Stare dzieje/Akt czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Stare dzieje
Data wydania 1859
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Drukarz M. Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT CZWARTY.

Teatr przedstawia podwórko przed folwarkiem jak w pierwszym akcie, tylko stół wyniesiony.


SCENA I.
BARTŁOMIEJ. BOLESŁAW.
BARTŁOMIEJ (chodzi gniewny).

Gadajże mi, mospaneńku, jak to było, bo to cały ten rejwach z twojéj przyczyny! A nie mówiłem ja tobie sto razy, tysiąc razy! moralność! moralność! po co się do dziewcząt umizgać, kiedy są mołodyce! Ale ty zawsze swoje!

BOLESŁAW.

Cóż ja tam tak bardzo strasznego zrobiłem! No! chciałem ją — pocałować....

BARTŁOMIEJ.

Tém gorzéj! Dla chłopskiego buziaka awantury robić, to już ostatnie głupstwo! Wy zawsze mówicie, że ja głupi, otóż macie wasz rozum....

BOLESŁAW (skwaszony).

Niechże już ojciec da pokój wymówkom!

BARTŁOMIEJ (gniewny).

Gadaj do kroćset, jak to było!

BOLESŁAW.

Cóż tu mówić? Chodziłem po ogrodzie; zaszedłem do krynicy, przypadkiem, a licho ją tam przyniosło....

BARTŁOMIEJ.

Wszędzie, gdzie ona pójdzie, ty musisz być jakimś przypadkiem, to tak jak onegdaj w pasiece, a wczoraj w sadzie....

BOLESŁAW.

Tylko com się do niéj żartem zbliżył, ta w krzyk, a ten łajdak Iwaś wyleciał z krzaków z kijem i jak mnie...

BARTŁOMIEJ.

A to bunt wyraźny! to świętokradztwo! porwać się na mojego syna, na potwierdzonego szlachcica... cham... Cóż? zamierzył się...

BOLESŁAW (smutnie).
I jak mnie palnął — pewnie siniec będzie.
BARTŁOMIEJ (żywo).

Cicho trutniu! cicho! Trącił chyba nie chcący... Nie przyznawajże się, że cię chłopisko biło! Dosyć trącenia... zamierzenia się... pójdzie w dyby i w rekruty!

BOLESŁAW.

I osiec go potrzeba porządnie!

BARTŁOMIEJ.

O! to się rozumie, mospaneńku, bez tego nie będzie! Alkiermesu mu nie pożałujemy! posłałem na wszystkie trakty łapać ich i ścigać, Olenę także....

BOLESŁAW.

Jéj nie ma za co karać.

BARTŁOMIEJ.

Jak to? gdyby była nie krzyczała i nie podniosła zuchwale głosu przeciwko pańskiemu dziecku... Po co krzyczała! jak śmiała krzyczeć! to niedarowane zuchwalstwo....

BOLESŁAW.

Proszęż jéj dać pokój.

BARTŁOMIEJ
Bizun nigdy nie zaszkodzi, skromniejszą będzie na przyszłość. Prokopowi także, jéj ojcu, nie zawadzi wysypać...
BOLESŁAW.

Jak to? i Prokopowi?

BARTŁOMIEJ.

To moja metoda, mospaneńku; całą semją ich przetrzepać, niech jeden drugiego uczy i pilnuje, żeby głupstwa nie robili... tymczasem tylko niepotrzebnie roztarabanią po wsi, roztrąbią, hrabia się dowie, hrabianka także... będą się śmiać, wystrychną cię na dudka. Nie w porę do licha te waszecine śmierdzące umizgi.

BOLESŁAW.

Co tam za umizgi! zwyczajnie chciałem sobie z chłopką pożartować.

BARTŁOMIEJ.

A oni bałwany na żartach się nie znają, i zaraz do kija biorą... Mówicie, żem ja głupi! ej! ej! trzeba jednak mnie było słuchać! Moralność! moralność przedewszystkiém. Rób sobie co chcesz, byle nikt nie wiedział. Z Panem Bogiem rachunek, to waścin interes, a z ludźmi — bieda!


SCENA II.
Ciż sami, dwóch dworskich przyprowadzają PROKOPA z rękami w tył związanemi.
BARTŁOMIEJ (zacierając ręce).

Ot już jest jeden ptaszek! (do Bolesława) idźże ty sobie, a nie przeszkadzaj mi!

(Bolesław śpiewając choć kwaśny odchodzi na folwark).
BARTŁOMIEJ (do Prokopa).

Aha! jesteś tedy kochanku!

PROKOP (spokojnie).

Alboż ja uciekałem? Sam nie wiem po co i za co mnie tu związanego przyprowadzono.

BARTŁOMIEJ.

Nie wiesz??

PROKOP.

Cóżem ja wam winien?

BARTŁOMIEJ.

A ta historja u krynicy, mospaneńku, twojéj Oleny i Iwasia... wiesz? poszli sobie na schadzkę; nie moralnie, nie pięknie; mój syn ich tam złapał i chciał rozpędzić, żeby nie było zgorszenia, a Iwaś mu... nagadał!!

PROKOP.
Nic o tém nie wiedziałem... Ależ oni zaręczeni z sobą, nie było w tém nic tak złego.
BARTŁOMIEJ.

A moralność, bydlęta! a moralność! Mój syn pilnuje moralności! Słyszysz!

PROKOP

Słyszę... ale nie wiem o co chodzi.

BARTŁOMIEJ.

Olena gdzie jest?

PROKOP.

Pewnie we dworze.

BARTŁOMIEJ.

Uciekła! uciekła! W chacie u was być musi; zaraz mi ją wydać!

PROKOP.

W chacie jéj nie było i nie ma; nie wiem, coście z nią zrobili.

BARTŁOMIEJ.

Pewnie ją ukrywacie, przewąchawszy, czém to pachnie... i Iwasia także.

PROKOP.

Cóż Iwaś tak bardzo przewinił, że się ujął za siebie i Olenę, że nagadał...

BARTŁOMIEJ.

Jak to nagadał? Porwał się!! Słyszysz, porwał się na mojego syna, na krew szlachecką! To kryminał, to świętokradztwo!

PROKOP
(z udanym strachem, łamiąc ręce).

Co? uderzył, broń Boże!

BARTŁOMIEJ (jąkając się).

Nie uderzył — nie, mospaneńku... ale... trzymał kij w ręku!

PROKOP (zawsze z udanym strachem).

Przecie nie trącił?

BARTŁOMIEJ.

Nie! nie! nie! Alboż to nie dosyć, że trzymając kij, patrzał się na niego? To kryminał! Wy go ukrywacie tego zbrodniarza, drugi kryminał! Wszyscy ufacie w hrabiego, a on tu już od dziś dnia nie pan, ja tu pan! Słyszycie! syn mój panicz! a co pan i panicz rozkazują, święte jest! rozumiesz!

PROKOP (kłaniając się).

Rozumiem!

BARTŁOMIEJ (ułagodzony).

Rozwiązać go! Idź mi zaraz i żebyś natychmiast Olenę i Iwasia wyszukał; a nie, to ci się klnę, mospaneńku, na moje szlachectwo, jakem potwierdzony przez Heroldją, że wszyscy co do nogi dostaniecie alkiermesu, ty, syn, synowa, córka, parobcy... dziewczęta... i nikogo nie minie.

(PROKOP kłania się, wciąż drwiąco i powoli drapiąc się w głowę wychodzi w głąb przez sztachety.)

SCENA III.
BARTŁOMIEJ (sam).

A teraz do roboty, panie Jaczeńko, niechaj sąd zjeżdża, niech opisują, niech sprzedają, ty kupuj! Hrabia niech sobie daje rady jak chce, nasze panowanie się zaczyna... Tak! Innéj wódki jak słodką kminkówkę odtąd pić nie chcę, precz z siwuchą... Sprawię sobie u Mordka frak granatowy, kupię kapelusz i rękawiczki, laskę... Może nawet wypadnie wąsy ogolić a podbródek zapuścić na przypadek gdyby przyszło przywdziać mundur obywatelski.
Chce hrabia z nami się skolligować? dobrze! nie? drugie dobrze, mospaneńku... Żeby jeszcze ten Boleś miał choć troszynę rozsądku, ale go po francuzku nauczyli, a sensu nie mogli! Ot teraz z tą Oleną... tfu! wlazł mi nie w porę... a mówiłem zawsze moralność! moralność, mospaneńku... otoż jak posłuchał, rozpustnik jakiś!

(Zobaczywszy z dala nadchodzącego hrabiego, Bartłomiej powoli przybiera mimowolnie coraz pokorniejszą postać.)

SCENA IV.
BARTŁOMIEJ. HRABIA smutny i poważny.
HRABIA.

Mości Bartłomieju!

BARTŁOMIEJ (na stronie).

Patrzcie jak sobie woła!

(głośno)

Słucham jaśnie panie!

(na stronie)

Głupstwo! po co mam go jeszcze słuchać, kiedym ja sam już pan? No! do czasu trzeba jeszcze udawać ekonoma.

HRABIA.

Proszę mi zebrać i przygotować wszystkie rachunki, spis moich długów, należności ludzi dworskich... posłać po plenipotenta...

BARTŁOMIEJ.

Wszystko gotowe, a plenipotent niepotrzebny... umarłemu kadzidło! tak z nim jak bez niego kiedy pieniędzy niéma.

HRABIA.

Ja waćpanu mówię!

BARTŁOMIEJ (pokorniejąc).
Słucham jaśnie panie. (na stronie) A taki muszę słuchać choć nie chcę!
HRABIA (surowo).

Waćpan się tu coś rozporządzasz zawcześnie, dajesz sobie tony nieprzyzwoite! Możesz nabyć mój majątek, ale dotąd nie jesteś tu jeszcze niczém, tylko moim rządzcą...

BARTŁOMIEJ.

Przepraszam pana hrabiego!

HRABIA.

Jakto? czy już kupiłeś bez mojéj wiedzy? a to by było ciekawe?

BARTŁOMIEJ.

Nie, ale jestem wierzycielem jedynym, mam dekreta i administracją na majątku na imie przyjaciela... Dysponować mogę dopóki nie sprzedam i nie kupię z licytacji — z przeproszeniem jaśnie pana...

(prostuje się)
HRABIA (popatrzywszy rusza ramionami).

A kiedyż mnie wypędzisz?

BARTŁOMIEJ (mięszając się).

Hm! hm! Ja się nie spodziewam żeby do tego przyszło.

HRABIA (szydersko).

Co za delikatność!

BARTŁOMIEJ.

W istocie, proszę hrabiego rozważyć, że ja jedynie przez dylikatność podaję taki sposób, żeby był i wilk syty i koza cała.

HRABIA.

Wilk syty w istocie, ale kozę zjadł dawno... niema co mówić, środek znalazłeś doskonały.

BARTŁOMIEJ.

Nie chwaląc się, mospaneńku, projekt mojéj własnéj głowy... choć nieboszczka zawsze mi mówiła żem głupi!

HRABIA.

Świeć panie nad jéj duszą, podobno miała zupełną słuszność, mój Jaczeńko, zawszem i ja tak myślał, choć nie wyobrażałem sobie, żebyś do tego stopnia oszalał. Proszę cię, mimo że cierpliwy jestem, nie próbujże mi tego drugi raz powtarzać...

BARTŁOMIEJ.

Słucham, jaśnie panie, (na stronie) Czego ja mam słuchać? (głośno) to jest... z pozwoleniem hrabiego... przecież... dla pańskiego dobra, którego chleb jadłem... ja radzę! Hrabianka nie od tego, to wiém!

HRABIA.

Oszalał!

BARTŁOMIEJ.

Na co mam bałamucić, co prawda to prawda, mój syn, pan Bolesław, widział się z nią dzisiaj i mówił jéj o naszym projekcie...

HRABIA.

Jakto? łotr ten ośmielił się jéj mówić! A! tego już zanadto! to przechodzi miarę! Słuchaj waść — póki nie wyjadę... precz mi i na oczy żebyście się oba ze swoim synkiem pokazywać mi nie śmieli... bo...

BARTŁOMIEJ
(przestraszony zrazu ośmiela się powoli).

Bo co? bo co?

HRABIA.

Zawołam na ludzi, i precz was wyrzucić każę, a że tego dopełnię z ochotą, możesz nie wątpić.

BARTŁOMIEJ
(gniewny nakrywa głowę i bierze się w boki).

Mnie! Mnie z tąd wypędzić! Mospaneńku, panie hrabio! mnie! Jaczeńkę? Słyszał to kto? A kto będzie się śmiał targnąć na tę osobę? (pokazuje na siebie) Hrabia nie wiész, czém to pachnie?

HRABIA

na widok gniewu Rządzcy parska śmiechem. Bartłomiej zmięszany zdejmuje czapkę i powoli mrucząc po cichu cofa się do folwarku; ale wpół drogi staje, namyśla się, kładzie czapkę znowu i obraca do hrabiego.

BARTŁOMIEJ.

No! to zobaczemy co z tych strachów będzie! Strachy na lachy, mości hrabio! Jak wojna to wojna... i owszem. Sprobujmy się!


SCENA V.
HRABIA sam stoi spoglądając za nim. Po chwili wchodzi ADAM Czarnkowski z czapką w ręku.
HRABIA (powoli).

Oto są grzechy mojego żywota!! oh owoce niedołęztwa, nieładu, nieopatrzności na jutro i lekkości naszéj. Ja i dziecię moje — święte a poczciwe dziecię, które i to godnie przecierpieć umiało — idziemy ustępując miejsca takiemu Bartłomiejowi! Nas dwoje, to nic jeszcze — ale tak samo połowa może naszéj staréj szlachty wygnanéj usuwa się przed obcemi przybyszami... a przybłędy i dorobkowicze miejsca nasze zajmują! — Jaka przyszłość dla kraju! jacy obywatele!

ADAM (smutnie przerywając mu).

Przyszedłem pożegnać hrabiego!

HRABIA (ocucając się).

Jakto? tak prędko? w téj chwili? cóż to się stało? odjeżdżasz?

ADAM.
Jadę!
HRABIA (zdziwiony).

Opuszczasz nas w takiéj chwili? to do ciebie nie podobne!

ADAM.

Na cóż się wam tu przydać mogę?

HRABIA.

Pytasz się? mój przyjacielu... A któż nam rękę poda gdy ztąd uchodzić będziemy zmuszeni? na czyjém wesprzemy się ramieniu?

ADAM (smutnie).

Odepchnięto ramię moje.

HRABIA.

Kto? kiedy? Zlituj się, mów! nowa to jakaś i straszniejsza nad inne tajemnica dla mnie!

ADAM.

Usta mam zamknięte...

HRABIA.

Na Boga! Widzisz co się ze mną dzieje, chcesz by mnie dobił niepokój? Co to jest? mów! zaklinam!

ADAM.

Hrabianka kazała mi odjechać.

HRABIA (zastanawiając się).

Rozumiem, może miała słuszność... Nie godzi się zbyt wielkich wymagać i przyjmować ofiar... ona to pierwsza poczuła i wskazała mi drogę...
Kiedyśmy się poznali, Adamie, mógłem choć szczątki fortuny i imie poczciwe dać po córce; dziś z obojga jestem odarty: bo gotowi mnie uczynić bankrutem, oczernić! Jam tak był nieopatrznym, że ciebie chciałem w tę przepaść ciągnąć za sobą. Za cóż ty masz cierpieć z nami... poznaję w tém dziecię moje.

ADAM.

Nie zgadłeś jeszcze, hrabio, wielkości téj ofiary, do jakiéj ona jest przygotowaną.

HRABIA.

Cóżby to być mogło? mów!

ADAM.

Nie śmiem.

HRABIA.

Ja cię zaklinam, ja ci każę w imie staréj naszéj przyjaźni.

ADAM (po namyśle).
Amelja wié wszystko... ona zrozumiała, co ucierpisz przez oddalenie się z tych miejsc, od spokojnego życia do którego przywykłeś, od prac twoich zwyczajnych...
HRABIA.

Od niedołęztwa mojego...

ADAM.

Chce ofiarą saméj siebie okupić spokój dla ojca!

HRABIA.

A! święta, anielska istota!

(Łzy toczą mu się po twarzy, ociera je powoli.)

Ale gniéwam się na nią! Mogłaż mnie za tak nizko upadłego już sądzić, bym od niéj przyjął taką ofiarę! Biedne dziecię... ja! cobym życie dał za szczęście wasze, jabym was miał rozłączyć! ja przyjąć to jéj morderstwo i na nie zezwolić!!

(porywa się za głowę)

Ona się zdobyła na takie poświęcenie, a ja, mając takie dziecię, — was dwoje przy sobie — miałbym się ulęknąć ubóstwa, wygnania, upokorzenia, trochy bólu!! Nie, nie! suchém okiem pożegnajmy rodzinne nasze progi... i w świat wielki idźmy Adamie! ale...

(podaje mu rękę)

ale razem! wszak prawda?


SCENA VI.
Ciż. AMELJA. Hrabia ujrzawszy ją, rzuca się ku niéj.
HRABIA.
Upokorzyłaś mnie, dziecko moje!
AMELJA.

Ja, mój ojcze?

HRABIA.

Ty! ty! Adam zmuszony przezemnie wypowiedział mi prawdę całą — samą myśl takiéj ofiary dla mnie niewiem jakiemi nagrodzić ci łzami! Aleś mnie już osądziła tak biednym, tak upadłym, żeś myślała iż na to zezwolę i przyjmę ofiarę życia i dam ci się zgubić dla siebie. Sądzisz więc, że mi się serce zakrwawi opuszczając to miejsce razem z tobą? Nie wieczni jesteśmy na ziemi, nie zostaniemy tu na zawsze, wygnańcy poniesiemy z sobą stare podania, wspomnienia i drogie cnót dawnych pamiątki... pójdziemy wesoło, dziecię moje.

AMELJA (z uczuciem).

Pójdziemy.

(do Adama podając mu rękę z uśmiechem)

I ty z nami? nie prawdaż?

HRABIA.

Uśmiech wasz będzie mi drogę życia wyjaśniał... nie lękajcie się o mnie — pomodlę się u grobu ojców, co większe nieraz spełniali ofiary i powędrujemy wesoło.

(Słyszeć szum i hałas za sceną.)
Co to jest?
AMELJA.

To coś jakby wrzawa wieśniaków?

HRABIA.

Pewnie znów jakaś historja tych naszych kochanych Jaczeńków.


SCENA VII.
Ciż sami. PROKOP z gromadą ludzi w któréj IWAŚ i OLENA. Wszyscy z twarzami wesołemi idą do hrabiego i cisną się całując ręce jego i hrabianki.
HRABIA.

Co to jest? czego przychodzicie, moi kochani?

(postrzega Olenę i Iwasia)

A mówiłem wam żebyście się pochowali!

PROKOP.

Niema już czego!... przecie nam pan nie da zrobić krzywdy...

HRABIA.

Alem ja wam mówił, że ja tu nic nie znaczę...

PROKOP (wesoło).

Oho! nic z tego! Musicie nam panować jakeście panowali, i wy i dzieci i wnuki wasze...

HRABIA (smutno).
Nie mówcie mi o tém, przykro słuchać.
PROKOP (do jednego ze starszych trącając go).

Ale mówcie bo wy Hryciu!

HRYĆ (do Prokopa).

Kiedy was gromada obrała, żebyście od niéj poszli i powiedzieli, gadajcie sami, ja i nie potrafię...

PROKOP (do Hrycia).

Czegoś wstyd!

HRYĆ.

No! a ja nie umiem...

HRABIA.

Co się tam naradzacie po cichu, mów poczciwy Prokopie — co to jest? dla czegoście przyszli do mnie całą gromadą? czego odemnie chcecie? Zrobię co tylko mogę... ale nie wiele już mogę!

PROKOP

Jak bo to powiedzieć, żeby jaśnie pan się nie gniewał, a zrozumiał serca nasze.

HRABIA.

Mógłżebym się na was za co pogniewać! nie daliście mi nigdy do tego powodu.

PROKOP.

Zwyczajnie proszę pana, co chłop to chłop... a co pan to pan... Wy nam przewodzili wieki, my was przywykli szanować, a tu tak teraz przyszło, że się bojemy obrazić, choć dalibóg z dobrego serca...

HRABIA.

Mówcie śmiało, zrozumiemy się!

AMELJA.

Mój Prokopie, wiecie, jak ojciec was kocha, i umie pojąć każde słowo wasze.

PROKOP (powoli).

Myć na to lata pracowali aby się z wami rozumieć! i nie darmo! Otoż to tak, proszę jasnego pana i panienki... Dowiedzieliśmy się dziś o waszém, to i naszém nieszczęściu, że się Jaczeńko odgraża, jakoby chciał nam panować... a to wszystko przez trochę pieniędzy.... Pomyśleli my sobie, nie... na to nie można pozwolić! Klucz wielki, my z łaski waszéj dobrze się mamy, grosz jest po ludziach.... Ratowaliście nas nie raz, nie dwa, po wojnie, w głodzie, w chorobie, w nieszczęściu, nie, jużby nas dziś wszystkich nie stało na to, żeby was w téj biedzie poratować.... Poszliśmy tedy od chaty do chaty, wzięli sobie rachmistrza żeby nam przerachował co to tam tego głupiego grosza potrzeba, zebraliśmy co kto mógł dać.... Ot... i stanie sierocego mienia na wykupienie was z niewoli!

HRABIA (z uniesieniem).

Co mówisz Prokopie! Co słyszę! Wy biedni pomyśleliście tak o mnie! Są więc serca u ludzi, jest na ziemi cnota! Oni biedni... a! Prokopie — nie wiecie, jakim mnie szczęściem napawacie.

PROKOP.

E! batku nasz rodzony! nie warto o tém wspominać! groszby u nas pleśniał darmo... nam nie potrzebny.

HRABIA.

Ofiary wdowiego grosza nie przyjmę... nie... ale mnie uszczęśliwia chęć wasza... patrzcie, łzy mam na oczach!

PROKOP.
Jakto nie przyjmiecie? Musicie kochany panie! E! to już inaczéj nie będzie! Chybabyście nas chcieli zgubić. My wam nie śmiemy robić podarku — powolnym czasem, po troszę, kiedyś, to nam i dzieciom naszym oddacie. (uśmiecha się) A my to trochę i dla swojéj skóry robiemy... nie tacy my dobrodzieje, jak się wam zdaje... i o nas téż idzie...
HRYĆ (kiwa głową).

Jaki bestyja mądry!

HRABIA.

Czym na to zasłużył, wątpię, lecz że piérwszy raz w życiu jestem upojony szczęściem... to pewna.

(składa ręce jak do modlitwy.)

SCENA VIII.
Ciż sami. BARTŁOMIEJ ukazuje się na progu folwarku.
BARTŁOMIEJ.

Co tu robi ta hałastra? he? A! i Prokop tu znowu! Co to jest? czego wy tu hałasujecie... a do domów mi zaraz! I Iwaś i Olena! Héj! parobcy, związać ich zaraz i do ciupy!

PROKOP (z przekąsem).

My tu nie do was przyszli, a do pana...

BARTŁOMIEJ (pusząc się).

A wiecież kto tu pan?

PROKOP.
Zdaje się... nasz stary hrabia i młoda panienka... i jak jéj Bóg da męża... to jéj mąż... ot nasi panowie.
BARTŁOMIEJ (ruszając ramionami).

Jaki to naród upośledzony! gadaj im, gadaj, nic nie rozumieją! Hrabia był waszym panem, ani słowa, ale kto będzie?

PROKOP.

Po staremu, hrabia.

BARTŁOMIEJ.

On swoje... Hrabia co miał to stracił, dziś jutro zjedzie sąd, który mnie tu wprowadzi, bom ja tu pan, nie kto inny, kupuję was za moją krwawicę.

PROKOP.

Aleście nie kupili jeszcze...

BARTŁOMIEJ.

Ale kupię... a hardym ciepło będzie.

PROKOP.

Jak kupicie, zobaczemy....

BARTŁOMIEJ.

Niedowiarki! Niechże im hrabia sam powie....

HRABIA.
Jako nowy dziedzic, próbuj się zrozumieć ze swemi poddanemi.
BARTŁOMIEJ.

Ja z wami nie będę rozprawiać długo! hej! panowie gromada! nogi za pas i do domów! Słyszycie... fora ztąd!

(wszyscy stoją)

Co, to bunt? nieposłuszeństwo?

PROKOP.

Ej! nie srożylibyście się, panie ekonomie... do czego wam to?

BARTŁOMIEJ.

Śmie mnie nazywać ekonomem!

PROKOP.

Po staremu! Ot, posłuchajcie... przyszliśmy do hrabiego i do was razem, i z nim my już interes skończyli, a z wami dopiero poczniemy....

BARTŁOMIEJ.

Ze mną, mospaneńku! To chcecie alkiermesu?

PROKOP.

Kiedyś to bywało! a dziś my was grzeczno i pięknie prosimy, jedźcie sobie zkąd was tu licho przyniosło i nie oglądajcie się za siebie.

BARTŁOMIEJ.

A to formalny bunt! hajdamactwo!... Hrabia słuchasz i dozwalasz na to nieposzanowanie od samego Boga ustanowionéj władzy! Jadę na skargę do sądu, do urzędu, do prawa! zobaczemy! Winni chłopi, winien hrabia, hrabianka... pan Czarnkowski... ktokolwiek tu był, patrzał, słuchał i nie stanął przy mnie, mospaneńku! Zobaczemy! zobaczemy!

PROKOP.

Jaki zły, bestja... aż mu się ślepia świecą.

HRABIA.

Mospanie Jaczeńko, zdaje mi się, że ja to waści najlepiéj wytłómaczę... Poczciwi ci ludzie przywiązani do nas, ratują mnie w nieszczęściu ubogim groszem, złożyli co potrzeba, aby mnie z waszéj niewoli wykupić.

BARTŁOMIEJ.

Ci hołysze! te bosonogi mospaneńku! Co? chyba kradzione pieniądze....

PROKOP.

Pewnie o swoich mówicie, panie ekonomie... ej! ej! gromada wielki człowiek! Po staréj znajomości, radzimy, nie gadaćby wam tu długo, a co żywo się z synkiem wynosić, żeby Iwaś nie przypomniał sobie, co robił dziś rano... W sądzie odbierzecie wasze pieniądze... ta i bywajcie zdrowi.

BARTŁOMIEJ (stoi ogłupiały).

To tak! mospaneńku! to tak!

PROKOP.

Tak, panie ekonomie... rachmistrz was obrachuje z gromadą... bo to tam dużo się motków naprzędło przez zimowe wieczory i płócien natkało... A teraz! panowie gromada... niech żyje stary pan!

WSZYSCY (podnosząc czapki).

Niech żyje stary pan!!

HRABIA.

Dzieci! słówko! Ofiarę waszą przyjmuję, ale grunta, na których siedzicie, od dziś dnia wasze... nie ma i nie będzie z nich pańszczyzny... Oceniemy je i porachujemy się po bożemu... Zostanie mi kawałek ziemi jeszcze, na któréj za miły grosz po staréj przyjaźni pomożecie mi gospodarzyć... Jesteśmy od dziś dnia sąsiedzi! nie ma pana i poddanych... ale opieka zostaje i serdeczny związek na zawsze!!!

WSZYSCY (poglądając po sobie).
Ej! a czyż to może być! — Niech żyje stary pan!
HRABIA.

Dzieci! za mną do dworu, proszę... najmilsi goście moi... chodźcie! chodźcie!

(wychodzą wszyscy, naprzód Hrabia, Amelja, Adam, za niemi gromada cała, przez furtkę w sztachetach. Słychać powtarzane wołania):

Niech żyje stary pan!


SCENA IX. OSTATNIA.
BARTŁOMIEJ który nieśmiało wyglądał z folwarku, w chwilę potém BOLESŁAW.
BARTŁOMIEJ (do syna).

Słyszysz?

BOLESŁAW (kwaśno).

A słyszę....

BARTŁOMIEJ.

Otóż to tobie dziewczęta całować... pocałowali nas....

BOLESŁAW.

Pocałowali! Ale nie było ich siec w skórę....

BARTŁOMIEJ.

Jabym tu został na upartego, ale się boję... a nuż! niech ich diabli wezmą!

BOLESŁAW.
Ja nie myślę popasać! jak się popiją a powrócą....
BARTŁOMIEJ.

Zmykajmy synku... pierwsza próba państwa cale się nam nie udała, ale to twoja wina.

BOLESŁAW.

Jużciż nie moja! Wiedziałem, że z głowy ojcowskiéj nic rozumnego nie wyjdzie!

BARTŁOMIEJ (wzdychając).

Padłem ofiarą mojéj dylikatności dla hrabiego, mospaneńku... Otóż tobie moralność! bądźże tu uczciwym! Poczciwi ludzie zawsze tak kończą!

(wzdycha ciężko spoglądając w niebo).


Koniec.




Żytomierz, dnia 5 Grudnia 1858.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.