mogła, a pan Adam o wynalezieniu dla niej jakichś innych rozrywek nie miał czasu myśleć. Cóż więc jej pozostawało?... Oto wizyty u jenerałowej, gdzie spotykała same staruszki, spacer powozem do Łazienek, gdzie widywała inne podobne do niej zakonnice, a wreszcie — piękne ale martwe obrazy fantazji, którą przekazał jej ojciec, a rozwinęła nieustanna samotność, skutkiem zupełnego braku wrażeń. I teraz w duszy Helenki ocknęły się fantastyczne wspomnienia.
Powoli blado-różowe usteczka jej uchyliły się, odsłaniając ząbki drobne, gęste i białe jak perły, a ciemne i długie rzęsy opadły. Dama do towarzystwa wyszła. W samotnej komnacie dziewicy zapanował spokój tak głęboki, że usłyszećby można szelest rosnących kwiatów, gdyby i one w tej uroczystej chwili nie ucichły. Anioł marzeń roztoczył eteryczne skrzydła nad aniołem ziemi, a Bóg, patrzący na te dwa dzieła swoje, zadumał się, które z nich jest piękniejsze...
I otóż w marzeniu tem przypomniała sobie lata, które jej równie martwo i jednostajnie płynęły, w piaskowcowym pałacu na wsi. Oczyma duszy widziała zamyślonego brata, zasępionego ojca i w starych sukniach starą służbę, na której obliczach rozlewał się wyraz znękania i niepewności o jutro. Z okien pałacu dostrzec mogła piaszczystą drogę, którą rzadko kto przejeżdżał, pola lichem zbożem okryte, wieżę kościołka, a przy wijących się ścieżynach okrągłe, zielone grusze i krzyże pochylone i czarne. Była to jeszcze najweselsza część okolicy, bo z drugiej strony za starym parkiem, za stawem i łąką, rozciągał się ciemny, poszarpany szmat lasu, który pod tchnieniem wiatru z posępnym falował szumem.
Prócz tego szumu i świergotu ptaków, nie dolatywał jej żaden prawie głos inny; czasem tylko szept służby rozmawiającej jak w pokoju zmarłego, — miarowy łoskot kroków ojca, które przedrzeźniało echo, i — szelest kart odwracanych przez brata, który całe dnie spędzał nad książką.
I wśród tego grobu żyjących, między ludźmi błąkającymi się jak cienie, była ona sama jedna, tak młoda, tak ciekawa co się dzieje tam, za owym sinym widnokręgiem!...
Tylko raz w roku od początku lipca do września ożywiał się stary zamek. Działo się to wówczas, gdy z odległego miasta przyjeżdżał na wakacje Grodek, syn rządcy pana Adama. Zdawało się, że młodzieniec ten o wypukłej piersi, wysokiem czole i śmiałem, szafirowem oku, przywoził ze sobą talizman wesołości i życia. On jeden między temi schylonemi postaciami stał prosto, stąpał głośno i śmiał się szczerze. Gdy on był, Mieczysław rzucał książki, odważał się jeździć konno i brać fuzją do ręki.
Stare czółno wypływało wówczas na środek stawu, starzy domownicy częściej wychodzili na podwórze i ruszali się żwawiej, a odwieczna, zadumana puszcza od najdalszych krańców swoich roznosiła odgłosy wystrzałów i wesołe okrzyki ludzi. Był on cudowną kroplą tajemniczego eliksiru, zapomocą której kipiący ocean świata, choć na krótki czas, w zamarłym pałacu wskrzeszał życie.
Przyjazdu też jego niecierpliwie oczekiwali wszyscy. On rezydentom przywoził najświeższe wiadomości polityczne, a Mieczysławowi najnowsze i najciekawsze książki. On jeden lubił choćby całemi godzinami rozmawiać z Helenką i umiał ją bawić najlepiej.
Nigdy drzewa w parku, ani trzcina na stawie nie szumiały tak wymownie, jak wówczas, gdy on z nią spacerował, albo gdy czółnem ją woził. A jak piękne były bukiety, które jej przynosił codzień, jak słodkie jagody, które zbierali razem!
Pan Adam tytułował Gródka swym nadwornym lekarzem i lubił go nawet, ale w sposób dość umiarkowany. Młody ten student medycyny za wiele rozprawiał o cudach postępu, o ludziach ubogich pełnych szlachetności i prostakach pełnych delikatności uczuć. Zdania jego zanadto trąciły demagogją, aby pan Adam mógł był w nich gustować; niekiedy lękał się, aby mu Grodek swemi przewrotnemi teorjami syna nie zgorszył, a w kilka lat później przekonał się, że to z jego namowy Mieczysław do szkoły politechnicznej wstąpił.
Z całego pasma często przerywanych stosunków z Grodkiem, w duszy Heleny ognistemi obrazami zarysował się pewien dzień na wieki dla obojga pamiętny. Było to w tym roku, kiedy pan Adam sprzedał majątek, Grodek zaś, ukończywszy medycynę w Warszawie, wybierał się, naturalnie na własny koszt, zagranicę. Dnia tego pan Adam wyjechał za interesami jakoś po południu, późnym wieczorem zaś troje ich, to jest: Helenka, Mieczysław i Grodek wyszli na spacer do parku.
Park był duży, a Mieczysław zawsze zamyślony, skutkiem czego zmęczona trochę Helenka, nie mogąc liczyć na pomoc roztargnionego Miecia, oparła się na ramieniu Grodka. Dziwny to był wieczór!... W powietrzu unosiła się upajająca woń kwiatów i słychać było jakieś tajemnicze szmery. Wiekowe drzewa, przy blasku księżyca, zamieniły się w olbrzymów, wyciągających po Helenkę ramiona rosochate i pogięte. Woda na stawie była tak gładka, iż zdawało się, że w tem miejscu rozstąpiła się ziemia, ukazując w niezmiernej głębinie inne niebo i inne gwiazdy. Rozmarzony Miecio zginął gdzieś. Z pomiędzy trzcin odezwał się głos bąka, z baszty hukanie sowy, a Helenka uczuła niewytłomaczoną bojaźń. Szczęściem Grodek był przy niej i otóż miejsce bojaźni zajęło inne uczucie, słodkie i straszne, które poznała pierwszy raz w życiu, lecz pamiętała dotychczas.
Nigdy nie starzejąca się i zawsze piękna, choć odwieczna sielanka!...
W kilka dni później Grodek wyjechał, uwożąc ze sobą gałązkę róży, którą wypielęgnowała Helenka, a może i serce dziewicy...
Helenka ocknęła się. Byłoż to wszystko snem i ten zamek, i ten park, i — ten przewodnik, który, klęcząc, tak namiętnie drżącemi usty całował jej ręce? Nie! to nie był sen, ale rzeczywistość... świadczy o tem ten krzak róży, jedyna pamiątka, jaką z domu wywiozła. Świadczy list, jeszcze droższa pamiątka, którą jej Grodek po sobie zostawił.
Helenka powstała z fotelu i zbliżywszy się do stolika, z kosztownej szkatułki wydobyła kilka arkuszy cieniutkiego papieru. Papier zwątlał, pismo zbladło, odczytać je przecież było można. Helenka uczyniła to tem łatwiej, że wszystko już prawie oddawna umiała napamięć.

„Lubię patrzeć na ciebie, o krzaku róż piękny i zdradziecki! Jak dziwnie zjednoczyłeś w sobie cudowne kwiaty i cierń bolesny, jak dziwnie w życiu roślinnem wypowiedziałeś historją ludzkiej miłości!... Lubię patrzeć na ciebie, bom wybrał jeden rozwijający się pączek — podziw przechodnia, a ozdobę macierzystej gałęzi. Różo, ty różo!... ilem ja razy porzucał towarzystwo ludzkie, byle tylko nie zatracić wspomnień o tobie. Ile razy wzywałem najpiękniejszych promieni słońca na twoją główkę i najczystszej rosy, abyś w niej wdzięki swoje kąpała. Aleś ty zawsze jedna: ani pochylasz się ani odsuwasz, i więcej zdajesz się podziwiać, aniżeli podzielać przywiązanie.


∗             ∗

„Biada mi, żem wyciągnął do ciebie obnażoną rękę, że do piołunów zrodzony o tobie pomyślałem, kwiecie! Gdybym choć umarł zapatrzony w twe listki świeże i niewinne, zasłuchany w szmer twoich gałązek, uniósłbym z sobą widok ten i szelest do grobu. Lecz jeżeli mi przyjdzie kiedy znaleźć pustkę tam, gdzie moje nadzieje kwitły, cóż mi zostanie oprócz boleści i pustki?...
O kwiecie niewdzięczny! tak głęboko utkwiłeś we mnie, że już nie wiem dziś, czy ciebie ziemia, czy serce moje wydało!


∗             ∗
„Niekiedy słyszę pieśń, ukochanej odegrywaną ręką; wówczas zmieniasz formę kwiatu w kształty kobiece i patrzysz na mnie oczami sfinksa, jakbyś chciała nas oboje skuć w jedną całość na wieki. Wszak my jesteśmy dwoma promieniami jednego światła, rzuconemi z nieskończoności poto, aby się tu połączyć! O ludzie, nie stawajcież na drodze biegnącym ku sobie gwiazdom...

Poprawiasz włosy, gniewając się, że ci je wiatr potargał? To nie wiatr, to pocałunek mój! Spojrzyj na mnie!... Milczą wprawdzie oczy twoje, ale ja i taką mowę rozumiem. Miłość z nich przegląda!
Duch mój to ocean rozkołysany burzą; gdy niema cię, jest noc i zwiększa jeszcze okropność walki. Ukaż się więc, o ty słońce moje! Ciebie przecież nie dosięgną szalone wybryzgi piany, a może — przy blasku twym, choć obcy jaki człowiek znajdzie bezpieczne miejsce, aby podziwiać siłę fali i patrzeć na twój obraz po miljon razy odbity w wiekuiście ruchomem zwierciadle.


∗             ∗

„Pamiętasz młodą wiewiórkę? Miała trójkątną głowę, oczy wypukłe i ruchy twoje. No — i zabili ją. Czyżby każdą pamiątkę po mnie ten sam los spotkał?...


∗             ∗

„Wyrzekałem kiedyś, ale to już bardzo dawno; lecz dziś, gdy znowu jesteśmy razem, narzekania zamieniają się w pieśni. Przebacz niepokój i niewiarę moją. Niewdzięczny! jak mogłem pomyśleć, że będziesz głuchą na to łkanie serca, które się wydziera do ciebie, że milszym ci będzie jakiś pozorny blask od uczuć głębi. Patrz, jam wynalazł w sobie sturamienną hydrę, oplątałem cię ognistą siecią moich myśli i wiecznie niepewny, wiecznie drżący o jutro tuliłem cię w uścisku rozpaczy.


∗             ∗

„Kto tu jest i do kogo mówię? Róża — wszakże to tylko kwiat, a — obok niej cień mojej wyobraźni. Jak pusto! a zdawało się, żem słyszał szelest nadchodzącej. Powiedz — czyś skryła się? niechże cię zobaczę ten raz jeszcze; tak już dawno nie patrzyłem na ciebie!
Życie schodzi mi cierpko, jak tym wszystkim, którzy zmuszeni są walczyć ze sobą — bardzo cierpko! Zgubiłem połowę duszy mojej, szukałem jej, a ludzie odpowiadali: nie wiemy!
Czyżbym jej już nigdy znaleźć nie miał?...
O różo!... w duchu ludzkim naciągnięte śpią struny boleści, pokąd nie zbudzi ich traf albo konieczność. Wówczas dreszcz ich udziela się grobom, które umilkły na wieki, a w kamieniach nawet słychać przyśpieszone tętno i oddech niespokojny. Tylko kwiaty piękne lecz martwe uśmiechają się do głosów tych, jak do szmeru skrzydeł motyla.
Nie jestżeś ty takim kwiatem?


∗             ∗

„Siądźmy — spokojnie tu jest. Wiatr przepływa między liśćmi, a niebo na zachodzie twoim oblało się rumieńcem. Niegdyś o takiej porze, na dalekie stąd łąki wychodziłem zbierać kwiaty dla ciebie, jakbyś je rzeczywiście przypiąć musiała. Inni wyśmiewaliby podobne złudzenia, mnie jednak było z niemi tak dobrze...
Ale dziś wszystko już przeszło. I gdy w spokojnem szczęściu naszem wspominam o tych wybuchach żalu, bezsennych i gorączkowych nocach, — gdy pomyślę, że dwoje nas tęskniło i płakało w ukryciu, widzę, że cierpienia dane nam były w tym celu, aby się przy nich lepiej teraźniejsze szczęście odbiło.
Płaczesz? Oprzyj głowę na mojej piersi, niech połączą się łzy nasze. O nocy, nie mijaj i niech mi się wieczność zamknie w uścisku twej ręki, w dotknięciu twoich ust gorących. Patrz, co się tu dzieje dokoła. Las umilkł, ptak nie śmie skrzydłem zaszeleścić, ten pyszny zamek szeroko otworzył martwe oczy, gałęzie drzew oplotły nas, a pochylone kwiaty ciekawie patrzą na ciebie. Tylko tam wysoko nad głowami naszemi zdziwione gwiazdy szepczą jedna do drugiej: „Wieszże ty, co to jest miłość?...“

Helenka skończyła czytać. Zdawało się jej, że na tę pieśń nieśmiałą i mistyczną składały się nie ludzkie wyrazy, ale szum wiatru, plusk wody i ciche dreszcze rozmarzonego serca. Otworzyła lufcik, z podwórza doleciał ją wesoły świergot wróbli, a ze świata wiosenne ciepło.
— Czy on wróci?... Czy on jeszcze pamięta o mnie?... — myślała.
W tej chwili, na krawędzi otwartego okna siadł gołąb i, złudzony zielenią mchu, począł go skubać jak świeżą trawę. Spłoszony ruchem Helenki zerwał się nagle, lecz znowu wrócił i znowu skubał mech, kręcąc przytem główką i jakby dziwiąc się, że jego listki, mimo tak pięknych pozorów, są martwe.
Helenka uczuła ból w sercu. Nieokreślone przeczucie szepnęło jej, że i ona jak ów gołąb łudzi się pozorami szczęścia i że kiedyś strasznej dozna boleści. Spojrzała na ptaka, który krążył wciąż przy oknie, i dwie gorzkie, palące łzy stoczyły się z jej oczu. Przypomniała sobie, że ów Grodek jest tylko synem ubogiego rządcy, a jej ojciec — dumnym i nieugiętym panem.


IV.

Pan Adam pędził tymczasem życie, jeżeli nie monotonne, to przynajmniej systematyczne i spokojne. Wstawał późno, wyjeżdżał następnie do biura, około piątej wracał do domu na obiad, wieczory zaś przepędzał niekiedy w resursie, niekiedy w salonach prywatnych.
Z córką widywał się codzień, chociaż, bez względu na obustronne przywiązanie, stosunki ich nie odznaczały się tą serdecznością, jaka wśród innych rodzin ma miejsce. Pan Adam w domu był ciągle zamyślony, albo zajęty, wszelkie zaś objawy cieplejszych uczuć ze strony córki hamowało głębokie uszanowanie, połączone z bojaźnią. Nieszczęsna idea podniesienia rodu nietylko wypełniała wszystkie zakątki duszy, lecz i osobę pana Adama otaczała jakąś atmosferą chłodną, a nawet groźną.
Mieczysław od pewnego czasu do siostry nie pisywał wcale, do ojca rzadko i krótko. Listy jego zdradzały wielkie znużenie. Pan Adam przeczuwał z nich coś niedobrego, wszystko jednak składał na karb egzaminacyjnych zajęć i lekkiego zdenerwowania. Zresztą starał się o tym przedmiocie nie myśleć.
Na parę dni przed niedzielą kwietnią, prezes został zaproszony do jednego z członków spółki. Większość mężczyzn, jak zwykle, skupiła się w salonie oddzielnym: byli tam kupcy, przemysłowcy i artyści. Niektórzy rozmawiali o polityce, albo miejscowych ploteczkach; inni grali w karty, jeszcze inni — medytowali, otaczając się kłębami dymu.
W jednym kącie dwaj ochotnicy do pułku bankierów szeptali między sobą o cenie okowity. Gdy zaś Adam przeszedł około nich, jeden odezwał się głośno:
— Widziałem dziś księcia...
— Księcia Leona? — przerwał drugi. — Tańczył z moją żoną w ratuszu.
— Ale gdzież tam — odparł szybko pierwszy — księcia Wacława. Jadł ze mną śniadanie...
Adam uśmiechnął się. Znał on dobrze tych Brutusów dzisiejszej demokracji, którzy po kątach piorunują na wielkich panów, lecz miękną wnet, gdy wielki pan raczy przemówić do nich. Wleźliby mu nawet w kieszeń i siedzieli tam przez sześć dni w tygodniu, byle siódmego mogli wyjść na świat i opowiadać w swojem kółku:
— Jestem w bardzo bliskich stosunkach z tym poczciwym hrabią... To wcale miły człowiek!
W salonie damskim żona fabrykanta z córką kupca rozmawiały po francusku o barbarzyństwie naszego społeczeństwa, dwie zaś bankierowe recytowały, także po francusku, nazwiska wszystkich znajomych im baronów, hrabiów i książąt. O kasjerach, buchalterach i podobnych im śmiertelnikach, których znały nierównie lepiej, nie wspominała żadna.
W gronie dam wieku średniego dostrzegł prezes jedną, która zawsze robiła głębokie na nim wrażenie. Była to bowiem pierwsza jego narzeczona, z którą pomimo obustronnej miłości nie ożenił się, z powodu, że miała posag zbyt mały.
Adam przywitał ją, dama zarumieniła się i, po kilku zdaniach wstępnych, zapytała:
— Jakże się miewa obecnie panna Helena?
— Zawsze jednakowo — odparł smutnie prezes. — Kilka dni jest zdrowsza, kilka dni cierpiąca... A córeczka pani?...
— Oto jest moja córka, ta, która ma śpiewać w tej chwili.
— Prześliczna osoba! — rzekł Adam, patrząc na nią z zajęciem.
W oczach damy błysnął jakiś niedobry ogień, wnet też odpowiedziała:
— Dobre zdrowie i trochę wdzięków stanowią jedyny posag, jaki moja córka odziedziczyła po mnie.
Prezesowi, gdy to usłyszał, drgnęły usta. Cios był istotnie silny. Jego córka po swojej matce nie odziedziczyła zdrowia, ani majątku nawet, który on sam roztrwonił.
Gdy wrócił znowu do salonu mężczyzn, był rozmowny i dowcipny, ale duszę targał mu niepokój i wyrzuty sumienia.
— Co w tej chwili robi moja córka i syn... tacy wątli oboje?... — myślał.
Dla odegnania trapiących go przeczuć, począł znowu oglądać się po zebraniu, ale bezskutecznie. W piersiach jego toczył się teraz głuchy proces. Wewnętrzny głos zasypywał go pytaniami i oskarżeniami szyderczemi.
„Gdybyś się ożenił z pierwszą narzeczoną, dzieci twoje miałyby przynajmniej zdrowie, a ty spokojność. Spojrzyj dokoła i powiedz: kim jesteś wobec tych, którzy cię otaczają? Oni tworzą bogactwa, tyś je marnował. Oni dają utrzymanie setkom ludzi użytecznych, a ty sam dziś potrzebujesz cudzej łaski, egoisto! marzycielu!...
W tej chwili wszedł do salonu pan Rudolf. Przywitał się z gospodarzem, ledwie kiwnął głową kilku znajomym i wziąwszy pod ramię Adama, szybko wyprowadził go do samotnego pokoju.
— Chce się popisać... Przypomina obecnym, że będzie teściem mego syna — pomyślał Adam gniewnie. Wnet jednak spostrzegł, że Rudolf jest ogromnie zmieszany. Pulchna jego twarz była żółta, ręce mu drżały.
— Co ci jest? — zapytał zdziwiony prezes.
— Nieszczęście! — szepnął Rudolf. — Dlaczegom ja o ten majątek układy rozpoczął? — dodał jakby do siebie.
Zkolei Adam uczuł trwogę, Rudolf zaś mówił dalej:
— Nasz Miecio...
— Czy chory? — przerwał prezes, blednąc.
Rudolf upadł na krzesło i schwycił się obydwoma rękami za czoło.
— Mówże, co się stało! — krzyknął Adam głosem chrapliwym i targnął go za ramię.
Zamiast odpowiedzi, Rudolf wydobył dużą kopertę i oddał ją prezesowi; potem oparł łokcie na stole i ukrył twarz w dłoniach.
Do pokoju wbiegł gospodarz, nigdy nie odznaczający się wielkim taktem, i wesoło zawołał:
— Usuwacie się panowie od towarzystwa, to nieładnie... Aha! widzę jakieś depesze... Czy mogę powinszować dobrych nowin?...
— Syn mój nie żyje! — jęknął Adam i wybiegł bez pożegnania.
Gospodarz wrócił spiesznie z nowiną do gości, a Rudolf, zostawszy sam, mruczał:
— Szkoda chłopca, ale szkoda i tamtych dóbr. Węgiel i kamień litograficzny! A wszystko to jakbym za okno wyrzucił!...


V.

Zobaczywszy na ulicy Adama, lokaj stojący przy karecie otworzył drzwiczki; ale prezes nawet nie spojrzał na niego i poszedł chodnikiem, chwilami zataczając się. Ogromne, nie dające się sformułować, uczucie boleści przygniatało go. Z trudnością przypominał sobie, że jest na ulicy, i dziwił się, że nie może zapanować nad nogami, które mu się plątały niekiedy.
Potem przestał się dziwić i przestał myśleć. Machinalnie odwrócił głowę i ujrzał swoją karetę, która wśród cieniów nocy posuwała się zwolna jak za pogrzebem. Wtedy znowu szepnął:
— Mój syn nie żyje!...
Wyprostował się i szedł dalej sztywny.
W duszy tego człowieka pod grubą skorupą egoizmu, chęci błyszczenia wśród zbytków, fałszywej dumy i jeszcze fałszywszej idei rodowej, kryła się potężna miłość dla syna. Póki na niego patrzył, póki obcował z nim osobiście i listownie, nie przeczuwał nawet, jak go kocha. Zrozumiał to dopiero dziś, gdy piorun śmierci zdruzgotał skorupę, z pod której teraz lawa niezmiernej boleści wypłynęła.
Jego syn umarł! Do tej pory iluż to synów widział on okrytych całunem? ilu rozpaczy rodzicielskich był świadkiem? lecz ani jedno, ani drugie nie robiło na nim wrażenia. Dziś dopiero poznał, że jest coś straszniejszego od śmierci rodziców i żony, od bankructwa i upokorzeń — oto śmierć syna. Tamci, którzy poprzednio umierali, nie byli jego synami — ci, którzy płakali nad nimi, nie jego serce nosili w rozdartych piersiach.
Do swego gabinetu wszedł Adam na palcach; podniósł płomień lampy i wydobył z kieszeni kopertę, oddaną mu przez Rudolfa. Był tam list, obcą pisany ręką, w którym jeden z kolegów donosił, że Mieczysław — rzucił się pod biegnący pociąg, a także kartka od samego Mieczysława.

Przebaczcie mi, ojcze i siostro — pisał zmarły — bo Bóg już mi chyba przebaczył. Zdrowie moje do reszty podkopane, zdolności z każdym dniem gasną. Umieram, bo lękam się szaleństwa, które mi nieustannie zagraża, bo nie mam odwagi konać, Bóg wie jeszcze jak długo...

Wkońcu znalazł Adam świadectwo podpisane przez kilku lekarzy, że od pewnego czasu Mieczysław, lubo na krótko, wpadał w stan obłędu... Nie donoszono o tem wcześniej ojcu, z powodu usilnych błagań syna, który obiecywał, że sam wróci do kraju, aby odpocząć.
Dla Adama przyczyny śmierci syna stały się teraz zupełnie jasne: był to rezultat odziedziczonej wątłości po matce, najnierozsądniejszego systemu wychowania i sztucznych warunków życia. Gdyby z tych przyczyn usunięto choć jedną, zdolny ten i zacny młodzieniec nie skończyłby tak marnie.
Zkolei przyszła prezesowi na myśl Helenka. I ona przecież odziedziczyła chorobę sercową i jej nie pozwolono się rozwinąć... Do świeżej boleści po stracie syna przybyła teraz Adamowi obawa o zdrowie córki i — co mu się nader rzadko zdarzało, poszedł do jej sypialni.
Pokój dziewicy zalewało łagodne, niebieskawe światło lampy. Przy blasku jej prezes spojrzał na córkę i pot kroplisty wystąpił mu na czoło. Helenka spała twardo, twarz jej miała jakiś sinawy odcień, na smutnie uśmiechniętych usteczkach można było dostrzec ślady gorączki. Oddychała szybko i niespokojnie, a gdy ojciec dotknął jej ręki, uczuł, że puls bije nierówniej jeszcze niż zazwyczaj.
— Kto tu?... — zapytała nagle przebudzona.
Szeroko otwarte oczy jej mocno błyszczały; uśmiechała się, lecz przez długą chwilę była nieprzytomna.
— Ach! to ty, papo? — dodała. — Czy już dzień?...
I znowu opadła na poduszki, ujęta snem chorobliwym. Gdy prezes schylił głowę, usłyszał ciężkie i nierówne uderzenia jej serca. Ogarnął go taki żal, takie jakieś osłabienie, że chciał uściskać, utulić to jedyne już teraz dziecko i — zapłakać. Ale że nie robił tego nigdy, że podobny objaw rodzicielskiej tkliwości wydawał mu się czemś nienaturalnem, cofnął się więc, z trudnością powstrzymując łkania. Znowu przypomniał sobie Mieczysława i począł w duchu oskarżać wszystkich i złorzeczyć wszystkim. Wszakże syn słabą kompleksją odziedziczył po matce? Wszakże to matka przeciążała go w dzieciństwie bezużyteczną pracą? To Grodek zapalił w nim namiętność do nauki i zachęcił do szkoły politechnicznej? To wreszcie najbliższym powodem samobójstwa była niecierpliwość tego bezwstydnego chciwca Rudolfa, który już dziś narzeka, że rozpoczął układy o nabycie ich dawnego majątku!
Słowem, w oczach tego szalonego marzyciela, winnym był cały świat, tylko — nie on sam. Nie on, który wybierał matkę dla swych dzieci i który wdzięki ich i zdolności robił głównemi czynnikami samolubnej i bezrozumnej walki przeciw duchowi czasu.


VI.

Stosunki Adama z Rudolfem zostały zerwane w sposób dosyć nawet gwałtowny. Przy pierwszem spotkaniu się, rozdrażniony Adam zarzucił swemu wspólnikowi chciwość i brak delikatności uczuć, natychmiast zażądał dymisji z urzędu prezesa i rachunków z sumy u Rudolfa złożonej. Gdy to nastąpiło, pan Adam przekonał się, że mu grozi ostateczna ruina: nietylko bowiem stracił wielki i pewny dochód, ale nadto, zamiast kilkunastu, otrzymał parę tysięcy rubli kapitału. Resztę sam w ciągu paru lat stracił, ciągle oglądając się na miljony Rudolfa.
Nieszczęście nie przychodzi nigdy samo, wnet bowiem Helenka wpadła w ciężką słabość, dowiedziawszy się o śmierci ukochanego brata. W kuchni, przedpokojach i garderobie szeptano. Dama też do towarzystwa, wyrozumiawszy co się dzieje, uczuła niepohamowaną tęsknotę do Francji i po raz pierwszy w tym domu dostała spazmów.
Opinja tymczasem nie próżnowała, — w mieście poczęły krążyć najdziwaczniejsze plotki. Gdy zaś przez setne usta dowiedziano się, że Adam zabronił synowi na rok przerwać nauki, wybuchło oburzenie. Jedni utrzymywali, że pan Adam jest szaleńcem, który w pogoni za marą wielkości — zabija własne dzieci. Drudzy — nazywali go kuglarzem, który niskie cele egoistyczne zasłaniał maską idei rodowej. Inni zarzucali mu niewdzięczność względem Rudolfa. Wszyscy zaś w duchu przyznawali, że pan Adam jest już nieodwołalnym bankrutem, którego unikać należy. Póki miał znaczenie i w perspektywie duży majątek, tolerowano jego kastowość i pomiatanie ludźmi, ale dziś nie było już interesu.
Poglądy takie krążyły między ludźmi wszelkich klas i stanowisk — i nie dziw! Byłże bowiem choć jeden człowiek, któremu pan Adam zrobił dobrze, choć jedno serce, któreby do siebie przywiązał?... A jednak w gruncie rzeczy nie był on złym, tylko manjakiem, fanatycznym wyznawcą zupełnie fałszywej idei. Ludzi takich, niestety! społeczeństwo posiada dość wielu. Duma rodowa w niższym lub wyższym stopniu stanowi dla nich artykuł wiary. Boleją oni nad własnym upadkiem, marzą o wskrzeszeniu dawnego blasku, lecz jednocześnie nie rozumieją środków prowadzących do urzeczywistnienia tej idei, zapominają, że rozgłos i znaczenie zdobywa się nie przez pomiatanie innymi, nie przez pyszny separatyzm, ale przez pracę. To też, gdy oni myślą tylko o tem, aby nazwiska i osoby swoje piękną otoczyć dekoracją, na scenę życia występują tymczasem inni aktorzy, inne nazwiska, inne sławy, — o nich zaś świat zapomina.
Gdy w parę dni po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna, znękany Adam złożył wizytę jenerałowej, staruszka rozpłakała się.
— Bóg dał, Bóg wziął! — rzekł na to pan Adam. Był to człowiek żelazny.
— Żebyś wiedział, co się tu dzieje — mówiła staruszka. — Miasto pełne plotek i wszyscy powtarzają, że to kara Boża. Wcale niepotrzebnie wdałeś się z tym Rudolfem; tacy jak on ludzie nie umieją nas oceniać. Dziś zresztą inny świat!...
— Żałuję, żem się z nim wdawał, ale już za późno... — szepnął Adam.
Jenerałowa zapłakała jeszcze raz, lecz jednocześnie przyszło jej na myśl, że kto wie, czy przy tej okazji nie ubije własnego interesu.
— Zabezpieczże przynajmniej los córki — rzekła. — Mój Zencio ma sam z siebie parękroć, a ja mu jeszcze coś dodam. Ty mieszkałbyś przy dzieciach, no — iw każdym razie mielibyście przynajmniej odpowiednie towarzystwo w dalszem życiu.
Pan Adam zrozumiał, że kuzynka, mówiąc to, robi aluzją do ich przyszłego niedostatku i do tłumu, w którym kiedyś pogrążyć się będą musieli. Ale i teraz nie odpowiedział nic; oparł tylko głowę na ręku i myślał:
„Niepodobna, aby Helenka nie znalazła męża równego nazwiskiem i majątkiem, a przynajmniej znośniejszego niż Zenon. Mam przecież tylu znajomych, tylu krewnych!... Moje stosunki z Rudolfem mogły dla wielu z nich stanowić przeszkodę, ale dziś...“
Mylił się. Dla jego znajomych i krewnych nie stosunki z Rudolfem, ale to, że Helenka posagu nie miała, stanowiło przeszkodę. Nie wiedział też o zmianach, jakie, po zerwaniu z Rudolfem, zaszły w opinji tych właśnie, na których liczył. Wkrótce jednak sam przekonał się o tem, w sposób niewymownie dotkliwy.
Nadszedł wielki piątek. Zgodnie z dotychczasowym zwyczajem, pan Adam wziął do portmonety kilka sztuk złotych pieniędzy i wyjechał z zamiarem odwiedzenia grobów.
W kościele, do którego wszedł, panował mrok. Ołtarze i okna zasłonięte były kirem, lichtarze przewrócone. Wśród szarego tłumu ludzi bladych i poważnych, siedziały przy srebrnej tacy damy czarno ubrane i z eleganckimi towarzyszami rozmawiały dość wesoło. Od czasu do czasu, na tle szmeru nóg, westchnień i modlitwy, rozlegał się stłumiony śmiech kwestujących i kołatanie pieniędzy o brzeg tacy.
Adam znał wszystkich siedzących przy stole. Każda z tych dam była dlań uprzejmą, lub więcej niż uprzejmą. Każdy z panów grał z nim w karty i należał do jego najserdeczniejszych przyjaciół. W dolatujących go urywkach rozmowy słyszał nazwiska dobrych znajomych, a nawet krewnych.
Od kilku dni nad wszelki wyraz znękany Adam uczuł się nagle rzeźwiejszym; był przecież w swojej sferze. To też krokiem pewnym zbliżył się do stołu i położył na tacy dwa dukaty.
Ale w tej samej chwili wstrząsnął się, jakby go rozpalonem żelazem dotknięto. Ledwie bowiem wyciągnął rękę, gdy wtem — młodzi ludzie umilkli i odwrócili głowy, damy spuściły oczy na książki i tylko najstarsza z nich podziękowała mu surowem i majestatycznem skinieniem. Nikt nie rzekł do niego ani słówka, nikt nawet nie spojrzał na niego.
Adam osłupiał. Gdybyż mu choć dorobkiewicze, gdyby mu tłum uliczny wyrządził podobną impertynencją. Ale to swoi... ludzie tej samej klasy towarzyskiej, tych samych przekonań, ludzie, których idee i tradycje były jego bożyszczem!...
Scena ta trwała przez jedno mgnienie oka, lecz Adam zrozumiał ją i upokorzony, złamany bardziej niż kiedykolwiek, posunął się w głąb kościoła.
— Co mnie teraz czeka? — pomyślał.
— Pax tecum et cum spiritu tuo! Pokój z tobą i duchem twoim!... — mówił kapłan, podając krzyż do pocałunku.
Pokój z tobą!... Pokój z nim, który stracił syna, majątek i którego swoi odepchnęli. Nie byłoż to szyderstwem?
Adam nie posiadał już władzy nad sobą. Czuł, jakby mu do jego brzemienia coraz większe i bardziej gniotące dokładano ciężary. Odepchnięty przez możnych, zmieszał się z tłumem maluczkich, usiadł na ławce i utkwiwszy błędne oczy w wizerunek grobu Chrystusa, pogrążył się w marzeniach nad wszelki wyraz smutnych. Przypomniał sobie pusty, o setki mil odległy grób syna i pomyślał, że ci, którzy tu czoła zginają, od tamtej mogiły odwróciliby się z przekleństwem. Ci sami, do których dziś spychano go gwałtem.
Rzeczy znane, widywane co roku, nabierały teraz w jego oczach nowego i ponurego znaczenia. Widział tam ludzi, którzy brak koszuli zasłaniają brudnym szalikiem, obok dziewcząt ustrojonych w koronki z trzeciej maskarady. Widział zatopione w modlitwie szarytki, które wyrzekły się wszystkiego na świecie, obok wątpliwej wartości eleganta, który napróżno usiłował zręcznie utrzymać szkło w bezmyślnem i bezwstydnem oku. Słyszał świergot kilkusetrublowych mechanicznych ptaków i gorące westchnienie biedaka, dla którego suchy chleb miał być jedynem święconem.
I oni to, przyjaciele, krewni, zmuszają go, aby wszedł pomiędzy tych ludzi, jego — dziedzica tylu tytułów, takiej sławy! Zgadzają się na to, aby jego wnuki nazywały się braćmi indywiduów obdartych, głodnych i na pracę skazanych?...
Od czasu do czasu chwiał się szczyt palmy, albo gałązka choiny, jakby ptak na niej usiadł. To dziecko ciekawe i mizerne zaglądało do obstawionego lampami grobu. Czyliż i dzieci jego córki mają się kiedyś tłoczyć tu, popychane i potrącane?... Na środku cicho szemrała cienka struga fontanny; z jego serca również wypływał zdrój boleści, ale jaki mętny, jaki palący!...
Tuż obok siebie usłyszał stłumione łkanie: jakaś młoda delikatnych rysów kobieta, schylona ku ziemi, płakała, zasłoniwszy twarz chustką. Nie jestże to obraz jego córki, gdy zostanie samą pomiędzy tą tłuszczą, wśród której na dziesięciu głupich przypada jeden łzami zalany!
Adam zerwał się i wybiegł. Duszno mu tu było, gdzie widział pogrążonych w modlitwie, nędznych, liczących tylko na Boga i własną pracę. Miałże dobrowolnie ze swej wyżyny zejść między ten tłum, którym pogardzał? Miałże dzielić odtąd jego niedostatek, pracę i w nagrodę za wszystko pocieszać się słowami:
— Pax tecum et cum spiritu tuo!
Już po wyjściu z kościoła spostrzegł gromadę dziadów sprzedających cierniowe gałązki, jakby ich w samem życiu nie było dosyć. Kupowali je ludzie biedni i prości, których jedynym skarbem był spokój ducha. Ale pan Adam nie chciał już patrzeć na tych ludzi, nietylko stąpać po ich drogach ciernistych. On przecież nie był tak opuszczonym jak oni, on miał jeszcze deskę ratunku.
Siadł do powozu i kazał się wieźć do jenerałowej. W godzinę później był już pewny, że wnuki jego nie zmieszają się z motłochem.
Układ o małżeństwo Helenki z idjotą Zenonem został zawarty. Jenerałowa rozrzewniła się tak, że na podarunek ślubny obiecała dać Helence połowę swoich klejnotów.



VII.

W kilka tygodni później do salonu pana Adama wszedł bynajmniej nie oczekiwany Grodek. Był to mężczyzna piękny, którego każdy ruch zdradzał energją i stanowczość. Dowiedziawszy się o śmierci Mieczysława i bankructwie Adama, przyjechał on z zagranicy, aby podźwignąć z upadku swojego niegdyś pana i znaleźć szczęście, o którem od tylu lat marzył.
Pan Adam przywitał gościa obojętnie. Jakiś czas rozmawiali o śmierci Mieczysława i kłopotach domowych. Lecz gdy Adam wspomniał przytem imię swej córki, niecierpliwy Grodek zapytał:
— Czy pozwolisz mi pan przywitać pannę Helenę?
— Bardzo żałuję — odparł sucho Adam — że córka moja jest dziś trochę cierpiącą.
— Ależ ja jestem lekarzem — zawołał Grodek.
— To prawda, ale jeszcze niedość starym lekarzem...
Odpowiedź ta, jak i całe zresztą przyjęcie, podrażniła nieco z natury gwałtownego młodzieńca. To też, licząc na dawne stosunki znajomości, postanowił w tej chwili jasno wypowiedzieć swoje myśli.
— Panie Adamie! — rzekł głosem wzruszonym — mój ojciec bardzo kochał pana, ja byłem przyjacielem Miecia...
— I dobrześ go wykierował!... — pomyślał Adam.
Grodek mówił dalej:
— Sądzę więc, że się pan nie obrazi, gdy wszystko wypowiem odrazu i otwarcie...
— Słucham.
— Kocham już oddawna pannę Helenę...
— Co?... — spytał Adam, cofając się.
Ten ton zniecierpliwił Gródka.
— Panie! — mówił dalej. — Dziś już wie pan, że nie powoduje mną żaden materjalny interes. O posagu nie myślę, ponieważ sam mam dosyć znaczne dochody. Dobiłem się też między ludźmi pewnego stanowiska i uznania i jestem obecnie profesorem uniwersytetu...
— A nazwisko?... — przerwał Adam.
— Nazwisko moje — odparł już obrażony Grodek — jest dziś przynajmniej tyle warte, co i inne, nawet starsze od niego...
— Panie Grodek! — rzekł Adam spokojnie. — Cieszy mnie to, że podobnie świetną karjerę zrobił syn jednego z wiernych sług moich. Sądzę jednak, że tytuły pańskie dają mu prawo tylko do urzędu lekarza mojej córki...
Powiedziawszy to, ukłonił się osłupiałemu Grodkowi i wyszedł.
W gabinecie swoim zastał Helenkę. Była zarumieniona i ożywiona jak nigdy i patrząc niespokojnie na ojca, szepnęła:
— Zdaje mi się papo, że pan Grodek przyjechał?... Widziałam go oknem...
Ojciec wziął ją za ręce i ostro spojrzawszy w oczy, rzekł:
— Panienka, która wkrótce ma zostać żoną Zenona, nie powinna zbierać wiadomości przez okna...
— Jakto, ojcze — zawołała przerażona — więc ja naprawdę mam zostać?...
— Czy naprawdę? — powtórzył szyderczo. — Spytaj lepiej, czy naprawdę spadliśmy dziś już tak nisko, że się nawet Grodek o ciebie oświadcza!
— Oświadczył się! — krzyknęła, składając ręce.
Pan Adam popatrzył na nią ze zdziwieniem, pobladł i ledwie hamując wybuch najwyższego gniewu, odparł:
— To tak?... To i ty, córko moja, korzystałaś z jego przyjazdów na wakacje?... Chodźże! — zawołał, ciągnąc ją za rękę — i patrz! — dodał, ukazując wiszące na ścianach portrety. — Patrz!... Ci byli wojewodami, ten kasztelanem, ten — prymasem... śmiałażbyś pomyśleć, żebym między nich wprowadził jakiegoś doktorka?... Jakiegoś nieznanego człowieka, który gdyby nawet miał w porządku swoje metryki, dowiedziałby się z nich o ekonomach, karbowych i chłopach!...
Helenka zachwiała się i załamując ręce, upadła mu do nóg z okrzykiem:
— Nie gniewaj się tak!...
Pan Adam cofnął się, a w tej chwili czoło jego córki uderzyło o podłogę.
Na ten widok dreszcz go przebiegł. Teraz dopiero przyszła mu na myśl choroba jedynego dziecka. Pochylił się i w potężne ramiona pochwycił leżącą.
— Helenko!... Heluniu!... — mówił — uspokój się... Ja się już nie gniewam. Hej, ludzie!... wody... po doktora!...
Ręce i głowa Helenki zwiesiły się ku ziemi bezwładne. Już było za późno i na doktorów i na przebaczenie.
Na trzeci dzień Grodek, dowiedziawszy się z pism i plakat o nagłej śmierci Helenki, zrozpaczony, przybiegł do mieszkania jej ojca. Gdy wszedł do salonu, ujrzał ją nareszcie, po kilku latach niewidzenia, już w trumnie. Obok jej zwłok siedział pan Adam.
Grodek wlepił oczy w te rysy piękne choć martwe, a tak ukochane, pan Adam zaś zbliżył się do niego i począł mówić głosem tłumionym i szyderczym:
— No — teraz chyba jesteś już zadowolony?... To twoje teorje, to wasz postęp zabiera mi już drugie dziecko. O! niechże na wasze głowy spadnie i ta krew, i mój żal, i moje nieszczęsne sieroctwo!... Wasze nauki zatruwają dusze, a samo zetknięcie z wami zabija!...
Grodek spojrzał w jego obłąkane oczy i milczał, Adam zaś, położywszy mu rękę na ramieniu, mówił dalej:
— No, wskrześże ją teraz!... A może wasza mądrość potrafi mi i syna z grobu wywołać? Zróbże to, a upadnę ci do nóg, ja — tobie, którego dziad i ojciec niejednokrotnie ściskali moje kolana...
— Upiór!... — szepnął Grodek, ze wstrętem odpychając jego rękę.
— A tak, dla was — upiór!... — powtórzył Adam. — Szczęściem niedługo i ja pójdę za nimi. Nie dosięgną nas już tam wasze teorje!...
Grodek wyszedł zbolały i oburzony.
Nie teorje to zabiły dwoje niewinnych i nie postęp, ale sam ich ojciec obłąkany i niemiłosierny marzyciel, który podjął się walki z życiem, zamiast zrozumieć je i na pożytek obrócić.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.