Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VII.

W kilka tygodni później do salonu pana Adama wszedł bynajmniej nie oczekiwany Grodek. Był to mężczyzna piękny, którego każdy ruch zdradzał energją i stanowczość. Dowiedziawszy się o śmierci Mieczysława i bankructwie Adama, przyjechał on z zagranicy, aby podźwignąć z upadku swojego niegdyś pana i znaleźć szczęście, o którem od tylu lat marzył.
Pan Adam przywitał gościa obojętnie. Jakiś czas rozmawiali o śmierci Mieczysława i kłopotach domowych. Lecz gdy Adam wspomniał przytem imię swej córki, niecierpliwy Grodek zapytał:
— Czy pozwolisz mi pan przywitać pannę Helenę?
— Bardzo żałuję — odparł sucho Adam — że córka moja jest dziś trochę cierpiącą.
— Ależ ja jestem lekarzem — zawołał Grodek.
— To prawda, ale jeszcze niedość starym lekarzem...
Odpowiedź ta, jak i całe zresztą przyjęcie, podrażniła nieco z natury gwałtownego młodzieńca. To też, licząc na dawne stosunki znajomości, postanowił w tej chwili jasno wypowiedzieć swoje myśli.
— Panie Adamie! — rzekł głosem wzruszonym — mój ojciec bardzo kochał pana, ja byłem przyjacielem Miecia...
— I dobrześ go wykierował!... — pomyślał Adam.
Grodek mówił dalej:
— Sądzę więc, że się pan nie obrazi, gdy wszystko wypowiem odrazu i otwarcie...
— Słucham.
— Kocham już oddawna pannę Helenę...
— Co?... — spytał Adam, cofając się.
Ten ton zniecierpliwił Gródka.
— Panie! — mówił dalej. — Dziś już wie pan, że nie powoduje mną żaden materjalny interes. O posagu nie myślę, ponieważ sam mam dosyć znaczne dochody. Dobiłem się też