List (Kasprowicz)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł List
Pochodzenie O bohaterskim koniu i walącym się domie z Dzieła poetyckie Tom 6
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom 6
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 6 jako ePub Pobierz Cały tom 6 jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXI.
LIST.

Pani!
Gdybym w uroczystych chwilach »podniesienia ducha« ubierał się w jedwabny, wzorzysty chałat buddyjskiego kapłana, mógłbym ci powiedzieć z świadomością jak najszczerszej prawdy, żem Cię przeczuł, żem postać Twoją widywał w snach i marzeniach, które i takiego, jak ja, pospolitowca nawiedzać raczą.
Nie wątpię, że w sercu Twem, tak czułem na głosy z zaświatów, znalazłbym należyty oddźwięk i że nie miałabyś powodu mówić mi o koniecznej potrzebie wysubtelizowania duszy, abym, słuchając rzeczy, dalekich od sznurówki i fartuszka, rzeczy »naddoczesnych«, nie zachowywał się jak kowal, sapiący przy kuciu rozżarzonej szyny, lub jak tragarz, któremu pod ciężarem zarzucanych na plecy worów pękają rękawy.
Uwierzyłabyś wówczas, że i ja sroce z pod ogona nie wypadłem — w waszem społeczeństwie i przed tym zarzutem bronić się trzeba —, że tak samo jak Ty i Tobie podobni, mam prawo doszukiwać się zaczątków mego bytu »w niepojętych mgławicach wieczności«, żem chodził na czworakach, że, chociaż nie lubię, jak pies, wyć do księżyca, w ciepłe, lipcowe nocy nawłóczyłem się dosyć po torfowiskach, żem godzinami z wędką w ręku siadywał nad rzeką i, zamiast łowić kiełbie i płotki, z głupkowatem zdumieniem przyglądał się, jak płynne złoto słońca stapia się z pomarszczonym błękitem wody.
Miałem też obyczaj przysłuchiwać się krzykom ptactwa błotnego, drapać się na chojary po zielonawe jajka wronie, leźć po pas w grzązkie bagna i cudzy rwać tatarak na majenie rodzicielskiego okapu, razem z innymi urwipołciami wydzierać nawpół zgniłe snopki z dachów sąsiedzkich i na »przyśnicach«, na krzyżowych drogach zapalać sobótki, podkurzać wonne rzepiki, skakać przez ogień, pyzate dziewki ciągnąć za spódnice, gonić świętojańskie robaczki i, wylegując się na miękkich »sitówcach«, z otwartą gębą wchłaniać opowieści ślepej baby-staruchy o rycerzach, śpiących pod niedaleką »Świńską górą«, wśród pustych, wrzosami porosłych pól, i o tem, jak »pan Kościuszko« strzelał z pistoletu do srebrnego szelążka...
Ogromną sprawiały mi też przyjemność wielkanocne dzwony i trzepot czerwonych chorągwi podczas wczesnej procesyi rezurekcyjnej, krwawniki na miedzach, łopiany i podbiały pod wrotami stodoły, soczyste wiśnie w sadzie chrzestnego ojca, który złodziejskie łakomstwo moje smagłym mitygował rzemieniem, suszone śliwki na wilię, ziemniaki pieczone w popiele z pozbieranych na pastwisku suchych odpadków bydlęcych.
Z mułu lepiłem biskupów, z kulkami zamiast nosów, w wielkich, pękatych infułach, z pastorałem w ręku, kładłem ich rzędem na trawie i nie mogłem pohamować — nie pamiętam, żalu czy wściekłości, gdy zbyt drapieżny pazur słońca te arcydzieła moje na niekształtne rozdrapywał grudki.
W skwarne południa pożniwne, zostając na »przezobiad« śród morza ściernisk, nie mogłem wyjść z podziwu, jak w głębokich otchłaniach przejrzystej, blado-niebieskiej ciszy drgały kłęby rozżarzonego powietrza; przygnębiony niemożnością rozwiązania zagadki tego prostego zjawiska — Pani oczywiście wiedziałaś za młodu już wszystko —, kładłem się jak długi plecami do nieba i, wyciągnąwszy łapę, bawiłem się w ciuciubabkę z szarańczami; a jeśli mi się udało jedną z nich przychwycić, to choć nieraz ostre skłuło mnie rżysko, nie mściłem się na nich, ani skrzydeł, ani cienkich, długich nóżek wesołym stworzeniom tym nie obrywałem.
Nigdym też nie nadziewał bąków na słomkę, czasem tylko uśmierciłem zbyt kąśliwą muszycę na brzuchu konia lub na łopatce krowy.
Raz też, zburzywszy gniazdo os, wypiłem — niestety! bez wyrzutów sumienia — dorobek ich pracy, nagromadzony w szarych, woskowych kieliszkach, ukrytych pod wilgotną kępą darniny; doszedłszy zaś miary wyrostka, niezdolnego jeszcze do służby wojskowej, ale który przestał się modlić w otumanieniu mistycznem do duchów prababek, uwiodłem jedną czy dwie dziewczyny, nawiasem mówiąc, im na pociechę, a sobie na pożytek.
W południe nęciły mnie cieniste bruzdy czerwcowego żyta, wieczorem jedwabna, pachnąca podściel lucerny.
Widzisz, szczery jestem i z »grzechów młodości« tajemnicy nie czynię.
Ażeby jednak Twe serce, tak wrażliwe na krzywdy, wyrządzane tej biednej, niewinnej płci niewieściej, którą łypiące węszek poetyckie mopsy oszczeknęły za najprawowitsze i najdoskonalsze zwierciadło »Praduszy«, nie pękło z nadmiaru oburzenia, śmiem wyznać, że sromotnie wywiedziono mnie w pole.
Jedną z mych ofiar, czarodziejską wiochnę o ślicznych niebieskich oczach i gęstych blond włosach, wypłaszano już kilkakrotnie przedtem z kartofliska, gdzie słodkie dawała sobie rendez-vous z młodym pastuchem gminnym, a druga, przybłęda z nieznanych mi bliżej okolic, siedziała pono w areszcie za bezwstydne, prawa boskie i ludzkie obrażające podrzucenie dziecka pod progi jakiegoś panicza; wypadek tem karygodniejszy, ponieważ zbiegł się z dniem jego ślubu.
O sprawach tych doszła mnie wieść, niestety! za późno: mając już wówczas wstręt do owoców napoczętych, byłbym był, świadom nagiej prawdy, chodził ze dwa lata dłużej z sztandarem niewinności w niepewnej prawicy, chyba, że szczęśliwsza jaka sposobność rzuciłaby mi w objęcia nie złudę, lecz rzeczywistość.
Przyzna Pani, że na zapłociach trudno wyhodować kwiatki o woni lotniejszej, mimo to jednak zdobędę się na bohaterstwo, tak nie licujące z dzisiejszym stanem mej wychudłej, zgrzybiałej duszy, i zawołam:
— I ja byłem w Arkadyi! I ja miałem chwile przedziwnych, niebosięgłych wzlotów!
Pewnej niedzieli, idąc na odpust, na Wniebowzięcie, obtłukłem po drodze sporo jarzębin i nanizawszy kraśne jagody na szpagat, którym obwiązano mi pęk ziół, przeznaczonych na święcenie — ziołami temi okadza się wymiona krów, aby więcej dawały mleka —, zawiesiłem ten zaimprowizowany sznur korali na szyi Jagusi, o której dziś jeszcze nie mogę myśleć nie tyle bez rozrzewnienia, ile raczej bez ślinki na ustach.
Bardzo ją to uradowało, ale, dławiąc się gruszką — wie Pani, małgorzatką —, wykrztusiła, że zawszeć większą mają wartość korale prawdziwe. Naturalnie.
Nie koniec na tem.
Kiedyś, lat temu będzie już tyle, że gdybym miał był wówczas syna, musiałbym mu już dzisiaj napomknąć co nieco o potrzebie zachowywania niezbędnych ostrożności — otóż kiedyś, wałęsając się w cieniu sentymentalnych topoli nad wilgotnymi brzegami jeziora, uzbierałem niezabudek (!!!) i zaniosłem je panience ze dworu, gdziem braci jej, szlacheckie, tęgie, ale zakute łby forsował nieco ponad ich siły składnią łacińską.
Z początku była jakby zawstydzona, ale po pewnem wahaniu, spojrzawszy mi bystro w oczy i, w dziwnie ciepły sposób dotknąwszy się mej dłoni, kwiaty przyjęła, mówiąc:
— Dziękuję. A gdzie on to znalazł?
— Nad wodą.
— Nad bystrą?
— Nie, nad stojącą, nad jeziorem.
— W noc księżycową?
— Nie. W południe.
— A co on woli? Księżyc czy słońce?
— Jedno i drugie świeci — jedno w nocy, a drugie w dzień. Są też i gwiazdy na niebie.
— Doprawdy?
— Tak jest.
— Dziękuję.
Niewymownie byłem szczęśliwy.
Wydarzył mi się też wypadek, który bez wątpienia będzie w oczach Pani dowodem, że mam w sobie pierwiastki — idealne.
Zauważywszy na ganku wietrzącą się spódniczkę mej Ubóstwianej, uczułem nagły płomień w twarzy, podniosłem się na palcach, z zapartym oddechem rozejrzałem się naokoło — nie widać było nikogo — i, przyczaiwszy się jak kot, zwabiony zapachem myszy, która w śpiżarni najadła się słoniny, przycisnąłem brzeżek sukni dziewiczej do ust i gorący, szalenie gorący złożyłem pocałunek.
Ale człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi — choć ja — dzięki Ci, Panie! — strzelcem tym nie byłem: po jakimś czasie pannę wysłano za granicę, a równocześnie na snopku słomy rozciągnięto przystojnego ogrodniczka, staropolskim obyczajem wrzepiono mu dwadzieścia pięć przekładańców i mniej dolegliwego kazano mu szukać zajęcia.
Innych widok tragedyi podobnej byłby może i złamał, mnie to jednak skrzydeł nie zwichnęło.
Owszem: »z pod pióra mego wyszedł« sonet transcendentalny, dowodzący, że nie utraciłem należytej czci dla świętości zawodu niewieściego.
Pamiętasz go Pani? Jeśli się nie mylę, adresowany był do Ciebie. Zaczynał się od słów:

»Miłość siedlisko ma w duszy, nie w ciele...«

A dalej, że nie idzie mi o wdzięki ziemskie, gdyż te są przemijające, poświęcone śmierci, tem bardziej, że, jak uczy doświadczenie, istoty tak zwane piękne przeróżnym ulegają pokusom, że były i są kobiety, okazalsze od mej »lubej«, że jednak przymioty jej wewnętrzne jako wieczysta, nieśmiertelna cząstka nieśmiertelnego »wszechbytu«, jej czułość i dobroć i t. p., okupują wszelkie ewentualne braki w jej powłoce doczesnej. Dlatego — takem zakończył:

»Ty, w której pycha ciała się nie puszy,
Racz mnie umieścić w swojej pięknej duszy«.

Byłaś cokolwiek oburzona, zlekceważyłaś mój pean, nie obnosiłaś go po przyjaciółkach — dziś to zupełnie rozumiem, dziś, kiedy w kobiecie nauczyłem się cenić świeżą bieliznę i niezbyt płaskie biodra.
Nie powiem, ile od tego czasu upłynęło dni.
Wrażliwa jesteś na wiek i wzmianka o nim gotowa Cię wyprowadzić z równowagi.
Pociechę masz jednak w tem, żem był o kilka lat starszy od Ciebie.
Rzecz to wreszcie obojętna, bo, jak słusznie dziś twierdzisz, nie wiek, lecz serce i dusza wystawiają świadectwo młodości, a serce Twe dotąd jest »wiośniane«.
Niestety! nie mogę tego powiedzieć o swojem — trochę nadszarpnęły je burze, które, jak nad każdym, szalały i nademną.
Jedno tylko zdołałem w tej nawałnicy ocalić — mój wrodzony idealizm.
Co? Wątpisz Pani o tem?
Zaraz Ci dowiodę.
Pewnego dnia wręczono mi list następującej treści:
»Daruj, że piszę do ciebie tak bezceremonialnie, ale gdym cię ujrzała na ulicy, tak mnie coś jakby dźgnęło, że tylko ty jeden mógłbyś zgotować szczęście kobiecie, która, przykuta łańcuchem ślubów dozgonnych do niekochanej istoty, marzy w niespokojnych snach o kilku słodkich momentach ulgi.
Życie moje — jak wogóle każdej kobiety — prawdziwą jest kaźnią; to też dzisiaj, kiedy naokoło piorunnym rozbrzmiewają głosem hasła niekrępowanej niczem swobody indywidualnej, krzyczącem byłoby bezprawiem i nierozsądkiem cierpieć dalej za winy niepopełnione.
Słaba jest nasza płeć i wychowana w wiekowych ciemnościach, niewątpliwie; ma jednak jasnowidzenia, w których odróżnić umie A od B i z niespodziewaną mocą i rozkoszą przekreślić jedną literę dla drugiej.
Gdy mąż mój niemiłosiernie chrapie obok, szlachetny, smukły rycerz Bellidor staje pod oknami i, uderzając w struny mandoliny, śpiewa mi pieśń, od której powieki stają się fioletowe i przejrzyste, a dusza — ach! ta dusza! — gdybym ja to mogła wyrazić, czem jest moja dusza!
Ale, jeśli chcesz, przekłuję palec serdeczny i kroplą mej krwi napiszę ci: kocham!
Dzisiaj dopiero spostrzegłam, że nawiedzająca mnie w marzeniach wdzięczna postać trubadura twoje ma rysy, twoje płomienne, głębokie spojrzenie, twoje faliste, w ogniach sierpniowego zachodu skąpane kędziory!...
Jestem jakoby furtyanka, stojąca u bramy przybytku, w którym nieskazitelna panuje cnota. Nie wpuszczę cię do celi mej, gdyż argusowe oko małżonka parzy mię pokrzywą podejrzeń, ale — dowiedziałam się o twoim adresie w policyi — przyjdę do ciebie jutro z rana o dziewiątej. Obyś mnie czekał z tą niecierpliwością, która dzisiaj w nocy nie pozwoli zamknąć oka Twojej — na wieki

Mężatce«.

»Pani!« — odpisałem — »Na przydługi nieco list mam zaszczyt odpowiedzieć:
Jestem konserwatystą i nie zachwycam się niekrępowaną niczem swobodą kobiet.
Przyznaję, że chrapanie męża bywa nieprzyjemne, jest przecież na to lekarstwo: uważaj Pani, ażeby zawsze na prawym leżał boku. A iżbyś sama sen miewała spokojny, zjadaj Pani po herbacie dwa lub trzy jabłka — środek to nieomylny, przez wszystkie wypróbowany powagi.
Krwi Pani szkoda, tem bardziej, że przyjrzałaś mi się niezbyt dokładnie: nie posiadam w sobie nic z Bellidora; na imię mi Franciszek, jestem otyły, oczy mam niewielkie i nieco przyblakłe — przyjaciele twierdzą, że od wina, które mi kiedyś smakowało —, łysieję i zapewne niedługo włos mój, nie ognisty, lecz ciemny, zacznie siwieć. Mam też żonę, której zdradzać nie myślę, zwłaszcza że po ciężkich bólach obdarowała mnie pięciorgiem dzieci —; zdradziwszy ją, nie mógłbym jej z czystem przepędzić sumieniem, gdyby mi się kiedy sprzeniewierzyła«.
Kobiety, frasobliwe, iż świat zmusza je do kłamstwa, pragną za wszelką cenę nie tyle mieć towarzyszów występku, ile raczej zemścić się na prawdomównej z zasady płci męskiej i uczą i nas przerozmaitych wykrętów.
Skłamałem więc i ja — skłamałem z wierności dla Ciebie — boć, jak Pani wiadomo, nigdy nie byłem żonaty, zaś co do dzieci, to miałem raz chwilę, w której umiłowanie prawdy srodze się na mnie pomściło.
Starając się o rękę pewnej bardzo rozumnej i postępowej panienki, rzekłem jej przy oświadczynach:
— Dziś, kiedy mają się rozstrzygnąć nasze losy, nie chcę Pani utrzymywać w błędzie co do moich stosunków prywatnych: mam syna, który mnie dosyć dużo kosztuje.
— Tak?!! Szczerość za szczerość — i tutaj mocno się spłoniła —, widzę, że Pan nie ulegasz przesądom, więc wyznam, że i ja nie jestem dziewicą...
— Dziękuję!... Adieu!
— Adieu...
Zaiste! w tym labiryncie życia trudno znaleźć drogowskaz!
— »Na wieki Mężatka« odpowiedziała mi na wonnym bilecie krótkiem i węzłowatem pytaniem:
»Czy Pan zawsze taki — do niczego?«
Nie wiem.
Wiem tylko tyle, że jestem niepoprawnym idealistą.
I z tą pieczątką staję przed Tobą i dzisiaj:
Na »Boulevard-Bonne-Nouvelle« kupiłem sobie za 19 fr. 75 cnt. wzorzyste, półjedwabne »Kimono« i w coraz częstszych godzinach podniesienia ducha kładę się na kanapie i zasypiam.
A podczas drzemki zjawia mi się Twa postać, dawno przeczuta, i szepce mi głosem, wonnym, jak róże, oplatające biały mur na drodze z Florencyi do Fiesole, gdzieśmy już nie w mrokach, ale w ciemnościach katedry w wielkiem rozrzewnieniu ściskali sobie dłonie, dźwięcznym, jak szum eukaliptów w »Opactwie Trzech Studzien«, słodkim, jak ekstrakt z tych przedziwnych, kory pozbawionych drzew, ekstrakt, któryśmy z rąk pobożnych, bladych mnichów pili u wejścia do katakumb Kaliksta, a który tak mnie oszołomił, że, znalazłszy w jednej z tajemniczych, urokiem męczeńskiej przeszłości owianych wnęk wyrzeźbioną w białym marmurze świętą Cecylię, sądziłem, że Ty leżysz przedemną!
»Nie jesteś — mówisz do mnie — kowalem ani tragarzem, ale wolałabym, żebyś był Kruppem lub, chociażby z lewej ręki, synem Rotszylda.
Szlachetnieś postępował, nie nadziewając bąków na słomkę, jednakże lepienie biskupów dowodzi, żeś miał zawsze karygodny wstręt do zajęć rentowniejszych.
A jeśli kiedy czyniłam Ci wyrzuty z powodu braku subtelności duszy, przebacz! I ja — będę szczerą, jak ty nim jesteś — wyznam, że dzisiaj trudno mi powiedzieć, na czem ona polega i czy wogóle coś podobnego na świecie istnieje!
Jednakże śmiem twierdzić i dzisiaj, że nie świadczy to o uczuciach zbyt delikatnych, jeżeli mężczyzna nie umie odróżnić broderyi brukselskiej od pospolitej podszewki; a już brutalem można nazwać tego, któremu się zdaje, że pierwsza lepsza Jagusia a księżniczka (nie jestem naturalnie księżniczką, ale — — ) to jedno!
Wszystko atoli puszczam w niepamięć — masz mnie.
Lecz jeśli przyjemność nie będzie tak pełną — oboje nie jesteśmy już młodzi —, twoja w tem wina!
Czemuż to wówczas, zamiast pisać nieszczęsny, transcendentalny sonet, któryby każdą obraził kobietę, nie zdobyłeś się na rozum prostego ogrodniczka?!
Zali się bałeś dostać batów?
Czem jest miłość bez cierpienia?
Ból dopiero jest podkreśleniem rozkoszy!
Czemu, zamiast szukać lucerny i żyta — —
Zresztą czy sądzisz, że i ja nie znam się na poezyi naszych siół?«
Tak lubym szepcesz mi głosem, o ty jedyna! o ty wybrana!
I serce moje mięknie i roztapia się w tęsknicy za wprost nikczemnie zmarnowaną młodością!
Żal mi, o żal mi! boś naprawdę warta była grzechu!...
Dzisiaj — adieu charmant pays de France! Marya Stuart idzie się przespać z Chastelardem czy Bothwellem, a lady Macbeth — o, mylady!

Come, we’ll to sleep: my strange and self-abuse
Is the initiate fear, that wants hard use; —
We are yet but young in deed...

Albo — lepiej zaśpiewajmy sobie wesołą piosnkę ś. p. Hamleta:

Why, let the strucken deer go weep,
The heart ungalled play;
For some must watch, while some must sleep;
Thus runs the world away.



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.