Roboty i prace/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Roboty i prace
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1875
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W salonie pani baronowéj, — którą tylko tym tytułem, przyznanym jéj zagranicą przez grzecznych Germanii synów, nazwiemy, gdyż nomina sunt odiosa, — zbiérał się zawsze, jak wiadomo, kwiat i śmietanka najwykwintniejszego towarzystwa.
Z tych, którzy pozyskali w nim prawo obywatelstwa, każdy prawie mógł się jakimś pochwalić tytułem. Jeśli mu brakło świetnego imienia i spadkowego, kopertowego hrabstwa, szczycił się przynajmniéj jakimś dostojeństwem, niegdyś piastowanym lub posiadanym jeszcze: naostatek choćby pozyskaną sławą jakąś i stosunkami, dozwalającemi książąt nazywać zdrobniałym ich imieniem. Książęta tutejsi, jak większa ich część u nas, niestety, należeli do kategoryi tych, którzy zdawna swoich udziałów zostali pozbawieni; — hrabiowie byli to comites in partibus świętego państwa rzymskiego; baronowie wywodzili się od mitycznych nadreńskich baronij, których ruiny bluszcze posiadły. Nie mało téż bywało tu prezesów juryzdykcyj oddawna nie istniejących, dyrektorów zakładów, po których nie zostało ani śladu, i radzców różnych potęg, epok i klas, w archeologii zapisanych...
Sama gospodyni, wdowa po wysokim urzędniku, z domu niegdyś świetnego imieniem, miała do wyboru nazywać się prezesową lub baronową, z baronostwem jednak lepiéj jéj było do twarzy, a że podróżowała często, wolała kwalifikacyą dla cudzoziemców przystępniejszą. Byłato osoba otyła już, a niegdyś z wdzięków słynąca, pięknego pochodzenia, wychowana z największym staraniem, dystyngowana bardzo, pełna smaku, obdarzona pamięcią i przytomnością niepospolitą. Tym przymiotom była ona winną poufałą znajomość i stosunki ścisłe w najwyższych sferach, tak, że wcieliła się zupełnie w ten świat, który nie łatwo kogo obdarza takim przysposobieniem za dziécię własne.
Salon baronowéj gromadził z mocy tego przywileju i brylanty czystéj wody, i nazwiska historyczne, których lustr nie ulegał najmniejszéj wątpliwości — i wszystko, co miało pozór jakiś dystyngowany: chociaż arcycharakterystyczne tytuły tych gości, ściśle przedsięwziętéj kontroli wytrzymać nie mogły. Lecz wszędzie na świecie przedawnienie wiele znaczy, liczyli się więc do śmietanki i kwiatu, opiérając na prejudykatach, ludzie różnéj miary i wagi.
Dom baronowéj był poniekąd tym gruntem neutralnym, tolerującym, na którym, pod pewnemi warunkami, i plebejuszom bardzo majętnym i artystom nawet popisywać się wolno było z francuszczyzną, ortodoksyją, a obrzydzeniem ku demokracyi i liberalizmom wszelkiego rodzaju.
Jednakże komu nie dostawało pergaminu, musiał się pryncypiami głoszonemi mężnie opłacać: — co do tych baronowa była surową.
Oprócz gospodyni towarzystwo tego wieczora składało się z poufałego kółka jéj przyjaciół i przyjaciółek z dat różnych.
Obok niéj, na uprzywilejowanym miejscu siedziała prawdziwie wielka pani, — rodem, twarzą i złym humorem odznaczająca się. — Rysy jéj twierdziły o znakomitéj téż niegdyś piękności, którą wiek tak starł, jak z greckich posągów zdziéra ich wdzięk pierwotny, zastępując go niby snem urody. Położył on na jéj miejscu chłód zawodów żywota, dumę zwycięstw nad losem odniesionych, wyraz nabytéj energii i wykształcenia a rozumu, który dały lata: — każdy mógł w niéj poznać wielką panią i niewiastę wielkiego charakteru. Nie myślała o przypodobaniu się nikomu, siedziała tak swobodnie, jakby była w domu i sama, nie zważając wcale na to, co ją otaczało, a niekiedy wzgardliwie prawie spoglądając na towarzystwo. Dla niéj ono nie miało tajemnic... Słuchała więcéj, niż mówiła, a zdawała się ciągle głęboko zamyśloną, albo robotą zajętą. Czasem wyraz jaki rozbudzał ją z dumań, podnosiła głowę, popatrzyła i posłuchała, zmilczała lub, słowo rzuciwszy na szalę rozmowy, obojętnie powracała do siatki rozłożonéj na kolanach.
Trochę daléj widać było staruszkę, wielce arystokratycznych i dotąd pięknych rysów twarzy, z oczyma czarnemi, wpadłemi głęboko, oczyma co niegdyś musiały staczać boje zwycięskie, — z podwiązaną brodą szeroką wstążką, — ubraną czarno, lecz z wykwintnością niemal przesadzoną i trochę zbytniemi błyskotkami, starającą się trzymać prosto, niekiedy niby przypadkiem pokazującą rączkę białą i piękną — pamiątkę przeszłości... Uśmiészek błądził po jéj zwiędłych ustach, powieki przymrużały się melancholicznie, czasem lornetka złota słabemu pomagała wzrokowi... patrzyła na otaczających, zdając się dziwować, że ją, jak dawniéj, nie otaczał ów orszak wielbicieli, do którego przywykła. Czasem zebrała się na ostre, dowcipne, złośliwe słówko, i rzuciła je w rozmowę, przysłuchując się z roskoszą wrażeniu, jakie czyniło... Dowcip jéj trochę szukany, na starość musiał się stać piekącym i zjadliwym, bo inaczéj przeszedłby może nie uznanym. Wielbiona dawniéj, — dziś była przynajmniéj postrachem. Zawsze to lepsze jest od obojętności.
Po za temi paniami widać było, chwilowo, milcząco ale pilnie rozpatrującą się i rozsłuchującą kobiécą postać, dobrze niemłodą, bladą, z twarzą nalaną, nieco otyłą, w czarnéj sukni pod szyję, w któréj łatwo poznać było można starą pannę. Żółć przez lat blisko pięćdziesiąt zbiérająca się, nadawała wyrazowi jéj fizyjonomii cóś dziwnie surowego i jakby zagniéwanego... Milczała, dając się każdéj z pań rozgadać szeroko, ale nawet po dowcipie rozżarzonym staruszki z podwiązaną brodą, jéj śmiéch i słowo czyniło wrażenie sarkazmem i ironiją nieubłaganą.
Oprócz tych osób, płci niegdyś pięknéj — słusznego wzrostu panna, bardzo dojrzała, w złotych okularach, przybrana dosyć ekscentrycznie, któréj tylko nazbyt bujny nos przeszkadzał być piękną przed laty piętnastu, — stała, ciekawie przysłuchując się rozmowie, ale razem obojętnie. — Dowcipy i złośliwości rzadko ją poruszały do śmiéchu, — drgnęły czasem ramiona, skrzywiły się usta, — częściéj jednak starała się ukryć napadające ją spazmatyczne ziéwanie... Naówczas poprawiała złote okulary i odwracała od towarzystwa, patrząc gdzieś wdal zimnemi oczyma... Dwie lub trzy jeszcze osoby w półcieniach, na drugim planie, scharakteryzować się nie dawały.
Po za niemi siedzieli i stali w większéj liczbie mężczyzni.
Wysokiego wzrostu młody człowiek, jeden z najmajętniejszych panów w kraju, twarzy poważnéj, ułożonéj starannie, ale nic nie mówiącéj (bo właśnie nic mówić nie chciała), — nie piękny i nie brzydki, zagadkowéj fizyjognomii, nie ulegającéj żadnemu zarzutowi powierzchowności, przyzwoitéj a skromnéj aż do zbytku... zajmował pierwsze miejsce. — Malarz powiedziałby, że stał, jak do portretu, lecz życie nauczyło go bez najmniejszego wysiłku być tak zawsze historycznym zjawiskiem nierozwikłanego znaczenia. Pozował do portretu życie całe.
Za nim, w skromnym bardzo ubraniu, rysów drobnych i dosyć delikatnych, choć nie pięknych, wyrazistych i jakby umyślnie mgłą jakąś tajemniczą przysłonionych, z książką w ręku, którą przez szkiełko uważnie przepatrywał, stał hrabia Adam, — zdając się nie bardzo zważać na to, co szczebiotano dokoła niego. W postaci jego nie było nic uderzającego, nic — czemby ona chciała zwracać oczy na siebie, — niknął łatwo w tłumie, — jednakże jakiś Lavater salonowy byłby go wyróżnił zaraz, i poznał w nim jednego z tych ludzi, których los na zajęcie stanowiska ważnego w społeczeństwie przeznacza. Ile razy bystry wzrok jego z książki się podniósł na ludzi, by natychmiast od nich na karty znowu powrócić, — błyskało coś z tych małych oczu niepospolitą inteligencyją i siłą jakąś wolę stanowczą wyrażającą.
Daleko więcéj miejsca zajmował obok zaraz imponująco rozsiadły w fotelu, jakiś eks-minister, który zarazem był niegdyś, jeśli nie pięknym, to urodziwym i ogromnym mężczyzną, o czem pono zarówno, jak o chwilowym ministeryjalnym portfelu, dotąd zapomniéć nie umiał. Z wygolonéj starannie twarzy i układu włosów, nieco wyszłego z mody, z ruchów i manjery można było oznaczyć epokę najwyższéj świetności jego, w któréj skamieniał i wyjść już z niéj nie umiał... Rumiana twarz zgrubiałych rysów dowodziła nie normalnego krwi obiegu, a kształty czoła niezbyt rozbujałych myśli. We wszystkiem odbijał się wyraziście charakter urzędnika, który umié być pokornym i płaskim względem starszyzny, a nieubłaganie dumnym i surowym dla podwładnych. Ten sam Lavater, o którym wspomnieliśmy, odgadłby w nim smętnego teraźniejszości krytyka, mszczącego się na ludziach za swą dymisyją i przerwaną karyjerę.
Nikt od niego nic nie słyszał nad narzekania na to, co było, i opowiadania o lepszéj przeszłości...
Lecz możnaż wymagać od człowieka, co jeździł karetą, aby chwalił czasy, które go do chodzenia pieszo, jak pospolitego śmiertelnika — zmuszały.
W reszcie tłumu gości wydatniejszym był jeszcze jegomość w starym fraku z lornetką w oku, z twarzą o szérokich ustach i rzadkich bokobrodach, rozpłaszczoną, nadętą, pełną komicznéj zarozumiałości, — oparty na szérokich a płaskich stopach na sposób kolosa rodyjskiego, — zowiący się jakimś dyrektorem, a uchodzący za wyrocznię w rzeczach sztuk pięknych, na których znawstwo chorował tak długo, iż mu w końcu ludzie uwierzyli. Z rękami w kieszeniach, zdawał się oczekiwać, by go zawezwano do ogłoszenia zdania nieodwołalnego w rzeczach starożytności, kunsztu, — bryk à braku, porcelany i t. p., lub — może — by go na obiad poproszono, bo obiady lubił przynajmniéj tyle, co popis ze znawstwa sztuki... Na tę niewinną istotę nikt się nie zdawał uważać; dyrektor tymczasem, lornetkę włożywszy w oko, zmrużywszy drugie, wpatrywał się z surowym obliczem w piękny portret gospodyni domu, malowany przed dziesięciu laty i wystawiający ją w śród rzymskiéj Kampanii, na tle sinym, po którym biegły wodociągów ruiny i pinij rozrzuconych bukiety...
Wszystkie te figury wydatniejsze i mniéj wybitne drugiego planu, w półświetle, półcieniu — obracały się na tle w głębi rozciągniętém pań siedzących parami po kątkach i kilkunastu panów, minorum gentium, podobnych, jak dwie krople wody do siebie i do tych salonowych europejskich postaci, jakie widzieliśmy wczoraj, spotkamy dzisiaj i nie rozminiemy się z niemi nigdy, gdziekolwiekbądź się znajdziemy w salonie od Madrytu do Petersburga.
Nie możemy téż pominąć przedstawicieli złotéj młodzieży z kapeluszami pod pachą, w klasycznie powciąganych na niepiękne ręce rękawiczkach, z kołnierzykami krochmalnemi i całym tym strojem, jaki moda na nich wdziéwa. Z któréjkolwiek strony spojrzałeś na nich, czy z téj, z któréj admirować musiałeś nieposzlakowanéj powierzchowności liniją prostą, rozdzielającą ich włosy na wcześnie już łysiejących czaszkach, — czy z owéj, co wykrojoną na piersi wdzięcznym tokiem ukazywała kamizelkę bez zmarszczki, — wszyscy oni, jak żołnierze jednego pułku zyskiwali oklaski za dzieła mistrzów krawieckich, którym służyli za laski. Lavater by ich pominął może, a ekonomista westchnął, pytając, co te istoty oprócz nudów produkują: — ale — zawsze to jest ozdoba salonów.
Na pogrzebach musiały być dawniéj najęte płaczki, dziś idą w czarnych frakach lokaje; — salon musi miéć téż tego rodzaju reprezentacyją ogółu.
Był to rodzaj rautu, albo raczéj wieczora tygodniowego pani baronowéj, która ze względów oszczędności nie wysilała się na nic więcéj, oprócz filiżanki herbaty mdłéj, którą goście potrzymawszy w rękach i kilka razy do ust przyłożywszy, ustawiali potem skrycie po kątach, nie mogąc się zdobyć na heroizm wypicia jéj do dna. — Podawano do niéj zwykle tacę z ciastkami i bułkami, misternie okrytą niemi nie wielkim kosztem, — któréj nikt oprócz dzieci nie tykał.
Nikt téż tu nie szedł ani dla owéj harbaty, ani dla ciastek, ale dla szczęścia otarcia się o dostojne osoby piérwszego towarzystwa, dla roskoszy pomówienia z hrabiną, zbliżenia się do księcia, ukłonienia eks-ministrowi, rozprawiania z dyrektorami i prezesami, aby nazajutrz wspomniéć o tém wobec profanów: „Mówił mi radca, nie daléj, jak wczora“... Tu się można było dowiedziéć najdokładniéj, jaki wiatr powiéwał w téj chwili, jaki wypadek zachwiał równowagę spokojnego społeczeństwa, jaki komeraż zwaśnił ludzi, kto umarł, kto się starał, żenił, wynosił i przybywał, — jaki nowy dowcip, odgrzany ze szczątków starego i zużytego, narodził się i obiegał wkoło: — słowem... o wszystkiém, czém ta cząstka towarzystwa żyła w niedostatku pracy i zajęć poważniejszych.
Tu było można mówić, — w pewnych przynajmniéj godzinach, — bez obawy kompromitacyi o innych warstwach społeczeństwa, które stały zdala od salonu... a choćby chwilowo doń zaglądały, nie mieszały się nigdy chemicznie z tutejszemi żywiołami, choć z niemi wychowaniem, wpływami, majątkami mogły walczyć o lepszą. Autochtoni tego salonu patrzyli na wędrowców wylądowujących na tę wyspę z pewnym rodzajem chłodnéj pogardy... Ludzie pracy tolerowani byli wprawdzie — lecz trzymani zdala. Jedyny może wyjątek stanowił hrabia Adam, który téż przychodził rzadko, stał najczęściéj, jak teraz, milczący, przepatrujący pochwyconą w kątku książkę, i odchodził spełniwszy, co się zwało obowiązkiem przyzwoitości... Hrabia Adam szanował tradycyje nawet salonowe...
Salon był duchem i charakterem przeważnie arystokratyczny: — było to owo miłe ustronie, w którém uchodziło bezkarnie mówić dowcipne rzeczy niestworzone i wyśmiéwać się z wyszukanych zręcznie śmiészności ludzi, nie mających ani czasu, ani ochoty do dziecinnych form przywiązywać jakąś wagę. Hrabia Adam, który od nikogo nie stronił, żył ze wszystkiemi, obracał się z równą łatwością w każdém kole, — na ironiczne sarkazmy czasem się uśmiéchał, gdy się w nim pańska żyłka odezwała, — częściéj ich nie słuchał...
Dowcip i złośliwość były na porządku dziennym: one płaciły za wszystko: zastępowały rozum, sprawiedliwość, sąd, rozwagę, — dosyć tu było miéć błyskotliwą łatwość igrania ze słowem, ażeby uchodzić za wielkiego człowieka.
Wprawdzie, gdy się skąd iskry sypią, można się domyślać wielkiego ciepła, ognia i światła zapasów... lecz jakże często bukiet owych gwiazd bywa fajerwerkiem tylko!!
Nie można się téż dziwić, że te wszystkie wielkości przeżyte, prześnione, upadłe, poronione — mściły się na świecie, iż na nim roli, jaką chciały, albo odegrać nie mogły nigdy, lub zbyt krótko grały... Dowcip im jeden pozostał... za pokarm, rozrywkę i sławę.
W tym dniu wszakże złośliwość najmniéj może miała widoków popisu. Uwaga wszystkich była zwróconą na jeden przedmiot, na jedno zapowiedziane przez gospodynią zjawisko: na młodzieńca, który po raz piérwszy na świat o swéj sile występował...
Był nim znamienitéj staréj rodziny książę Nestor, pan wielkich włości, magnat, wychowany jak najtroskliwiéj, napojony tradycyjami familijnemi, którego poprzedzała sława, d’un jeune homme accompli... Książę Nestor znanym już był wielu osobom z widzenia; ale w tych czasach, gdy jeszcze ani ogromnemi dobrami nie władał, ani urzędownie na świat nie wystąpił; i do czynnego życia społecznego nie należał.
Teraz gdy stał się głową domu, a los dawał mu w ręce wszystkie środki odegrania świetnéj i wpływowéj roli, zwracały się nań oczy z rozbudzoną do najwyższego stopnia ciekawością, — nikt bowiem zgadnąć nie umiał, jaki motyl rozwinie się z téj skromnéj poczwarki.
Książę Nestor z pewném wahaniem, z wyrachowaniem i ostrożnością wychodził na świat; to, co o mm mówiono, nie dozwalało go odgadnąć. Wynoszono go zawcześnie pod niebiosa... były wskazówki pewne, iż zamierza odznaczyć się czémś i stać pożytecznym...
Niektóre panie widziały w nim już ideał, inne pragnęły naocznie sprawdzić to, co pobieżnie o nim słyszały.
Ile razy otworzyły się drzwi i któś nowy przesuwał przez tłum, aby ukłonem pozdrowić gospodynią — wzrok i lornetki starszych pań wytężały się niespokojnie w stronę drzwi — i po chwili zniechęcone opadały...
Tymczasem oczekiwanie niewątpliwe skracano dosyć ożywioną rozmową. — Hrabina, siedząca przy gospodyni na kanapie z siatką na kolanach, mówiła półgłosem do otaczających, niechcąc zapewne być od wszystkich słyszaną.
— Ja go znam od dziecka ale to rodzina, w któréj ludzie się późno rozwijają... Mamy prawo spodziéwać się po nim wszystkiego najlepszego — wychowanie staranne, przykłady domowe, dobra krew. Uchodził zawsze za chłopię żywe i roztropne, podobnym był do matki... Z tego, co mnie już doszło, widzę, że skromny, oszczędny i na seryjo się bierze do gospodarstwa i interesów...
— Konie słyszę bardzo lubi — wtrąciła staruszka z podwiązaną brodą.
Stara panna żółciowa, któréj znać nie wypadało głośno się z tém odezwać, szepnęła na ucho hrabinie...
— I baletniczki téż podobno!!
— Cóż znowu! — z oburzeniem niejakiém odtrąciła hrabina.
Mais il est très range!!
Panna uśmiéchnęła się złośliwie.
Osoby, które téj części rozmowy nie dosłyszały, nadzwyczaj zaciekawione umilkły, wejrzenia zwróciły się na pannę, ale ta złożyła ręce, wzięła chustkę w usta i zacięła je, jakby za karę zatykając.
Eksminister z nogą na nogę założoną cicho mówił — pochyliwszy dobrotliwie głowę ku sąsiadowi.
— Jestto rzeczywiście osobistość niepospolita... mamy prawo po niéj spodziéwać się wiele... Inteligencyja wielka... rozwaga nad wiek... bardzo poważny... chłodny... a to nie przeszkadza mu być w salonie bardzo miłym.
— Czy będzie grand train prowadził? — przerwała staruszka z podwiązaną brodą...
— Nie sądzę — odpowiedziała gospodyni domu — nie jest to ani w tradycyjach familijnych, ani — o ile sądzić się godzi, w jego charakterze... Jestem przekonaną, że będzie żyć skromnie i oszczędnie...
— Ale tak... — przerwał dyrektor egzaminujący obraz, jakby wychodząc nagle z zadumy. — Kucharza zatrzymał starego i wcale przyjmować pono nie myśli...
Po ustach wielu osób przebiegł uśmieszek nieznaczny...
— Ja tego nie pochwalam — dodał pewien szambelan łysy stojący z tyłu. Noblesse oblige, wielkie domy powinny stać na odpowiedniéj stopie, zwłaszcza gdy środki starczą, winny to sobie i krajowi.
— Ale mój szambelanie — odezwała się hrabina, wyciągając swe koronki — kawaler młody, po co mu dom? Nie potrzebuje się dobijać o nic, bo wszystko ma... a chce zapewne rozpatrzéć się naprzód w towarzystwie, nim w nim stanowcze miejsce zajmie...
Alons, c’est donc un voyage des decouvertes, qu’il entreprend, — szepnęła złośliwa pani z podwiązaną brodą.
Wyrazy te rzucone widocznie z zamiarem, by zawarty w nich dowcip został oceniony, nie miały jeszcze czasu wywrzéć wrażenia na słuchaczach, gdy szmer cichy dał się słyszéć w pokojach; umilkło potem wszystko, kroki męskie tylko ozwały się w pierwszéj salce, i w świetle lampy ukazał się młodzieniec..., którego i gospodyni i goście jéj ze szczególną skwapliwością witać poczęli. Hrabina z koronką uśmiechnęła mu się, podając rękę, pani z czarnemi niegdyś oczyma szybko się podniosła starając się, by jéj nie pominął; eksminister wstał dla powitania, a reszta osób niespokojnie oczekiwała zbliżenia się do niego.
Książę Nestor, on to był bowiem, z wielką zręcznością i wprawą człowieka, obytego ze światem, potrafił wszystkim wymaganiom zadość uczynić. Był nadzwyczaj grzecznym i nie uchybił nikomu, znać było jednak, że do nikogo téż nazbyt zbliżać się nie chciał. Ze szczególną uprzejmością i galanteryją zwrócił się ku paniom naprzód, powiódł oczyma szukającemi zapewne pięknych twarzyczek, w które salon tego wieczora nie obfitował, przemówił kilka słów półgłosem i cofnął się nieco, jakby pragnął wmieszać w tłum i zniknąć w nim skromnie.
Książę, pomimo iż miał nieco podobieństwa do złotéj młodzieży, z którą wszystkie niemal cechy zewnętrzne wspólne mu były — różnił się jednak od niéj charakterystyczniejszą fizyjonomiją. Był to mężczyzna przystojny, miłéj twarzy, wejrzenia przenikliwego: ubrany z wielką prostotą i smakiem, z wyszukaną niemal na wielkiego pana skromnością. Oblicze jednak nie zdradzało w nim nic genijalnego, wyższego — a zdawało się pokrywać dosyć umiejętnie pozorem spokoju i wytrawności temperament namiętny i duszę niespokojną. Pomimo wysiłku, z jakim się starał pozostać obojętnym, widać było, że go niepokoiły wejrzenia nań zwrócone, że myślał, jak się przedstawić, iż więcéj grał swą rolę, niż był sobą. Rola ta jednak była umiejętnie i z wielką naturalnością pojętą. Nie zdradzał wewnętrznego niepokoju — uśmiéchał się, przybiérał ton chłodny, powierzchowność roztargnionego.
Znalazło się zaraz miejsce w bliskości pani domu, które przybyły zajął swobodnie i umiał natychmiast zawiązać rozmowę tak, aby cały jéj ciężar zrzucić na innych. Sam więcéj oczyma biegał po salonie, niż mówił, mieszał się tylko urywanemi słowy do niéj i zdawał z umysłu nie wypowiadać ani długo, ani wyraźnie, ani stanowczo.
Badał raczéj tych, z któremi był, niż się dał przeniknąć.
To, z czem się odzywał, było tak rozważne i zręczne, iż nie raziło ani trywijalnością, ani ekscentrycznością.
Gdyby nie aureola imienia i majątek, książę wydałby się może cale pospolitym młodzieńcem — lecz w blasku tych akcesoryjów najmniejsze słówko jaśnieje bengalskim ogniem dowcipu... Ludzie robią z niego coś nadzwyczajnego..
Nie dziw téż, że półsłówka, któremi się opędzał i odstrzeliwał, wzbudzały najwyższe współczucie i tłumaczone były jako pełne głębokości zdania... U sławnych wirtuozów omyłki uchodzą nawet za głęboko obmyślane dysonanse.
Eksminister, który z obowiązku tytułu, jaki nosił, lubił udawać poważnego statystę, wtoczył zaraz rozmowę na tor zadań społecznych i zagadnień ogólnego znaczenia. Dało mu to tylko doskonałą zręczność w niewielu słowach powiedzenia kilku komunałów i niedorzeczności. — Książę przyjął je z pobłażaniem i zbył jak sztukęmięsa podaną omyłką przy deserze... Widocznie odsłaniać się nie chciał... Hrabina daleko zręczniéj zagadnęła go o przyszły tryb życia, pytając, czy myśli w mieście zamieszkać.
— Za nic jeszcze ręczyć nie mogę — odparł książę — potrzebuję się rozpatrzéć we własném i ogólném położeniu, nauczyć wiele, rozważyć... Miasto dosyć się mi uśmiécha, na wieś ciągną obowiązki... Nie mam prawa zbyt dogadzać zachciankom wobec surowych i pilnych obowiązków.
To mówiąc, spuścił skromnie oczy, a hrabina w milczeniu spojrzała na baronową, jakby jéj chciała powiedziéć.
— Widzisz już, co to za człowiek...
Eksminister głowę schylił na piersi, jakby aprobując to zdanie, poczém kilkakroć kiwnął nią z powagą wielką i spojrzał w sufit...
Wszystkie panie wymieniły wejrzenia. Z tyłu powtarzano dla tych, którzy nie mieli szczęścia dosłyszéć wyrazów księcia, co i z jakiego powodu powiedział.. Dyrektor, znawca dzieł sztuki, przysunął się i wcale niestosownie wystrzelił zapytaniem...
— Książę jest téż podobno miłośnikiem kunsztu?
Zagadnięty spójrzał i roześmiał się.
— Ja? nie — odparł zwolna, — mamy wiele pilniejszych wprzódy do spełnienia obowiązków zaniedbanych, nim koléj przyjdzie na rzeczy zbytkowne i nieprodukcyjne...
— Jakto? nieprodukcyjne? podchwycił zgorszony dyrektor... przecież Carrey powiada...
— A! Carrey! Ameryka już może tak rozumować, ale my...
To mówiąc, książę szybkim rzutem oka objął towarzystwo, jakby chciał zbadać wrażenie, które wyrazy jego uczyniły..
Odpowiadać ono musiało jego życzeniu, gdyż lekki uśmiéch przebiegł po ustach księcia.
Na twarzach słuchaczów malowało się trochę zdziwienia nad odwagą cywilną człowieka, który sztuce prawa do bytu u nas zaprzeczał; inni, dla których wszelka nowość i opozycyja jest pożądaną, bo odpowiada zgryźliwemu ich temperamentowi, widocznie zdawali się potwierdzać zdanie księcia. Bądź co bądź było ono lub zdawać się mogło natchnione poważnym zapatrywaniem się na sprawy i potrzeby krajowe... stawiło więc autora odrazu na wyższym stanowisku, surowego ekonomisty, który miał męztwo mierzyć się — choćby z Carrey’em.
Dyrektor, z powołania będący obrońcą sztuki, zrazu może zamierzał skruszyć kopiją w jéj obronie, lecz nawykły tylko do ferowania wyroczni, niezbyt wymowny, przewidując zresztą z usposobienia towarzystwa, iż nikt mu w pomoc nie przyjdzie... zamilkł z pewną dumą.
— Nie zapiéram ważności sztuki dla wykształcenia — dodał książę — ani jéj pożytku, lecz nawet to, co najpotrzebniejsze, w swoim miejscu i czasie przychodzić powinno...
Hrabina z koronkami i wszystkie niemal panie spojrzeniami i twarzami okazały księciu, jak go umiały ocenić. Jedna tylko żółciowa stara panna, zdająca się głębiéj sięgać nieco nad inne w charakter i pobudki mowy książęcéj, nieznacznie się uśmiéchnęła.
Uśmiéch ten nie uszedł uwagi interesowanego, którego dotknął silniéj może, niżby się spodziéwać można. Cichy ten, ironiczny półuśmiéch zaniepokoił go, zamilkł i zdawał się nieco zmieszanym.
— Czy pani ma co przeciwko moim wnioskom? — spytał cicho starą pannę, wcale się pono niespodziewającą takiego szczęścia...
— Ja? — z pozornym przestrachem odpowiedziała zagadnięta — ja? a! zmiłuj się książę, czyżbym śmiała w tak poważną wdawać się dyskusyją, przechodzącą siły d’une faible femme. Ale ja — nie mam nic a nic... owszem, admiruję... admiruję... słucham...
Wyrazom tym towarzyszył znowu tak złośliwy uśmiészek iż książę Nestor, nie przeciągając dłużéj rozmowy sam zwrócił się do blisko stojącego hrabiego Adama, który zawsze jeszcze przez lupę przypatrywał się książce, ale pilnie słuchał rozmowy i zbliżył się był nawet ku głównéj grupie.
— Panie hrabio — rzekł grzecznie — wy tu jesteście powagą i możecie pewnie lepiéj odemnie sądzić o potrzebach czasu i kraju — cóż mówicie o sztuce... czy ona u nas na dobie...
Zwolna hrabia Adam podniósł twarz, po któréj tajemnicze jakieś przebiegały cienie i światła, zdawał się słuchać pilnie, myśléć — i zastanawiać, nim stłumionym odpowiedział głosem, i niedobrą polszczyzną, bo w języku własnym, skutkiem dziwnego składu okoliczności i piérwotnego wychowania, nie miał wprawy.
— Jabym sądziłbym — że to, co już żyje, temuby prawa do życia odmawiać nie należało... Gdybyśmy miłość i uprawę sztuki wprowadzać dopiéro mieli i szczepić, powiedziałbym może, iż są w istocie piękniejsze do robienia rzeczy — ale gdy już w życiu naszém pewne, choć skromne, miejsce zajmuje — przynajmniéj wytępiać jéj się nie godzi i rozwoju jéj tamować. Szkodliwą przecież być nie może — zawsze to środek kultury...
Domówiwszy tych wyrazów hrabia, zarumieniony, skromnie znów spuścił oczy na książkę i zdawał się mocno nią zajęty, już nawet nie oczekując odpowiedzi. Szacunek powszechny zdobyty już oddawna przez hr. Adama całego życia postępowaniem, przyczynił się do przyjęcia wyrzeczonego przezeń zdania z tak powszechném uznaniem, iż i książę, spojrzawszy po otaczających, najwłaściwszém znalazł zgodzić się na nie.
Tak i ja to rozumiem, pośpieszył zakończyć spór..
Zwycięztwo zostało przy hr. Adamie, lecz i walka z taką powagą nie ujmowała księciu, który zaraz rozpoczął coś mówić ze schylonym nad książką pocichu.
Dyrektor-artysta, który ostatniéj rozprawy był niemym tylko świadkiem, ręce włożywszy w kieszenie zwolna wyszedł z koła rozmawiających i począł przez szkiełko przypatrywać się staréj filiżance saskiéj stojącéj na konsoli. To go uwolniło od ciężkiéj dlań polemiki.
Hrabina, która szczególniéj zdawała się zajmować kuzynkiem, gdyż między nią a młodym gościem zachodziło jakieś odległe pokrewieństwo, zagadnęła go o gusty i upodobania.
Zwykła była zawsze mówić aksyjomatami, i tym razem więc rozpoczęła od argumentu niezbitego.
— Nie rozumiem człowieka, szczególniéj młodego, — odezwała się poprawiając i wyciągając swe Cluny..., którym się przypatrywała ze stron różnych — nie rozumiem człowieka bez jakiegoś celu, upodobania, bodajby fantazji. Jakżeby żyć nie kochając, nie lubiąc, nie zajmując się niczém..... Cóż książę lubisz szczególniéj?
To pytanie a tout portant, od kogo innego byłoby może nieprzyzwoitém i natrętném. Od poważnéj kuzynki mogło pochodzić za gorliwe zajęcie się wielkich nadziei młodzieńcem.
Nim się zebrał na odpowiedź, książę przez chwilę patrzał z uwagą w głębiny swego kapelusza, który trzymał w rękach.
— Niezmiernie trudna odpowiédź, — rzekł po namyśle. — Mam za zasadę wstrzymywać się od zbytnich, łatwo w namiętność przechodzących fantazyj, nie zapiéram się jednak, że lubię bardzo poważną pracę, wesołą zabawę...
— A! ogólnikami mnie zbywasz! — ruszając ramionami odezwała się hrabina.
— Więc powiem, że lubię..... gospodarstwo i konie.
— Sportsmanem jesteś, to mnie nie dziwi, — podchwyciła hrabina, — masz to we krwi. C’est trés distingué, choć się ludzie na to rujnują czasami.
— A interesa cię nudzą? — dodała nieubłagana pani.
— A! przeciwnie... znajduję, że mogą nawet żywo zajmować... Nie nudzę się nigdy tém, co konieczne, a interesa dziś są koniecznością. Dawniéj zdawaliśmy je na ludzi, wychodziliśmy na tém nie dobrze.... trzeba się z tego poprawić.....
— Cieszy mnie to, co książę mówisz! widzę, że będziesz ideałem... a dobrze choć pragnąć nim zostać!
Słysząc tę pochwałę, hrabia Adam podniósł nieco głowę, żółciowa panna zwróciła się w bok, aby jéj półśmiéchu nie dostrzeżono, eksminister głową kiwnął na znak gorącéj afirmatywy.
Książę pochylił się nieco, ukłonem tym wyrażając podziękowanie... a właśnie że wnoszono herbatę i ruch ustępujących przed tacą osób dozwalał zmienić miejsce, usunął się w głąb' nieco.
Tu złota i złocona młodzież skwapliwie się zaczęła cisnąć dla otarcia o tego szczęśliwego losu wybrańca. Książę z wielką naturalnością, swobodą, popularnością nawet dawał się zbliżać do siebie, lecz widać było, że cały się tym panom oddać nie życzył... Wmieszany między nich, jednych lat z niémi, na pozór do nich podobny, ogromnie się wszakże wyróżniał. Gonili za nim i starsi, a nadewszystko ścigały go oczy kobiéce z ciekawością i zajęciem... Panna w złotych okularach przez cały wieczór wpatrywała się w niego pilnie, — żółta téż choć zdala nie spuszczała go z oka. Baronowa pochyliła się do hrabiny.
— Pierwszy raz może w życiu trafiło mi się, że ideał odpowiedział mojemu oczekiwaniu. Znajduję księcia prawie lepiéj jeszcze, niż mi go odmalowano...
Hrabina spojrzała na nią z zadowoleniem.
— Byłam tego pewną, — szepnęła, — że on tu zakasuje wszystkich.
— Tylko nie hrabiego Adama! — cichutko dodała gospodyni.
— Ale między niemi współzawodnictwa być nie może, — podchwyciła hrabina, — Adam trochę ekscentryczny, starszy... najzacniejszy z ludzi, nie przeczę..... ale, pozwól sobie powiedziéć, nadto ustępstw podobno czyni dla czasu, dla obyczaju, dla teoryj nowych...
A! doprawdy! walcząc z chęcią obrony i obawą narażenia sobie sprzeciwieniem się hrabiny, która nie znosiła opozycyi najmniejszéj, — doprawdy — wymówiła baronowa.
Hrabina wejrzeniem już tylko odpowiedziała, ale tak pewném siebie, iż gospodyni umilkła. Wiedziała, że z hrabiną ani sporu prowadzić, ani miéć nadziei przekonania jéj nie było podobna.
Reszta zebranego w salonie towarzystwa oczekiwać się tylko zdawała, na wyśliźnięcie się księcia, (który wkrótce potém zniknął,) by chórem zgodnym zanucić hymn na jego pochwałę.
Nawet uszczypliwa staruszka z podwiązaną brodą odezwała się sybilijnym głosem:
Ten ma wielką przyszłość przed sobą! za to zaręczyć wam mogę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.