Chałupa (Kasprowicz)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Chałupa
Pochodzenie O bohaterskim koniu i walącym się domie z Dzieła poetyckie Tom 6
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom 6
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 6 jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXIV.
CHAŁUPA.

Mówiono, że lat ma sto, albo i więcej.
Za dzieciństwa siwego rybaka pale jej były czarne i stoczone przez czerwie; na strzesze rozsiadła się gruba warstwa wilgotnego mchu.
Stała nad pustą, polną drogą, o jakie ćwierć mili poza wsią, na opoczystym pagórku, bez trawy i zielska, bez wierzby i wiśni.
Jeden z jej właścicieli skopał ziemię i zasadził kilka krzaków »Bożego-drzewka«, ale pewnej nocy przewaliło się z rżeniem stado złych duchów i kopytami ubiło niedoszły ogródek na klepisko.
Nikt w chałupie tej nie zagrzał kątów.
W izbie rzucało garnkami, a na strychu ktoś jakby przesypywał ziarna grochu lub łamał pęki zeschłej trzciny.
Nie pomogło okadzanie święconym rozchodnikiem ani opisywanie kredą trzej-królową.
Wójt i ławnicy, ludzie mienni, jedzący mięso w czwartki i niedziele, a w piątki, na targu, pijący »ciepłe«, doradzali, że najlepiej będzie ją spalić, a na jej miejscu postawić krzyż.
Wojciech Burak, który na odpusty paradował dwójką gładkich, łyskliwych ogierów, a podczas wielkanocnych wyścigów pierwszy z spotniałym i zczerwienionym tryumfem wracał w obejście, zapędziwszy w rów dwa lub trzy zaprzęgi sąsiedzkie, okazał nawet gotowość postawienia własnym kosztem murowanej figury.
Juścić prawda, że sporo wyda grosza, ale, zmógłszy licho, zaskarbi sobie łaski u Pana Boga i pszenica sypnie mu w trójnasób.
Zbudowanie kapliczki gdzieindziej nie miałoby takiego waloru.
Skąpstwo biedaków, a tylko tacy zamieszkiwali starą, zapadłą chałupę, przechodziło jednak wszelką miarę.
Lepiej sprzedać lub wynająć za byle co, niż słuchać wypasionych gębaczy.
Sędzia Ostateczny za złe im tego nie poczyta, winę swą okupią koronką, różańcem i postem; Miłosierdzie Jego pochopniejsze jest od nagłej i niespodziewanej śmierci.
Stał więc ten czarci kojec na postrach przechodniów.
Żył, owiany tajemniczą tęsknicą jesiennych dni i nocy, ginących razem z cichą wonią zwiędłych cykoryi w mgławych przepaściach wieczności.
Nie było człowieka, coby się w pobliżu jego nie żegnał.
Nawet znany niedowiarek, dawniejszy kościelny, który nieraz podawał gromnicę konającym i miał sposobność przekonania się, że duszy nikt palcami nie namacał, tracił rozum na widok nizkich, szmatami zapchanych okien i szeptał:
— Ale nas zbaw ode złego. Amen.
Tylko »matką Samsona czy świętego Idziego« żadna nie trzęsła trwoga: wynajęła starą, zapadłą chałupę i królowała w niej aż do sromotnego skonu.
Nie dziwota.
Była jedną z tak zwanych »nawiedzionych«, parających się z samym »Wcierniostym«.
— Mówicie — naigrawała się z swych nieprzyjaciół —, że czarnoksiężniki na kominku moim piekielne sprawiają wesele, a ja przysięgnę, żeście ślepi i głusi, choć oczy macie jak bawoły, a uszy jak wieprze; mój dom to kościół, granie organów słyszę co wieczór i śpiewy majowe i pozdrowienia anielskie...
Jakób Bryś, suchy szczap, człowiek, który życie strawił na procesach o miedzę lub kłoski, uzbierane na jego wązkim zagonie, a teraz, gdy umarł kto we wsi, lubił chodzić na cmentarz i nad nieprzykrytym jeszcze grobem znacząco kiwał głową, nie mógł pohamować żalu, iż prawo dzisiejsze zabrania pławić w rzece lub palić na stosie, bo, powiada, widome jest bluźnierstwo, a na ukaranie go niema porady.
Chyba tylko ta:
Wypaproszył kurę, jelita posypał mirrą, włożył do czarnej, polewanej miski i chyłkiem, o zmierzchu, postawił pod przycieś przeklętej chałupy.
Ale spólniczka szatana nie szczezła.
Jakby ją giez ukąsił, wybiegła w letni poranek —: w wygasłych oczach błyskawice; policzki żarzą się, jak kawał żelaza, wyjęty co dopiero z ognia, cała postać wyolbrzymiały bąbel na olbrzymiem — nie z tego świata —, bagnistem oparzelisku.
Podwija kiecki, odsłania opuchłe nogi, jak kłodnie lub kiżenki, prawie wstyd swój obnaża i ryczy i wrzeszczy i huczy i grzmi i śmieje się i płacze i szydzi:
— Znam cię, bezbożny szkaplerzniku! Kurze jelita stawiłeś pod próg, a moje wnętrzności się poruszyły! Mam być kochanką piekła, a wiadomo jest w niebiesiech, że ze mnie narodzi się Samson, który was wszystkich pobije jak Filistynów — i ciebie, co chodzisz na mogiłki, myślący, żeś odgadł śmierć, i was, ławnicy i wójcia, coście jakoby pochwycili życie, we czwartki i niedziele zjadający świńskie ochłapy i panoszący się w plecionych wasongach! Ani życie ani śmierć nie jest w waszym ręku, a ino w ręku Tego, co przyjdzie!
Samson to będzie albo i święty Idzi, oracz pański, co radła wasze i brony strąci w ciemnicę, a sam pługiem, zesłanym mu przez aniołów, ziemię rozorze i nie posieje na niej ani jęczmienia ni żyta, które dają wam moc natrząsania się z bliźnich, a ino słowa świętej Ewangelii.
Z brzemieniem chodzę po świecie, z ciężkiem brzemieniem ale

»W gwiazdach« — powiada — »stoi wszystko jasno,
W starych proroctwach można wszystko czytać,
Że choć tam w górze wszystkie słońca zgasną,
Tak nie przestanie gałąź z niej wykwitać;
Że na to wszystko szatany zawrzasną,
Lecz o szatany jej się dziś nie pytać:
Owoc Jej zarży, jak ten koń bezsprzężny,
A imię jego Idzi lub Samson potężny...«

∗                    ∗

Dużo, dużo lat upłynęło od tej chwili.
Samotny włóczęga po ugorzyskach życia, uciekający przed rozkładem liści jesiennych, zaszedł po długiej, mozolnej drodze, po grudach i zaspach śnieżnych, po roztopach marca i ukwieconych łąkach majowych do zapomnianej niemal wsi rodzinnej.
Przywitano go jak człowieka, który niby jest swój, a jednak obcy.
— Pokażcie mi Jakóba Brysia...
— Ha! ha! — zaśmieje się echem skrzypiących wrót cmentarnych pomarszczona staruszka: chodził-ci na bożą rolę i chodził, kiwał nad grobami i kiwał, aż sobie wykiwał śmierć. W ostatniej godzinie szepnął: »Z Panem Bogiem procesować się trudno« i — umarł.
— A wójt?
— Czapkował-ci komisarzom i — umarł.
— A Wojciech Burak?
— Córkę wydał za dworskiego pisarczyka, krzyż żelazny kazał odlać, przybił mosiężnego Pana Jezusa i na kamiennym, białym postumencie postawił nad szosą i — umarł.
— Nie nad pustą, polną drogą — —?
— Tam, gdzie to była ta — —?
— Czarna, zapadła chałupa — — —
Staruszka umilkła.
Ale młody, pyzaty gospodarz wziął go na bok i mówi:
— Nie pytajcie się, panie, ludzi wiekowych. Zabobonni, niegodnie im o tem mówić. Ja wam to wszystko dokumentnie wyjaśnię.
Skierowaliśmy się w stronę, gdzie ongi, na odżegnanie zła, »suchy szczap« postawił pod przycieś kurze jelita, przysypane mirrą.
— Chcieliście się, panie, dowiedzieć o tej —
— »Nawiedzonej«.
— Niby o tej — pijaczce?...
— No — tak...
— Pamiętam ją, jak przez sen. Z haczykiem wałęsała się po podwórkach, wygrzebując kości i szmaty. Starzy żegnali się, a dzieciaki szarpały ją za spódnicę albo szczuły psami.
Czasem chodziła po żebrach, po wsiach okolicznych, nasi ludzie zamykali przed nią drzwi — ze strachu.
Czasem uchlana legła w rowie i potem — umarła. Mówili, że zagryzły ją wszy, jak Heroda. Pochowali ją na miejscu niepoświęconem, bo niby często bluźniła...
— A jej chałupsko?
— Niema po niej ani śladu. Wójt i ławnicy nieraz byliby ją spalili, ale się bali — prawa. Stała właśnie — tutaj...
— Tu, gdzie to żyto? Twardzizna, jeden z właścicieli próbował zasadzić »Boże-drzewko«, nie przyjęło się.
— Nie umieli brać się do roli... Dziś to jest moje. Ruderę rozebrałem, ziemię-m skopał na pół metra w głąb, namierzwiłem, posypałem superfosfatem, szkoda każdego kęsa, kilka lat uprawy i, widzi pan, jaki urodzaj...
Radowała się dusza samotnego włóczęgi po ugorzyskach życia, iż oczy jego mogły ogarnąć siwozielone, falujące morze kłosów — tu, gdzie niegdyś z dziecięcym lękiem zapadłą omijał chałupę.
A przecież czuł, że ziemia ta zbyt przesiąkła smutkiem.
Czuł ten smutek w cichym poszumie wiatru, kołyszącego łan zboża na opoce, gdzie w starej, zapadłej chałupie miał się z »nawiedzonej« narodzić Samson czy Idzi...
I czuł, że z smutkiem tym umrze i on, śmieszny, samotny włóczęga...



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.