Przejdź do zawartości

Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
XXIV.
CHAŁUPA.

 Mówiono, że lat ma sto, albo i więcej.
 Za dzieciństwa siwego rybaka pale jej były czarne i stoczone przez czerwie; na strzesze rozsiadła się gruba warstwa wilgotnego mchu.
 Stała nad pustą, polną drogą, o jakie ćwierć mili poza wsią, na opoczystym pagórku, bez trawy i zielska, bez wierzby i wiśni.
 Jeden z jej właścicieli skopał ziemię i zasadził kilka krzaków »Bożego-drzewka«, ale pewnej nocy przewaliło się z rżeniem stado złych duchów i kopytami ubiło niedoszły ogródek na klepisko.
 Nikt w chałupie tej nie zagrzał kątów.
 W izbie rzucało garnkami, a na strychu ktoś jakby przesypywał ziarna grochu lub łamał pęki zeschłej trzciny.
 Nie pomogło okadzanie święconym rozchodnikiem ani opisywanie kredą trzej-królową.
 Wójt i ławnicy, ludzie mienni, jedzący mięso w czwartki i niedziele, a w piątki, na targu, pijący »ciepłe«, doradzali, że najlepiej będzie ją spalić, a na jej miejscu postawić krzyż.

 Wojciech Burak, który na odpusty paradował dwójką gładkich, łyskliwych ogierów, a podczas wielkanocnych wyścigów pierwszy z spotniałym i zczerwienionym tryumfem wracał w obejście, zapędziwszy w rów dwa lub trzy