Pani Śmierć

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Pani Śmierć
Pochodzenie O bohaterskim koniu i walącym się domie z Dzieła poetyckie Tom 6
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom 6
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 6 jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIX.
PANI ŚMIERĆ.

Na moich drzwiach widnieje od dawna bilet z dopiskiem: nie przyjmuję.
Odwiedza mnie bowiem przyjaciółka, która się nazywa Śmierć, pani Śmierć.
Zjawia się przeważnie w godzinach wieczornych — otwieram jej za umówionym znakiem. Plotkarze, raczywszy podpatrzeć jej wizyty, bez skutku dobijają się do mnie i, odchodząc zgorszeni, że śmiem ich lekceważyć, szepcą sobie na ucho:
— Taka brzydka, a on — — —!!! Lecz trudno: istnieją natury zwyrodniałe, przeżyte, gładyszka im nie wystarczy, gonią po ulicach za potworami.
Kilku życzliwym znajomym, skłonnym do czynienia mi przytyków, oczywiście jedynie w tym celu, abym się udał do psychiatry i wczas zapobiegł nieszczęściu — każdy, mówią, obywatelskie ma względem społeczeństwa obowiązki i dlatego niezmącony winien zachować umysł —, próbowałem wytłumaczyć, iż obcowanie z kobietą nie koniecznie pociąga za sobą ostateczność i że w zwierciedle, w którem człowiek zawięzuje krawat, nie zawsze widzi goryla.
— Nie chcę przekonywać świń! — wrzasnąłem kiedyś niecierpliwie, zrozumiawszy ich alluzye. Straciliście wiarę w wasze żony, a może i córki, więc sądzicie, że każda tyle tylko, nie więcej jest warta. Zresztą, gdybyście nawet tym razem nie rozminęli się z prawdą — rzadko wam się to zdarza —, to w jednem grubej dopuszczacie się pomyłki. Ślepi jesteście czy co? Wszakże to najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek Pan Bóg stworzył. Sakramentalne wasze damy, za lichy czy dobry obrok płaskie sprawiające wam uciechy, nie warte rozwiązać rzemyków u jej nóg.
Tyle ukochanym moim współbraciom, albo raczej współpowietnikom z tej zapadłej prowincyi, noszącej napuszone, pyszałkowate miano ziemskiego globu.
Dziś, przed kilkoma godzinami była znowu u mnie.
Tym razem przyszła w porze niezwykłej, bo około południa.
Domyślałem się, że przywiódł ją wypadek, który zapewne wywołał potrzebę wywnętrzeń.
Przywitaliśmy się bez słów; podałem krzesło i pytającem spojrzeniem objąłem jej postać. Ciekawość ustąpiła jednak miejsca podziwowi: Prześliczna!
Wypukłe, zielone oczy z źrenicą kształtu wydłużonej elipsy, spokojne i nieco mgławe, były jakby odbiciem przedmiotu dla nas niezrozumiałego, który w jedną z szufladek mózgu składamy z etykietą »Wieczność«, dodając: niewiadomo, co z tym fantem robić, niech sobie leży...
Może też po raz pierwszy spostrzegłem, że blade jej czoło, osłonięte gładko przyczesanymi włosami à la decadence, — taki podobno ten rodzaj koafiury otrzymał chrzest od nielubiących metafizyki fryzyerów, — przecina prostopadła zmarszczka, dzięki czemu delikatny, orli nos o cienkich, nieznacznie wydętych płatkach wystąpił trochę naprzód.
— Mam wrażenie — szepnąłem —, że Pani wracasz z ogrodu: napiłaś się woni kwiatów, ale, zamiast zadowolenia, czuję, obleciał cię smutek...
— Smutek? Jestem — odrzecze z wymuszonym uśmiechem — zawodową filantropką; odwiedziłam właśnie biednych krawców i, proszę sobie wyobrazić, spotkałam się z straszną rozpaczą: umarło im dziecko...
— I cóż z tego?
— Jakto cóż z tego?! Ojciec stoi nad łóżkiem z załamanemi rękoma, z pochyloną głową —
— W skarpetkach, w spodniach, opadających na chudych biodrach, rzucił właśnie igłę i zapomniał na tę wielką uroczystość wdziać butów, przyciągnąć paska — —
— Nie drwij Pan... a matka, wynędzniała kobiecina —
— Jak łodyga końskiego szczawiu w listopadzie —
Spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Mów Pani dalej, jeśli ci sprawia rozkosz grzebanie w obrazach, zalatujących niewymiecioną izdebką.
— A matka płacze i narzeka: Juścić mnie twoje rączęta za szyję obejmować nie będą! Juścić ja drobnych nie zaplotę ci warkoczyków, a ino je rozczeszę, iżbyś jak aniołek stanęła przed Bogiem! Nie dam ci rano kromki chleba ani mleka, nie sprawię ci barchanowej sukienki, a właśnie tatuś zarobił kilka groszy! Myślałam, że cię ustroję i zaprowadzę do kościoła, po raz pierwszy, po raz pierwszy! Teraz cię zaniosą do kruchty, na pokropienie! Juścić ty mi w szyby chuchać nie będziesz i paluszkiem robić krzyżyków w tej parze — postawię ci drewniany krzyżyk na mogiłce — — —
— Wie Pani, drużymy się dawno, a nigdym nie przypuszczał, żeś taka sentymentalna — —
— A Pan taki brutal — — — Zastanawialiśmy się zwykle nad abstrakcyami, ale dziś — —
— I dzisiaj nie mam ochoty zakłócać w sobie uwielbienia dla Pani spokoju, dla tej dumnej, królewskiej bezwzględności, z jaką traktujesz życie. Znam się na tem. Dola jest twarda i kolczasta, jak naręcze suchych cierni, rzuconych przez niesfornych chłystków pod gołe stopy ślepca, wędrującego, nie wiadomo, dokąd.
Ale z tego jeszcze nie wynika, aby, jak Panią w tej chwili, rozmiękczała mnie płaczliwość pierwszych lepszych drapichrustów — radzi nazywać się ludźmi, a są przeżutą trawą, którą — przepraszam za wyrażenie — wypluwasz na tem ograniczonem pastwisku doczesności... Ciekaw też jestem, czy znalazłabyś w sobie choć dziesiątą albo i setną część tego pojęku, gdybym ja tak położył się na tej kanapie i więcej się już nie podniósł! — —
— Może i nie...
— Kto tu jest brutal?!... Dlaczego?
— Bo widzi Pan, dla ciebie byłby i czas...
Przeraziłem się, alem się opanował, nim skazówka na budziku przebiegła przestrzeń ćwierć sekundy.
— Słusznie... Mimo to jednak, jeśliś się Pani tak hojnie rozgadała ze mną, zechciej mi wytłumaczyć, dlaczego jesteś niesprawiedliwą — — dlaczego żal ci dziecka, a — — —
— Niesprawiedliwą?! Nie! Mam świadomość, że dziecko umrzeć musi i w tem jest moja sprawiedliwość... Zaś co do ciebie, to chyba wiesz sam dobrze —
— Wiem... wiem... Rzućmy to...
— Przytem takeś się oswoił w obcowaniu ze mną, tyle razy roztrząsaliśmy tę kwestyę — Zresztą możemy naprawdę przerwać... Piękny mamy dzień, przejdźmy się, u Pana jest trochę duszno: widać, za mało przewietrzasz pokój.
— I owszem, służę Pani...
Powędrowaliśmy w pole...
Rżyska, osnute babiem latem, słońce październikowe niemal dopieka, płaty traw jeszcze świeże, a przecież czuć w jasnem, kryształowem powietrzu początek końca. Na drzewach tu i ówdzie liść zwiędły, pożółkły...
Towarzyszka, przystanąwszy, wyciągnęła ręce nad murawami, nad dalekim sadem czy parkiem, jak gdyby je chciała błogosławić. Wypukłe, zielone oczy jeszcze gęstszą oprzędły się mgłą, z piersi wydobyło się westchnienie i zgasło, a właściwie utonęło w okręgach.
Przejął mnie niby dreszcz...
Zauważyła to.
— Daruje Pani, ale dziwne w tej chwili wywierasz na mnie wrażenie. Nie umiem zdać sobie sprawy.
— Po prostu Pan się boisz: jesień działa na ciebie przygnębiająco... Nie lękaj się, jesteś dość jeszcze młody i krzepki.
— Wiem, że to w ustach Pani komplement, ale ja cię zaraz przekonam o najoczywistszej prawdzie.
I, jak szalony, zacząłem gonić po ugorach, przeskakiwać miedze i rowy i, gdy nogi grzęzły w wyciągniętych codopiero skibach, wyrywałem je, niby pniaki z oblepionymi gliną korzeniami. Nieledwiem chciał się wdrapać na potężny stóg zboża, ale ściana była zbyt stroma i ręce ślizgały się po niej.
Próba ta wyglądała chyba arcyśmiesznie, bo Pani Śmierć zdjęta, widać, litością, poczęła mnie strofować:
— Skończ-że Pan to widowisko — — Wróć się — — do mnie!... do mnie!
Nie zbiła mnie jednak z tropu. W tych samych, cyrkowych podskokach biegłem ku niej z powrotem, zdążywszy po drodze uzbierać bukiet nieprzekwitłych jeszcze do reszty ziół polnych i pęk czarnych, soczystych ożyn.
Z ukłonem zarumienionego studenta podaję jej wiązankę i mówię:
— To dla Ciebie! Teraz właśnie nadeszła pora tłumionego oddawna wyznania: kocham Cię! Widziałaś, krzepki jestem i zdrów i dość jeszcze młody! Nie czekajmy domu — — — tu! Nikt nas nie zobaczy, a gdyby nawet zobaczył, niech plotkarze mają w swem życiu godzinę tryumfu!
Rzuciłem się na nią, ale ona, wiotka i powiewna, odtrąciła mnie z mocą drwala i, nim zdołałem ogarnąć wzrokiem podeptane przez nią kwiaty, stanął przedemną ohydny kościotrup.
Optyczne, widać, złudzenie, gdyż w tym samym momencie, nim jeszcze ochłonąłem, szła przy mym boku moja Pani o wypukłych, zielonych oczach z wydłużoną w kształt elipsy źrenicą...
Usiłowałem się tłomaczyć.
— Pani to wina — powiadam —, żem się zapomniał... Opowieść o dziecku tych krawców i twój smutek wyprowadziły mnie z równowagi, napędziwszy mi coś w rodzaju strachu, któregom na schadzkach z Tobą dotychczas nie zaznał.
Może i z tej przyczyny, że wbrew Twym przypuszczeniom czas mój jeszcze — — —
— Masz na plecach trochę piasku, czekaj, strzepnę go — —
— Dziękuję... Wpadłem do świeżo wykopanego dołu, tam, obok tej cegielni... Spostrzegłem na pierwszy rzut oka: mniej więcej dwa metry długi, a jaki metr szeroki — chciałem się przekonać, czy też miara — — —
— Daj Pan spokój... Wracajmy...
Skierowaliśmy się ku domowi, rozmawiając, że tak się wyrażę, o rzeczach abstrakcyjnych, o ciszy na dalekich wyspach, ocienionych cyprysami, oblanych Oceanem, o zorzach zachodnich, przygasających złocistą smugą na wodach tyreńskiego morza — niezapomniany widok, który nas kiedyś zachwycał ze szczytu Monte Cavo, o absolutnem trwaniu Ducha, o niepojętej treści, zawartej w ludzkim wyrazie: Wieczność.
Przebiliśmy się przez gęsty las świerkowy, po kładce i po kamieniach, obrosłych mokrym, szmaragdowym mchem, przedostaliśmy się na drugi brzeg potoku, aby spocząć pod białym, napół rozwalonym murem.
— Widzi Pani, co za piękny cmentarzyk!... Może wejdziemy.
— Jeśli Pan sobie życzy, nie mam nic przeciw temu.
Pokazuję jej groby, zapadłe wiejskie mogiły.
— Tu — powiadam — leży mój dobry znajomy, Wł. G., tu poczciwy stary proboszcz, z którym grywaliśmy czasem w karty, tutaj panna M. Dzieckiem niemal była, gdy ją tu przyniesiono. Pamiętam: trumna niebieska, owinięta białym welonem, na nim wianek mirtowy, jak przystało na oblubienicę Pana Jezusa; rówieśne jej, przepasane szarfami, niosą chorągwie i feretrony, ludzie śpiewają: Kto się w opiekę...
Wie Pani, jednego tylko nie pojmuję: dzisiejszy zarząd parafii wypasa tutaj swe bydło. Posyłano skargi, ale daremnie... Przecież i z tem można się pogodzić, należy to niejako do idylli — dodaję wesoło.
Na twarzy mej przyjaciółki malowało się zadowolenie.
— Widzę, że znowu Pan jesteś sobą... Ale na mnie czas; trzeba się rozejść.
Pożegnaliśmy się serdecznie, jakby nie zaszło nic pomiędzy nami.
— Na odchodnem jedno słówko...
— Mów Pan.
— Jeżeli raczysz jeszcze mnie odwiedzić, to proszę, bez smutku, ażebym nie zakłócał w sobie uwielbienia dla Pani spokoju, dla tej dumnej, królewskiej bezwzględności, z jaką traktujesz życie...



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.