Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/11

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    rozbujałych myśli. We wszystkiem odbijał się wyraziście charakter urzędnika, który umié być pokornym i płaskim względem starszyzny, a nieubłaganie dumnym i surowym dla podwładnych. Ten sam Lavater, o którym wspomnieliśmy, odgadłby w nim smętnego teraźniejszości krytyka, mszczącego się na ludziach za swą dymisyją i przerwaną karyjerę.
    Nikt od niego nic nie słyszał nad narzekania na to, co było, i opowiadania o lepszéj przeszłości...
    Lecz możnaż wymagać od człowieka, co jeździł karetą, aby chwalił czasy, które go do chodzenia pieszo, jak pospolitego śmiertelnika — zmuszały.
    W reszcie tłumu gości wydatniejszym był jeszcze jegomość w starym fraku z lornetką w oku, z twarzą o szérokich ustach i rzadkich bokobrodach, rozpłaszczoną, nadętą, pełną komicznéj zarozumiałości, — oparty na szérokich a płaskich stopach na sposób kolosa rodyjskiego, — zowiący się jakimś dyrektorem, a uchodzący za wyrocznię w rzeczach sztuk pięknych, na których znawstwo chorował tak długo, iż mu w końcu ludzie uwierzyli. Z rękami w kieszeniach, zdawał się oczekiwać, by go zawezwano do ogłoszenia zdania nieodwołalnego w rzeczach starożytności, kunsztu, — bryk à braku, porcelany i t. p., lub — może — by go na obiad poproszono, bo obiady lubił przynajmniéj tyle, co popis ze znawstwa sztuki... Na tę niewinną istotę nikt się nie zdawał uwa-