Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zbierz zatem całą energją, o nerwach zapomnij i kończ — boć jesteś człowiekiem, na którym los naszego rodu spoczywa. Gdy cię zniechęcenie napada, myśl o czem chcesz, o naszem nazwisku, o mnie, o twej siostrze, o całem społeczeństwie wreszcie, ale pracuj i kończ.

List ten szorstki jak rozkaz dzienny wodza do żołnierzy, nieubłagany jak wyrok, Adam jeszcze raz odczytał i zapieczętowawszy go, kazał służącemu natychmiast wrzucić do skrzynki. Widocznie lękał się nowych walk i nowego wahania, które mu dzień jutrzejszy mógł przynieść.
— Spełniłem obowiązek! — szepnął, czując, że straszny ciężar ugniata mu serce. — Ci sami ludzie, którzy wykładają teorją solidarności społecznej, uczą jednocześnie, że miło jest pełnić obowiązki. Gdzie tu zgodność? To samo już wskazuje, że obowiązki tłumów są inne, a rodów inne, skoro pierwsze robią przyjemność, a drugie — zatruwają życie!
Noc już zapadła i pan Adam przeszedł do swej sypialni. Tam, wedle zwyczaju, wziął do rąk bogato oprawną książkę i zbliżył się z nią do klęcznika, nad którym wisiał bronzowy wizerunek Chrystusa.
Pan Adam ukląkł, podniósł oczy na krzyż, lecz nagle cofnął się. Opanował go jakiś straszny niepokój i począł się lękać, aby przy pierwszych słowach modlitwy nie odwrócił od niego głowy Ten, który kochał wszystkich. Zdawało mu się, że posąg otwiera śpiżowe usta i mówi:
— Jeżeli nie wierzysz we mnie, dlaczego się modlisz?... A jeżeli wierzysz, jak śmiesz się modlić, zły ojcze!...
— Poświęciłem mego syna! — jęknął Adam.
— Sprzedałeś...


III.

Od owego dnia upłynęło kilka miesięcy; wiosenny deszcz spłókał resztki śniegów, na targach ukazały się kwiaty, a nad