Złodziej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Złodziej
Pochodzenie O bohaterskim koniu i walącym się domie z Dzieła poetyckie Tom 6
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom 6
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 6 jako ePub Pobierz Cały tom 6 jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XV.
ZŁODZIEJ.

W nocy, przez otwarte okno, zakradł się do mnie złodziej.
Nie znał moich obyczajów, bo, nie znalazłszy portmonetki na stoliku, sięgnął pod poduszkę — daremnie.
Ale mnie zbudził.
Schwyciłem go w pierwszej chwili za gardło, chciałem nawet zawołać na policyę i oddać go w ręce karzącej sprawiedliwości.
Oprzytomniawszy, uczułem coś w rodzaju współczucia dla tego biedaka.
— Siądź pan — powiadam — i przysuwam mu krzesło.
Złodziej, widząc, że mu nic nie grozi, usiadł, a ja tymczasem zapaliłem światło.
Chłopak młody, przystojny, szkoda, że, zamiast być pożytkiem dla społeczeństwa, stał się jego plagą.
— Przepraszam Pana bardzo, dawno uprawiasz swoje rzemiosło?
— Ze dwa lata.
— I jak ci się wiedzie?
— Na ogół nieźle. Nie wycierałem dotychczas kątów kryminału; zwykle sztuka mi się udaje, czasem tylko — — — i tutaj spojrzał na mnie z uśmiechem, któregom na razie nie zupełnie zrozumiał.
— Chwała Bogu, że tak Panu szczęście służy — powiadam. — Ale czy nie byłoby lepiej wziąć się do jakiejś rzetelnej pracy dla siebie i dla innych. Zresztą może się Panu pośliznąć noga, boć tak długo dzban wodę nosi, aż się ucho urwie... Ambicyonować niema się znowu czego, Pan nie jesteś jedynym, który ma odwagę kraść... każdy, proszę Pana, gdyby chciał, łatwoby się na to zdobył... I ja mogłem zostać złodziejem, jednak wolałem... Więc co? obiecujesz Pan poprawę?
— Obiecuję — rzekł — widocznie skruszony. Pański przykład nauczył mnie rozumu, nie będę przedewszystkiem nigdy właził przez otwarte okna parterowe, boć gdyby u właścicieli ich było co kraść, zamykaliby je na noc. Powinienem był to wiedzieć, gdyż sam mieszkałem kiedyś na parterze, ale w stanowczej chwili nieraz traci się głowę. A teraz, jeśli Pan taki Spartanin — —
— Co to ma znaczyć?
— W Sparcie nas szanowano — —
— A pan skąd to — —?
— Mój Panie: polla ta deina ouden anthroopou deinoteron pelei...
— Sofokles?!!
— Otóż jeżeli pan obchodzi się z złodziejem, jak z człowiekiem, wyświadcz mi jeszcze jedną łaskę...
— Miło mi będzie... jaką?
— Masz pan klucz od bramy?
— Mam.
— To mi ją otwórz. Bo widzi Pan i ja dbam o dobro społeczeństwa. Wszystko jest względne...
— No! no!
— Nic Panu nie wziąłem, bo nie było co brać... Wyspecyalizowałem się w portmonetkach i zegarkach, do handlu starzyzną nie czuję w sobie żadnego powołania. A propos: masz Pan zegarek?
— Mam.
— Pokaż Pan... E! niklowy!... A więc widzi Pan, gdybym wylazł przez okno, wpadłbym w ręce »księżyca«. Wzięliby mnie pod klucz niewinnie.
Każdy porządny obywatel ma obowiązek dbać przedewszystkiem o to, aby sprawiedliwość, na której zbudowano świat, nie miała pokusy — ona i tak zbyt często się myli — i aby ludzkość nie żywiła go daremnie. Poco, nie zasłużywszy na to, miałby wyzyskiwać »podatkujących« i jeść kaszę z cynowej miski, sprawioną, oczywiście, ich kosztem? Trzeba ich szanować, tem bardziej, że jak Pan sam raczyłeś przyznać, każdy z nich mógłby ostatecznie zostać złodziejem i — powiedzmy tak en passant, niejeden z nich lepiejby na tem wyszedł... Bon jour!
— Do widzenia, Panie, do widzenia!...



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.