Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XV.
ZŁODZIEJ.

W nocy, przez otwarte okno, zakradł się do mnie złodziej.
Nie znał moich obyczajów, bo, nie znalazłszy portmonetki na stoliku, sięgnął pod poduszkę — daremnie.
Ale mnie zbudził.
Schwyciłem go w pierwszej chwili za gardło, chciałem nawet zawołać na policyę i oddać go w ręce karzącej sprawiedliwości.
Oprzytomniawszy, uczułem coś w rodzaju współczucia dla tego biedaka.
— Siądź pan — powiadam — i przysuwam mu krzesło.
Złodziej, widząc, że mu nic nie grozi, usiadł, a ja tymczasem zapaliłem światło
Chłopak młody, przystojny, szkoda, że, zamiast być pożytkiem dla społeczeństwa, stał się jego plagą.
— Przepraszam Pana bardzo, dawno uprawiasz swoje rzemiosło?
— Ze dwa lata.
— I jak ci się wiedzie?
— Na ogół nieźle. Nie wycierałem dotychczas kątów kryminału; zwykle sztuka mi się udaje, czasem tylko — — — i tutaj spojrzał na mnie z uśmiechem, któregom na razie nie zupełnie zrozumiał.
— Chwała Bogu, że tak Panu szczęście służy — powiadam. — Ale czy nie byłoby lepiej wziąć się do ja-