Pana Antoniego C. współwłaściciela firmy Antoni C. & sp. przy ulicy M. sen o sądzie ostatecznym

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Pana Antoniego C. współwłaściciela firmy Antoni C. & sp. przy ulicy M. sen o sądzie ostatecznym
Pochodzenie O bohaterskim koniu i walącym się domie z Dzieła poetyckie Tom 6
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom 6
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 6 jako ePub Pobierz Cały tom 6 jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII.
PANA ANTONIEGO C. WSPÓŁWŁAŚCICIELA FIRMY ANTONI C. & SP. PRZY ULICY M. SEN O SĄDZIE OSTATECZNYM.

Nigdym w sobie nie czuł zdolności pisarskich, lecz dzisiaj chwytam za pióro, aby się z Wami, kochani Ziomkowie i Wspólnicy moi, podzielić zarówno strasznem jako i rozkosznem wrażeniem ubiegłej nocy.
W niezłym pożegnałem Was humorze: jak wiecie, ubiłem interes, który mi przyniósł kilkanaście tysięcy na czysto; trapiła mnie wprawdzie uwaga jednego z Was, jakobym kontrahenta sprytnie wywiódł w pole, przypomniawszy sobie jednak przysłowie: »głupi dwa razy traci«, znalazłem ulgę w myśli, że on, jeśli stracił, to tylko raz jeden, a gdy straci raz drugi, jego wyłącznie będzie winą.
Zresztą spryt, jak wszystkie szlachetne przymioty, odróżniające człowieka od zwierzęcia, jest darem nieba, z którego korzystaj, aby nie zastosowano do ciebie ewangelicznej przypowieści o włodarzu, co zakopał talenty.
Mój Boże! nie mogę się skarżyć na brak powodzenia, nawet żona, dowiedziawszy się o przyroście chudoby, przestała gderać i, pocałunek składając mi na ustach, powiada wstydliwie:
— Chodź, przypomnijmy sobie wiośniane lata narzeczeństwa.
Nie taję się przed Wami, iż, dbając o wycieńczone jej zdrowie, umiałem tej zacnej kobiecie wytłumaczyć, że pora jest spóźniona i jutro trzeba opuścić łoże rzeźkim i wypoczętym.
Pomny też byłem gadki, zasłyszanej od syna, którego kieruję na adwokata, gadki czy bajki nader głębokiej o niejakim królu Polykratesie, opiewającej, iż nigdy nie należy zbytnio kusić szczęścia, ponieważ może się odwrócić — nie powiem: w godzinie niepowołanej, gdyż każda godzina, w której się szczęście od nas odwraca, jest niepowołaną.
Po tym wstępie, niezbędnym dla zaokrąglenia całości, czyli raczej do nadania głowy mojej relacyi, przystępuję do rzeczy:
Wyobraźcie sobie:
Ledwiem się otulił w wygrzaną przy piecu kołderkę, zacząłem — mówiono mi o tem, gdym się obudził — mocno chrapać i jęczeć i rzucać się, jak szczupak przed Wiliją; nie dziwota: zmagałem się z potęgami, na przezwyciężenie których nie starczą siły olbrzyma, a jam jest Ten, co je zmógł.
Otóż na obłokach, kształtu ogromnych pierzyn, wydętych puchem edredońskim, którym handlował mój ojciec, stanęli, plecami do siebie, dwaj aniołowie i zatrąbili w trąby — w pierwszym momencie mniemałem, że ulane z szczerego złota, ale gdym się im bliżej przypatrzył, przyszedłem do przekonania, iż tylko mosiężne.
Chciałem zawołać:
— Niebiosa mogłyby sobie pozwolić na metal kosztowniejszy!
Atoli myśl tę, widać, bezbożną, stłumił w samym zarodku huk, jakiegom dotychczas nigdy w życiu nie słyszał.
Jeden z aniołów trąbił ku północy, drugi ku południowi; potem obrócili się i, oparłszy się wzajemnie łopatka o łopatkę, grzmieli, jeden na wschód, zaś drugi na zachód, iżby na wszystkie cztery strony świata rozeszło się zaduszne Dies irae.
Nie ulegało bowiem najmniejszej wątpliwości, że obwieszczano Sąd Ostateczny.
I oto ziemia rozstąpiła się na dwie połowy.
Po czarnych ścianach przepaści ślizgały się węże, ohydne potwory, ziejące siarką i smołą.
Z bezdni strzelał płomienisty Ocean, stokroć większy od tej wyuzdanej pożogi, która przed laty — pamiętny to dla nas dzień — obróciła w popiół kantor tego męczennika i — nie obwijajmy w bawełnę — lekkomyślnika Adolfa.
Krążyły słuchy, iż sam podpalił, dostał się też do kryminału, skąd wróciwszy, rozpił się i umarł z zgryzoty, z nieuzasadnioną do nas pretensyą, iżeśmy go nie uchronili od katastrofy.
Wiadomo, że część winy usiłował zwalić na mnie, ale Bóg strzegł — wezwano mię tylko na świadka.
Teraz postać jego, obrzękła i jakby wyniszczona rozpustą, płynęła ku mnie na rozszalałych falach ognia.
— Piekło! — krzyknąłem — taki, mój kuzynie i kompanionie, spotkał cię los za życie na żart, za wyrządzoną nam wszystkim krzywdę!
Była to jednak fatalna pomyłka — nie otchłań to wieczystego potępienia, lecz Czyściec. Albowiem z płomieni wydobywał się jęk i płacz i wołanie:
— Przebacz nam, litościwy Sędzio! Masz słuszność — niewątpliwie! Śmiertelne przygniotły nas grzechy, czołgaliśmy się po ziemi jak płazy, przecież w spełnianiu choćby największych występków nie opuszczała nas Wiara w Twe Miłosierdzie bez granic, ani Nadzieja, że w bezmiarze Twych łask wszelka topi się niedokładność — czy to będzie tak zwane fałszywe bankructwo, czy jakaś inna nieoględność lub zbytnie zacietrzewienie!
I odpowiedział im Głos:
— Skruszeni jesteście i pokorni, przebaczam!
W oczach moich stał się cud.
Ziemia zawarła się z powrotem, na miejscu ognia i potworów rozścielił się różnobarwny, puszysty, rzekłbym smyrneński, prawie taki sam, jak w moim saloniku, w kwiaty dzierzgany dywan, na nim olbrzymie kaktusy, wypchane pawie, araukarye, begonie, wyolbrzymiałe orchideje, magnolie, wachlarze palm!
Pod ich baldachimem snują się rzędy młodzianków i dziewic — ta z lilią, tamta z różą, ta z pękiem rezedy, tamta z gwoździkiem, inna z niezwykłym, rzadkim chryzantemem, znowu inna z tuberozą czy narcyzem, a pomiędzy nimi starsza moja córka w wianku mirtowym i białym welonie; przy fortepianie znany wykonawca-wirtuoz i artysta kompozytor w niebieskim fraku, a wszyscy sunęli i sunęli, śpiewając »Hosanna« i »Jubilate Domino!«
Za nimi z pochyloną głową nasz poczciwy Adolf, przeobrażony do niepoznania; obrzękłość znikła niemal zupełnie, oczy, podobne dawnej do ślimaczych łebków, nabrały klarowności.
Zobaczył mnie i przyjaźnie się uśmiechnął.
Nie potrzebuję Wam chyba zaręczać, żem się serdecznie ucieszył, zauważywszy w nim to nagłe odrodzenie.
Dźgnęła mnie tylko jakoby zazdrość, że takiego dostąpił zaszczytu były kryminalista i po empirejskich kroczy kobiercach.
Alem w czas ją przytłumił, bo juścić nie godzi się zawiścić umarłym, tem bardziej przyjaciołom.
Nasz ksiądz kanonik, który tak łaskaw bywa na skromny mój dom, wspomniał ostatniej niedzieli z ambony o kozłach i barankach.
Z przejęciem słuchając kazania, anim się spodziewał, że tak prędko danem mi będzie obraz ten na własne oglądać źrenice.
Oto z grobów ruszyli się umarli i w nieprzeliczonej ciżbie czekają, w słusznej od Majestatu odległości, na nierychliwe, lecz sprawiedliwe wyroki.
Święty Woźny niebieskich trybunałów cytuje każdego z osobna i każdy z osobna zjawia się przed Sędziowskiem Obliczem.
Jeden Archanioł z otwartym wielkim Bilansem w ręku czyta »Ma« i »Winien«, a drugi Archanioł kładzie to wszystko doczesne saldo człowieka na wagę i waży.
Stosownie do tego, która przeważy szala, ta z summą Dobra, czy ta z kwotą Zła, odzywa się głos:
— Umieścić go pomiędzy kozłami!
albo:
— Niech powiększy szlachetne stado baranów!
Z niekłamaną trwogą, a zarazem i z współczuciem spostrzegłem mego kontrahenta w włosistej, brodatej postaci kozła...
— Czuję — szepnąłem —, żeś w znanej głupocie swej zamierzył wezwać mnie przed kratki, zamiast uczyć się odemnie, jak należy pomnażać, mówiąc ewangelicznie, swe talenty, ażeby nie ściągać na siebie urągowiska dobrego Arcywłodarza, rodzinie zapewnić przyszłość, a sobie podziw u ludzi fachu.
Sroga dotknęła cię pomsta. Przecież żal mi ciebie, bom nie jest z głazu, tylko z ciała i duszy, stworzonej na obraz i podobieństwo Boże i Miłosierdzie Moje nie zna granic!!!
Straszniem zadygotał, gdym od strony trybunału usłyszał moje własne, rodowite, powszechnie czczone nazwisko.
— Jakto?! — jęknąłem. — Nie jestem wszakże trupem, lecz żyjącym obywatelem!
— Cicho, ty błaźnie i oszuście! — odrzekł Święty Woźny i kluczami uderzył mnie w plecy.
Ścisnąłem pięść, aby mu się odwzajemnić, atoli w tej uroczystej, a tak niepewnej, przerażenia i nieopisanej grozy pełnej godzinie przywiodłem sobie co tchu na pamięć ową starą, wypróbowaną, katechizmami uświęconą naukę, którą mi wpajano za młodu, a która zawsze była drogoskazem mego żywota:
— Bądź pokorny i posłuszny, albowiem pokora przebija niebiosa, a nieposłuszeństwo jest bramą, wiodącą do Czeluści piekieł. Przytem:
— Pokorne cielę dwie matki ssie.
— Nie poufal się z koniem i nie łaskocz go pod pęcinami, bo, nim się spostrzeżesz, palnie cię kopytem w łeb, aż drogocenny wytryśnie ci mózg.
— Zawsze też miej poważanie dla postronka, gdyż niewiadomo, czy ci ostatniej nie odda przysługi.
Dodać do tego wypada, że w uszach nie przebrzmiał mi jeszcze głos, zwrócony ku Męczennikom Czyśćca:
— Przebaczam, boście skruszeni i pokorni.
Gdym już szedł przed kratki, stała się rzecz okropna.
Jeszcze teraz, pisząc Wam o tem, ledwie mogę utrzymać pióro.
Z płomiennej ławy podniósł się Szatan — czy uwierzycie: w berecie i w czarnym, długim, szerokim worze, podobnym do rewerend, w jakich zwykle prowadzą kondukty pogrzebowe protestanccy pastorzy — lichy to zaszczyt, że strój ich okrywa Mocarzy podziemnych, jednak naturalny to wynik głoszenia bezbożnych herezyi — — — a więc sam Szatan podniósł się z miejsca, pazurami oparł się o poręcz, przechylił się nieco naprzód i badawczy, ostry wlepiwszy wzrok w oblicze Sędziego, piorunującym zahuczał grzmotem:
— Wysoki Trybunale! Nie wątpiąc, że wyrok ferowany na tego łotra (!!!???) będzie sprawiedliwy, kazałem już odrazu przygotować torturę, najodpowiedniejszą dla tego rodzaju członków ludzkiego społeczeństwa — —
Nie dokończył, gdy, niewidzialną pchana mocą, wysunęła się przedemnie szafa wertheimowska w gęstym wieńcu liżących ją chciwie ognistych języków.
— Wiem — zagrzmiał Szatan dalej —, że rozmiary tego skrytego złodzieja — nie miałem już odwagi przeczyć, stropiony będąc lękiem i trwogą — zbyt są wielkie, aby się mogły w tem niejako Prokrustowem pomieścić łożu, lecz pachołkowie moi połamią mu golenia, a iżby nie próbował się wydostać, każę go do niej i z wierzchu i ze spodu i ze wszystkich czterech boków przywiercić. Oto siepacze z grubymi, stalowymi świdrami.
Pot zimny oblał mi czoło, po grzbiecie przeszedł dreszcz, kości moje zachrupotały, jak kości upiorów, ale umysł i jakby natchnienie wzdyć nie utraciły swej władzy.
Padłem w proch i pył i jąłem się kajać:
— Nieuchronny, litościwy Sędzio! Masz słuszność! niewątpliwie!
Śmiertelne grzechy przygniotły mię do ziemi, czołgam się po niej jak gad, przecież w spełnianiu i największych występków nie opuszczała mnie Wiara w Twe Miłosierdzie ani Nadzieja, że w bezmiarze Twych łask wszelka topi się nierozwaga, czy to będzie fałszywe bankructwo, czy jakaś inna nieoględność lub zacietrzewienie!
— Zresztą dotychczas jeszcze żaden z moich dostawców nie powziął podejrzenia, jakobym miał zamiar zwinąć interes wśród okoliczności, iż tak się wyrażę, niepewnych, a więc jasnem jest, że polegają na mojem sumieniu.
— Nie było też u mnie komisyi, mającej przychwycić mnie na — niedokładnem książkowaniu, a więc nie istniał dotychczas powód do jej wkroczenia.
— Jeżeli się czasem zdarzyło, że ktoś z moich odbiorców otrzymał towar, mówiąc ich gwarą, nierzetelny, niech swe żałoby skieruje do hurtowników, nie do mnie.
— Prawda! Zarobiłem wczoraj na sprzedaży mej rudery cokolwiek więcej, niż drukowane przepisują skrupuły, lecz chyba tylko nowicyusze mej branży mogą być na to wrażliwi, takich jednak, chwała Bogu, niema.
— A gdyby nawet wymysł Szatana, tego wroga Rodzaju, któregoś Ty w słusznym gniewie strącił z niebiosów, chciał to podciągnąć pod nomenklaturę oszustwa (pfe!), to już Rzymianie, mistrze prawa i sprawiedliwości, uczyli — napomknął mi o tem nie w ciemię bity mój syn i bardzo mi się to podobało —: mundus vult decipi, ergo decipiatur
— Ten świat — bo mundus znaczy świat —, który Ci tyle sprawia kłopotów, który nie słucha Twych przykazań i przeto jest wart, aby go smagała rózga — lepiej dla niego, że moja, gdyż pod Twoją, jeśliby się podniosła na przekór Miłosierdzia, całkiemby zginął...
— Nie chcę, Panie, abyś mnie posądzał o chełpliwość.
— Przecież na tych szalach, wahających się w ręku Twych Archaniołów, niech też zaważy i moje »Habet«, jeśli już moje »Debet« w taki niepomierny gniew wprawia bezlitosnego Władcę Ciemności.
— Damy, chodzące po wielkotygodniowej kweście, nie odstąpiły od mych progów bez sutej jałmużny.
— Co roku na gwiazdkę sprawiam biednym sierotom i pończochy i buciki, a wierna towarzyszka mych smutnych i wesołych dni niejedną obdarza je sukienką.
— Utrzymuję biedną dziewczynę — i to w tem życiu przykrem prawdziwe, jedyne moje »Habet«, nie czyniąc krzywdy ognisku domowemu: żonę nie tylko w dzień imienin, ale na każde urodziny obsypuję klejnotami; wcale się tego stosunku mego nie domyśla — wy mnie nie zdradzicie, bo i ja znam wasze sprawki —, gdyby jednak, nie daj tego Panie — ostatecznie powiedzieć nie może, iżby jej lata...
— Przyczyniłem się hojną składką do budowy kościoła.
— Zdemoralizowana niezdrowymi prądami w literaturze i sztuce młodzież posiada karzącego we mnie opiekuna.
— Podwładny personal może ze sutej remuneracyi noworocznej sprawić sobie w noc sylwestrową niejedną wazkę ponczu; wiem, że wierniej służyć mi będzie.
— Jednem słowem: Biorę, ale i daję!!
— Tak! Bierze ale i daje — odpowiedział ku mej niewysłowionej uldze, sprawiedliwy Sędzia, zwróciwszy się ku Szatanowi, jakby mu chciał okazać, że w pogardzie ma jego złość niepowściągliwą.
I Lucyper zgrzytnął zębami, podwinął bawoli ogon i w strasznym zaryczał bólu: przytarto mu rogów!...
Potężny, światowładczy Majestat kazał mi się zbliżyć do siebie.
Przykląkłem na jedno kolano i w tej sekundzie uczułem błękitną wstęgę na szyi.
— Tak! Miałem poważanie dla stryczka i oto —
— Nim się zamieni w baranka — zawołał Pan nasz i Król — oprowadźcie go w tryumfie: niech ten zgromadzony lud bierze sobie przykład z niego!!!
Nienawidzę poetów, tem więcej, że jeden z nich raczył mnie opisać w gazecie. — A głodomorze ty jeden! Żal ci, że mam »okrągły brzuszek«?! Za pożyczkami biegać nie potrzebuję, więc mi »krótkie nóżki« wystarczą —, gardzę hołotą gryzipiórków, grajków, smarowników i gipsiarzy, a jednak dzisiaj chciałbym posiąść ich wyobraźnię, ich pendzel i dłuto, ich moc w uderzaniu w klawisze, ażebym w godnych przedstawił Wam rysach i kształtach i tonach tę rozkosz i słodycz, która rozlewała się w mych piersiach i wogóle w całej mojej istności!...
Aniołowie pańscy wzięli mnie pod rękę i wiedli szpalerem rozstępującego się ze czcią narodu, dziewczątka w bieli rzucały przedemną kwiaty, jedna bardzo piękna panienka wręczyła mi wielki bukiet, a tłumy śpiewały i wołały: »Niech nam burmistrzuje i prezesuje! Niech w parlamencie broni naszych nieprzedawnionych praw, niech będzie ministrem — On jeden! On jeden!«
Wkońcu sam Pan Jezus, siedzący na hebanowym tronie, inkrustowanym perłową macicą, przytulił mnie do swej rany i, wskazując na krzyż, wyrzekł uroczyście:
— Pamiętaj, abyś zawsze kroczył drogą, nad którą zawisło to godło, a Ty, Duchu święty — zwrócił się do Gołąbki, fruwającej pomiędzy Ojcem a Synem — lej na niego Swe Światło, iżby nigdy nie stracił rozsądku!
Zbudziłem się...
Było już późno.
— Po niespokojnej nocy tak smacznieś spał nad ranem, żem cię nie chciała budzić — powiada mi żona.
Pocałowałem ją w usta i mówię:
Należało mi się to... Widziałem we śnie rzeczy, pełne tajemnic, i zjawiska, które są jakby zapowiedzią naszego nieustannego szczęścia.
Uważam to sobie za dobry omen i stąd też opisuję Wam to wszystko, drodzy moi Ziomkowie i Wspólnicy; nie wahajcie się iść ze mną pospołu — przez życie...



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.