Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Adama aż ciarki przeszły, gdy to usłyszał. Cenił od wprawdzie majątek i nazwisko, ale ojcowskie serce wstrząsało się na myśl oddania jedynej córki Zenonowi, którego natura duchowemi skarbami obdarzyła nader oględnie. Mimowoli przypomniał sobie pan Adam tę twarz, którą miejscowa demagogja porównywała do owczej, to czoło niskie i wtył podane, oczy mętne i mocno przerzedzone włosy. Przyszło mu też na myśl, że ów Zencio mimo usilnej pracy nad sobą nie był w stanie prowadzić choćby najkrótszej, najłatwiejszej rozmowy, że umiał patrzeć tylko w tę stronę, w którą patrzyli inni, i że, gdy został na chwilę sam w pokoju, zapadał w stan zdenerwowania, bardzo do snu podobny.
— Zostawmy to czasowi, kuzyno — Helenka jeszcze za młoda! — odpowiadał pan Adam i zwykle potem żegnał się z jenerałową. Sama myśl o połączeniu Helenki z Zenonem odbierała mu humor. Zdarzały się jednak wypadki, bez porównania dokuczliwsze. Pewnego razu, na jakimś balu publicznym, Adam usłyszał niechcący rozmowę, prowadzoną przez dwu nieznanych mu mężczyzn.
— Ciekawym — mówił jeden — na jakiej zasadzie wybrano go na prezesa spółki. Przecież ani nudząc się na wsi, ani hulając zagranicą, nie miał sposobności obeznać się z operacjami handlowemi.
— Co chcesz — odparł drugi — on się zna lepiej na handlu niż nasi najsprytniejsi finansiści. Sprzedał przecież swoje przekonania, nazwisko i syna za kilka miljonów zgórą, no — a przyznasz, że to wcale ładny interes.
Uwag podobnych pan Adam nie brał nigdy do siebie, nie obrażały go też, choć boleśnie drażniły. Wierzył on w swoją ideę, a ludźmi, którzy nie mogli się wznieść do zrozumienia jej — pogardzał. Żałował też, że nie może dziś, jak ongi nieboszczyk ojciec, za pomocą hajduków nauczyć rozumu demagoga, który o jakimś nieznanym mu prezesie odzywał się