Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Aha! widzę jakieś depesze... Czy mogę powinszować dobrych nowin?...
— Syn mój nie żyje! — jęknął Adam i wybiegł bez pożegnania.
Gospodarz wrócił spiesznie z nowiną do gości, a Rudolf, zostawszy sam, mruczał:
— Szkoda chłopca, ale szkoda i tamtych dóbr. Węgiel i kamień litograficzny! A wszystko to jakbym za okno wyrzucił!...


V.

Zobaczywszy na ulicy Adama, lokaj stojący przy karecie otworzył drzwiczki; ale prezes nawet nie spojrzał na niego i poszedł chodnikiem, chwilami zataczając się. Ogromne, nie dające się sformułować, uczucie boleści przygniatało go. Z trudnością przypominał sobie, że jest na ulicy, i dziwił się, że nie może zapanować nad nogami, które mu się plątały niekiedy.
Potem przestał się dziwić i przestał myśleć. Machinalnie odwrócił głowę i ujrzał swoją karetę, która wśród cieniów nocy posuwała się zwolna jak za pogrzebem. Wtedy znowu szepnął:
— Mój syn nie żyje!...
Wyprostował się i szedł dalej sztywny.
W duszy tego człowieka pod grubą skorupą egoizmu, chęci błyszczenia wśród zbytków, fałszywej dumy i jeszcze fałszywszej idei rodowej, kryła się potężna miłość dla syna. Póki na niego patrzył, póki obcował z nim osobiście i listownie, nie przeczuwał nawet, jak go kocha. Zrozumiał to dopiero dziś, gdy piorun śmierci zdruzgotał skorupę, z pod której teraz lawa niezmiernej boleści wypłynęła.
Jego syn umarł! Do tej pory iluż to synów widział on okrytych całunem? ilu rozpaczy rodzicielskich był świadkiem? lecz ani jedno, ani drugie nie robiło na nim wrażenia. Dziś dopiero poznał, że jest coś straszniejszego od śmierci rodzi-