Roztwór Pytla/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Roztwór Pytla
Podtytuł Humoreska w 3⸗ch aktach
Wydawca Spółka Nakładowa „Odrodzenie“
Data wydania 1922
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


AKT TRZECI.

(Pokój dra Gordona u Przetakowej. Jak w akcie pierwszym. Tylko nieład jest większy. Paki, książki, ubrania porozkładane na krzesłach. Walizki, kufry. Gordon niezupełnie ubrany, w pantoflach, siedzi przy biurku, wyjmuje z szuflady listy i papiery, przegląda, najczęściej drze. — Przetakowa układa rzeczy w kufrach i walizkach).

PRZETAKOWA (oczy zaczerwienione, głos płaczliwy): Marynarkowe ubranko zapakować?

GORDON (nie odwraca się): Zapakować! Wszystko zapakować!

PRZETAKOWA: A w czym pan doktór pojedzie?

GORDON: Racja! W czym ja pojadę? Nie pakować.

PRZETAKOWA: Właśnie i mnie się tak zdawało. (Wzdycha). Marynarkowe ubranko! Mój Boże! Ile to ja razy je czyściłam przez te pięć lat... I kto by przypuszczał, że się to tak skończy?...

GORDON: Nie rozczulajmy się, kochana pani Przetakowa. Wyjadę ja, przyjedzie kto inny — też będzie miał marynarkowe ubranie. Czego tu się martwić?

PRZETAKOWA: Tak, przyjedzie kto inny... Zawszeć to już nie to... Mój Boże, ja myślałam, że my się już nigdy inie rozstaniemy. Takem sobie w mojej głupiej głowie planowała, że pan tu profesorem zostanie, że pan się ożeni, że pan i ten trzeci pokoik odnajmie...

GORDON: I ja tak sobie w najśmielszych marzeniach przyszłość wyobrażałem. Ale przeszła przez mą drogę kobieta i złamała mi życie...

PRZETAKOWA: Pan doktór się zakochał?

GORDON: Owszem, ale to nie ta. Kobieta jest jak wystrzelona kula karabinowa. Te zbłąkane też zabijają (mruczy coś). Rachunki, listy — do kosza...

PRZETAKOWA: Mój Boże, mój Boże... A to gdzie mam schować, proszę pana doktora?

GORDON (nie odwraca się). Jeżeli książka, to do paki, jeżeli co z garderoby — do kufra. Niech się pani stale trzyma tej zasady.

PRZETAKOWA: Kiedy to jakiś damski grzebuszek do włosów.

GORDON (zrywa się): Co? Jeszcze? Naturalnie! To jeszcze od wczoraj! Lola! Ciągle Lola. Niech pani to gdzie schowa, niech pani ukryje, ale tak, żeby Sherlok Holmes nie odnalazł!

PRZETAKOWA: Rozumiem. A może to trzeba zwrócić tej pani? Zanieść?

GORDON: Boże broń! Pod żadnym pozorem! Po moim wyjeździe uda się pani do Komendy miasta. Poprosi pani, żeby to nabili w armatę i wystrzelili! Ale dopiero po moim wyjeździe! Nie wcześniej!

PRZETAKOWA: Rozumiem (wzdycha). Po wyjeździe... A ja jakbym jakąś złą nowinę przeczuwała — wczoraj cały dzień mi w lewym uchu dzwoniło...

(Dzwonek).

GORDON: Panią przynajmniej los zawsze uprzedza o złych zamiarach. Na mnie ciosy spadają niespodzianie.
Ala tam ktoś dzwoni naprawdę!!

(PRZETAKOWA wychodzi, po chwili wraca z kartą wizytową).

PRZETAKOWA: Pan doktór Perlmutter!

GORDON: Cóż on, oszalał? każe się anonsować! Prosić!

(PRZETAKOWA otwiera drzwi. Staje w nich DOKTOR PERLMUTTER. Ubrany jak książę Walii — lakierki, nowy, na wyrost kupiony żakiet, kwiatek w butonierce, odprasowane spodnie, przedział na środku głowy).

GORDON (patrzy nań w osłupieniu): Perlmutter? Tyżeś to? Kto cię tak urządził? Skąd ty wracasz?

PERLMUTTER: Od... Nie jesteśmy sami... (Idzie ku przodowi sceny, potyka się, poprawia binokle, siada na pace).

GORDON: Kochana pani Przetakowa, zaniesie pani ten list do budy, wręczy go pani Podołkowi i zapowie, żeby natychmiast oddał, komu należy. (Ciszej). Tę kartę zaś niech przybije bezzwłocznie na czarnej tablicy w przedsionku. Rzecz jest bardzo pilna!

PRZETAKOWA: Lecę, panie doktorze. (Wychodzi).

GORDON (patrzy na Perlmuttera): No i co to wszystko znaczy? Co za ceremonie? Każesz się meldować?

PERLMUTTER: Wobec twego powodzenia u kobiet ostrożność nie zawadzi. Zresztą — doszedłem do wniosku, że formy towarzyskie nawet w świecie naukowym powinny obowiązywać.

GORDON: A lakierki i przedział też? Czym tyś się w ogóle namaścił? Roztaczasz woń (wciąga powietrze) kwitnących sadów? Co to jest?

PERLMUTTER: Heliotrop, połączony z „tréfle incarnat“. Ona bardzo lubi ten zapach.

GORDON: Kto?

PERLMUTTER: Lolotte.

GORDON: Aha! Wiec byłeś u niej?

PERLMUTTER: Byłem. Zaraz po wczorajszej awanturze w laboratorium. Wszystko się wyjaśniło. Ona tylko mnie kocha!

GORDON: No i cóż, żenisz się?

PERLMUTTER: Dziś o dwunastej minut piętnaście oświadczam się. Miałem zamiar uczynić to już wczoraj w „Arce Noego“, ale w kulminacyjnym momencie zawsze ją ktoś prosił do tańca.

GORDON: Co? Byłeś i w Arce?

PERLMUTTER: Byłem. Żenię się z artystką, muszę wejść w kontakt ze sztuką. Zauważyłem duże braki w moim wykształceniu. Wyobraź sobie, nie umiem tańczyć. Znam pierwszą figurę kontredansa, ale wyłącznie ze strony teoretycznej. Gdyby nie to — oświadczyłbym się już wczoraj. Tak jest właściwie najłatwiej: muzyka, ja, ona, sam na sam w tłumie, trzymam jej kibić — stanowczo najlepsza okazja do mówienia o tych głupstwach. Ale cóż — nie umiem tańczyć.

GORDON: Więc odłożyłeś wyznanie do dnia dzisiejszego? A bukiet posłałeś?

PERLMUTTER: Nie trzeba żadnego bukietu. Mówi się po prostu: Lola, à propos, chcesz być moją? Ona się rumieni, spuszcza oczy i pada ci w objęcia.

GORDON: Mnie? Znów mnie?

PERLMUTTER: Ale skąd? Mnie.

GORDON: To już znacznie prostszy sposób. A skąd go masz?

PERLMUTTER: Z literatury pięknej. Przeczytałem sobie kilka nowszych arcydzieł powieściowych. To się teraz tak załatwia. Tyś się już oświadczył?

GORDON: Nie...

PERLMUTTER: Odeszło cię?

GORDON (przeczy ruchem głowy — cicho): Teraz? Po tym, co zaszło!

PERLMUTTER: Nie wiesz jak? Do licha! — to jednak trudna sprawa! Że też tego nigdzie nie wykładają. Człowiek ma dyplom, ma świadectwo dojrzałości — ma diabli wiedzą co, a oświadczyć się nie umie! To nasze wykształcenie średnie! Wszystko trzeba z gruntu zreformować! (Wyjmuje papierosa i próbuje go z wdziękiem palić). Gordon!

GORDON! Uhm?

PERLMUTTER: A co właściwie te kufry o rozdziawionych paszczach oznaczają?

GORDON: Pakuję się.

PERLMUTTER: Co to jednak jest talent urodzonego obserwatora! Od razu się domyśliłem. Aczkolwiek ja dziś kombinuję wolniej, niż zwykle. Przeprowadzasz się?

GORDON: Wyjeżdżam.

PERLMUTTER: Jak to? Dokąd? Teraz, w środku półrocza?

GORDON: Dla mnie już półrocze i semestry przestają istnieć. Po tym, co zaszło nie mogę uczynić inaczej. Wyjeżdżam.

PERLMUTTER (zrywa się): Co? Żartujesz! Chcesz rzucić budę? Chcesz rzucić stanowisko?

GORDON: Właśnie.

PERLMUTTER: Jak to? I karierze naukowej chcesz dać nogą w zęby?

GORDON: Nie inaczej.

PERLMUTTER: Oszalał. Po prostu oszalał!

GORDON: Wprost przeciwnie. Jestem dziś wyjątkowo rozsądny! Mam może czekać aż cała afera urośnie do niebywałych rozmiarów, aż się różni Tarscy zastanawiać zaczną, czy licuje, a czy wypada, czy powinienem był i czy należało? Nie, mój Perlmutter, nie mogę się na to wszystko zgodzić.

PERLMUTTER: Ależ człowieku, zastanów się. Poświęcasz przyszłość całą dla pozorów, dla jakiejś głupiej afery!

GORDON: W życiu rozstrzygają błahe powody i głupie afery!

PERLMUTTER: Gordon, do stu piorunów! Nie zapominaj, że ty jedyny w tej całej budzie masz prawdziwe, twórcze zdolności! Nie możesz się usuwać, nie powinieneś... Niech to wszyscy diabli, muszę byle idiocie komplementy prawić!

GORDON: Widzisz, Perlmutter, rzecz polega na tym. Ja zdolności pewne mam, przyznaję. Ale, posiadam też taki, odziedziczony po przodkach szlagoński temperament, miewam czasem krew w żyłach. Przez pięć lat siedzę sobie spokojnie na miejscu i badam, jak elektrony wibrują, ale nagle — poczynam wierzgać... Z tego też względu postanowiłem zmienić zawód i wyjeżdżam na wieś, gdzie posiadam, również po przodkach odziedziczone, dwie włóki gruntu i cztery krowie ogony.

PERLMUTTER: To wszystko romantyczno⸗psychologiczne głupie gadanie! Wieś — krowie ogony — wybij to sobie z głowy. Zostaniesz i już, rozumiesz? Siłą cię zatrzymam! Ja też miewam temperament.

GORDON: Drogi Perlmutter. Rzecz już jest załatwiona. Nic nie poradzisz. Napisałem właśnie do Pytla list mniej więcej tej treści: Czcigodny Panie Profesorze — adieu! Życzę panu powodzenia w dalszej pracy naukowej...

PERLMUTTER: Gdzie ten list? Dawaj ten list!

GORDON: Niesie go Przetakowa z szybkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

PERLMUTTER (w rozpaczy): A ja, osioł, zamiast tu być, pilnować i nie dopuścić, w lakiery się ubrałem, jak małpa! Spodnie oddałem do prasowania! (Targa swą fryzurę). Przekleństwo!

GORDON: Nie psuj przedziału nadaremno. Znów ci kogut sterczy. Nic się przecie nie stało złego. Będę gospodarował na wsi. Z czasem gdy się zbogacę, założę sobie nawet gdzie w oborze laboratorium prywatne, jak nasz kolega lord Raleygh. Na wakacje będziesz przyjeżdżał do mnie. Będziesz w mojej oborze pracował naukowo, głównie zaś będziesz jadał zsiadłe mleko.

PERLMUTTER: Gadaj sobie, gadaj. Ja i tak nie słucham. Rozwijam swój plan, który już w szkicu mam gotowy. Nie można przecie dopuścić, żeby jakiś zbieg okoliczności, ślepy traf, los, robił z matematykiem, co mu się podoba! Zmieniam system. To, co pisałem wczoraj na tablicy, nie ma sensu. Opieram się dalej na twierdzeniu Ostwalda, ale grupuję zamiast wartości ujemnych — wartości dodatnie: twoje zasługi naukowe...

GORDON: Właśnie. Zepsułem Pytlowi jego rozczyn... Sławetną solutio Pytli. Już to jedno wystarcza, żeby mnie pogrążyć na wieki. A tu jeszcze artykuły w gazetach, Lola w laboratorium, i — Męntlik. Ja tej chwili nigdy nie zapomnę...

PERLMUTTER: Ale ja muszę ci dowieść... że w życiu...

GORDON: Daj pokój, Perlmutter, zamykam dyskusję. Jeżeli mi chcesz oddać przysługę, weź ten order, zawiń w starą gazetę i zanieś radcy Męntlikowi. Powiedz mu, że czytałem jego memoriał o szkolnictwie wyższym. To jest doprawdy idiota. Ale mimo to sekundantów mu nie poślę. Order niech go zdobi nadal.

PERLMUTTER (wzdycha): Dobrze, Gordon, pójdę.

GORDON: To zresztą jest mniej pilne. Natomiast inną rzecz musisz mi załatwić zaraz. (Pauza). Mam tu jeszcze dwa kajety panny Miry Tarskiej. Odnieś je natychmiast.

PERLMUTTER: A jej co mam powiedzieć? (wyjmuje notes i ołówek).

GORDON: ...że wyjeżdżam...

PERLMUTTER: I nic więcej?

GORDON: Nic więcej.

PERLMUTTER: Jak to? Miałeś się jej przecie oświadczyć?

GORDON (macha ręką): Zapominasz, że ona jest córką rektora. Córką Tarskiego. Ojciec jej pewnie już wytłumaczył, że jestem donżuanem, rozpustnikiem, od Sinobrodego różnię się tylko brakiem zarostu...

PERLMUTTER: A może ja bym tak delikatnie napomknął pannie Mirze, co? Tak dyplomatycznie? Ja świetnie umiem z kobietami rozmawiać, kiedy nie o mnie chodzi...

GORDON: Ani mi się waż. Idź, oddaj kajety. Ona jest zawsze taka pilna. Leć!

PERLMUTTER (wzdycha, chce wyjść, wraca): Słuchaj, a możebyś ty jednak został, co?

GORDON (chwyta olbrzymi jakiś foliał): Znów? Puszczę w ciebie ten niemiecki słownik kieszonkowy.
(PERLMUTTER wychodzi).

GORDON: Tak! tak! Szczęście docenta... (przez chwilę sam. Porządkuje papiery).

(PRZETAKOWA).

Aha, to pani? List pani oddała?

PRZETAKOWA: Oddałam, proszę pana doktora.

GORDON: A kartę Podołek przybił na tablicy?

PRZETAKOWA: Przybił, proszę pana doktora. Panowie studenci nas otoczyli. Pytali się, dlaczego wykłady odwołane. Powiedziałam, że pan wyjeżdża.

GORDON: Dobrze.

PRZETAKOWA: Bardzo się panowie studenci zmartwili. Ta panienka, co to pan wie, blondynka, co tu wczoraj była...

GORDON: Wiem, przypominam sobie (wzdycha).

PRZETAKOWA: A już najwięcej się martwił taki jeden brunet, blady na twarzy. Trylski na niego wołali, czy jakoś.

GORDON: A tak, Trylski.

PRZETAKOWA: Bardzo go to obeszło. To to tak? — powiada. Takie porządki — powiada. — Jak ja chcę chodzić na wykłady, to je odwołują? powiada. — Do chrzanu z takim kontredansem, powiada. Ja tu zaraz porządek zrobię — powiada. Bardzo się martwił.

GORDON: Widzi pani, jak mnie słuchacze cenili, co?

(Dzwonek).

(PRZETAKOWA wychodzi i wraca — 2 bilety wizytowe).

GORDON (czyta): Euzebiusz Trylski, kandydat fil., Hipolit Pępkowski, stud. fil., literat. — Prosić! (PRZETAKOWA wychodzi).

(TRYLSKI, PĘPKOWSKI).

GORDON: Proszę panów bliżej, proszę. Niechże panowie siadają. O tu, na tej pace. Przepraszam, ale to jedyny jako tako wolny mebel w moim mieszkaniu.

TRYLSKI: Ależ, proszę pana, czyż to człowiek koniecznie musi siedzieć na kanapie? Dziękujemy (do Pępkowskiego). Siadaj, dziecię.

(Lokują się na pace, dłuższa chwila milczenia).

PĘPKOWSKI (chrząka): Hm, hm.

GORDON: Przepraszam, nie dosłyszałem? Pan coś powiedział?

TRYLSKI: Kolega Pępkowski powiedział! hm — hm. Jest to najrozsądniejsze zdanie, jakie w swoim życiu wygłosił....

PĘPKOWSKI (szeptem): Trylski, zamknijcie twarz.

TRYLSKI: Siedź spokojnie, dziecko, bo wpadniesz do paki...

GORDON: Panowie, jak się domyślam, przychodzą do mnie w sprawach uniwersyteckich. Otóż — od dziś zastępuje mnie kolega Perlmutter. Mam zamiar wyjechać.

PĘPKOWSKI: My... właśnie... poniekąd... co do tego wyjazdu... (szept) Trylski, gadajże, o co chodzi.

TRYLSKI: Tak jest, my właśnie w tej sprawie. Ja i to niemowlę, które nie może ust otworzyć, bo właśnie w tej chwili ząbkuje, jesteśmy, że tak powiem delegowani...

GORDON: Tak? Słucham.

TRYLSKI: Panie doktorze, co tu dużo gadać. Rzecz jest przede wszystkim ta, że ja, Jackowski i ten noworodek popełniliśmy świństwo etyczne. Śpiewaliśmy tę arię z kabaretu i naraziliśmy pana na nieprzyjemne przejścia z Dalaj⸗Lamą.

GORDON: Z kim?

TRYLSKI: Z Pytlem. Przyszliśmy pana przeprosić. Rzecz się więcej nie powtórzy. Wykładów, na które nawet ja od dwóch dni chodzę, nie ma pan powodu przerywać.

GORDON (śmieje się): Ależ, moi panowie, wykłady przerwałem dla zupełnie innych względów.

TRYLSKI: Inne względy też znamy. Artykuł w „Porannej“! Jeszcze jedno świństwo etyczne.

PĘPKOWSKI: Autor tego elaboratu jest nam znany...

TRYLSKI: Właśnie. Sam się, bestia urżnął na trupa w „Arce Noego“, tak dalece, żem go musiał złożyć u stróża za pokwitowaniem — a na innych pisze. Dość powiedzieć — abstynent!...

PĘPKOWSKI: Zresztą, panie doktorze, któż czyta taki łachman, jak „Gwiazda poranna“.

TRYLSKI: Właśnie! W „Pochodni“ był za to doskonały artykuł, w którym pański piękny czyn obywatelski należycie oświetlono.

GORDON: Mój czyn obywatelski? A to znów co takiego?

PĘPKOWSKI: No to — z radcą Męntlikiem. Na stacji.

GORDON: Co? już i o tym piszą? Przerażacie mnie panowie! Już o tym było w gazetach?

PĘPKOWSKI: A jakże. W „Pochodni“ (wyjmuje gazetę — GORDON chwyta ją gorączkowo).

GORDON (czyta): „Znanemu ze swej działalności antyoświatowej, osiwiałemu w lokajstwie radcy... wydarzył się wypadek... Na stacji, zamiast kwiatów i oracji... najzabawniejsze, że i order, który mu się dyndał, jak dzwonek na szwajcarskiej krowie... Młodemu uczonemu należy się wdzięczność... ogółu“.
Patrzcie — należy mi się wdzięczność! Moi panowie, dziękuję wam za dobre chęci, ale... Stało się! Od dziś nie jestem już docentem. Usuwam się w zacisze życia prywatnego. Żal mi, że tracę tak dzielnych słuchaczy...

TRYLSKI: Jak to? Pan się usuwa zupełnie?

GORDON: Tak jest, panie Trylski. Zastąpi mnie kolega Perlmutter (wstaje). Polecę mu panów gorąco. Do widzenia.

(TRYLSKI, PĘPKOWSKI wstają również).

TRYLSKI: A czy wolno przynajmniej wiedzieć, dla jakich powodów nas pan osieraca?

GORDON: Dla wielu! Głównie — niepowodzenie w badaniach naukowych... Słowem — zniechęcenie i depresja...

(Dzwonek — głos posłańca w przedpokoju).

GORDON (drgnął): Moi panowie, chwila jeszcze!... Nie pozostawiajcie mnie teraz samego!

(Wchodzi POSŁANIEC z walizką, dwiema parasolkami i wielkim pudłem od kapelusza damskiego — jak w akcie 1⸗ym).

POSŁANIEC: Pan doktor Gordon?

GORDON (przerażony): Tak, to jest nie, tak, to ja...

POSŁANIEC: Jedna pani kazała mi te rzeczy tutaj odnieść i powiedziała, że wkrótce sama przyjdzie.

GORDON: Znów! ona! Ciągle ona! Zawsze ona!

POSŁANIEC: I jeszcze kufer mam przynieść. Ta pani zaraz będzie.

GORDON: Kufer — to Lola. I co ja teraz pocznę nieszczęśliwy! Pani Przetakowa. Zatarasować drzwi. Nie puszczać nikogo!
Panie Trylski, poproszę pana o przysługę koleżeńską!

TRYLSKI: Jestem na rozkazy — proszę.

GORDON: Pójdzie pan do Hotelu Centralnego i powie pan pannie Loli Zambezi...

TRYLSKI: Tej z kabaretu?

GORDON: Tej z kabaretu. Powie pan, że wyjechałem, że mieszkanie moje zapieczętowała policja aż do zejścia władz sądowych. Rozumie pan?

TRYLSKI: Rozumiem.

GORDON: Powie pan, że przed domem moim stoją dwie dywizje gwardii konnej, uzbrojonej w kartaczownice i działa... Powie pan — tylko przez tubę, panie, na dystans! — powie pan, że się tu zbliżać nie wolno na odległość strzału. — Rozumie pan? Niech się pan spieszy!

TRYLSKI: Rozumiem, idę. Chodź, milusiński... (Wychodzą z Pepkowskim).

GORDON (za nim): Tylko przez tubę, panie!

POSŁANIEC: Ta pani powiedziała, że za mały kwadransik tu będzie.

GORDON: Człowieku, macie tu tysiąc groszy! Zorganizujcie straż obywatelską! Otoczcie dom kordonem i nie puszczajcie jej. Słyszycie?

(POSŁANIEC wychodzi).

GORDON (zamyka na klucz drzwi, siada przy nich i przyłożywszy ku drzwiom ucho, nasłuchuje).

(Dzwonek — z korytarza głos Przetakowej).

PRZETAKOWA: Panie doktorze! Panie doktorze!

GORDON (uchyla drzwi).

PRZETAKOWA (szeptem): Dzwonią! Otworzyć?

GORDON: Niech się pani nie waży! Pod żadnym pozorem!

PRZETAKOWA: Kiedy strasznie mocno dzwonią.

GORDON: Kobieta?

PRZETAKOWA: Nie wiem. Postaram się wymiarkować.

GORDON: Ale niech się pani nie odzywa! Niech pani nic nie mówi, niech pani oddech wstrzyma!

PRZETAKOWA (wraca po chwili): Mężczyzna.

GORDON: Sam?

PRZETAKOWA: Sam. Puścić?

GORDON: Uchyli pani ostrożnie drzwi. Jeżeli pani spódnicę jaką zobaczy, zatrzaśnie je pani natychmiast! Rozumie pani?

PRZETAKOWA: Rozumiem.

(Wychodzi. Pauza. Po chwili — głos Przetakowej).

Pan doktor Perlmutter.

GORDON (westchnienie ulgi).

PERLMUTTER (wpada, zawadza o coś): Gordon, ciesz się! Pójdź w moje objęcia! Winszuję!

GORDON: Co się stało?

PERLMUTTER: Wszystko, wszystko się stało! Nie będziesz się już oświadczał.

GORDON: Jak to? Co? Dlaczego?

PERLMUTTER: Bo nie potrzeba. Cała historia. Szedłem do Tarskich. Po drodze spotykam pannę Mirę. Masz kajety — sam jej oddasz.

GORDON: Co to wszystko znaczy?

PERLMUTTER: Cała historia! Panna Mira dowiedziała się w budzie, że wyjeżdżasz... Opuszcza wykład! Pędzi do domu. Scena familijna. Ojciec ją wyklął, ona spakowała rzeczy, powiedziała, że wychodzi za ciebie. Jest tu jej kufer, parasolka i pudło do kapelusza?

GORDON: Perlmutter, ty nie łżesz?

PERLMUTTER: Nie. Ubieraj się prędzej! Lecimy!

GORDON: Gdzie? Po co? Gdzie jest panna Mira?

PERLMUTTER: Musiałem ją zostawić na ulicy! Jakiś obłąkany posłaniec, nr 6925, zatrzymał ją, powiada, że jej nie puści, że taki ma rozkaz, że dostał za to sześć złotych. Ubieraj się.

GORDON: Boże! Posłaniec! Perlmutter! Leć naprzód. Ten wariat jej nie puści! Gotowa się na mnie obrazić! Ja już, ja zaraz. Przetakowa, kamasze!... {{C|(PERLMUTTER wybiega, GORDON kładzie na na siebie jakiś frak, czy tużurek, chwyta melon, parasolkę — w pantoflach pędzi ku drzwiom i wpada z całym impetem na — Pytla).

PYTEL (otwiera szeroko ramiona): Szanowny panie doktorze!

GORDON: Dzień dobry, niech pan siada! (Daje nurka i wybiega). Do widzenia.

PYTEL (wchodzi, za nim PODOŁEK): Podołek, co to było?

PODOŁEK: Pan asystent wyleciał w pantoflach na ulicę.

PYTEL: W pantoflach? Zdolny człowiek, bardzo zdolny człowiek. Ale zdaje się trochę — tego?...

PODOŁEK: Frak miał naciągnięty na marynarkę.

PYTEL: Frak miał naciągnięty! Olbrzymich zdolności człowiek, ale kto wie, czy chwilami nie.. tego...

PODOŁEK: Parasolkę miał w ręku!! Naturalnie, samo przez się — chwilami trochę tego.

PYTEL: Parasolkę miał! Hm. Ludzie nauki, Podołek, ludzie prawdziwej nauki, są zawsze — trochę — jak to mówią. Niedaleko szukając wielki Newton. Odkrył prawa ciążenia, siedząc w ogrodzie obok pewnej młodej lady i wydłubując tytoń z fajki palcem. Ale — nie własnym, Podołek — palcem tejże młodej lady, która siedziała obok. Powinniście to wiedzieć z historii.

PODOŁEK: Oczywiście, samo przez się. Newton — każdy wie.

PYTEL: Cóż teraz należy uczynić?

PODOŁEK: Musimy czekać, panie profesorze. Może wróci? Mieszkanie jest puste — pani Przetakowa wybiegła również za nim z kamaszami... Jeszcze kto co ukradnie. Musimy chyba czekać. Niech pan profesor siada...

PYTEL: Dziękuję (siada, wyjmując notes z kieszeni). Podołek, co to dziś mamy?

PODOŁEK: Piątek, panie profesorze.

PYTEL (notuje): Piątek. O której się przekonaliśmy, że rozczyn skręca płaszczyznę polaryzacji?

PODOŁEK: Była chyba jedenasta.

PYTEL: Powinniście to sobie byli zanotować dokładnie. To była ważna chwila w dziejach nauki. Bardzo ważna chwila, Podołek. (Notuje) Jedenasta przed południem. Tak. Niewiele miałem takich chwil w życiu! Siadajcie sobie. Podołek.

PODOŁEK: Dziękuję (siada). O, ktoś idzie! (Z przedpokoju głos Zambezi: „Widzi pan, że to blaga, panie Trylski! Drzwi na oścież otwarte. Nie mnie brać na kawały. Naprzód, w tempie walczyka“).

(TRYLSKI i LOLA wpadają na scenę w walcu, zataczają kilka kół).

TRYLSKI (nagle staje, spogląda na dwie milczące, groźne postacie Pytla i Podołka, którzy wstali z miejsca): Rany boskie, Pytel! (Wybiega).

LOLA: Ależ, panie Trylski. (Patrzy na Pytla i Podołka). Dzień dobry szanownemu zgromadzeniu.

PYTEL: Hm. Dzień dobry. Ja panią jakoś często w ostatnich czasach — hm — widuję...

LOLA: Cala przyjemność jest po mojej stronie.

PYTEL: Pani jest — o ile mnie pamięć nie myli — z kabaretu?

LOLA: Tak. A pan jest — o ile mnie pamięć nie myli — z uniwersytetu?

PYTEL: Tak. Ktoś się o pani wyraził, że pani jest Terpsychora i dodał określenie bardzo nieprzychylne... wsze... te... to jest — przewrotna?

LOLA: O panu ktoś się wyraził, że pan jest Aleksander i dodał określenie bardzo nieprzychylne — Macedoński. Ludzie w ogóle dużo gadają, bo są plotkarze.

PYTEL: Tak. Obserwacja jest dość ścisła (wyjmuje notes). Nazwisko pani brzmi, jeśli się nie mylę, Miss... Missisipi?

LOLA: Przeciwnie, Zambezi...

PYTEL: Aha (notuje). Pani... Przepraszam, nie wiem, jak zanotować? Pani? panna? Proszę się nie krępować i odpowiadać śmiało. Pani jest zamężna?

LOLA: Zamężna, bezdzietna, lat 24, znaki szczególne: pieprzyk na prawym ramieniu. Wystarcza?

PYTEL: Dziękuję (pisze). Wyjaśnię pani natychmiast dlaczego mnie niektóre szczegóły interesują. Otóż — rzecz ma się tak. Łaskawa pani raczyła mnie wczoraj w tym samym mieszkaniu obdarzyć butelką, zawierającą pewien płyn...

LOLA: Aha, przypominam sobie. Środek ma porost włosów.

PYTEL (uroczyście): Czy pani wie, że pani oddała przez to wielką, być może wiekopomną przysługę nauce. Że pani łatwo przejść może do historii?

LOLA: Co też pan mówi? Pomogło?

PYTEL (kiwa głową twierdząco): Pomogło! Bardzo pomogło!

LOLA: Cieszę się bardzo. Ale jakoś tego nie widać!

PYTEL: Że tak jest, przekona się pani wkrótce. Czy zna pani dobrze środek, o którym mowa?

LOLA: Owszem, mniej więcej.

PYTEL: Jaka jest zawartość tej cieczy? Olejki eteryczne, oczywiście są?

LOLA: Nie, olejków erotycznych nie ma. To już pan musi co innego zażyć.

PYTEL: Nie ma? Dziwne! Czy zna pani bliżej tego środka skład chemiczny?

LOLA: Znam tylko skład apteczny.

PODOŁEK (parska śmiechem).

PYTEL: Podołek! Mam wrażenie, że tu się ktoś śmieje?

LOLA: Skończył pan indagację? Pójdę poszukać tego głuptasa Trylskiego. Do widzenia.

PYTEL: Do widzenia. Bardzo mi było przyjemnie. Proszę się pokłonić mężowi (patrzy w notes) panu Zambeziemu...

LOLA: Takiego pana nie ma wcale na świecie.

PYTEL: Umarł? O! Co za szkoda!

LOLA: Nigdy nie żył.

PYTEL: Jak to? Przecież pani jest zamężna?

LOLA: Tak. Ale mój mąż nazywa się Wojtaszek. Adie! (Wychodzi).

PYTEL: Wojtaszek? Wojtaszek? Dlaczego Wojtaszek? Podołek!

PODOŁEK: U nich, aktorów, taki zwyczaj. Jak mąż nazywa się Wojtaszek, to żona Zambezi.

(GORDON i MIRA, za nimi PERLMUTTER i PRZETAKOWA).

GORDON: ...jest i kapelusz i walizka. Wszystko jest (całuje ją po rękach). Taki jestem szczęśliwy, Miruś.

PYTEL (otwiera szeroko ramiona): Szanowny panie doktorze Gordon. Pozwól, że cię przycisnę do serca...

GORDON: Owszem. Taki jestem szczęśliwy, profesorze!

PYTEL: O największym szczęściu dowiesz się pan dopiero. Zwycięstwo. Zwycięstwo na całej linii. Dokonałeś wielkiego, wspaniałego czynu.

GORDON: Tak? Miruś, nie zimno ci? — A co się stało?

PYTEL: Rozczyn, nad którym pracowaliśmy od tygodni całych bezskutecznie...

GORDON (uśmiecha się): Zepsułem, wiem. Przepraszam. Dolałem „pixavonu“. Wyobraź sobie Miruś, nalałem w to pixavonu!

PYTEL: Właśnie. Właśnie. Panowie i panie. Oznajmiam wam wielką sensacyjną nowinę! Rozczyn nasz, po dodaniu pixavonu umieszczony w polu elektrycznym — skręca płaszczyznę polaryzacji. (Ściska rękę Gordona). Winszuję panu! Winszuję panu!

GORDON: Doskonale! Doskonale! Miruś! Napijemy się wina, bierzemy ślub i uciekamy! Bardzo się cieszę, profesorze...

PERLMUTTER (wzruszony): Rzecz jest zupełnie pewna? Profesor się nie myli?

PYTEL: Wszelka pomyłka jest wykluczona! Rozczyn badałem ja, badał Podołek! Rzecz jest absolutnie pewna! Sam byłem zdumiony. Oczom nie chciałem wierzyć! Ale obecnie nie ma żadnych wątpliwości. Dokonaliśmy odkrycia!

PERLMUTTER: Słyszałeś Gordon, odkrycie, wielkie odkrycie! Co za traf szczególny. Pixavonu dolał!

PYTEL: To nie traf panie doktorze Perlmutter, to nie traf! To jest instynkt! Intuicja! Tak właśnie odkrycia powstają! Pixavon! Kto by wpadł na podobną ideę? To właśnie nie jest rzemieślnik, ale twórca. Poeta nauk ścisłych!

PERLMUTTER: Słyszałeś, Gordon? Ciesz⸗że się, do pioruna!

GORDON: Strasznie się cieszę, ogromnie się cieszę. Cieszysz się, Miruś? Zrobiłem odkrycie! Panie profesorze, pozwoli pan, że mu przedstawię — narzeczona moja...

PYTEL: Aha. Winszuję. Pani długo była słuchaczką doktora Gordona?

MIRA: Dwa miesiące wszystkiego....

GORDON: Teraz ja będę jej słuchaczem całe życie! Całe życie będę jej słuchał.

PYTEL: I ojciec pani zgadza się na to małżeństwo?

MIRA: Ale gdzie tam. Przedstawił mi doktora Gordona jako birbanta, lamparta, rozpustnika.

GORDON: Nie wierz, Miruś! Wszystko nieprawda!

MIRA: Opowiedział mi o jakiejś Loli, kabarecie, pijatykach, awanturach. Słowem odmalował go tak ponętnie i romantycznie, że — spakowałam się i jestem!

GORDON: A teraz — niech mas tylko profesor nie zdradzi! — bierzemy ślub i uciekamy. Pani Przetakowa! Rozkład jazdy.

PYTEL: Uciekacie państwo? To się stać nie może Protestuję!

MIRA: Dobrze, panie profesorze. Ale — ojciec?

PYTEL: Co tam ojciec! Wszechnica nie może tracić doktora Gordona dla widzimisię jakiegoś jurysty! Podołek! Zostaniecie tu ze względu na tę — jak się nazywa — moralność. Do widzenia! Przyprowadzę tu tego prawnika. (Wychodzi).

(Zegar bije dwunastą...).

PERLMUTTER: Dwunasta! Idę! Już czas.

MIRA: Niechże pan zostanie z nami.

GORDON: Nie zatrzymuj go Miruś, on się dziś musi oświadczyć, o 12⸗ej minut 15!

MIRA: Tak? A któż to ta wybrana?

GORDON: Panna... (szepce jej na ucho) ta z kabaretu!

PERLMUTTER: Możesz powiedzieć głośno. Ja nie robię z tego tajemnicy. Człowiek powinien obmyślić wszystko dokładnie, logicznie, a następnie iść śmiało naprzód. Lola to dla mnie rezultat — kilku prostych działań algebraicznych. Przekonałem się, że tylko połączenie nauk ścisłych z lekką taneczną sztuką kabaretową może wydać potomstwo... przepraszam panią, panno Miro! W każdym razie nie kryję się! Co tu chować w tajemnicy! Podołek! Idę się oświadczyć o pannę Lolę Zambezi. Do widzenia.

PODOŁEK: Proszę pana asystenta — panna Zambezi ma już męża, a imię jego — naturalnie samo przez się — Wojtaszek...

(Kurtyna).




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.