Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie rozumieją środków prowadzących do urzeczywistnienia tej idei, zapominają, że rozgłos i znaczenie zdobywa się nie przez pomiatanie innymi, nie przez pyszny separatyzm, ale przez pracę. To też, gdy oni myślą tylko o tem, aby nazwiska i osoby swoje piękną otoczyć dekoracją, na scenę życia występują tymczasem inni aktorzy, inne nazwiska, inne sławy, — o nich zaś świat zapomina.
Gdy w parę dni po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna, znękany Adam złożył wizytę jenerałowej, staruszka rozpłakała się.
— Bóg dał, Bóg wziął! — rzekł na to pan Adam. Był to człowiek żelazny.
— Żebyś wiedział, co się tu dzieje — mówiła staruszka. — Miasto pełne plotek i wszyscy powtarzają, że to kara Boża. Wcale niepotrzebnie wdałeś się z tym Rudolfem; tacy jak on ludzie nie umieją nas oceniać. Dziś zresztą inny świat!...
— Żałuję, żem się z nim wdawał, ale już za późno... — szepnął Adam.
Jenerałowa zapłakała jeszcze raz, lecz jednocześnie przyszło jej na myśl, że kto wie, czy przy tej okazji nie ubije własnego interesu.
— Zabezpieczże przynajmniej los córki — rzekła. — Mój Zencio ma sam z siebie parękroć, a ja mu jeszcze coś dodam. Ty mieszkałbyś przy dzieciach, no — iw każdym razie mielibyście przynajmniej odpowiednie towarzystwo w dalszem życiu.
Pan Adam zrozumiał, że kuzynka, mówiąc to, robi aluzją do ich przyszłego niedostatku i do tłumu, w którym kiedyś pogrążyć się będą musieli. Ale i teraz nie odpowiedział nic; oparł tylko głowę na ręku i myślał:
„Niepodobna, aby Helenka nie znalazła męża równego nazwiskiem i majątkiem, a przynajmniej znośniejszego niż Zenon. Mam przecież tylu znajomych, tylu krewnych!... Moje