Twórczość Jana Kasprowicza/„O bohaterskim koniu i walącym się domu”

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Kołaczkowski
Tytuł Twórczość Jana Kasprowicza
Data wydania 1924
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk W. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV
„O BOHATERSKIM KONIU I WALĄCYM SIĘ DOMU”
Bo coraz więcej wzgardy mi potrzeba,

Bo coraz mniej mnie na świecie kaleczy.

C. Norwid.

Poczuli ten rodzaj surowego zniechęcenia, które jedynie Bóg-męczennik przemóc może wobec swego ucznia zaprzańca.

Villier de L’Isle-Adam.

Książka O bohaterskim koniu i walącym się domu, wydana w roku 1906, stanowi w twórczości poety okres zamknięty i odrębny. Zawiera ona rzeczy najprostsze, obok najbardziej wyrafinowanych, łączy największe przeciwieństwa, miesza to, co zazwyczaj wyklucza się wzajemnie. Znajdziemy tam rozpamiętywania dzieciństwa, tchnące modlitewną powagą, obok cynicznych uwag. Najtkliwsze rozrzewnienie, wyrażone z bezpośredniością duszy naiwnej i prostej, i — przerafinowany kunszt zjadliwego satyryka. Korną wiarę i — bluźnierstwa. Święte oburzenie duszy, w umiłowaniach krańcowej, i — gorzkie zobojętnienie, zaprawione swawolą sceptyka-relatywisty. Znajdziemy świątynną powagę i — brutalstwo, niepochwytną, subtelną symbolikę i — karczemną rubaszność. Tchnie ona naprzemian wiarą i zwątpieniem, obojętnością i pasją, dobrocią i jadem, przepaja ją skarga i wzgardliwe lekceważenie.
Mogło to, oczywiście, zdezorjentować czytelnika: żadne też z dzieł literatury tego okresu nie spotkało się z takiem zupełnem niezrozumieniem, zarzutami dziwactwa, jak to właśnie[1]. Forma tych poezyj prozą, miejscami do niczego nie dająca się porównać, to prymitywnie prosta, niby notatnik poety, pisany dla siebie, niekiedy jakby z niedbalstwem duszy samotnej i zgorzkniałej, zdawna od troski o zewnętrzność odwykłej, to znów wymagająca wytwornej kultury intelektualnej, znajomości kultur obcych, wreszcie zgrzyty i dysonanse — nakazują, zmuszają czytelnika do coraz to innego nastawienia.
Zacznijmy więc od kwestji formy pierwszych opowiadań, od tego, co jest bezpośrednim źródłem nieporozumień; może tą drogą najprędzej dojdziemy do ujęcia ducha tej książki.
Już na pierwszych jej kartach uderza lakonizm stylu; zupełna prostota i zarazem objektywizm, ograniczający się do konstatowania faktów.

Słońce całuje nieskazitelną zieleń świerków.
Głaz urwał się od turni i skacze w przepaść, echa budząc po górach.
Wczoraj w wiosce naszej pogrzebano człowieka, który usnął, nim owce jego spędzono z hal...
Nie jestem smutny.
Patrzę na świat niezamglonem jeszcze okiem.
Sarna przeskoczyła okraj lasu i obejrzawszy się naokoło, śpieszy ku potokowi.

Jestże to tylko pamiętnik przypadkowych wrażeń, notowanych tak, jak się one nasunęły w pewnym nastroju, a z nich ma poeta dopiero dokonać wyboru? Jestże to ruda, a nie gotowe dzieło sztuki? Gdy wżyć się w ogólny ton uczuciowy, to, co »przypadkowe«, nietylko wyda się odpowiedniem, ale wręcz czemś koniecznem. Wówczas zrozumiałą stanie się rzeczą, dlaczego poeta pisał w takiej, a nie innej formie, — odczujemy nieomylny artyzm.
A ten jeden ton akcentują raz po raz powtarzające się krótkie zdania: »Nie jestem smutny«. »Spokojnie słucham wodospadu...« Czasami znów jednym, monotonnym, twardym posługuje się poeta refrenem, umyślnie niemuzycznym i zgrzytliwym, jak w tej satyrycznej, nakształt ballady budowanej, opowieści o bohaterskim koniu.
Podobnie pisane są utwory Pod kolumną i Pont Neuf. I tu nieskoordynowane logicznie zdania, jakby rzuty wrażeń, łączą się w jednolitym nastrojem spowitą wizję Paryża:

W kawiarni zagrała cygańska orkiestra.
Kelnerzy nalewają absynt do szklanek.
Damy cedzą przez słomkę groseille i grenadyny.
Jakiś obszarpaniec nabija na szpilkę... przymocowaną do laski, porozrzucane na ziemi niedopałki papierosów.
Gwar ulicy krępuje chrapliwy, magiczny, nieustanny krzyk: La Presse! La Patrie!

Czujemy coraz wyraźniej, że to, co nizanem na jedną nić przypadkowo skojarzonych wrażeń wydawać się mogło, jest właśnie źródłem nastroju. Dość przypomnieć sobie stany psychologiczne pokrewne, by żywiej wniknąć w istotę nastroju, w jakim te utwory były pisane. Stany napół obojętnej kontemplacji w chwilach wielkiego smutku, czy wielkiego znużenia, stany bezpośrednio poprzedzające zaśnięcie, gdy wrażenia zdają się ześlizgiwać po powierzchni świadomości, nie koordynując się wzajemnie. Podobnie bywa w chwilach wielkiej obojętności względem otaczającego nas świata, co za tem idzie — poczucia osamotnienia i obcości.
Cokolwiek się dzieje naokół, jest wówczas jakby dalekie i bez związku, a zarazem każde poszczególne wrażenie ma jakąś specyficzną wyrazistość rzeczy odosobnionej. Utrwala się ono w świadomości jakby na zawsze z głuchem poczuciem bezcelowości tego faktu. Takie właśnie stany odzwierciedlają i zarazem narzucają czytelnikowi wspomniane utwory Kasprowicza. Wyczuwamy tu też spojrzenie poety, z niesłychaną wyrazistością odbijające kontury rzeczywistości, chwytające najdrobniejsze drgnienia zjawisk.
Za przykład służyć może choćby to zdanie: »Spocząłem na chwilę z oczami wlepionemi w trawę: zmięta... prężyła się zwolna do góry«.
Styl pierwszych opowiadań tego zbiorku znamionuje znużenie, niechęć duszy do dania głośnego wyrazu swym uczuciom, a zarazem wewnętrzną potrzebę uświadomienia sobie męczącego swą niepochwytnością, bezimiennego stanu. Poeta poprzez opis rzeczy zewnętrznych, z któremi harmonizuje w tych momentach dusza, pragnie dotrzeć do jej treści, rozwiązać, nierozwiązalną dla słowa, niemotę duszy:

Słychać turkot wozu; na zielonym zboczu trawnika żeruje para gołębi; wiotki motyl zerwał się z fioletowej lucerny i znikł za węgłem domu! — Jestem sam...

Cały świat jest — w stanach, które powyżej były opisane — taką samą obcą wizją z oddali, jaką wydawał się smutnemu widzowi zgiełk Paryża (Pont Neuf, Pod kolumną). Dobiega stamtąd jakiś niepojęty chaos odgłosów życia. Odległe okrzyki zlewają się z bliskim turkotem, zwidują się dawne mary, a jak za mgłą ukazuje się rzeczywistość. Nie koordynowany współczującą, rozumiejącą uwagą, rozszczepia się ten chaos w duszy widza samotnika, jak w pryzmacie, na elementy z sobą niewspółmierne, na dysonanse tem bardziej rażące, że nieoczekiwane, wyłonione z domniemanej harmonji całokształtu życia. Wówczas ukazuje się ono w całej swej opacznej potworności. Takie widzenie życia — to jest właśnie »humor« Kasprowicza.

Stany wiary, stany pragnień, znajdują wyraz w poezji Kasprowiczowskiej w motywach dążenia[2]. Brak tych motywów w tym zbiorku lub charakterystyczne zmiany, jakim ten motyw uległ, wskazują na ten sam nastrój, który odzwierciedlił nam już styl wspomnianych opowiadań.
Kontemplacja świata, jako czegoś obcego, ma tu źródła najrozmaitsze. Czasem jest w tem wzgardliwa niechęć do niego, czasami trwożliwy ból serca — sytego doświadczeń, Czasem znów wyczuwamy w tych poezjach spokój spojrzenia sub specie aeternitatis, w którem jako rzecz prosta, obojętna, bo codzienna, przedstawia się zawiłość i ból ludzkiego żywota. W tym bezruchu stężałej w sobie kontemplacji, nieustanna zmiana, wciąż powtarzające się wzniesienia i upadki ludzkiego życia są czemś, w czem się nie bierze udziału. Spoczywającemu w znużeniu uświadamia się jakby teraz dopiero prawda życia: wieczyste przemijanie wszystkiego. Kamień, który urwał się nagle od wieczyście, zda się, nieruchomych turni i, spadając w przepaść, w proch się rozsypał — oto obraz prawdy jedynej. Imię tego świata — doczesność:

Chorzy mający umrzeć jutro gromadzą się na obiad... — Pod płotem czernieje lichy pniak limby — za rok zwiędnie do szczętu.

Opowiadania o Paryżu owiane są smutkiem nie śpieszącego nigdzie wędrowca. Ta sama półobojętna ciekawość smutku, tęsknota, świadoma, iż niema dlań celu ni przystani — więc pragnąca choć ich złudy, wyczuć się daje na dnie opowiadań o odwiedzinach stron rodzinnych (Chałupa, Filozof).

Ja nie umiem już chwycić za kij pątniczy, przepasać się szkaplerzem, zmieszać z tłumem moich najbliższych braci,

skarży się teraz poeta w opowiadaniu Starożytny kościół. Znużenie bezcelową wędrówką utrwala się w nieukojone przeświadczenie, że ze smutkiem tym umrze on, »śmieszny, samotny włóczęga«.
Niemasz w tym zbiorku wizyj podobnych do procesyj ku dalekiej świętości.
Losy bohaterskiego konia, rwącego się naprzód »jakby chciał wieszczym krzyczeć głosem, iż życie jest tylko drogą do wspaniałej śmierci«, krwawem obluzgał poeta szyderstwem, by znów gdzieindziej, raz jeszcze ukazując prawdę naszych »triumfów«, przesłać jej zamierający uśmiech najczulszego współczucia:

Grudę długiej jednostajnej drogi ciężkiemi rozciera kopytami chude, zleniałe szkapsko, wlokąc za sobą dziurawy półkoszyk. Pogania je, pośród garści grochowin, nędzny człeczyna w siwej, na uszy zaciśniętej czapce... A za tym triumfalnym rydwanem życia — sztykut! sztykut! kuleje napół obłąkany, dopiero co z więzienia wypuszczony podpalacz.

To już nie obraz rodzinnych pól, to prawda ludzkich dążeń, odbita w tem nowem, odmiennem spojrzeniu poety.

∗                         ∗

Uchwyciwszy ten nastrój, dominujący w pierwszych opowieściach poetyckich tego zbiorku, zdajemy sobie sprawę z jego psychologji, i tą drogą określimy postawę estetyczną, jaką wobec nich odruchowo przyjmujemy.
Nawrót do prozy jest tu z pewnego względu znamiennym. Po koncepcjach symbolicznych Hymnów, po neoromantyzmie i idealizmie — nawrót ku ziemi, spojrzenie na rzeczywistość.
Jak po zbudzeniu ze snu — takiem jest to spojrzenie: niemożność koordynowania zjawisk i wartości według norm zwykłych. Naprzód zdumienie, osłupienie... a potem bunt.
O takich stanach »osłupienia«, zdumienia, powodującego chwilowe hamowanie czynności psychicznych, pisze Lipps, jako o czynniku komizmu i humoru. Uderzeni kontrastem, niewspółmiernością małych, błahych, lub poziomych zjawisk czy myśli w stosunku do domniemanej ich wzniosłości, powagi, głębi, znaczenia, — doznajemy w pierwszej chwili wstrząśnienia, które nas dezorjentuje i ohamowuje na chwilę normalny tok naszego życia psychicznego.
Po chwili rozpoczyna się szybkie oscylowanie uwagi między dwoma przedmiotami, czy wyobrażeniami, które uderzyły nas swą niewspółmiernością. Stany nastrojowe, które wyczuliśmy w tych opowiadaniach Kasprowiczowych, poprzedzają, pozostają w najbliższej łączności ze stanami zwanemi przez psychologów i estetyków »humorem«. Istotnie, trzeba spojrzeć na świat z jakiegoś transcendentnego, pozaludzkiego stanowiska, by przedstawił się on jako śmieszne, obce nam dziwowisko. Z tych to i z innych względów, które tu przemilczę, stan humoru poprzedzać ma, według Kierkegaarda, stan życia religijnego. Frazeologja literacka ze swem określeniem humoru jako »śmiechu przez łzy« bliższa już jest prawdy, niż mowa potoczna, najniesłuszniej utożsamiająca humor z komizmem. Tragikomizm i wzniosłość pomieszana z komizmem stanowią tylko jedno z niezliczonych odmian humoru. Humor jest nastrojem, złożonym często z uczuć niezharmonizowanych, splotem mieniących się uczuć: powagi, śmieszności, wzniosłości, pobłażania, wzgardy, współczucia i ich wszelkich odcieni, w najróżnorodniejszem wzajemnem ich ustosunkowaniu; rodzi się on bowiem przy niemal współczesnem ogarnianiu uwagą zjawisk biegunowo różnych w hierarchji wartości.
Poeta jest tu wbrew pozorom lirykiem: notując wrażenia tak, jak mu się one w pewnym nastroju nasunęły — budzi w nas analogiczny nastrój. Wtedy zaś, gdy sposób ujmowania jest tendencyjny, celowy, — zmierza również do wywołania przedewszystkiem pewnego stanu uczuciowego. Ten stosunek do świata i ten nastrój mają dla nas walor wzniosłości. Humor, jak każdy zresztą głęboki humor, powstaje we wzniosłym nastroju ducha.
Kasprowicz jest zbyt żywiołowym i namiętnym, pierwiastek wartości moralnych w życiu jego duchowem zbyt wielką gra rolę, by mógł trwać długo w kontemplacji, obejmującej życie szerokim uśmiechem pobłażania lub pogardliwej obojętności.
Przejawiająca się w tej książce »obojętność«, spokojne ukazywanie świata w kształtach opacznych, o których mówiłem porównując je do zwidzeń wędrowca na Pont Neuf były tylko jednym z momentów poczucia obcości. Lecz właśnie sama obcość jest tylko przejawem rozterki, wywołanej wielkim rozłamem serca ze światem.
Temperament i struktura moralna twórcy tłumaczy nam, dlaczego od uczuć gorzkiego odosobnienia, przekornie podkreślonej równowagi — »Gronostaje królewskich płaszczów na ramionach obłąkańców są mi obojętne« — przejść musi do wybuchów rozpaczą zaprawionego sarkazmu.
Rozłam ze światem jest wynikiem zwątpienia. Zarysowały się fundamenty wiary w wieczystą wartość życia. Niemasz miejsca na pobłażliwy uśmiech w duszy nie mogącej żyć bez wiary w triumf wartości moralnych, nie mogącej przeboleć tej straty. Gniew, brutalna wzgarda, szyderstwo i zgrzyty są właśnie przejawem najsroższej męki i walki wewnętrznej.
Zdumienie, w którem myśl krąży między zjawiskami o wartościach tak przepastnie różnych w hierarchji moralnej — a te nietylko współistnieją w życiu, lecz stanowią jego »porządek« — świadczy o narodzinach nastroju, zwanego humorem. Stan rozterki wyraża się tu wzniosłością à rebours kryjącej się z bólem swym duszy — zamierzonym humorem.
Jak tragizm ma swą przeciwwagę estetyczno-moralną w pojednaniu, tak i humor bywa i takim stanem wzniosłości, kiedy — bądźto w uczuciu najwyższego pobłażania, wyrozumiałej miłości, bądź pokory — znosi granice między wielkością i małością. Oscylacja wyobrażeń, a z niemi i uczuć przeciwnych, spływa w jednolity nastrój, gdy odnajdziemy wielkość w tem, co małe i błahe z pozoru, a śmieszność i usterki w tem, co wielkie i wzniosłe. Do tych momentów humoru w tej książce jeszcze powrócę, przeważnie książka ta jednak, jak to z natury przeżyć wynika, daje nam wrażenia »humoru niepojednanego«. Przez szarpiące poczucie harmonji zestawienia rzeczy o wartościach przeciwnych, przez ukazywanie poziomości w tem, co mieni się wielkiem, i szydercze trawestowanie wartości najgłębszych i najświętszych — drogą kontrastu pogłębia poeta, wznosi do najwyższej potęgi zarówno wzniosłość, jak i ból, wzmacniając zarazem efekty satyryczne. Jak w tragizmie bowiem, tak i w humorze ból i zło są tylko środkiem pogłębienia patosu i wzniosłości, przez wyniesienie wartości drogą kontrastu, drogą współczucia, w sferę najwyższego ideału.

∗                         ∗

By wżyć się w poszczególne wyrazy tak różnorodnych stanów, odnaleźć trzeba główne ognisko tych przeżyć. Humor, nieodłączny od wartościowania moralnego, jest tu reakcją, lecz gdzież źródło tej reakcji?
Przyczyną rozterki jest trwoga o los i znaczenie najwyższych wartości moralnych w życiu.
Podstawą wszelkiej religji jest wiara w trwałość i wieczystą niezmienność najwyższych naszych wartości życiowych, więc te przeżycia mają charakter przeżyć religijnych: zwątpienia duszy, łaknącej wiary. Stan ten porównałbym do zaćmienia słońca w świecie przeżyć moralnych. Zwątpienie o trwałości, o triumfie wartości moralnych w świecie, nie narusza jeszcze najgłębszych odczuwań dobra jako dobra, wartości jako wartości, — zagasło tylko słońce, które nadawało im sens i byt absolutny, jesteśmy zawieszeni wraz z naszemi wartościami w próżni. Zwątpienie o roli wartości w świecie i życiu nie unicestwia więc odczuwania tych wartości — ale odziera świat ze świętości, odbiera wszelki sens moralny jego istnieniu.
Świat odarty z wartości moralnych, świat potwierdzający naszą, wraz z naszemi wartościami, samotność — i groza tego poczucia — oto źródło rozterki i rozłamu. Bóg umarł, prawdą bowiem jest śmiertelność, efemeryczność wartości, i trwałość tego, co im zaprzecza. Dla duszy świat taki jest wtedy moralną próżnią, otchłanią nicości — groza śmierci jedynem nie złudnem obliczem życia. Obcowanie z moralną pustką świata jest obcowaniem ze śmiercią. Kto przejrzał tę istotę życia — dla tego stała się ona zjawiskiem powszedniem, ot dobrą znajomą »Panią Śmiercią«, odwiedzającą poetę o zmroku (Pani Śmierć).
Śmierć może być jedyną mistrzynią takiego życia, w którem ona jedna jest trwałą, »objektywną« prawdą, mistrzynią »tej dumnej królewskiej bezwzględności, z jaką traktuje życie«. Majestat — to jedno z oblicz śmierci, które ma dla łaknących obcowania z wiecznością, — jest ona najwyższą pięknością, jako trwała, niezmienna inkarnacja bytu. Jest litością, gdy życie jest tylko zagładą. Lecz inne jej oblicze przejmuje straszliwym lękiem nicości, zaraża gorączką pośpiechu w używaniu życia — tak śmieszną i godną politowania, jak owe zaloty i harce wyprawiane podczas jesiennej przechadzki z »Panią Śmiercią« w celu zamanifestowania wobec niej swej krzepkości. Jeśli prawdą, kryjącą się na dnie życia, jest nicość — takim wydaje mi się istotny sens tej alegorycznej i groteskowej opowieści, — wtedy wszelkie pragnienie życia, odartego ze świętości, ma posmak cynizmu. Jest ono wtedy głupią, trywjalną chucią ku... marze, kryjącej kościotrup, obmierzłem gżeniem się tworów jednodniowych.
Wątpienie o trwałości wartości, o moralnym sensie życia, musi wreszcie podkopywać wiarę i w same wartości, z któremi usiłujemy żyć w tej pustce. Wówczas to i wzniosły monument zmagań duszy ze złem — dzieło poety, cały gmach wartości — chwieje się w posadach, jest jednym »walącym się domem«. Rozterkę, chaos uczuć, wzmaga jeszcze to, że samo wątpienie o wartościach, skazanych w świecie tym na zagładę, odczuwa się jako zdradę wobec nich, opuszczenie w najstraszliwszych dla nich chwilach. Wszelką już chęć życia, swobody, odczuwamy wtedy jako cynizm — i naodwrót: rodzi się pragnienie, wola cynizmu, by móc jeszcze żyć bez wiary w wartości. Wątpienie jest tu jak zdrada w miłości: nie unicestwia jej, choć ją moralnie zabija. Wówczas to postać, w której miłość żyła, więcej, co była miłością samą, — staje się pośmiertnem jej widmem, przejmującem grozą nicości, ścigającem mściwie za zdradę. Takiem widmem jest ów »zabójczy wrogi cień« w symbolicznej opowieści o Polsce p. t. Cień. Jakim jest tu stosunek do Polski — takim do każdej świętości, każdej wartości, wobec której już samo życie, nie poświęcone wyłącznie ocaleniu jej w ginącym świecie, odczuwane jest jako zdrada. Nie dlatego, że symbol Polski wystylizował poeta na podobieństwo Chrystusa, lecz dlatego, że stosunek do losu najwyższych wartości jest religijnym, opowieść o Cieniu odsłania nam tu wszystkie uczuciowe paradoksalności życia religijnego w rozterce wątpienia, wszystkie sprzeczności: Zabita miłość wartości — żyje jako jej widmo, przejmujące grozą nicości, a własna wina popełnionego odstępstwa wybucha gorzkim wyrzutem przeciw światu, odczuwana jest jako jego gorycz i zło. By ujść przed grozą tych widm, nałogowym »odruchem« uczuć pragnie dusza wylać swe żale przed »Wielkim Pocieszycielem«, przed wielką świętością... i uprzytamnia sobie, iż w goryczy zwątpienia oplwała je wszystkie mianem Złudy. Tem się tłumaczy, że w tej samej opowieści »bezkształtny bohomaz w ramach sosnowego drzewa, oblepionych gipsem«, i wydrwiony jako Złuda — może być zarazem »wielkim, nieśmiertelnym, pożerającym Cieniem«.
Gdy ból zwątpienia, gdy wielka trwoga o los najwyższych wartości ogarnia ducha, wówczas fanfary obłudnej, teatralnej ich czci przejmują go takim nieprzepartym wstrętem, że przekłada nad nie bluźnierstwo. Ono jedno jeszcze jest niesplamionym kłamstwem, bezpośrednim wyrazem uczuć.

Cień, jako wyraz uczuć patrjotycznych, jest znamienny pod jednym jeszcze względem dla poety, co wyznał, iż rzadko na jego wargach jawi się krwią przepojony, najdroższy wyraz, ojczyzna. Oto jak tłumaczy się przed »Cieniem« ze swych słów jadem zaprawnych:
Gdybyś był sam... Ale towarzyszy ci niesforna zgraja żołdaków, rzucających kości o twą suknię pośmiertną, a handlarze relikwij kruszą twój krzyż na drobne ułomki i drzazgi... A inni wiodą spór o to, kto pierwszy podważył kamień grobowy i kto pierwszy będzie miał prawo pójść do Emaus za Zmartwychwstałym...

Lecz jakąż męką musi być dla duszy bluźnierstwo zrodzone z goryczy, gdy samo pragnienie życia i swobody odczuwała jako zdradę ideału! Zdaje się więc czuć wszędy ten wzrok »Cienia«:

Spoglądasz na mnie z wyrzutem, szepcesz mi złowróżbnie do ucha, że tylko niegodni synowie zwykli tak postępować, że serce przemienione na gąbkę przesiąkniętą octem na długiej trzcinie podaję ustom, które w nadludzkich sczerniały torturach...

Jeśli opowiadanie Cień zawiera najbardziej wstrząsający obraz rozterki, to zgorzkniałą obojętność duszy, zwyciężonej przez rozpacz, oddaje najlepiej opowiadanie Filozof. Żadnej innej z tych opowieści nie przepoił w tym stopniu tchnieniem śmiertelnej pustki. Zamierzona krańcowa prostota symbolu, sama postać filozofa, narzuca tu potężną sugestję tego stanu ducha, gdy rozpacz graniczy z nieczułem na wszystko niedbalstwem. Gdzie niema już żadnej prawdy, na której można się oprzeć — tam jedyną prawdą doświadczaną jest zło, czyhające wszędy. Duszę, zawisłą w próżni, przejmuje straszliwy lęk. O tem mówi »filozof«:

Jest gdzieś coś takiego, czego okiem nie dojrzysz, a co chodzi za nami i czyha, jakby nam nogę podstawić.

Niema wyjścia poza ten krąg:

Gdyby się nie powiesił, toby go zabił piorun, ha–ha. A nie zabiłby go piorun, toby utonął w rzece! Nie utonąłby w rzece, zdusiłby go niewiadomy dławiciel...

Taką oto rozterkę uczuć kryją wzburzone, niespokojne fale, zalewające brzegi w srogiej orgji niszczenia, bluzgające pianą i mętem. Gniew i brutalna wzgarda są więc jednym z przejawów najsroższej męki i walki toczącej się w duszy. Nienawiść obłudy, poczucie, iż nicość i zwątpienie, będące prawdą jego duszy, stokroć świętsze są jeszcze, niżli ten Bóg, którego świat »wyznaje«, rodzi zapamiętałość, z którą względność wszystkich rzeczy podkreśla. Zatarte zostały granice między prawdą a kłamstwem. Kłamstwo może być tam, gdzie jest jeszcze choćby przebłysk prawdy; tu dojrzał tylko obłudę, która się prawdą mieni, która tu jest jako prawda święcona! (ob. Fragonard, List).
Z bolesnem więc zapamiętaniem głosi poeta, naprzekór sobie i innym, względność rzeczy, odkrywając w ludzkich ideałach nędzę i ciasnotę, umyślnie szukając dobrych stron w tem, z czem walczył.
»Widocznie i przezemnie przemówił ludzki żołądek« dodaje przekornie ten bojownik praw ludu, gorsząc (opowiadanie Marmur) wyznawców »postępu« jawnem współczuciem dla staruszka-konserwatysty, zatroskanego o »harmonję społeczną«. A potem, w innem opowiadaniu (Złodziej), jednem »nie wiem« podważy te uświęcone »podstawy porządku«, w »których każdy mógłby ostatecznie zostać złodziejem i — powiedzmy tak en passant — niejeden lepiejby na tem wyszedł«.
Gdy raz już naruszona została ta milcząca zgoda na porządek i hierarchję wartości tego świata i społeczeństwa, wtedy każde uczucie, wyzwolone z jarzma podporządkowania, samo sobie jest prawem, samo miarą wszystkiego.
Wszystko może być wartością najwyższą tam, gdzie zarysowały się podwaliny wartości uznanych. Nie będzie więc kryć w sobie głębokiego żalu, że na wydmuchu piaszczystym, gdzie stała chałupa zamieszkała przez »nawiedzoną«, z której miał się narodzić »Samson, albo i święty Idzi« — bujnie rośnie zboże (Chałupa), bo jakiż porządek, jakiż »system« uznanych wartości mu przeciwstawi? Zali ten, który ze zjadliwością odsłonił w Modlitwie episjera, chwalbie »symbolu współczesnego ducha, potężnej wieży Eiffla, która panuje bijącem w niebo żelaznem rusztowaniem nad kamiennemi zabytkami Zabobonu?«
Gniew i wzgarda odbiera tej satyrze polot, piekący ból nadaje twardość i brutalstwo ciosom, rozgoryczenie — kapryśny sceptycyzm każdej krytyce, ale odsłania nam to, co jest stokroć wartościowsze — moralne oblicze poety. Czemże jest teraz świat dla duszy? Że zgasła miłość i świętość — więc jeno plugawem siedliskiem, w którem gzi się kłamliwa lubieżność i wypoczywa opasły dosyt nikczemnych instynktów. Kramem handlarzy, w którym popłaca szych i bezczelność, a uniewinniać się musi zasługa. »Wódz, który wygrał sto bitew... jedynie przez niezgłębioną i niezmierzoną łaskawość tłumu wyniesion jest na szczyt kolumny«, ale rozpiera się panowanie pachołków i »żołnierze Jego Królewskiej Mości guziki mają błyszczące«. Runęła w posadach wiara — ale dalej trwa targowisko ludzkich zabiegów i prawda tego świata zwycięża. Niepodzielnie włada duch episjerów, a Bóg sądy swoje sprawuje na obraz i podobieństwo ich snów o nim (List o sądzie ostatecznym). Bóg milczy... a więc takim jest Bóg — jakiem jego królestwo!
Przepaść dzieli już od życia duszę, co pojęła »naiwność nicości« (Norwid), i jeno kamienne milczenie wyrazić zdolne zgrozę pustki, w jakiej zawisła dusza:

Żal mój bywał głośny. — Wczoraj. Lecz dziś opancerzyłem już pierś i gardło mam ściśnięte żelaznym kołnierzem, nie wołam, nie krzyczę, a tylko niemotą zdumionego wzroku próbuję mówić z głazami.

Temu, kto wdarłszy się na szczyty, ujrzał ich nagość — nie trzeba już wzniosłości. Zato świat jest »wzniosły« po swojemu, pełen zawsze wiośnianych i »ciekawych głębi« duszyczek:

Chór młodzieniaszków i dziewic, przeczulonych nocami księżycowemi, łowi w siatkę motylą swe nikłe westchnienia, w kunsztowne zamyka je oprawy i z wybitej czerwonem suknem estrady rzuca je przed półnagie damy i opasłe mieszczuchy. A zgromadzeni klaszczą w spotniałe ręce i wrzeszczą: brawo!

Piekący ból i żal, wstręt i głucha rozpacz splatają się ze sobą naraz w tem rozprzężeniu wszystkich uczuć. Wszystko już jest jedno dla duszy, gdy zatracone są na wieki miary wszelkich wartości. Zgnieść tylko w sobie resztki tych uczuć, co jak bluszcz czepiają się ruiny. Niech żyje trywjalna wesołość — patos bowiem znieść mogą dzieci, nierozumiejące jego mocy, która rozdarłaby krzykiem piersi, gdyby go nie zdławić zawczasu!

Niech tam jawor w zielonych stoi płomieniach. Niech potok przewala po głazach roztopy seledynu. Niech krzewy głogu krwawią się na czarnej łupkowej prostopadłej ścianie... Ja klaskać będę w dłonie, że zgniotłem w sobie już wszystko, coby mi przypominało procesję świętych, rytych na czarnym marmurze, na portal dla ciebie, o mój walący się domie.

Wielka jest swoboda śmiertelnej pustki. Radość to jesieni, że tak swobodnie deptać można pola, z których śmierć uprzątnęła nareszcie zawadę bujnych zbóż!

W kapeluszu na bakier, z laseczką w ręku, chodzę po ogrodzie śpiewający, ścinam laską, śpiewający, główki ostatnich azalij i astr, kopię nogą, śpiewający, górę smutków, które wiatr pozrywał z drzew. Hej! la! ho!
∗                         ∗

Stanęliśmy oto u szczytu humoru, u tej jego krawędzi, gdzie styka się on i splata z najwyższym tragicznym patosem. Jest to moment najwyższego napięcia tego rozdwojenia wewnętrznego, które znamionuje tak zwany »humor niepojednany«. Wymienione na wstępie »niewspółmierności« tej książki są gamą wszelkich rodzajów tego humoru rozterki, nastroju wydobywanego z dysonansowych zestawień, wzniosłości unoszącej się wzwyż przez odpychanie tego, co jest przedmiotem wzgardy, — igraszki zniecierpliwienia i bólu. Zdać sobie sprawę ze skali tego humoru, z bogactwa jego tonów, to znaczy uświadomić sobie stany na dwóch przeciwległych krańcach tej skali.
Opowiadanie Śpiewający, z którego urywek ostatnio przytoczyłem, wskazuje na zbliżenie do jednego z tych biegunów. W tem opowiadaniu jest takie cierpienie, które wyrzuca człowieka poza obręb... przyciągania ziemi. Stąd ta ulga i ta wesołość. Nie dotknie żadna strata tego, kto wszystko stracił. Pięknie wyraził to kiedyś Wyspiański: »Wesoły, jestem wesoły i śmieję się do łez...«. »Miałyżby smutki jeszcze wrócić, kraść, co już dawno ukradzione?«
Oscylacja uczuć między tem, co wielkie i co małe, znajduje tu uspokojenie — w jedność bowiem spływa wielkość i nicość, to, co patetyczne, i to, co godne politowania. Równoważą się wszystkie wartości w jednej wielkiej obojętności ich dla duszy. Ten stan oddają »prawdy«, głoszone przez »filozofa«: »Stchórzyłeś, to stchórzyłeś... żyjesz, to żyjesz... umrzesz, to umrzesz« (Filozof). To jeden kraniec skali humoru — tu dochodzi on do kresu i zaniku. Zdaje się czasem, iż poeta, oszańcowany wzgardą, zamknął się w niedostępnej obojętności, dusza jego, niby rana przypiekana szyderstwem, powoli staje się nieczułą na wszystko i »coraz mniej ją na świecie kaleczy«.
Po przełomach, które wstrząsają całą moralną istotą i wypalają w duszy stygmat niezatarty, rodzi się albo niewzruszona twardość i bezwzględność — albo wszystko już rozumiejąca, współczująca wszystkiemu dobroć. A czasem duch waha się między temi dwoma krańcowemi stanami naprzemian. Tak jest u Kasprowicza: Na dnie umyślnie akcentowanej swawoli sceptyka-relatywisty i pozornej cynicznej »trzeźwości« wciąż tyle niedającego się zdławić bólu, że przeświadczeni jesteśmy o czem innem, o tem, że »coraz więcej wzgardy mu potrzeba«, że nie starczy mu jej nigdy na to, by stał się obojętnym widzem.
Im bardziej wyrafinowane były środki artyzmu, im cudaczniejsze maski groteskowych opowieści, im większe znużenie duszy labiryntem błąkań-rozterek, tem większa rodzi się potrzeba cichego, prostego słowa. Nigdzie nie znajdziemy takiej prostoty wyznań lirycznych, jak we wspomnieniach dzieciństwa, rozsnutych w Liście, jak w opowiadaniach o twórczości własnej (Walący się dom), lub (Główkach dziecięcych). Przejmujące do głębi prostotą, nieśmiałe błogosławieństwo, przesłane rodzinnym polom (Błogosławieństwo), ciche słowa staruszka-księdza z opowieści Chałupa: »Ja jestem biedny, ty jesteś biedny, my wszyscy jesteśmy bardzo biedni« — odsłaniają nam źródło pojednania tego Kasprowiczowskiego humoru. U przeciwległego kresu tej skali humoru, w momencie jego pojednania, zbliża się on do stanów religijnych. Kiedy najlichsze źdźbło odczuwane jest jako wartość cząstki wszechświata, a w najwyższych rzeczach przejrzana jest ich ziemska czy ludzka ograniczoność i małość — wówczas to ustaje oscylacja uczuć między przeciwieństwami: humor staje się jednolitym nastrojem, spowijającym świat w miłosnym uśmiechu wszechzrozumienia.
Humor w tej książce jest naogół humorem rozterki. Drogą dysonansowych zestawień wzniosłości i trywjalności, rzeczy wyrafinowanie subtelnych i płaskich, wzruszeń najczystszych i brutalności, budzi poeta przez kontrast tem głębsze wrażenie wzniosłości i głębi z jednej strony — żalu, boleści, pogardy, bezbrzeżnego smutku i pustki z drugiej. Oscylacja wyobrażeń i związanych z niemi uczuć ustaje albo u jednego bieguna, absolutnej obojętności i rozgoryczenia, — albo znajduje u drugiego bieguna ściszenie w tym momencie pojednania humoru. Gdy stany humoru rozdwojenia budziły w nas, oprócz wrażenia głębi, całą skalę wzruszeń lirycznych, wydobytych z kontrastowych zestawień, — owe dwa bieguny, absolutnej obojętności i najgłębszego współczucia, budzą najwyższe stany wzniosłości. W obliczu ziemi rodzinnej, w nawale zmartwychwstających wspomnień dzieciństwa, dokonuje się pojednanie humoru — pojednanie ze światem przez najgłębszą miłość. Bezdenny smutek rodzinnych pól i szarej niedoli ludzkiej wchłonął wszystkie rozterki poczęte u tej wieży Babel sprzeczności, nowożytnej cywilizacji. Krzyk czajek, brzęk pszczół i mądrość smutku »filozofa« zrównały się z najwyższą mądrością doświadczeń i przejrzeń. Śmieszność naiwnej wiary (Nawiedzona) spłonęła cudem świętości, a los chałupy na wydmuchu w tej jednej chwili nieukojonego żalu — streścił wszystkie koleje żywota ludzkiego. We własnej skrusze, gdy wobec najświętszych wspomnień uczuł się jeno »biednym, śmiesznym włóczęgą«, odnalazł odkupujące przebaczenie wszystkiemu. We łzach współczucia spłynęły w jedność i śmieszność marzyciela z poddasza i piękno sponiewieranej akacji (Akacja). Rozwiał się gniew i oburzenie, albowiem współczucie zrównoważyło zło świata, świętość zamieszkała w śmieszności, cud zwyciężył brzydotę, a na dnie najgłębszego smutku odnaleziona została błogość prostej miłości życia.

∗                         ∗
Rozterka wewnętrzna odsłoniła całą duszę poety, niby wnętrze olbrzymiej góry, rozpękniętej przez wybuch wulkanu, wydobywając na jaw najgłębiej utajone pokłady. Ale współbrzmienie wszystkich naraz tonów w tej rozstrojonej duszy nietylko dlatego oszałamia nas swą niewspółmiernością, że dusza waha się między uczuciami biegunowo różnemi, ale i dlatego, że dusza ta przeszła olbrzymią drogę ewolucji, a tu naraz odsłoniły nam się wszystkie nawarstwienia. Tylko tam, gdzie jeszcze przepaść dzieli życie wsi od szczytów kultury — tam gdzie wieś okala jeszcze zamknięty krąg ciszy niemal pierwotnego bytowania, może mieć dusza tak wielką i długą drogę przed sobą. Dziś u nas przepaść ta się zmniejsza, i tylko kresowiec lub chłopski syn ewolucję podobną przebyć może. Ale tylko dusze wyjątkowo mocne mogą przejść tę drogę, znieść te wszystkie niewspółmierności w sobie, i nic nie tracąc, ani zapominając, nie naruszyć swej jednolitości. Kto chce uczuć wzniosłość tej olbrzymiej drogi, uczuć ten ogrom przebytych uczuć i wysiłku, niechaj przeczyta choćby pamiętniki Aleksandra Herzena, albo odłożywszy książkę Stanisława Brzozowskiego, przeniesie się myślą od tego chaosu najnowszych problematów filozoficznych Europy do Niemirowa, gdzie to właśnie ten umysł poczynał się kształcić. W Mickiewiczu, piszącym Pana Tadeusza, umarł nie tylko Gustaw — umarło już tysiące rzeczy i niemasz już chłopca z Nowogródka. Ale w Kasprowiczu, opisującym odwiedziny stron rodzinnych, w Kasprowiczu, wybuchającym jak żywioł, w jego logice prostej i upartej — żyje jeszcze dawny Kasprowicz. Nikt z poetów szukających prostoty jako specyficznej odmiany egzotyzmu nie stworzył takich wzruszających do dna duszy swym liryzmem opowieści, jakie dał Kasprowicz w swych wspomnieniach dzieciństwa. Trzeba na to być prostym! Ale zarazem nic chyba nie uprzytomni nam z taką mocą kontrastu długości drogi, którą dusza przebyła, jak te z modlitewnem rozrzewnieniem rozpamiętywane wspomnienia, przerywane dysonansami »trzeźwych« uwag rozgoryczonej duszy, które dał nam poeta w Liście. Ta ewolucja jest jeszcze jednem źródłem tej dziwnej, rzekłbyś, mieszaniny poziomów kultury, tej istnej wieży Babel wyrazów sztuki, jaką mieści ten zbiorek.
Trzeba zdrowia duszy i smaku dla rzeczy prostych i mocnych, wyrażonych po chłopsku, bez ogródek, by upodobać sobie w poecie przy prostactwie swem obstającym uparcie, zaznaczającym z przekorną drwiną, że »na zapłociach trudno wyhodować kwiatki o woni lotniejszej«. Ale zarazem trzeba zgłębić wszystkie przepaści cierpień moralnych, książka to bowiem duszy chorej na tę najstraszliwszą chorobę, na którą cierpieć i znieść ją mogą tylko natury tęgie i zdrowe. Trzeba umieć pokochać rozgwar Paryża i wrzawę odpustowych jarmarków wiejskich — trzeba mieć gust do najwykwintniejszych ciast francuskich i lubić razowy chleb z żurem, by można było kochać tę książkę w całości!

Mimo odrębności swej jednak, dzieło to nie staje w sprzeczności z tą koncepcją ewolucji, jaką nasuwają nam liryki zbiorków ogłoszonych po Hymnach. Humor tej książki wskazuje nam już, jaką drogą dokona się później pojednanie ze światem przyszłego autora Księgi ubogich.
Linje ewolucji artyzmu, przejście od symbolizmu, posługującego się obcemi motywami, do symbolizmu »ekspresjonistycznego«, t. j. symbolizmu stwarzającego konstrukcje własne, jako wyraz stanów lirycznych, przejście od symbolizmu do liryki bezpośredniej, wreszcie i linje ewolucji formy, od dynamicznej i złożonej do statycznej i uproszczonej, jaką dostrzegamy w lirykach pisanych mową wiązaną, odnajdujemy i tutaj. Nietylko Ballada o bohaterskim koniu, cały szereg innych opowiadań posiada konstrukcję ballady i stanowi wyraźny typ prymitywizmu symbolicznego. Te kwestje roli prymitywizmu w symbolizmie Kasprowicza poruszam w następnym rozdziale, omawiając ballady; dlatego tutaj ograniczam się do skonstatowania typu artystycznego niektórych opowiadań i jego pokrewieństwa z innemi utworami balladowemi Kasprowicza. Symboliczna, prymitywistyczna technika tych balladowych opowiadań prozą jest (jak w innych balladach tego poety) środkiem o intencji lirycznej — wzbudzenia nastroju. Humor jest tu przeważnie liryczny i liryczno-satyryczny, t. j. przejawia się w samem ujęciu i sposobie przedstawiania i oddaje przedewszystkiem stan ducha poety, choć łączy się i z humorem leżącym w samych faktach i fabule. Tylko opowiadanie Złodziej[3] może być przykładem całkowicie zobjektywizowanego humoru, tkwiącego w samej fabule opowiadania. Często jednak — nazwałem to symbolizmem ekspresjonistycznym — fabuła nie jest wystylizowaną narracją naturalistyczną, lecz konstrukcją, — symbolem oddającym stan ducha poety, a więc w istocie ekspresją liryczną. Humor, zwracający się ku własnej sztuce, występujący w formie t. zw. »ironji romantycznej«, służy jako przezwyciężenie symbolizmu, gwoli bezpośredniemu działaniu liryzmu. Sam groteskowy charakter symboliczno–alegorycznych opowiadań pozwala na igranie niemi, rozbijanie ich konstrukcyj, przerywanie toku opowiadania, wtrącanie uwag, »niwelowanie« liryzmem fabuły przez coraz to inne, zmienne oświetlania nastrojowe tych samych faktów. List służyć tu może za typowy przykład. Humor, będący w istocie swej sam stanem uczuciowym, nastrojem, musi sprzyjać wyswobadzaniu formy z pierwiastków nie-lirycznych. Gdy wzmagane dysonansami i kontrastami uczucie wznosi się do najwyższej potęgi — znosi ono, jak wzburzony potok, symboliczne konstrukcje, ukazując głębię najczystszego, bezpośredniego liryzmu. Stąd w tej samej książce najwyrafinowańszy symbolizm splata się z największą prostotą wyrazu, odsłaniając to, co najistotniejsze i niezmienne w tym poecie.
Myliłby się też, ktoby sądził, że twórczość poety po tych przejściach zasadniczej ulegnie zmianie. »Innych widok tragedji podobnej byłby złamał, mnie to jednak skrzydeł nie spaliło« — takim umyślnie brutalnym wykrzyknikiem przerywa poeta swą złośliwą opowieść p. t. List, ale na dnie tej drwiny kryje się głęboka prawda. Jak zwykle u Kasprowicza, tak i tu trudno byłoby orzec, czy ta siła, która tchnie mimo wszystko z tej książki, jest natury fizycznej, czy moralnej, leży ona bowiem w jednej i drugiej — w całej naturze poety.
Tylko natury obdarzone pierwotnem zdrowiem, nie zatrute żadnym jadem, reagują na zło i cierpienie buntem tak niepohamowanym.
Tylko dusze nieugięte pod żadnem jarzmem kompromisów dobijać się mogą z taką siłą do bram niebieskich o dobro i świętość...
To żar świętego oburzenia zapala ten gniew, wybuchający niekiedy karczemnem brutalstwem, tem bezwzględniejszy, im bardziej bezwzględne były umiłowane wartości. Swawola sceptycyzmu odsłania tę samą krańcowość, właściwą jest tylko duszom, które umieją miłować fanatycznie, a w docieraniu prawdy są niepowstrzymane. Z tem większem zapamiętaniem podkreśla względność wszystkich rzeczy, im bardziej żądna jest dusza wiary i pewności.
Cynizm jest śmiechem, którym próbuje oszołomić się dusza, ocalić od zgrozy, jaką przejmuje ją nicość, — jakby tą bezkarnością bluźnierstwa upewnić się chciała, że można żyć w tej próżni i ciemności, i nie zginąć. Jest on mściwym wet za wet odtrąconej duszy, której najwyższe moralne wartości stały się na tym świecie monetą bez obiegu.
Są dusze, które albo mogą brać wszystko poważnie — albo wszystko odtrącić, które mogą śmiać się tylko śmiechem naiwnym i wesołym, jak dzieci. Takim jest Kasprowicz. Może wszystko przebaczyć i własną męką współodcierpieć — albo zgnieść milczącą wzgardą. Może wątpić — ale nie może patrzeć poprzez szpary pobłażania, dlatego jad rozgoryczenia niweczy sztuczną wesołość. Palący ból męki, powaga rozgniewanego boga — odsłoni się najniespodziewaniej wśród opowiadań trywjalnych konceptów. W najgłębszej swej istocie pozostanie zawsze prorokiem, noszącym orędzia wieczności, lub gromiącym gniewem Pana, a zarazem nam bliskim, współczesnym człowiekiem. Więcej niż współczesnym! Więcej nietylko przez najtrwalsze wartości, któremi żyje, ale przez swą, rzekłbym, pierwotność. Zdrowie pierwotnego instynktu, trzeźwy chłopski sąd, jasność widzenia rzeczy, której nie zdołały wynaturzyć różnie szlifowane, różnie wklęsłe szkiełka kultury i jej czarów. Zapatrzenie się w wartości wieczyste, siła moralna, dająca upór w docieraniu do niewzruszonego jak opoka gruntu prawdy — czynią zeń najbardziej powołanego do podważania fundamentów naszej kultury. Książka ta, jako krytyka podstaw moralnych naszego współczesnego życia, więcej warta, niż wszystkie najkunsztowniejsze satyry, igrające refleksami względności ludzkich mniemań. Nikt nie napisał dobitniejszej i bardziej złośliwej satyry na nowoczesną demokrację, niż ten szermierz praw ludu. Nikt cyniczniej nie obnażył wszystkich »świętości« naszej kultury i nie zachwiał ich bardziej zuchwałym relatywizmem, niźli ten wierzący, ten surowy moralista.
I mimo wszelkich pozorów sceptycyzmu, dekadencji, mimo zarzutów »skrzywienia przez modernizm«, książka ta właśnie wszelkim dekadentom pozostała najbardziej obcą, choćby, zda się pozornie, ich najbardziej mogło pociągnąć jej wyrafinowanie. Zbyt mocna jest bowiem przy całem swem wyrafinowaniu. Zbyt pełna świątynnej powagi, przy całej pstrociźnie artystycznych środków.
Jeśli już szukać analogji w sztuce obcej dla dania obrazu tej książki — to nie tyle z gotykiem, jak to czyni A. Potocki, ile z rzeźbą zdobiącą kościoły romańskie możnaby porównać wrażenie, jakie wywołują liryczne jej ustępy. Ta sama niewspółmierność, jakiej poczucie nasuwa się nam współczesnym, patrzącym na te dawne zabytki, cechuje formę tej książki. Ten sam, zda się, prymitywizm i niezgrabność w szukaniu wyrazu na rzeczy wieczystej powagi, tak pozornie z treścią niewspółmierny — a jednak wyrażający ją w sposób jedyny. Od precyzji pozornie daleki, a zarazem nasuwający myśl o znikomej małości wszelkich usiłowań kunsztu tam, gdzie mają być wskazane rzeczy niewypowiedzialne, jak wieczność i śmierć, nasuwający myśl, iż właśnie ta najprostsza droga, którą wybrał artysta — jest najlepsza. Jak w rzeźbach romańskich, czuć u Kasprowicza jakąś przysadkowatą, krępą tężyznę wyrazu, jakąś prymitywną a czcigodną monumentalność. Zgruba ciosane kształty mają uśmiech lotniejszy w zagadkowości swej — niżliby je zdołał wymarzyć wykwintny kunstmistrz. Jakby z świadomem poczuciem pokrewieństwa swej poezji do takiej sztuki średniowiecza, pisał poeta te słowa: »Wzniosłem ci portal! o mój walący się domie! W blokach czarnego marmuru wyrzeźbiłem je (posągi) na skrzydlatych gryfach jeden na drugim, iżby tworzyli chór, niebiosom kamienne podający pieśni, wyśpiewane duszy, która się zmogła ze złem«.
Portal to zbudowanej na odludziu świątyni: skamieniałe w krzyku maszkary i cudactwa bronią wnijścia do świątynnej ciszy jej zakątków, napróżno chcąc jej zaprzeczyć. Do surowych i posępnych kształtów, trwających w kamiennem milczeniu, garną się ufnie najprostsze zioła i kwiaty polne, mówiąc nam o tem głęboko rozrzewniającem przymierzu rzeczy w znikomości swej najmilszych z powagą i wielkością spraw wieczystych, przymierzu, które zawarły w sercu tego poety.



Przypisy

  1. Oprócz recenzji dra Wacława Moraczewskiego (Słowo Polskie, maj 1906) i paru głębokich uwag w Legendzie St. Brzozowskiego, nie napisano o tej książce nic, coby świadczyło o odczuciu jej i zrozumieniu: ani jednego studjum. U historyków literatury tego okresu znajdujemy tylko zdawkowe uwagi.
  2. Obacz rozdział VIII, o motywach w poezji Kasprowicza
  3. Jest to ten sam typ humoru, jaki odnajdujemy w opowiadaniach Conrada-Korzeniowskiego w jego zbiorku: A set of six.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Kołaczkowski.