Roboty i prace/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Roboty i prace
Podtytuł Sceny i charaktery współczesne
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1875
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ROBOTY I PRACE.
SCENY I CHARAKTERY WSPÓŁCZESNE
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.

WARSZAWA.
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA.

1875.
Дозволено Цензурою
Варшава, 9 Октября 1874 г.

Druk J. Ungra, Warszawa. Nowolipki Nr 2406.






W salonie pani baronowéj, — którą tylko tym tytułem, przyznanym jéj zagranicą przez grzecznych Germanii synów, nazwiemy, gdyż nomina sunt odiosa, — zbiérał się zawsze, jak wiadomo, kwiat i śmietanka najwykwintniejszego towarzystwa.
Z tych, którzy pozyskali w nim prawo obywatelstwa, każdy prawie mógł się jakimś pochwalić tytułem. Jeśli mu brakło świetnego imienia i spadkowego, kopertowego hrabstwa, szczycił się przynajmniéj jakimś dostojeństwem, niegdyś piastowanym lub posiadanym jeszcze: naostatek choćby pozyskaną sławą jakąś i stosunkami, dozwalającemi książąt nazywać zdrobniałym ich imieniem. Książęta tutejsi, jak większa ich część u nas, niestety, należeli do kategoryi tych, którzy zdawna swoich udziałów zostali pozbawieni; — hrabiowie byli to comites in partibus świętego państwa rzymskiego; baronowie wywodzili się od mitycznych nadreńskich baronij, których ruiny bluszcze posiadły. Nie mało téż bywało tu prezesów juryzdykcyj oddawna nie istniejących, dyrektorów zakładów, po których nie zostało ani śladu, i radzców różnych potęg, epok i klas, w archeologii zapisanych...
Sama gospodyni, wdowa po wysokim urzędniku, z domu niegdyś świetnego imieniem, miała do wyboru nazywać się prezesową lub baronową, z baronostwem jednak lepiéj jéj było do twarzy, a że podróżowała często, wolała kwalifikacyą dla cudzoziemców przystępniejszą. Byłato osoba otyła już, a niegdyś z wdzięków słynąca, pięknego pochodzenia, wychowana z największym staraniem, dystyngowana bardzo, pełna smaku, obdarzona pamięcią i przytomnością niepospolitą. Tym przymiotom była ona winną poufałą znajomość i stosunki ścisłe w najwyższych sferach, tak, że wcieliła się zupełnie w ten świat, który nie łatwo kogo obdarza takim przysposobieniem za dziécię własne.
Salon baronowéj gromadził z mocy tego przywileju i brylanty czystéj wody, i nazwiska historyczne, których lustr nie ulegał najmniejszéj wątpliwości — i wszystko, co miało pozór jakiś dystyngowany: chociaż arcycharakterystyczne tytuły tych gości, ściśle przedsięwziętéj kontroli wytrzymać nie mogły. Lecz wszędzie na świecie przedawnienie wiele znaczy, liczyli się więc do śmietanki i kwiatu, opiérając na prejudykatach, ludzie różnéj miary i wagi.
Dom baronowéj był poniekąd tym gruntem neutralnym, tolerującym, na którym, pod pewnemi warunkami, i plebejuszom bardzo majętnym i artystom nawet popisywać się wolno było z francuszczyzną, ortodoksyją, a obrzydzeniem ku demokracyi i liberalizmom wszelkiego rodzaju.
Jednakże komu nie dostawało pergaminu, musiał się pryncypiami głoszonemi mężnie opłacać: — co do tych baronowa była surową.
Oprócz gospodyni towarzystwo tego wieczora składało się z poufałego kółka jéj przyjaciół i przyjaciółek z dat różnych.
Obok niéj, na uprzywilejowanym miejscu siedziała prawdziwie wielka pani, — rodem, twarzą i złym humorem odznaczająca się. — Rysy jéj twierdziły o znakomitéj téż niegdyś piękności, którą wiek tak starł, jak z greckich posągów zdziéra ich wdzięk pierwotny, zastępując go niby snem urody. Położył on na jéj miejscu chłód zawodów żywota, dumę zwycięstw nad losem odniesionych, wyraz nabytéj energii i wykształcenia a rozumu, który dały lata: — każdy mógł w niéj poznać wielką panią i niewiastę wielkiego charakteru. Nie myślała o przypodobaniu się nikomu, siedziała tak swobodnie, jakby była w domu i sama, nie zważając wcale na to, co ją otaczało, a niekiedy wzgardliwie prawie spoglądając na towarzystwo. Dla niéj ono nie miało tajemnic... Słuchała więcéj, niż mówiła, a zdawała się ciągle głęboko zamyśloną, albo robotą zajętą. Czasem wyraz jaki rozbudzał ją z dumań, podnosiła głowę, popatrzyła i posłuchała, zmilczała lub, słowo rzuciwszy na szalę rozmowy, obojętnie powracała do siatki rozłożonéj na kolanach.
Trochę daléj widać było staruszkę, wielce arystokratycznych i dotąd pięknych rysów twarzy, z oczyma czarnemi, wpadłemi głęboko, oczyma co niegdyś musiały staczać boje zwycięskie, — z podwiązaną brodą szeroką wstążką, — ubraną czarno, lecz z wykwintnością niemal przesadzoną i trochę zbytniemi błyskotkami, starającą się trzymać prosto, niekiedy niby przypadkiem pokazującą rączkę białą i piękną — pamiątkę przeszłości... Uśmiészek błądził po jéj zwiędłych ustach, powieki przymrużały się melancholicznie, czasem lornetka złota słabemu pomagała wzrokowi... patrzyła na otaczających, zdając się dziwować, że ją, jak dawniéj, nie otaczał ów orszak wielbicieli, do którego przywykła. Czasem zebrała się na ostre, dowcipne, złośliwe słówko, i rzuciła je w rozmowę, przysłuchując się z roskoszą wrażeniu, jakie czyniło... Dowcip jéj trochę szukany, na starość musiał się stać piekącym i zjadliwym, bo inaczéj przeszedłby może nie uznanym. Wielbiona dawniéj, — dziś była przynajmniéj postrachem. Zawsze to lepsze jest od obojętności.
Po za temi paniami widać było, chwilowo, milcząco ale pilnie rozpatrującą się i rozsłuchującą kobiécą postać, dobrze niemłodą, bladą, z twarzą nalaną, nieco otyłą, w czarnéj sukni pod szyję, w któréj łatwo poznać było można starą pannę. Żółć przez lat blisko pięćdziesiąt zbiérająca się, nadawała wyrazowi jéj fizyjonomii cóś dziwnie surowego i jakby zagniéwanego... Milczała, dając się każdéj z pań rozgadać szeroko, ale nawet po dowcipie rozżarzonym staruszki z podwiązaną brodą, jéj śmiéch i słowo czyniło wrażenie sarkazmem i ironiją nieubłaganą.
Oprócz tych osób, płci niegdyś pięknéj — słusznego wzrostu panna, bardzo dojrzała, w złotych okularach, przybrana dosyć ekscentrycznie, któréj tylko nazbyt bujny nos przeszkadzał być piękną przed laty piętnastu, — stała, ciekawie przysłuchując się rozmowie, ale razem obojętnie. — Dowcipy i złośliwości rzadko ją poruszały do śmiéchu, — drgnęły czasem ramiona, skrzywiły się usta, — częściéj jednak starała się ukryć napadające ją spazmatyczne ziéwanie... Naówczas poprawiała złote okulary i odwracała od towarzystwa, patrząc gdzieś wdal zimnemi oczyma... Dwie lub trzy jeszcze osoby w półcieniach, na drugim planie, scharakteryzować się nie dawały.
Po za niemi siedzieli i stali w większéj liczbie mężczyzni.
Wysokiego wzrostu młody człowiek, jeden z najmajętniejszych panów w kraju, twarzy poważnéj, ułożonéj starannie, ale nic nie mówiącéj (bo właśnie nic mówić nie chciała), — nie piękny i nie brzydki, zagadkowéj fizyjognomii, nie ulegającéj żadnemu zarzutowi powierzchowności, przyzwoitéj a skromnéj aż do zbytku... zajmował pierwsze miejsce. — Malarz powiedziałby, że stał, jak do portretu, lecz życie nauczyło go bez najmniejszego wysiłku być tak zawsze historycznym zjawiskiem nierozwikłanego znaczenia. Pozował do portretu życie całe.
Za nim, w skromnym bardzo ubraniu, rysów drobnych i dosyć delikatnych, choć nie pięknych, wyrazistych i jakby umyślnie mgłą jakąś tajemniczą przysłonionych, z książką w ręku, którą przez szkiełko uważnie przepatrywał, stał hrabia Adam, — zdając się nie bardzo zważać na to, co szczebiotano dokoła niego. W postaci jego nie było nic uderzającego, nic — czemby ona chciała zwracać oczy na siebie, — niknął łatwo w tłumie, — jednakże jakiś Lavater salonowy byłby go wyróżnił zaraz, i poznał w nim jednego z tych ludzi, których los na zajęcie stanowiska ważnego w społeczeństwie przeznacza. Ile razy bystry wzrok jego z książki się podniósł na ludzi, by natychmiast od nich na karty znowu powrócić, — błyskało coś z tych małych oczu niepospolitą inteligencyją i siłą jakąś wolę stanowczą wyrażającą.
Daleko więcéj miejsca zajmował obok zaraz imponująco rozsiadły w fotelu, jakiś eks-minister, który zarazem był niegdyś, jeśli nie pięknym, to urodziwym i ogromnym mężczyzną, o czem pono zarówno, jak o chwilowym ministeryjalnym portfelu, dotąd zapomniéć nie umiał. Z wygolonéj starannie twarzy i układu włosów, nieco wyszłego z mody, z ruchów i manjery można było oznaczyć epokę najwyższéj świetności jego, w któréj skamieniał i wyjść już z niéj nie umiał... Rumiana twarz zgrubiałych rysów dowodziła nie normalnego krwi obiegu, a kształty czoła niezbyt rozbujałych myśli. We wszystkiem odbijał się wyraziście charakter urzędnika, który umié być pokornym i płaskim względem starszyzny, a nieubłaganie dumnym i surowym dla podwładnych. Ten sam Lavater, o którym wspomnieliśmy, odgadłby w nim smętnego teraźniejszości krytyka, mszczącego się na ludziach za swą dymisyją i przerwaną karyjerę.
Nikt od niego nic nie słyszał nad narzekania na to, co było, i opowiadania o lepszéj przeszłości...
Lecz możnaż wymagać od człowieka, co jeździł karetą, aby chwalił czasy, które go do chodzenia pieszo, jak pospolitego śmiertelnika — zmuszały.
W reszcie tłumu gości wydatniejszym był jeszcze jegomość w starym fraku z lornetką w oku, z twarzą o szérokich ustach i rzadkich bokobrodach, rozpłaszczoną, nadętą, pełną komicznéj zarozumiałości, — oparty na szérokich a płaskich stopach na sposób kolosa rodyjskiego, — zowiący się jakimś dyrektorem, a uchodzący za wyrocznię w rzeczach sztuk pięknych, na których znawstwo chorował tak długo, iż mu w końcu ludzie uwierzyli. Z rękami w kieszeniach, zdawał się oczekiwać, by go zawezwano do ogłoszenia zdania nieodwołalnego w rzeczach starożytności, kunsztu, — bryk à braku, porcelany i t. p., lub — może — by go na obiad poproszono, bo obiady lubił przynajmniéj tyle, co popis ze znawstwa sztuki... Na tę niewinną istotę nikt się nie zdawał uważać; dyrektor tymczasem, lornetkę włożywszy w oko, zmrużywszy drugie, wpatrywał się z surowym obliczem w piękny portret gospodyni domu, malowany przed dziesięciu laty i wystawiający ją w śród rzymskiéj Kampanii, na tle sinym, po którym biegły wodociągów ruiny i pinij rozrzuconych bukiety...
Wszystkie te figury wydatniejsze i mniéj wybitne drugiego planu, w półświetle, półcieniu — obracały się na tle w głębi rozciągniętém pań siedzących parami po kątkach i kilkunastu panów, minorum gentium, podobnych, jak dwie krople wody do siebie i do tych salonowych europejskich postaci, jakie widzieliśmy wczoraj, spotkamy dzisiaj i nie rozminiemy się z niemi nigdy, gdziekolwiekbądź się znajdziemy w salonie od Madrytu do Petersburga.
Nie możemy téż pominąć przedstawicieli złotéj młodzieży z kapeluszami pod pachą, w klasycznie powciąganych na niepiękne ręce rękawiczkach, z kołnierzykami krochmalnemi i całym tym strojem, jaki moda na nich wdziéwa. Z któréjkolwiek strony spojrzałeś na nich, czy z téj, z któréj admirować musiałeś nieposzlakowanéj powierzchowności liniją prostą, rozdzielającą ich włosy na wcześnie już łysiejących czaszkach, — czy z owéj, co wykrojoną na piersi wdzięcznym tokiem ukazywała kamizelkę bez zmarszczki, — wszyscy oni, jak żołnierze jednego pułku zyskiwali oklaski za dzieła mistrzów krawieckich, którym służyli za laski. Lavater by ich pominął może, a ekonomista westchnął, pytając, co te istoty oprócz nudów produkują: — ale — zawsze to jest ozdoba salonów.
Na pogrzebach musiały być dawniéj najęte płaczki, dziś idą w czarnych frakach lokaje; — salon musi miéć téż tego rodzaju reprezentacyją ogółu.
Był to rodzaj rautu, albo raczéj wieczora tygodniowego pani baronowéj, która ze względów oszczędności nie wysilała się na nic więcéj, oprócz filiżanki herbaty mdłéj, którą goście potrzymawszy w rękach i kilka razy do ust przyłożywszy, ustawiali potem skrycie po kątach, nie mogąc się zdobyć na heroizm wypicia jéj do dna. — Podawano do niéj zwykle tacę z ciastkami i bułkami, misternie okrytą niemi nie wielkim kosztem, — któréj nikt oprócz dzieci nie tykał.
Nikt téż tu nie szedł ani dla owéj harbaty, ani dla ciastek, ale dla szczęścia otarcia się o dostojne osoby piérwszego towarzystwa, dla roskoszy pomówienia z hrabiną, zbliżenia się do księcia, ukłonienia eks-ministrowi, rozprawiania z dyrektorami i prezesami, aby nazajutrz wspomniéć o tém wobec profanów: „Mówił mi radca, nie daléj, jak wczora“... Tu się można było dowiedziéć najdokładniéj, jaki wiatr powiéwał w téj chwili, jaki wypadek zachwiał równowagę spokojnego społeczeństwa, jaki komeraż zwaśnił ludzi, kto umarł, kto się starał, żenił, wynosił i przybywał, — jaki nowy dowcip, odgrzany ze szczątków starego i zużytego, narodził się i obiegał wkoło: — słowem... o wszystkiém, czém ta cząstka towarzystwa żyła w niedostatku pracy i zajęć poważniejszych.
Tu było można mówić, — w pewnych przynajmniéj godzinach, — bez obawy kompromitacyi o innych warstwach społeczeństwa, które stały zdala od salonu... a choćby chwilowo doń zaglądały, nie mieszały się nigdy chemicznie z tutejszemi żywiołami, choć z niemi wychowaniem, wpływami, majątkami mogły walczyć o lepszą. Autochtoni tego salonu patrzyli na wędrowców wylądowujących na tę wyspę z pewnym rodzajem chłodnéj pogardy... Ludzie pracy tolerowani byli wprawdzie — lecz trzymani zdala. Jedyny może wyjątek stanowił hrabia Adam, który téż przychodził rzadko, stał najczęściéj, jak teraz, milczący, przepatrujący pochwyconą w kątku książkę, i odchodził spełniwszy, co się zwało obowiązkiem przyzwoitości... Hrabia Adam szanował tradycyje nawet salonowe...
Salon był duchem i charakterem przeważnie arystokratyczny: — było to owo miłe ustronie, w którém uchodziło bezkarnie mówić dowcipne rzeczy niestworzone i wyśmiéwać się z wyszukanych zręcznie śmiészności ludzi, nie mających ani czasu, ani ochoty do dziecinnych form przywiązywać jakąś wagę. Hrabia Adam, który od nikogo nie stronił, żył ze wszystkiemi, obracał się z równą łatwością w każdém kole, — na ironiczne sarkazmy czasem się uśmiéchał, gdy się w nim pańska żyłka odezwała, — częściéj ich nie słuchał...
Dowcip i złośliwość były na porządku dziennym: one płaciły za wszystko: zastępowały rozum, sprawiedliwość, sąd, rozwagę, — dosyć tu było miéć błyskotliwą łatwość igrania ze słowem, ażeby uchodzić za wielkiego człowieka.
Wprawdzie, gdy się skąd iskry sypią, można się domyślać wielkiego ciepła, ognia i światła zapasów... lecz jakże często bukiet owych gwiazd bywa fajerwerkiem tylko!!
Nie można się téż dziwić, że te wszystkie wielkości przeżyte, prześnione, upadłe, poronione — mściły się na świecie, iż na nim roli, jaką chciały, albo odegrać nie mogły nigdy, lub zbyt krótko grały... Dowcip im jeden pozostał... za pokarm, rozrywkę i sławę.
W tym dniu wszakże złośliwość najmniéj może miała widoków popisu. Uwaga wszystkich była zwróconą na jeden przedmiot, na jedno zapowiedziane przez gospodynią zjawisko: na młodzieńca, który po raz piérwszy na świat o swéj sile występował...
Był nim znamienitéj staréj rodziny książę Nestor, pan wielkich włości, magnat, wychowany jak najtroskliwiéj, napojony tradycyjami familijnemi, którego poprzedzała sława, d’un jeune homme accompli... Książę Nestor znanym już był wielu osobom z widzenia; ale w tych czasach, gdy jeszcze ani ogromnemi dobrami nie władał, ani urzędownie na świat nie wystąpił; i do czynnego życia społecznego nie należał.
Teraz gdy stał się głową domu, a los dawał mu w ręce wszystkie środki odegrania świetnéj i wpływowéj roli, zwracały się nań oczy z rozbudzoną do najwyższego stopnia ciekawością, — nikt bowiem zgadnąć nie umiał, jaki motyl rozwinie się z téj skromnéj poczwarki.
Książę Nestor z pewném wahaniem, z wyrachowaniem i ostrożnością wychodził na świat; to, co o mm mówiono, nie dozwalało go odgadnąć. Wynoszono go zawcześnie pod niebiosa... były wskazówki pewne, iż zamierza odznaczyć się czémś i stać pożytecznym...
Niektóre panie widziały w nim już ideał, inne pragnęły naocznie sprawdzić to, co pobieżnie o nim słyszały.
Ile razy otworzyły się drzwi i któś nowy przesuwał przez tłum, aby ukłonem pozdrowić gospodynią — wzrok i lornetki starszych pań wytężały się niespokojnie w stronę drzwi — i po chwili zniechęcone opadały...
Tymczasem oczekiwanie niewątpliwe skracano dosyć ożywioną rozmową. — Hrabina, siedząca przy gospodyni na kanapie z siatką na kolanach, mówiła półgłosem do otaczających, niechcąc zapewne być od wszystkich słyszaną.
— Ja go znam od dziecka ale to rodzina, w któréj ludzie się późno rozwijają... Mamy prawo spodziéwać się po nim wszystkiego najlepszego — wychowanie staranne, przykłady domowe, dobra krew. Uchodził zawsze za chłopię żywe i roztropne, podobnym był do matki... Z tego, co mnie już doszło, widzę, że skromny, oszczędny i na seryjo się bierze do gospodarstwa i interesów...
— Konie słyszę bardzo lubi — wtrąciła staruszka z podwiązaną brodą.
Stara panna żółciowa, któréj znać nie wypadało głośno się z tém odezwać, szepnęła na ucho hrabinie...
— I baletniczki téż podobno!!
— Cóż znowu! — z oburzeniem niejakiém odtrąciła hrabina.
Mais il est très range!!
Panna uśmiéchnęła się złośliwie.
Osoby, które téj części rozmowy nie dosłyszały, nadzwyczaj zaciekawione umilkły, wejrzenia zwróciły się na pannę, ale ta złożyła ręce, wzięła chustkę w usta i zacięła je, jakby za karę zatykając.
Eksminister z nogą na nogę założoną cicho mówił — pochyliwszy dobrotliwie głowę ku sąsiadowi.
— Jestto rzeczywiście osobistość niepospolita... mamy prawo po niéj spodziéwać się wiele... Inteligencyja wielka... rozwaga nad wiek... bardzo poważny... chłodny... a to nie przeszkadza mu być w salonie bardzo miłym.
— Czy będzie grand train prowadził? — przerwała staruszka z podwiązaną brodą...
— Nie sądzę — odpowiedziała gospodyni domu — nie jest to ani w tradycyjach familijnych, ani — o ile sądzić się godzi, w jego charakterze... Jestem przekonaną, że będzie żyć skromnie i oszczędnie...
— Ale tak... — przerwał dyrektor egzaminujący obraz, jakby wychodząc nagle z zadumy. — Kucharza zatrzymał starego i wcale przyjmować pono nie myśli...
Po ustach wielu osób przebiegł uśmieszek nieznaczny...
— Ja tego nie pochwalam — dodał pewien szambelan łysy stojący z tyłu. Noblesse oblige, wielkie domy powinny stać na odpowiedniéj stopie, zwłaszcza gdy środki starczą, winny to sobie i krajowi.
— Ale mój szambelanie — odezwała się hrabina, wyciągając swe koronki — kawaler młody, po co mu dom? Nie potrzebuje się dobijać o nic, bo wszystko ma... a chce zapewne rozpatrzéć się naprzód w towarzystwie, nim w nim stanowcze miejsce zajmie...
Alons, c’est donc un voyage des decouvertes, qu’il entreprend, — szepnęła złośliwa pani z podwiązaną brodą.
Wyrazy te rzucone widocznie z zamiarem, by zawarty w nich dowcip został oceniony, nie miały jeszcze czasu wywrzéć wrażenia na słuchaczach, gdy szmer cichy dał się słyszéć w pokojach; umilkło potem wszystko, kroki męskie tylko ozwały się w pierwszéj salce, i w świetle lampy ukazał się młodzieniec..., którego i gospodyni i goście jéj ze szczególną skwapliwością witać poczęli. Hrabina z koronką uśmiechnęła mu się, podając rękę, pani z czarnemi niegdyś oczyma szybko się podniosła starając się, by jéj nie pominął; eksminister wstał dla powitania, a reszta osób niespokojnie oczekiwała zbliżenia się do niego.
Książę Nestor, on to był bowiem, z wielką zręcznością i wprawą człowieka, obytego ze światem, potrafił wszystkim wymaganiom zadość uczynić. Był nadzwyczaj grzecznym i nie uchybił nikomu, znać było jednak, że do nikogo téż nazbyt zbliżać się nie chciał. Ze szczególną uprzejmością i galanteryją zwrócił się ku paniom naprzód, powiódł oczyma szukającemi zapewne pięknych twarzyczek, w które salon tego wieczora nie obfitował, przemówił kilka słów półgłosem i cofnął się nieco, jakby pragnął wmieszać w tłum i zniknąć w nim skromnie.
Książę, pomimo iż miał nieco podobieństwa do złotéj młodzieży, z którą wszystkie niemal cechy zewnętrzne wspólne mu były — różnił się jednak od niéj charakterystyczniejszą fizyjonomiją. Był to mężczyzna przystojny, miłéj twarzy, wejrzenia przenikliwego: ubrany z wielką prostotą i smakiem, z wyszukaną niemal na wielkiego pana skromnością. Oblicze jednak nie zdradzało w nim nic genijalnego, wyższego — a zdawało się pokrywać dosyć umiejętnie pozorem spokoju i wytrawności temperament namiętny i duszę niespokojną. Pomimo wysiłku, z jakim się starał pozostać obojętnym, widać było, że go niepokoiły wejrzenia nań zwrócone, że myślał, jak się przedstawić, iż więcéj grał swą rolę, niż był sobą. Rola ta jednak była umiejętnie i z wielką naturalnością pojętą. Nie zdradzał wewnętrznego niepokoju — uśmiéchał się, przybiérał ton chłodny, powierzchowność roztargnionego.
Znalazło się zaraz miejsce w bliskości pani domu, które przybyły zajął swobodnie i umiał natychmiast zawiązać rozmowę tak, aby cały jéj ciężar zrzucić na innych. Sam więcéj oczyma biegał po salonie, niż mówił, mieszał się tylko urywanemi słowy do niéj i zdawał z umysłu nie wypowiadać ani długo, ani wyraźnie, ani stanowczo.
Badał raczéj tych, z któremi był, niż się dał przeniknąć.
To, z czem się odzywał, było tak rozważne i zręczne, iż nie raziło ani trywijalnością, ani ekscentrycznością.
Gdyby nie aureola imienia i majątek, książę wydałby się może cale pospolitym młodzieńcem — lecz w blasku tych akcesoryjów najmniejsze słówko jaśnieje bengalskim ogniem dowcipu... Ludzie robią z niego coś nadzwyczajnego..
Nie dziw téż, że półsłówka, któremi się opędzał i odstrzeliwał, wzbudzały najwyższe współczucie i tłumaczone były jako pełne głębokości zdania... U sławnych wirtuozów omyłki uchodzą nawet za głęboko obmyślane dysonanse.
Eksminister, który z obowiązku tytułu, jaki nosił, lubił udawać poważnego statystę, wtoczył zaraz rozmowę na tor zadań społecznych i zagadnień ogólnego znaczenia. Dało mu to tylko doskonałą zręczność w niewielu słowach powiedzenia kilku komunałów i niedorzeczności. — Książę przyjął je z pobłażaniem i zbył jak sztukęmięsa podaną omyłką przy deserze... Widocznie odsłaniać się nie chciał... Hrabina daleko zręczniéj zagadnęła go o przyszły tryb życia, pytając, czy myśli w mieście zamieszkać.
— Za nic jeszcze ręczyć nie mogę — odparł książę — potrzebuję się rozpatrzéć we własném i ogólném położeniu, nauczyć wiele, rozważyć... Miasto dosyć się mi uśmiécha, na wieś ciągną obowiązki... Nie mam prawa zbyt dogadzać zachciankom wobec surowych i pilnych obowiązków.
To mówiąc, spuścił skromnie oczy, a hrabina w milczeniu spojrzała na baronową, jakby jéj chciała powiedziéć.
— Widzisz już, co to za człowiek...
Eksminister głowę schylił na piersi, jakby aprobując to zdanie, poczém kilkakroć kiwnął nią z powagą wielką i spojrzał w sufit...
Wszystkie panie wymieniły wejrzenia. Z tyłu powtarzano dla tych, którzy nie mieli szczęścia dosłyszéć wyrazów księcia, co i z jakiego powodu powiedział.. Dyrektor, znawca dzieł sztuki, przysunął się i wcale niestosownie wystrzelił zapytaniem...
— Książę jest téż podobno miłośnikiem kunsztu?
Zagadnięty spójrzał i roześmiał się.
— Ja? nie — odparł zwolna, — mamy wiele pilniejszych wprzódy do spełnienia obowiązków zaniedbanych, nim koléj przyjdzie na rzeczy zbytkowne i nieprodukcyjne...
— Jakto? nieprodukcyjne? podchwycił zgorszony dyrektor... przecież Carrey powiada...
— A! Carrey! Ameryka już może tak rozumować, ale my...
To mówiąc, książę szybkim rzutem oka objął towarzystwo, jakby chciał zbadać wrażenie, które wyrazy jego uczyniły..
Odpowiadać ono musiało jego życzeniu, gdyż lekki uśmiéch przebiegł po ustach księcia.
Na twarzach słuchaczów malowało się trochę zdziwienia nad odwagą cywilną człowieka, który sztuce prawa do bytu u nas zaprzeczał; inni, dla których wszelka nowość i opozycyja jest pożądaną, bo odpowiada zgryźliwemu ich temperamentowi, widocznie zdawali się potwierdzać zdanie księcia. Bądź co bądź było ono lub zdawać się mogło natchnione poważnym zapatrywaniem się na sprawy i potrzeby krajowe... stawiło więc autora odrazu na wyższym stanowisku, surowego ekonomisty, który miał męztwo mierzyć się — choćby z Carrey’em.
Dyrektor, z powołania będący obrońcą sztuki, zrazu może zamierzał skruszyć kopiją w jéj obronie, lecz nawykły tylko do ferowania wyroczni, niezbyt wymowny, przewidując zresztą z usposobienia towarzystwa, iż nikt mu w pomoc nie przyjdzie... zamilkł z pewną dumą.
— Nie zapiéram ważności sztuki dla wykształcenia — dodał książę — ani jéj pożytku, lecz nawet to, co najpotrzebniejsze, w swoim miejscu i czasie przychodzić powinno...
Hrabina z koronkami i wszystkie niemal panie spojrzeniami i twarzami okazały księciu, jak go umiały ocenić. Jedna tylko żółciowa stara panna, zdająca się głębiéj sięgać nieco nad inne w charakter i pobudki mowy książęcéj, nieznacznie się uśmiéchnęła.
Uśmiéch ten nie uszedł uwagi interesowanego, którego dotknął silniéj może, niżby się spodziéwać można. Cichy ten, ironiczny półuśmiéch zaniepokoił go, zamilkł i zdawał się nieco zmieszanym.
— Czy pani ma co przeciwko moim wnioskom? — spytał cicho starą pannę, wcale się pono niespodziewającą takiego szczęścia...
— Ja? — z pozornym przestrachem odpowiedziała zagadnięta — ja? a! zmiłuj się książę, czyżbym śmiała w tak poważną wdawać się dyskusyją, przechodzącą siły d’une faible femme. Ale ja — nie mam nic a nic... owszem, admiruję... admiruję... słucham...
Wyrazom tym towarzyszył znowu tak złośliwy uśmiészek iż książę Nestor, nie przeciągając dłużéj rozmowy sam zwrócił się do blisko stojącego hrabiego Adama, który zawsze jeszcze przez lupę przypatrywał się książce, ale pilnie słuchał rozmowy i zbliżył się był nawet ku głównéj grupie.
— Panie hrabio — rzekł grzecznie — wy tu jesteście powagą i możecie pewnie lepiéj odemnie sądzić o potrzebach czasu i kraju — cóż mówicie o sztuce... czy ona u nas na dobie...
Zwolna hrabia Adam podniósł twarz, po któréj tajemnicze jakieś przebiegały cienie i światła, zdawał się słuchać pilnie, myśléć — i zastanawiać, nim stłumionym odpowiedział głosem, i niedobrą polszczyzną, bo w języku własnym, skutkiem dziwnego składu okoliczności i piérwotnego wychowania, nie miał wprawy.
— Jabym sądziłbym — że to, co już żyje, temuby prawa do życia odmawiać nie należało... Gdybyśmy miłość i uprawę sztuki wprowadzać dopiéro mieli i szczepić, powiedziałbym może, iż są w istocie piękniejsze do robienia rzeczy — ale gdy już w życiu naszém pewne, choć skromne, miejsce zajmuje — przynajmniéj wytępiać jéj się nie godzi i rozwoju jéj tamować. Szkodliwą przecież być nie może — zawsze to środek kultury...
Domówiwszy tych wyrazów hrabia, zarumieniony, skromnie znów spuścił oczy na książkę i zdawał się mocno nią zajęty, już nawet nie oczekując odpowiedzi. Szacunek powszechny zdobyty już oddawna przez hr. Adama całego życia postępowaniem, przyczynił się do przyjęcia wyrzeczonego przezeń zdania z tak powszechném uznaniem, iż i książę, spojrzawszy po otaczających, najwłaściwszém znalazł zgodzić się na nie.
Tak i ja to rozumiem, pośpieszył zakończyć spór..
Zwycięztwo zostało przy hr. Adamie, lecz i walka z taką powagą nie ujmowała księciu, który zaraz rozpoczął coś mówić ze schylonym nad książką pocichu.
Dyrektor-artysta, który ostatniéj rozprawy był niemym tylko świadkiem, ręce włożywszy w kieszenie zwolna wyszedł z koła rozmawiających i począł przez szkiełko przypatrywać się staréj filiżance saskiéj stojącéj na konsoli. To go uwolniło od ciężkiéj dlań polemiki.
Hrabina, która szczególniéj zdawała się zajmować kuzynkiem, gdyż między nią a młodym gościem zachodziło jakieś odległe pokrewieństwo, zagadnęła go o gusty i upodobania.
Zwykła była zawsze mówić aksyjomatami, i tym razem więc rozpoczęła od argumentu niezbitego.
— Nie rozumiem człowieka, szczególniéj młodego, — odezwała się poprawiając i wyciągając swe Cluny..., którym się przypatrywała ze stron różnych — nie rozumiem człowieka bez jakiegoś celu, upodobania, bodajby fantazji. Jakżeby żyć nie kochając, nie lubiąc, nie zajmując się niczém..... Cóż książę lubisz szczególniéj?
To pytanie a tout portant, od kogo innego byłoby może nieprzyzwoitém i natrętném. Od poważnéj kuzynki mogło pochodzić za gorliwe zajęcie się wielkich nadziei młodzieńcem.
Nim się zebrał na odpowiedź, książę przez chwilę patrzał z uwagą w głębiny swego kapelusza, który trzymał w rękach.
— Niezmiernie trudna odpowiédź, — rzekł po namyśle. — Mam za zasadę wstrzymywać się od zbytnich, łatwo w namiętność przechodzących fantazyj, nie zapiéram się jednak, że lubię bardzo poważną pracę, wesołą zabawę...
— A! ogólnikami mnie zbywasz! — ruszając ramionami odezwała się hrabina.
— Więc powiem, że lubię..... gospodarstwo i konie.
— Sportsmanem jesteś, to mnie nie dziwi, — podchwyciła hrabina, — masz to we krwi. C’est trés distingué, choć się ludzie na to rujnują czasami.
— A interesa cię nudzą? — dodała nieubłagana pani.
— A! przeciwnie... znajduję, że mogą nawet żywo zajmować... Nie nudzę się nigdy tém, co konieczne, a interesa dziś są koniecznością. Dawniéj zdawaliśmy je na ludzi, wychodziliśmy na tém nie dobrze.... trzeba się z tego poprawić.....
— Cieszy mnie to, co książę mówisz! widzę, że będziesz ideałem... a dobrze choć pragnąć nim zostać!
Słysząc tę pochwałę, hrabia Adam podniósł nieco głowę, żółciowa panna zwróciła się w bok, aby jéj półśmiéchu nie dostrzeżono, eksminister głową kiwnął na znak gorącéj afirmatywy.
Książę pochylił się nieco, ukłonem tym wyrażając podziękowanie... a właśnie że wnoszono herbatę i ruch ustępujących przed tacą osób dozwalał zmienić miejsce, usunął się w głąb' nieco.
Tu złota i złocona młodzież skwapliwie się zaczęła cisnąć dla otarcia o tego szczęśliwego losu wybrańca. Książę z wielką naturalnością, swobodą, popularnością nawet dawał się zbliżać do siebie, lecz widać było, że cały się tym panom oddać nie życzył... Wmieszany między nich, jednych lat z niémi, na pozór do nich podobny, ogromnie się wszakże wyróżniał. Gonili za nim i starsi, a nadewszystko ścigały go oczy kobiéce z ciekawością i zajęciem... Panna w złotych okularach przez cały wieczór wpatrywała się w niego pilnie, — żółta téż choć zdala nie spuszczała go z oka. Baronowa pochyliła się do hrabiny.
— Pierwszy raz może w życiu trafiło mi się, że ideał odpowiedział mojemu oczekiwaniu. Znajduję księcia prawie lepiéj jeszcze, niż mi go odmalowano...
Hrabina spojrzała na nią z zadowoleniem.
— Byłam tego pewną, — szepnęła, — że on tu zakasuje wszystkich.
— Tylko nie hrabiego Adama! — cichutko dodała gospodyni.
— Ale między niemi współzawodnictwa być nie może, — podchwyciła hrabina, — Adam trochę ekscentryczny, starszy... najzacniejszy z ludzi, nie przeczę..... ale, pozwól sobie powiedziéć, nadto ustępstw podobno czyni dla czasu, dla obyczaju, dla teoryj nowych...
A! doprawdy! walcząc z chęcią obrony i obawą narażenia sobie sprzeciwieniem się hrabiny, która nie znosiła opozycyi najmniejszéj, — doprawdy — wymówiła baronowa.
Hrabina wejrzeniem już tylko odpowiedziała, ale tak pewném siebie, iż gospodyni umilkła. Wiedziała, że z hrabiną ani sporu prowadzić, ani miéć nadziei przekonania jéj nie było podobna.
Reszta zebranego w salonie towarzystwa oczekiwać się tylko zdawała, na wyśliźnięcie się księcia, (który wkrótce potém zniknął,) by chórem zgodnym zanucić hymn na jego pochwałę.
Nawet uszczypliwa staruszka z podwiązaną brodą odezwała się sybilijnym głosem:
Ten ma wielką przyszłość przed sobą! za to zaręczyć wam mogę.






Było to na wyścigach. Dzień wyjątkowo trafił się tak piękny, iż zamiast strumieni deszczu, które zwykle obléwają zwyciężonych i zwycięzców, tym razem od pyłu oddychać nie było można. Konie i jeźdźcy się pocili. Na trybunie zasiadł areopag przejęty niezmierną ważnością posłannictwa swojego. Przed sędziami stały srébrne puhary, misternie oprawne spicruty i przeznaczone dla zwycięzców nagrody. Sportsmani nasi w jak najbardziéj angielskich strojach, z powagą synów Wielkiéj Brytanii, krzątali się około niesłychanéj wagi zadania, chcieli, by wyścigi nasze nie ustępowały angielskim i paryzkim.
Jeden szczególniéj młodzieniec w aksamitnéj dżokejskiéj czapeczce, w butach długich z ostrogami, w czarnym rajtroczku z batystową chusteczką, wciśniętą odniechcenia w kieszonkę na piersiach, z bukietem w dziurce od guzika, gospodarował z gorliwością godną zaiste lepszéj sprawy. Pełno go było wszędzie, mustrował wszystkich, poprawiał harcyjne omyłki hreczkosiejów, gniéwał się, pérzył, biegał i rozporządzał despotycznie całą lożą przeznaczoną dla sędziów. Zbiegał do wagi, kłócił się z dżokejami, opryskliwie odpowiadał zaczepiającym go po drodze, słowem czuł swoję wielkość dnia tego, a razem może i znikomość jéj, bo nazajutrz tylko niedostateczne po niéj wspomnienie w kurjerku pozostać miało.
Nie zbywało na powadze i innym członkom sądu, ten jednak przechodził ich wszystkich bezprzykładną gorliwością, oznaczającą, że na jego nieszczęśliwéj głowie i ramionach spoczywały losy dnia tego.
Kto wié? marzył może, iż ukryty gdzie na estradzie zdrajca lord B. lub baronet X. szydersko późniéj barbarzyńskie owe wyścigi, z angielskich małpowane, opisze. Mały człowieczek byłby umarł z boleści, gdyby mu jaką nieformalność, jaką nieznajomość zwyczajów i obyczajów zadać miano!
Ci, którzy na wysokości owéj trybuny nie mieli prawa wzbić się, a na estradzie między profanami pospolitego miejsca zasiąść nie chcieli, wdziawszy buty i ostrogi, kręcili się w okolicach wschodów wiodących na ganek, wysłany kobiercami, z biletami zatkniętemi na kapeluszach, udając przynajmniéj urzędowe figury, którym coś powierzoném być musiało. Zamęt był wielki, niepokój niewysłowiony: około koni, które zwolna przyprowadzali masztalerze, kręcili się ciekawi.... a dżokeje, przygotowani na wszelkie ewenty, a nawet na skręcenie karku, stali w ponuréj zadumie.
Estrada podobną była do pięknéj grzędy kwiatów w lecie; patrzyła się wszelkiemi możliwemi barwami, w pośród których uśmiéchały się zaróżowione z za wachlarzów twarzyczki. Od dołu do szczytu wszystkie ławki były zajęte, nabite, pełne, a poniżéj falował tłum ciekawy, wspinając się na palce, aby téż coś zobaczyć. Spóźnione powozy matedor przybywały jeszcze co chwila, i choć zdawało się już miejsca braknąć, uprzywilejowani cudem zawsze się jakoś mogli jeszcze wsunąć w najpiérwsze rzędy.
Oprócz czynnego kierownika owego, który wyglądał mimo małego wzrostu i młodości na dyrektora wyścigów, oprócz członków komitetu, do których książę Nestor należał także, prócz dziennikarzy zwracających na siebie oczy, wcześnie przygotowanemi ołówkami i książkami do notatek, jedna jeszcze postać ściągała oczy wszystkich. Był to jegomość jakiś, nikomu nie znany, opatrzony jednak kartą na kapeluszu, wcale oryginalnie wyglądający. Spojrzawszy nań, należało się domyślać lub oryentalnego pochodzenia, albo długiego pobytu na wschodzie, tak ciemno ogorzałą miał twarz i ręce. Rysy wszakże, a mianowicie nieco wystające policzki i nos odrobinę zadarty nie dozwalały rozpoznać rasy, do któréjby mógł należéć. Ubiór wykwintny był całkowicie europejski. Maleńkie oczki czarne, żywe, świécące, ruchliwe, biegały z miejsca na miejsce, nigdzie się nie zatrzymując na chwilę. Mężczyzna ten mógł miéć lat trzydzieści kilka, trzymał się po wojskowemu, prosto i sztywnie, a ruchy ciała kazały się domyślać siły, zdrowia i nawyknień do fizycznych trudów. Strój jego widocznie był robiony w Anglii i byłby nieposzlakowanéj klasycznéj prawidłowości, gdyby go ogorzały właściciel dodatkami nie popsuł. Niezmiernie gruby, oryginalnego rysunku łańcuch z olbrzymiemi dewizkami wydobyty był tak nazewnątrz, jakby chciał kusić złodzieja. Na ręce jednéj, z któréj zdjął rękawiczkę, widać było całą kolekcyą pierścieni z turkusami kolosalnemi, z kamieniami różnemi i brylanty — (chusteczka wreszcie, która szyję opasywała, ujęta była pierścieniem jaskrawym, niesmacznym, przypominającym francuzkiego commis-voyager’a.
Gdyby nie te defekty, zagadkowy mężczyzna wcaleby się wydał przyzwoicie.
Nie wspomnieliśmy o ćwikierze oprawnym w złoto i o laseczce, któréj rączkę stanowiła figurka kobiéca z okcydowanego srébra ze złoceniami i kamykami. Zamiłowanie to w błyskotkach, właściwe dzieciom wschodu, odpowiadałoby dobrze twarzy ogorzałéj, lecz rysy, rysy prawie mazowieckie, stanowiły dziwną sprzeczność.
Dokoła pytali się jedni drugich — kto to taki? — i odpowiédź otrzymywali milczącą, ruszeniem ramion tylko.
Nieznajomy dość długo chodził sam, i wcale się nie kłopocząc tém, że nie znał nikogo, wciskał się wszędzie ze śmiałością wielką, z natarczywością prawie... Zdawał się jednak szukać znajomości i rozmowy, parę razy odezwał się z zapytaniem do otaczających, i nie otrzymawszy odpowiedzi lub bardzo krótką, błądził znów samopas.
Wreszcie z trybuny dziennikarskiéj dostrzegł go któś i przywitał. Byłto jeden z redaktorów najpopularniejszych, który z obowiązku wszystkich, choćby chwilowo w mieście przebywających, znać musiał. Nieznajomy, odpowiedziawszy na ukłon, wahał się niby chwilę, czy nie pójść na trybunę, lecz rozmyśliwszy się, pozostał na dole... zapalił tylko cygaro i cisnął się jak wprzódy między konie, oglądając je okiem znawcy.
Dziennikarz widać sam zapragnął zbliżyć się do niego, bo zszedłszy z estrady, przecisnął ku miejscu, w którym stał.
— A! a! i wasza ekscelencyja... zawołał ze śmiéchem, zaciekawiłeś się na nasze wyścigi!! Ciekawy jestem, jakże je znajdujecie?
— Nigdym się tu takich nie spodziewał — odrzekł czystą polszczyzną ogorzały — bywam często w Epsom, kilka razy asystowałem im w Paryżu, a ostatnio na urządzonym przez egipskiego Kedywa... naszego. — To wcale, wcale nieźle wygląda...
— Myślę, że daleko lepiéj, niż egipskie! — zawołał śmiejąc się dziennikarz — Sapristi! Wyścigi z dżokiejami, a na widokręgu piramida Cheopsa... to coś djable oryginalnego.
— Coś daleko oryginalniejszego jeszcze będzie, gdy je Mikado urządzi w Japonii, co mi sam zaręczał... gdym go widział ostatnim razem — odezwał się ogorzały.
Wspomnienie o Japonii na chwilę usta jakoś zamknęło dziennikarzowi. Nieznajomy nieprzestawał mówić.
— Wasze wyścigi mają wcale przyzwoitą powierzchowność... Trzeba, żebyście byli, jak ja, widzieli je w Kanadzie, w Nowym-Yorku lub San-Francisco...
Wasza ekscelencyja — przebąknął dziennikarz — byłeś więc... aż tam nawét...
— Ale ja ciągle podróżuję — odparł ogorzały — mam tysiące napiętych antrepryz i interesów. Lesseps mnie używa... pośredniczę w wielu sprawach kolei i kanałów, zawiązywaniu spółek... banków, muszę się kręcić, — to mój los. Ruszył z lekka ramionami, dobył cygarniczkę i podał ją dziennikarzowi.
— Zaręczam, że hawana — puros, bom ją sam tam kupował... proszę...
— A! to choćby dla ciekawości skosztować trzeba — odparł dziennikarz, biorąc jedno.
W téj chwili znajomi, których liczył bardzo wielu popularny, lubiony i dowcipny żurnalista zaczęli zbliżać się ku niemu, może potrosze dla zbliżenia się zarazem do zagadkowéj figury ogorzałéj, wyglądającéj z cudzoziemska a mówiącéj tak dobrze po polsku. Nieznajomy wcale się nie usuwał i nie zdawał chciéć unikać znajomości nowych.
— Nasze wyścigi — rzekł do gromadzących się dziennikarz — muszą wcale dobrze wyglądać, gdy ktoś taki, co po całym świecie napatrzył się ich mnóstwo, — jego ekscelencyja Amin-Pasza, po polsku zowiący się Secygniowski... w téj chwili właśnie zaręcza mi, iż się ich fizyjonomii wydziwić nie może...
Na tak nazwanego Amin-Paszę-Secygniowskiego zwróciły się wszystkie oczy...
— Secygniowski! co u kata — odezwał się otyły z wąsami obywatel, który mimo nader wypukłego brzuszka chodził poza areną w kurtce i butach ze szpicrutą, jak gdyby na koń miał siadać — Secygniowski... Cóż? Edward?
— A! Edward? — odparł Pasza...
— I byłeś w początkowéj szkole w Łukowie?
— A byłem...
— I nie poznajesz mnie! — krzyknął otyły rozstawiając ręce, mnie twego Pylada, com za ciebie raz plagi dostał...
Secygniowski żywo się poruszył ku niemu.
— Zabij mnie, nazwiska już nie pomnę, wiem tylko, żeśmy cię nazywali w szkołach Makolągwą...
— A ciebie chrząszczykiem! ściskając Paszę — odparł obywatel... Ale cóż się z tobą stało?
W téj chwili konie wyprowadzać zaczęto, dżokeje w niebieskich, pomarańczowych, białych i pąsowych czapeczkach dosiadali je. Pasza nie miał czasu spowiadać się przed Makolągwą, który będąc, — jak się okazało — członkiem komitetu pociągnął ogorzałego towarzysza szkolnego na uprzywilejowaną trybunę. Ale tu nie miał nawet przyjemności zaprezentować go kolegom, bo mały ów gospodarz porządkował, ustawiał, nakazywał milczenie tak despotycznie, iż wszyscy w cichości stanąć musieli.
— Widzisz to gniade cacko — szepnął tylko Makolągwa do Paszy, oto tę, na któréj siedzi dżokéj w kurtce amarantowéj, czapeczka biała... to moja wychowanka miss Siddons, nazwałem ją tak od imienia sławnéj w dziejach teatru angielskiego artystki... bo to największa w świecie komedyjantka... Nie powiedziałżebyś, że prosto przybyła z West-End? albo chłopak, co na niéj siedzi? hę? nie myślałbyś, żem go sobie z Anglii wypisał prosto...? a to ta bestyja Grześ, którego przezwałem tylko Master-Porter...
— Nie lękam się ani lorda Palmerstona... tego kasztanowatego, który należy do księcia Nestora, ani lady Stanhope...
— Wszystkoście więc ponazywali po angielsku — rzekł Pasza Secygniowski.
— Jak widzisz — z szykiem! Goddam!! uśmiechnął się z pewną dumą Makolągwa — jednego konia na naszym tursie niéma z domowym nazwiskiem! z szykiem! po angielsku...
W téj chwili konie poszły, a za niemi ciekawe oczy widzów, którzy zatrzymali oddechy...
Miss Siddons... zrazu wysunęła się dobrze naprzód, Makolągwie uśmiéchały się oczy i usta... Wpół drogi jednak zrównał się z nią lord Palmerston... napędzać ją zaczęła lady Stanhope... Grześ zdawał się słabnąć...
— To komedyjantka! ja ją znam! zobaczysz! — szeptał Makolągwa...
Jakoż miss Siddons, dopuściwszy współzawodnika tak, że ją o pół głowy już wyścigał, puściła się nagle tak żywo, iż znowu zostawiła ich wszystkich za sobą i wśród burzy oklasków piérwsza, stanęła u mety... Palmerstona doczekano się dopiéro w sekund piętnaście i pół — wedle obrachunku sumiennego małego człowieka...
Ponieważ między jednym a drugim wyścigiem zostawało dosyć czasu, Makolągwa przedstawiał szkolnego towarzysza między innemi i księciu Nestorowi...
— Mości książę — rzekł — wprawdzie siedzieliśmy niegdyś na jednéj ławie, ale ja zostałem hreczkosiejem sochaczewskim, a ten pono paszą... czy kat go wié, czém? Jeśli się nie mylę, wraca z Egiptu, a jedzie do Kalifornii.
Książę Nestor, który znać umyślnie obojętnego chciał grać rolę, choć go bolało, że Palmerston tak wielki uczynił mu zawód, — rozpoczął rozmowę z Secygniowskim...
— Jakto? w istocie? — zapytał...
— W téj chwili jadę tylko do Londynu — odparł pasza, lecz bardzo być może, iż dotrę do Nowego-Yorku, skąd wprędce istotnie do Kairu wracać muszę...
— Cóż to pana tak pędzi? — spytał książę.
— Byłem niegdyś inżynierem, — odezwał się Secygniowski — jestem w przyjaźni z Lessepsem... zajmuję się teraz różnemi przedsiębierstwami... kanałami, drogami, telegrafami, zawiązywaniem dla nich spółek i towarzystw. Na stałym lądzie, mości książę już niéma tak dalece co zarabiać — tu wszystko obrachowane ściśle; w krajach, które się do cywilizacyi budzą, robią się olbrzymie rzeczy.
— Trzeba więc było do Japonii jechać — rozśmiał się książę Nestor.
— Byłem tam, mówiłem z Mikadą... zapewne przyjdzie czas na nią, ale brak wielu pojęć i narzędzi przygotowawczych.
— W Turcyi...
— Zużyta i wyeksploatowana! — rzekł z pogardą pasza.
— Więc cóż, do Teheranu może? — ciągnął książę daléj.
— To ubogi kraj mimo, że szach bardzo bogaty i dobréj woli. Znam osobiście Nurreddina, szczycę się jego łaską, — mówił żywo pasza... lecz cóż tam zrobić na przestrzeni, która się równa Francyi i Austryi razem wziętym, pięć milijonów głodnych mieszkańców... pustynie!!
— Byłeś pan tam istotnie? — spytał książę Nestor trochę zdumiony.
— Nietylko tam, zwiedziłem kawał Chin, osady angielskie w Afryce, Madagaskar, — wyspy oceanu południowego... a a pied a terre mam teraz w Egipcie...
Ruszył ramionami.
— Chcąc coś zrobić — dodał — ruszać się potrzeba...
Drugi bieg, w którym książę był zarówno interesowanym, gdyż klacz jego miss Fanny miała poraz piérwszy sił swych probować — przerwał zajmującą rozmowę. Pasza pozostał na trybunie i widocznie czynił na wszystkich sensacyją, opowiadaniem o kursach w Kairze.
Troszkę opodal od sąsiadów, na jednym z najlepszych miejsc widać było wielki świat niewieści, zwracający oczy w stronę loży sportsmanów. W téj chwili wszakże napróżno wejrzenia uroków pełne oczarowywać pragnęły. Sportsmanowie najczulszémi oczyma patrzyli na owe miss Fanny, lady Stanhope i Siddons, w kasztanowatych i karych sukienkach, od których kształtnych nóżek sława ich i zakłady zależały...
Jeden tylko książę Nestor może, miał dosyć czasu często spoglądać ku czarodziejkom i uśmiéchać się do nich... a na odpowiedziach niemych nie zbywało mu... Zdawał się równie obeznanym z tajemnicami sportu i różnobarwnéj grzędy kwitnących twarzyczek; równie go obchodziły konie i panie... A panie nie gniéwały się, iż dzielił swe serce między nie i owe zwierzątka nadobne, bo inni całkiem je dla nich zaniedbywali. Wolały podział, niż zapomnienie...
Raz nawet książę absentował się z loży areopagu, co obudziło niezmierne oburzenie w małym a czynnym człowieczku... i pobiegł szepnąć słów kilka hrabinie Leokadyi, słynnéj z piękności pani, któréj mąż jeden podobno ani wdzięków ani dowcipu ocenić nie umiał.
— Osobliwszy człowiek — moja droga, — odezwała się żółta stara panna, którąśmy poznali w salonie baronowéj, do swéj sąsiadki sztywnéj wielce pani w średnim wieku i z wysznurowanym bardzo stanikiem i ustami — osobliwszy człowiek któremu na wszystko czasu staje...
Mówią, że doskonały gospodarz i człowiek bardzo rządny, w towarzystwie aż nadto miły; dla kobiét ładnych adonis niezmordowany... koniarz namiętny, spekulator i przedsiębierca szczęśliwy... niby człowiek seryjo, niby młodzieńczyk płochy...
Schyliła się do ucha...
— Znasz kochana radczyni, choć z widzenia tę baletniczkę, którą przezwano Viperellą... istną żmijkę... siedzi nad nami, wyróżowana wszetecznie... Wystaw sobie, kocha się niby w Leokadyi, którą mąż zaniedbuje, do trzech przynajmniéj panien słodkie oczy robi... a metresą en titre jest ta Viperella... wiem to niezawodnie.
— Ale ja nie wiém, o kim mówisz! — syknęła, odsuwając się przerażona radczyni, któréj oczy i postać malowały obawę, aby téj skandalicznéj rozmowy nie usłyszano.
— A! jakże jesteś niedomyślna! — zawołała, śmiéjąc się, żółta panna — któżby to mógł być inny, jak nasz bohatér, ów ideał brukowy... książę Nestor... o którym nic nie słychać, oprócz głosów czci i uwielbienia...
— Przyznam się hrabiance — odpowiedziała Radczyni, iż i ja o nim nic oprócz pochwał nie słyszałam... To być muszą potwarze!! Ludzie są trochę złośliwi...
— To ty powiész w końcu i na mnie, żem złośliwa — śmiejąc się szydersko, poczęła prędko trzepać stara panna... a! nie było istoty serdeczniejszéj, więcéj pobłażającéj, łudzącéj się i łudzić dającéj łatwiéj nademnie, — dopóki mi się w końcu nie otworzyły oczy... Cóżem winna, że bliżéj przypatrując się ludziom, dostrzegłam te wszystkie fałsze białémi nićmi zaszywane, któremi się od stóp do głów okrywają!! Pokażże mi tu z nich jednego, co by był takim, jakim go Bóg stworzył, choćby jednego takiego, któryby śmiał głupotę nazwać po imieniu i nie kłaniał się pieczeni lub pięści... Patrz, moja droga, na to mrowisko ludzi... i znajdź mi jednego rozumnego i jednego poczciwego człowieka, a przebaczę reszcie, tak jak Pan Bóg grzesznym owym miastom chciał przebaczyć...
Roześmiała się stara panna, a Radczyni instynktowo troszkę się od niéj odsunęła... wiele oczu i lornetek skierowanych było w górę na Viperellę...
Biédne dziewczę przezwano tym nazwiskiem... choć może na nie nie zasługiwało. Bez ojca i matki, dziecię sieroce ulicy, wychowanka jakiegoś teatrzyku wędrownego... jakim cudem dostała się do baletu i zyskała na nim sławę i brylanty, solowe role i tłumy adoratorów — tego nikt wytłumaczyć nie umiał. Wyrosła, jak kwiatek wśród gruzów, którego ziarenko wiatry przyniosły, słońce wychuchało, rosa wypoiła, wietrzyk wykołysał. — Bosa i głodna, bita i poniewiérana, doczekała się wieńców, oklasków, zbytku, uczt, snów szczęścia, marzeń miłości — i mogła nawet miéć już wcale pokaźnego męża, gdyby chciała... Ale małżeństwo przerażało ją jeszcze. Długi głód dzieciństwa i młodości jeszcze nie był nasycony... chciała być królową, nim by została niewolnicą.
I była nią.
Gdy Viperella odziana mgłą przezroczystą, lekka jak puszek, wyginając się, jak kwiatek na łodydze, występowała na scenę, podskakując na drobnych nóżętach, ukradzionych gdzieś z pańskiego domu, z rączkami wdzięcznie zaokrąglonemi nad główką, któréj dwoje czarnych oczu pioruny rzucało, — na salę wśród widzów padało milczenie osłupienia — wstrzymywano oddéch, oczy wlepiały się w nią, jakby czarem ciągnięte... szaleli dla niéj młodzi, rospaczali starzy, wielbili wszyscy... a chmura bukietów i wieńców zasypywała ją wkońcu.. Viperella nietylko piękność zdobyła tam, gdzieby ją stracić była powinna, — nie była zręczną tylko bajaderą — tanecznicą z wdzięcznemi kształty i pokuśliwym uśmiéchem, — była to kobiéta, któréj znękanie fizyczne nie przeszkodziło rozwijać się duchem, wyrobić na osobliwszą jednostkę ludzką, na dowcipną, rozumną, przebiegłą i złośliwą kobietę... w któréj może czułość wielka zbroiła się ostremi kolcami, aby jéj nikt dotknąć nie śmiał. Viperella winna była swe imie nieubłaganemu sarkazmowi, którym ścigała szczególniéj tłumy swych adoratorów... Ciemną była biografija początkowa dziewczyny i początki zawodu. Sama ona mówiła o sobie, że głodem marła i przeszła wszystkie nędze i upokorzenia, jakie człowiek wycierpiéć może. Potem jednego jasnego dnia, a raczéj jednego jasnego wieczora zjawiła się na scenie w brylantach — strojna, pewna siebie, oczarowała wszystkich... O jéj stosunkach mówiono wiele i różnie; — nie była miłą, ani łagodną, tylko dla wybranych niewielu — dla tłumu zjadliwą żmijką być chciała... Sława dała jéj prawie niezależność: — miała na wszystko nawet na fantazyje dostatek... Wieczorami dwa razy w tydzień otwiérał się jéj salonik dla wybranych i cudy prawiono o tych godzinach, które na rozmowie z czarodziejką upływały.
Książę Nestor zobaczyć ją miał w teatrze; zachwycony został nią i jéj pięknością, zdawało mu się, że jak do balleryny nie potrzebuje innéj rekomendacyi nad swe imię, poszedł więc z wizytą i został odedrzwi odprawionym nielitościwie. Znalazł potem dobrego przyjaciela, który mu wstęp wyjednał, przeprosił Viperellę i odtąd — powiadano — żadnego jéj wieczora nie opuścił. Kronika skandaliczna szeptała, że oszczędny dosyć i bardzo umiarkowany w dogadzaniu swym fantazyjom książę, dla Viperelli nic nie żałował, chcąc serce jéj pozyskać. Doszedł jednak podobno tylko do tego, że całe miasto przypisywało mu bliskie bardzo stosunki z tancerką — ale w istocie nie miał u niéj innych przywilejów nad te, jakich liczni wielbiciele jéj używali. Nosił bukiety, robił kosztowne podarki, siadywał do późna w dnie, gdy przyjmowała, i mógł w świecie uchodzić za kochanka.
Przynajmniéj na wyścigach tych pokazywali sobie wszyscy Viperellę, jako ulubienicę księcia. Ale drudzy wymieniali hrabinę Leokadyją, jako wielce przez niego wyróżnianą wśród innych, a jeszcze inni dodawali: że kochał się i biegał około kilku panien i pań tak, że wśród tego mnóstwa, przedmiotu wyłącznego zapałów młodego magnata domyśléć się było trudno.
Całe jego życie i charakter były też zagadką dla bliższych nawet i poufalszych, którzy się przyjaciółmi jego zwali. Zgodzili się wszyscy na pochwały, na przyznawanie mu wielkich przymiotów, zdolności i dobrych chęci — nikt go jednak głębiéj nie znał, a z postępków nie było jeszcze można żadnego wniosku wyciągnąć. Spodziéwano się po nim wiele... przeważało dobre — zrażało tylko to, że się rzucał dziwnie fantastycznie w najsprzeczniejszych kierunkach, i poważny w zdaniach, w życiu był prawie płochym...
I tego dnia, choć książę znudzony siedział na trybunie w kątku, nie bardzo się ukazując i nie nastręczając na oczy, mimoto wiele z nich zwracało się ciągle ku niemu. Podsłuchawszy rozmów w gromadkach zebranych pod trybuną, najwięcéj było można o nim posłyszéć. Zajmował żywiéj nawet, niż bohaterowie dnia tego, niż Miss Siddons, Lord Palmerston, i całe owo stado rumaków po cudzoziemsku poprzezywanych.
Kiedyniekiedy podnosił się męski ćwikier z okiem ciekawém, aby się księciu przypatrzéć, a ileż żeńskich oczek słodziuchnych biegło ku niemu w nadziei spotkania. Na estradzie o nim mówiono tylko. Hrabinę i księżne i prezesowe różne i radczynie pokazywały go sobie palcami. Poważni ludzie upatrywali w nim przyszłą kraju nadzieję, człowieka, co miał dźwignąć agrykulturę i przemysł... przypisywano mu już projekty ogromne, które na rozwój ekonomiczny całych prowincyj skutecznie oddziaływać miały. Młodzież widziała w nim wzór i wodza, bo zabawą nie gardził; kobiéty miały nadzieję go usidlić, spekulanci podskubać, marzyciele skusić projektami, a poczciwcy spodziéwali się po nim dzielnego reformatora. Viperella tymczasem na górnéj ławce estrady, rozsiadszy się z właściwym sobie wdziękiem malowniczym, uśmiéchała się także niekiedy ku niemu, posyłając wejrzenie... z wyrazem niezrozumiałym... Złapanego po drodze niktby pono sobie wytłumaczyć nie potrafił. — Dla profanów mogło się ono wydać jakby litości i chłodnéj wyższości pełném... Nicby go w takim razie nie usprawiedliwiało... lecz któż rachuby kobiéce zrozumié! wiedzą one najlepiéj, czém wzrok dla kogo zaprawić!
Około Viperelli, jakby dla kontrastu — siedziała eksballerina, dziś modniarka, któréj poufałe towarzystwo nadało nazwisko niewytłumaczone dla obcych stosunkom zakulisowym ludzi — Utrapienia.
Utrapienie to było okrągłe, pulchne, rumiane do zbytku, a na czole nosiło całą siéć zmarszczek, pełnych frasunków. Nieszczęśliwa tanecznica, któréj zbytek zdrowia i pełne nadto kształty nie dozwalały umiłowanéj poświęcać się sztuce, wiecznie wzdychała do tego, by schudnąć i na deski powrócić. — Niestety! po każdych wodach i kuracyi nabywała ciała i musiała szyć suknie rywalkom. Ten los nieszczęśliwy duszę jéj goryczą i smutkiem przepełniał.
— Można ci powinszować, — mówiło, marszcząc się, Utrapienie — złapałaś sobie książątko... takie, o jakie dzisiaj trudno! Piękny chłopiec, bogaty i do rzeczy! Jaka ty jesteś szczęśliwa!...
— A znasz go, że tak chwalisz? — spytała Viperella.
— Przecie go cały świat zna! ludzie się odchwalić nie mogą — a ta jeszcze udaje, że jéj nie do smaku!! Wszyscy ci zazdroszczą.
— A! doprawdy! niéma tak dalece czego... śmiejąc się, przecedziła przez ząbki Viperella... Ale co ci się mam tłumaczyć!...
Założyła ręce na piersi i umilkła nagle.
Prawie w téj saméj chwili, przyjaciołka serdeczna hr. Leokadyi, dla któréj piękna pani nie miała tajemnic, pocichu, grożąc na starym pomarszczonym nosie, mruczała.
— O ty! ty! psotnico! no! no! — wiém ja, gdzie się twe oczki kierują... gdzie serduszko ucieka...
Złapałam wejrzenie... Entre nous, nie mogłaś lepszego uczynić wyboru... to perła wśród naszéj młodzieży.
— Nic nie rozumiem!! — skromnie odparła hrabina.
— Wolno ci nie przyznawać się, zwierzeń nie wymagam i nie potrzebuję, — dodała stara przyjaciołka. — To człowiek, którego przywiązania wstydzić się nie może żadna kobiéta... Ja ci winszuję i milczę...
Trochę daléj, żonie pewnego prezydenta mówiła siostra, wskazując trybunę.
— Przyznaj się? bukiet był od niego!! o! o! Cały wieczór siedział tylko przy tobie, i po cichuście szeptali a śmieli się... Kocha się w tobie — przysięgnę...
— Cicho! na Boga — odparła ściskając ją za rękę prezydentowa. Co ci się marzy!!
I tu książę Nestor był posądzanym...
W gronie mężczyzn, radca handlowy stojący z tabakierką w ręku i częstujący do koła tabaką, któréj już dawno w niéj nie było — mówił z zapałem:
— To człowiek! panie! takiego nam było potrzeba! Co za inteligencyja! jakie rzeczy pojęcie... Przedsiębierczy, śmiały! pełno projektów, ogromne piany... Zobaczycie, zakasuje on tu wszystkich! Kapitały ma, kredyt, zaufanie... miłość u ludzi, ochotę do pracy... o! o! z temi przymiotami wiele dobrego zrobić można...
Słyszałem go dziś na posiedzeniu piérwszém projektowanego banku przemysłowego... Słowo daję! osłupiałem! Takiego nam było potrzeba!!
— Ależ przecię hrabia Adam! — wtrącił ktoś...
Radca się skrzywił niesmacznie.
— Nie ujmuję! nie ujmuję! Mąż prawy, zasad pewnych, woli szlachetnéj — lecz nie ma pono téj rzutkości i tego bystrego oka, co książę...
— Mnie się coś tylko widzi — dodał z boku suchy referendarz w okularach — że nadto rzeczy razem przedsiębierze i zamierza... Widzę go wszędzie, słyszę o nim co chwila... Powinienby się skupić i ograniczyć...
— Proszę acana dobrodzieja — żywo chwytając za guzik od surduta referendarza, począł radca — nigdy swoją skalą ludzi znakomitych mierzyć się nie godzi! Dla innego człowieka, prawda, wyznaję, nie przeczę, tego, co ów zamierza i do czego się rzuca, byłoby zanadto... lecz czuje w sobie siły!! ho! ho!
— O kimże to mówicie? — spytał nadchodzący mecenas Piła, mężczyzna olbrzymiéj postawy, z bardzo małą głową, na któréj stérczał z wielkiemi skrzydłami kapelusz...
— O księciu Nestorze — zawołał radca...
— A! a! a! — rzekł mecenas pochylając głowę — to człowiek! o! to człowiek...
— Znasz go? — zapytał referendarz...
— Z widzenia i z reputacyi! — rzekł mecenas... a vox populi vox Dei...
— Cha! cha! roześmiał się za niemi świszczącym śmiéchem mały i suchy kolega mecenasa, rejent Szacki — cha! cha! Vox populi! Musi oddawna siedziéć w piekle, kto tę dykteryjkę wymyślił, wcale dla pana Boga nie pochlebną...
Odwrócili się wszyscy..
— Ale bo wstydzilibyście się stare androny powtarzać, — mówił daléj Szacki — niéma nic głupszego nad głos i opiniją ogółu. Prawdę widzi szczupłe gronko ciekawych, a tłum to zawsze trzoda baranów, panurga, która beczy in verba magistri!
Na tem się rozmowa skończyła. Wyścigi téż miały się ku końcowi, i słońce zniżało ku zachodowi. Nadzwyczaj dowcipny jakiś panicz wymyślił u nas zakończenie wyścigów, godne feodalnych wieków. Gdy panowie kończą poważne swe igrzyska i zasiądą ławy, ociérając pot z czoła... arena otwiéra się dla nieszczęśliwych pajaców, aby jaśnie wielmożnych zabawili karykaturą wyścigu... W zgrzebłych koszulach, boso oklep, na małych konikach, wśród śmiéchów pustych tysiąca świadków, ubogi ludek odegrywał komedyją!! Histoire de rire! Daje się za to Grzesiowi sto złotych, aby na pośmiewisko go wystawić w kontraście obok pańskiéj cywilizowanéj elegancyi, na jego biednéj szkapce, z rozczochranym włosem, ogorzałą twarzą i bosemi nogami! Jakie to wesołe! co za koncept wyśmienity! I w dodatku zabawka może uchodzić za filantropiją, a przynajmniéj za filhipią.. Jestto zachęta do chowu koni!!
Po tragedyi łamania karków w biegu z przeszkodami, macie farsę, doskonałą, pour desopiler la rate... Paradnie!
W chwili gdy Grześ, Maciek i Stach, a z niemi i jakaś Magda mają rozpoczynać bieganie do mety — nieopisana wrzawa i wesołość napełnia arenę...
Widzowie wstępują na ławki, na baryjery, na ramiona jedni drugim...
Kopnęły się konięta do bron przeznaczone... z kopyta... śmiała Magda kropi swojego biczyskiem, Grześ ją wyściga, schylony na karku biédnego srokacza... a panowie w białe glansowane rękawiczki biją pajacom brawo!!! Grześ piérwszy zdyszany dopadł mety, konia wstrzymał i z wielkiego impetu przez łeb mu się zwalił! E! grzmi dopiéro pole od tysiąca oklasków...
Książę Nestor dwieście złotych przeznacza sponte dla Magdy, zapewne dla zachęcenia dziewcząt wiejskich do wprawiania się w jazdę konną... Oklaski dla Magdy... oklaski dla wspaniałomyślnego dawcy.
Wszystko się wreszcie ruszać zaczyna... Lokaje krzyczą o powozy, policyja wstrzymuje zapędy woźnic, hałas się wzmaga, tłumy piesze odpływają zwolna ku miastu... Wyścigi powiodły się nadzwyczaj szczęśliwie, jeden tylko dżokéj nogę złamał, ale mu ją natychmiast opatrzono... Gorzéj, że Fanny wykopycona, a lord Palmerston bodaj ochwatu dostanie. — Hr. Ernest padł wprawdzie z koniem, przeskakując baryjerę, ale tylko głowę utrząsł mocno, a ludzie utrzymują, że takiéj, jak jego, głowie nic się złego stać nie może. Wszelka zmiana, jakiéj ulegnie, wyjdzie mu zawsze na lepsze...
Plac staje się coraz puściejszym; już i doróżki o kulawych koniach, obarczone na kozłach i napchane spektatorami zwolna opuszczają plac popisów... Na trybunie został tylko komitet, kilku dziennikarzów dopełniających notatki, i nieszczęśliwi zwyciężeni już nieco pocieszeni szampanem zaczerpniętym w bufecie.
Naprędce zbiéra czynny mały człowieczek papiéry swe, a twarz jego wyraża dumę ze spełnionego zwycięsko zadania, któremuby nikt inny podołać nie mógł. Spory toczą się jeszcze, o pół czy ćwierć końskiéj głowy... Wszyscy gorący udział w nich biorą.
Dziwna rzecz żaden z jeźdźców i z koni nie winien, każdemu jakiś fatalizm wyrwał pewne zwycięstwo. Wszędzie jest jakieś — gdyby.
Naostatek zabiéra się i komitet z trybuny, na ucztę z toastami wcześnie już zamówioną w najwykwintniejszéj restauracyi... Kosze szampana stoją zawczasu w lodzie, tourtlesoupe się dogotowuje, bordeaux ogrzéwa, i improwizacyje, mający expromptu wygłosić przy kieliszkach, odczytują po cichu... raz ostatni.
Wytworny powozik księcia Nestora, kawalerska amerykanka, którą zwykł sam powozić, stoi już za trybuną... Pasza Secygniowski właśnie się koniom przypatruje i mówi o stajni Kedywa; jakże gościa tak ekscentrycznego nie prosić na obiad, którego może być ozdobą i pociechą... Gentlemany z Makolągwą na czele porywają go pod ręce i sadzają do powozu à la Daumont, w którym część komitetu ma się dostać do miasta...
Słońce w czerwonéj tonie łunie na niebiosach... co chwila puściéj na placu stratowanym, zbitym i zasypanym pamiątkami wyścigów. Lekki wiaterek wieczorny unosi arkusze papiéru stłuszczone, karmelkowe kartki i połamane krzesełka... opóźniona służba dopija resztki po panach... Grześ i Magda, konie prowadząc w rękach, idą zwolna, z uśmiéchami na twarzach rumianych... oddając panom to szyderstwo, którém ich przyjmowano.
Bokiem ludzie się przekradają z dżokejem o złamanéj nodze na noszach... Dwóch ludzi podpiłych stoi za szopą z papiérosami w ustach, oba zdają się należéć do jednego dworu, sądząc po kroju skromnéj, ale pańskiéj liberyi.
— Człek się zmęczył, że nie idzie daléj — odezwał się jeden, ociérając pot z czoła — a tu jeszcze bież na drugi koniec miasta...
Dokończył ruszeniem ramion...
— O! patrzaj! a jam myślał — zawołał drugi, że to mnie tylko takie szczęście spotkało... No? z czémże...?
— Jeszcze dwa listy mam do odniesienia...
— Toż i ja... roześmiał się drugi — ale ty pono szczęśliwszy jesteś, bo nosisz bileciki do aktorki... a tam pewnie coś oberwiesz.., mnie się zawsze dostaje jaki papiér do radzcy, do prezesa, do jakiego starego safanduły, u którego się tylko w sieni wynudzić potrzeba...
— Myślisz, że jakby do aktorki, to ja co u niéj wskóram? E! jeszczem ani złotówki nie widział...
— Ja tego naszego pana nie rozumiem — odparł drugi... wszędzie ma interesa... bierze strasznie na rozum... a czego jemu brak? hę! Siedziałby i Pana Boga chwalił.
— E! e! jaki z ciebie prosty człek — odezwał się z pewną wyższością piérwszy. — On musi dla onoru pracować. — To panie ambitny człek... On tu wkrótce piérwszą rolę będzie grał i wszystkich weźmie za nos.
— A jakby... odezwał się naganiony — a jakby ich za nosy i trzymał, to co mu z tego przyjdzie?
Ruszyli ramionami oba.
— Dziewczyna ładna, widziałem ją, odrzekł piérwszy po cichu — ale to bałamuctwo nie potrzebne, żeby jéj bukiety posyłać!! Tfu!! Ma ich ona dosyć.
— Słuchaj! Jędrzéj, co ty o nim trzymasz?
— A ty?
Spojrzeli sobie w oczy i roześmieli się.
— Gadaj ty, co chcesz, — szepnął Jakób — on ich wszystkich w komysz zapędzi, umié chodzić koło ludzi! O! o! takiego komedyjanta tom jeszcze nie widział, jakem żyw... Do każdego mówi inaczéj i każdemu się inaczéj uśmiécha... i zdaje się, że innym tonem każdego gościa wita... Toć téż go wenerują...
— Ino cicho... bo jeszcze kto podsłucha, a nam co do tego!! aby płacił...
— I pewnie!!
To mówiąc, zwolna pociągnęli ku miastu.






Z mieszkania poznasz człowieka, jak ptaka z gniazda. Stara to prawda, zapisana w księdze przysłowiów, które mają być mądrością narodów; — ale ona, jak wszystkie inne prawdy tego świata, ulega wyjątkom. U ludzi, którym idzie o to, aby ich nie znano, mieszkanie tak samo kłamie, jak człowiek.
Nie można było wszakże prawidła tego o wyjątkach zastosować do mieszkania, w które czytelnika wprowadzić musimy. — Zajmujący parę tych skromnych pokoików jegomość nie miał czasu tak głęboko ważyć i rachować wrażenia, jakie one na kim uczynić mogły...
Dziwny przedstawiała obrazek jakby niedawnéj jeszcze oszczędności skromnéj z przybyłym niespodzianie dostatkiem. Wszystko to znamionowało wielce zajętego i zarzuconego nawałem interesów człowieka. Biurko niepozorne i stół pochyły pełne były papiérów i książek, których format zdradzał, że zawiérały rubryki i rachunki. Leżały tuż obok nich zeszyty pełne cyfr, rysunki planów, brulijony jakichś przypuszczalnych znać kolumn zapełnionych liczbami pokreślonemi i pomazanemi. Na kanapie, nawinięte na wałki, spoczywały topograficzne mapy i architektoniczne rysunki.
W kącie można było dostrzedz próby cegieł, kupkę żwiru i kawałki żelastwa... Na poręczu sofy leżał wyszarzany płaszcz ceratowy, a obok stały gumowe kalosze, które się dobrze wysłużyły właścicielowi, lecz przypłaciły to życiem... Spłowiały parasol, oparty bokiem o ścianę, odpoczywał, zdając się ziéwać i dychać. — Pod nim przyschła plama z wody deszczowéj wsiąkłéj już w posadzkę świadczyła, że był niedawno użytym. Tuż obok nowiuteńki przepyszny tłumok z ciemnego juchtu z brązami sprzeczał się swą elegancyją i kosztownością z płaszczem i parasolem, oczywiście z innych pochodzącym czasów.
Na biurku prosty kałamarz szklany o dnie szérokiém, mogący złowrogiego płynu dostarczyć na tydzień pracy, ociérał się o misternie zbudowany drugi angielski kałamarzyk podróżny, wyglądający przy nim na arystokratę. Sam zresztą ten pokój wybielony, o dwu oknach małych, z zabłoconą podłogą, z piecem, obok którego gromadziło się śmiécie, popioły i niedopalone papiérosy, cygara, zrzynki papiéru i korki od butelek, — zupełnie się różnił od drugiego, na prędce mu przydanego i urządzonego, w którym dywan okrywał podłogę, meble były aksamitem obite, a stół wyrabianym kobiercem. Na nim leżało parę książek zbytkownie oprawnych i przepyszne pudełko do cygar na klucz zamknięte. Dla ożywienia ścian pustych zawieszono na nich parę zwierciadeł w złoconych ramach, a firanki i portiery szérokie czyniły z bardzo prostéj izby, niby salonik wytworny. Wszystko tu było jakby dopiéro wczoraj przyniesione, nowe, mało używane i postawione tylko dla oka, aby zamożnością się pochwalić.
Z piérwszego pokoju, w którym nieład panował dawniejszy, niż owe zbytki, maleńkie drzwiczki prowadziły do sypialni nietkniętéj jeszcze i pozostawionéj w stanie piérwotnéj prostoty. Tu było i dosyć brudno i nie bardzo porządnie: łóżko stało nie posłane, bielizna leżała porozrzucana, suknie walały się nie poskładane, a wszystko to razem zdawało się należéć do człowieka ubogiego, oszczędnego, który do salonu, dywanów i kosztowniejszych fraszek przyjść chyba musiał odniedawna. Ale i tu już przy brudnéj koszuli leżał tuzin nowiuteńkich batystowych chusteczek, i ręcznik gruby sąsiadował ze świéżym, jedwabnym, paradnym szlafrokiem, który się zdawał wstydzić swojego gburowatego towarzysza.
Mieszkanie to dla badacza obyczajów i charakterów, któryby z niego chciał się domyślać zajmującego je człowieka — wiele przedstawiało do rozwiązania trudności. W samym nieładzie, który był sprowadzony pośpiechem, czuć było pewną rachubę i właściwy porządek. Brak było znać czasu, na inne zajęcia pilniejsze używanego, brak sługi, któryby mógł to poskładać lub ważył się ruszyć; — rozrzucone wszakże rzeczy tak były umiejętnie choć spiesznie porozkładane, iż uszkodzeniem nic im nie groziło.
Salon widocznie zachowany był tylko dla gości, w pokoju średnim odbywać się musiały interesa z ludźmi zabłoconymi i zabłacającymi, a sypialnia była przytułkiem gospodarza. Zapomnieliśmy tylko w jéj opisie dodać, że te okna były kraciaste, a w kącie tuliła się mała niepokaźna kasa Werthejmowska, która przez skromność chciała uchodzić za prostą szafkę na suknie. Właściciel przysłonił, jak mógł, ten ponętny sprzęt od oczów ludzkich i okrył ją nawet z góry, narzuconym, niby przypadkiem, kawałkiem brudnego sukna.
Ostrożność tę mogło usprawiedliwiać położenie domu, stojącego prawie już za miasteczkiem... przy ulicy odludnéj, na saméj linii tylko co dokończonéj kolei żelaznéj, którą otwiérać miano na użytek powszechny.
Gospodarz mieszkania tego właśnie ku wieczorowi wchodził doń poruszony, zmęczony, pod widoczném wrażeniem jakiegoś świeżo dokonanego czynu, lub wypadku... Szedł żywo zamyślony i roztargniony, pod ciężarem rachub jakichś i dumań. Zrzucił z siebie zwierzchnią suknię, kapelusz postawił na stole i padł na sofę, nie zważając na znajdujące się na niéj plany, które, przyciśnięte, zaszeleściały boleśnie. Uczuwszy je pod sobą, odrzucił z pewnym rodzajem lekceważenia, jakby już nie potrzebne — wsparł się na łokciu i pozostał tak długą chwilę w myślach zatopiony.
Twarz jego była młoda jeszcze, charakterystyczna, ale mocno niepiękna. Rysy jéj spojone z sobą jako tako, jakby przypadkowo się zbiegły. Składały typ zagadkowy, nie mówiący nic więcéj oprócz, że owo indywiduum obdarzone było siłą woli niepospolitą: na czole, w wejrzeniu bystrém, w ustach zaciśniętych i niemych, obleczonych jakby cieniem jakiéjś ironii tajonéj, czuć było wielką potęgę energii charakteru. Wejrzenie nie wyrażało nadzwyczajnéj inteligencyi, ani nazbyt rozwiniętego uczucia — usta nie wydawały temperamentu. Była to maska neutralna, zagadkowa, z któréj właściciel mógł zrobić, co chciał, — dająca się uczynić przymilającą, ostrą, szyderską, zimną naprzemiany, a będąca w stanie naturalnym pewnego rodzaju tabula rasa. Ktoby ją był teraz z boku postrzegał, gdy się nie wysilała i pozostawała kartą nie zapisaną — uczyniłaby na nim wrażenie przykre i niemal odrażające. Rysom brak było szlachetności i stylu. Knaus w którym ze swych charakterystycznych obrazków mógł ją posadzić między chłopami i mieszczanami, nadając jéj żądany wyraz, — lecz idealista odrzuciłby typ ten ze wstrętem. — Był gminny, pospolity i bez stanowczéj cechy, napiętnowany realizmem wstrętnym, w którym nic wyższego, duchowego, zaświatowego nie wykwitło jeszcze.
Strój téż jego nie miał smaku — był skromny, pospolity ale nie rażący — więcéj przypominając angielskie ubranie, niż francuską modę...
Z twarzy poznać było można, iż wbiegający tak żywo i potrzebujący spoczynku jegomość ów nie doznał nic niepomyślnego; owszem tajony tryumf zdawał się po długiém oczekiwaniu zwolna znowu oblicze rozpromieniać. Coś nakształt tajonego uśmiéchu krążyło po ustach... coś nakształt dumy siadło w zmarszczkach czoła. Znać potrzebował odpocząć i w spokoju a ciszy nasycić się jakiémś długo oczekiwaném i upragnioném zwycięstwem.
Patrzał bezmyślnie na posadzkę, cały w sobie zatopiony, potém żywo zatarłszy ręce, chodził z pośpiechem. Na podwórzu ściemniało się, w pokoju był już mrok: pobiegł do drzwi, wołając chłopaka, który nadszedł i nie czekając dalszych rozkazów, pośpiesznie począł zapalać starą lampkę na kominie stojącą. Wspanialsza daleko druga w salonie, od gości, pozostała nietkniętą. Chłopak prędko zamykał okiennice, mężczyzna ów chodził ciągle jeszcze po pokoju zadumany, dopóki okien nie zasłonięto, i lampa nie stanęła na swoim miejscu. — Zobaczywszy ją, pobiegł do stolika i papiérów, ale wprzódy wyprosił sługę i drzwi zamknął na klucz...
— Nikogo nie przyjmować! niéma mnie w domu! odezwał się do chłopca.
Dobywszy z pod klucza w biurku ogromny zwitek rachunków a z kieszeni nie mniejszy pęk asygnat, zasiadł w starém krześle i począł się w papiérach rozpatrywać z wielką uwagą, zapisując sobie cyfry różne, o których rzetelności upewnił się wprzód kilkakrotném sprawdzaniem.
Rachunek ten trwał wśród niczém nieprzerywanéj ciszy dosyć długo — zebranie materyjału przeciągnęło się dobrą godzinę, potém nastąpiła kontrola staranna, i — ostateczny rezultat, z gorączkowym niepokojem szukany, zrodził prawdziwych sześć cyfr, dających pożądane krocie... Wielkiemi głoskami drżącą ręką wypisał je u spodu, spojrzał na sumę, uśmiéchnął się, zadumał.
Rzucił pióro, potarł czoło i oczy, jakby im nie wierzył jeszcze, spojrzał znowu, i usta mu powtórnie zadrgały uśmiéchem szatańskim...
Począł się niespokojnie przechadzać po pokoju... Cisza głucha panowała na dworze, wiatr tylko czasami przesunął się po ulicach, jakby szeleszczący płaszcz ciągnął za sobą. Z ostróżnością ująwszy lampę, paczkę asygnat cisnąc w drugiém ręku, poniósł je troskliwy rachmistrz do sypialni. Zrzucił sukno z kasy, pocichu otworzył zamki, starając się, by jak najmniéj robiły hałasu i począł rozpatrywać się we wnętrzu.
Tu leżały systematycznie podobiérane szmatki drukowanego i sztychowanego różnobarwnego papiéru, które są ostatnim wyrazem ludzkiéj pracy. Paczki te, wielkości różnéj i nie jednéj wartości, łatwe były do obliczenia, nosiły wszystkie cyfry na sobie, — dołączył do nich przyniesione i drżącémi rękami brał je, składając na drugą stronę, ażeby wszystkie obliczyć... Nasycał się ich widokiem... Do niektórych świstków zaglądał, inne odrzucał, jakby oddawna znane — aż doszedłszy do dna głównego kompartymentu, odetchnął. Wszystko było w porządku, dwa rachunki: papiérowy i rzeczywisty zupełnie się ze sobą zgadzały. Zamknął więc spiesznie kasę i narzucił ją suknem jakby od niechcenia zwieszoném i z lampą odszedł do piérwszego pokoju. Rachunki wrzucił do biurka, zatrzasnął je i chodził znowu.
Najmniéj domyślny widz byłby wyczytał na twarzy, nie potrzebującéj się maskować w téj chwili — całą grę tych marzeń, których się człowiek dopuszcza, gdy mu do nich choć troszkę materyjału dostarczy życie.
Człowiek ten nie miał więcéj nad lat trzydzieści, choć z rysów jego stanowczo o wieku sądzić nie było można — miał więc jeszcze prawo marzyć, spodziéwać się i puszczać te bańki mydlane w powietrze, — które ludzie planami i programami nazywają.
Widocznie zabawiał się niemi, ślizgały mu się błyskawicami po twarzy, oddziaływały na niego tak, że rósł, prostował się, zmieniał, i ze skromnego bardzo człowieka stał się niemal poważną i wielką figurą. Usta mu się niekiedy febrycznie uśmiéchały, podnosił głowę, zaciérał włosy, brał się za boki, naostatku wielkim, głośnym śmiéchem się roześmiał.
Śmiéch ten, nagle rozlegający się po pustym i cichym domku, jego samego przestraszył i opamiętał... Pomyślał coś... spojrzał na stół, schwycił rachunki na świstkach, podarł je, rzucił, aby śladu po nich nie zostało... i padł na kanapę, wspiérając na ręku głowę...
Wtém zapukano do drzwi...
Zerwał się, jak ze snu zbudzony... nie odpowiadając zrazu, lecz pukanie się powtarzało natarczywie, poszedł więc otworzyć...
W progu ukazał się młody, przystojny, słusznego wzrostu mężczyzna...
— A to ty — kochany Piętko... ale...
— Ale cię nie było w domu, panie dyrektorze, — odpowiedział, wchodząc bez pytania przybyły — tak wiém o tém, wiém. Mnie jednak wolno złamać rozkazy i przekonać, czy w istocie raczyłeś się oddalić, lub tylko nie raczysz przyjmować...
— Miałem robotę pilną — mruknął dyrektor.
— I tego się domyślałem... dziś! nie mogło być inaczéj, — dodał przybyły zdéjmując kapelusz powoli... Nie byłbym nawet tych miodowych chwil śmiał przerywać, gdyby nie pilna potrzeba...
Gospodarz podniósł oczy pytające i niespokojne, gość mówił dosyć obojętnie.
— Znasz przecię choć z nazwiska księcia Nestora, boć przez jego dobra szła koléj nasza...
— Z nazwiska, — podchwycił żywo, zbliżając się dyrektor — ale tylko z nazwiska... Teraz jednak, późniéj nieco spodziéwam się zbliżyć do niego. Człowiek przedsiębierczy i bardzo popularny... O! z takimi ludźmi ja chętnie zawiéram znajomości...
— Takem i ja się spodziéwał — z uśmiészkiem rzekł przybyły, — nadarza się nam zręczność jedyna...
Niespokojnie wpadł, słysząc to, prawie na mówiącego gospodarz...
— Gdzie? jaka? na Boga! gdzie?
— Nie uciecze ci — z uśmiéchem odezwał się gość. Książę Nestor tu nocuje... nazajutrz rano pocztą jedzie daléj... Nasza lokomotywa i wagonów parę na próbę wyjdą także jutro rano... w tę samą drogę... Rozumiész mnie... Masz doskonałą zręczność uczynić grzeczność księciu, poznać się z nim, a towarzysząc mu, bliższy zawrzéć stosunek... tobie się niechybnie opłaci...
Gospodarz rzucił się ściskać doradzcę... który się chłodno obraniając, uśmiéchał niespokojny, potém pobiegł po kapelusz i już zabiérał się wychodzić.
Piętko kochany... nigdy ci tego nie zapomnę! tyś dobrodziejem moim! Co za myśl! Ty czasem bywasz genijalny...
Ja nim zawsze jestem, gdy się sprawa mnie nie tyczy, odparł Piętka...
Lecz przypatrzmy się bliżéj nieco oryginalnéj dosyć postaci pana Oresta Piętki. Młody, słuszny przystojny, pięknego wzrostu, szykownéj postaci, nie był typem idealnym, ale mimo to niepospolitym. Coś w nim zdradzało naturę nieco ekscentryczną i nie codzień spotykaną, a do wyczytania nie łatwą. W istocie dla tych, co go znali z bliska, Piętka nie był ani złym, ani dobrym, ani zepsutym, ani cnotliwym — był tylko obojętnym sceptykiem. Patrzał na świat z ciekawością istoty, któraby sądziła, że do niego nie należy. Bawiło go niezmiernie to urozmaicone widowisko, obchodziła rzecz każda — lecz serdecznego, rzeczywistego udziału nie brał w niczém. Prawie obojętnym dlań było pomagać do zawiązania węzła u stryczka, albo ratować tonącego biédaka. W piérwszym razie notował sobie metodę i sposób zadzierzgania, w drugim czynił psychologiczne studyja nad obawą śmierci i stanem ducha w chwili ostatecznego niebezpieczeństwa... Dlatego każda rzecz nowa była dlań niezmiernie pożądaną.
Z równą pociechą i zajęciem przypatrywał się mikroskopowym stworzeńkom i — niezwyczajnemu charakterowi człowieka...
Co do siebie samego — prowadził się uczciwie, bo z tém zawsze najwygodniéj na świecie; ale nie można zań było ręczyć, by czegoś monstrualnego nie popełnił przez prostą ciekawość, dla — eksperymentu. Cnota była dlań rzeczą względną, którą szacował, ale nie roznamiętniał się do niéj.
Piętka chodził po świecie z lupą — do niczego w istocie nie należąc — ani do nikogo. Byłto człowiek bardzo porządny, spokojny, umiarkowany, nie podlegający namiętnościom tak samo jak nie jeździł nigdy końmi do unoszenia skłonnémi — zdrowo sądzący o rzeczach, obejmujący je łatwo, nie zarozumiały — słowem używający nie zaprzeczanéj mu sławy dobrego, zdolnego, poczciwego i miłego chłopaka... Powoli dorabiał się stanowiska i majątku — chociaż niezbyt mu się dotąd wiodło — bo, nie odrzucając z zasady użycia blagi i grania komedyi — uznając je za potężne dźwignie powszednich spraw ludzkich — niezręcznym był jakoś, gdy chciał udać. Nudziły go role przybrane. Nie zrobił więc świetnéj karyjery, ale wiodło mu się niezgorzéj. Raziło to niektórych, że czasem lubił wyśmiéwać to, co na śmiéch zasługiwało; lękano się jego chłodnego sarkazmu i ostréj, zimnéj potęgi głęboko sięgającego wzroku. Byłato zresztą chodząca kronika... Z ciekawością nigdy nie nasyconą badał i uczył się zarazem wszystkiego, nawet rzeczy najniepotrzebniejszych napozór — a co mu się raz o uszy obiło, o tém nigdy w życiu nie zapomniał.
Nie porywał się téż prawie nigdy do szyderstwa piérwszy, tajemnicy powierzonéj nie zdradził — lecz gdy zasłona świetności opadła sama, albo ją kto zerwał — naówczas zapuszczał żądło w ofiarę i patrzał, jak się z bólu wiła... Zdawało się go to rozgrzéwać nieco, bo się zresztą nudził na świecie.
Przy tym, którego nazwał panem dyrektorem p. Orest Piętka był inżynierem, użytym do budowy skończonéj właśnie kolei — dyrektor wielce go cenił, on zaś, widzieliśmy już z rozmowy, w jakim z nim był stosunku.
Pan Julijusz Płocki słuchał go, lękał się nieco, oszczędzał, usiłował opanować i przywiązać go do siebie, lecz do tego dojść jeszcze nie mógł.
W pięć minut surdut był zmieniony, rękawiczki nowe dobyte, kapelusz gotowy, i dyrektor zabiérał się wychodzić dla ofiarowania swych usług księciu Nestorowi. Piętka z pewnym rodzajem szyderskiego politowania patrzał na niego.
— Co to, kiedy się komu szczęści! — zawołał, — rachunki skończone, droga zdana i przyjęta, piéniądze w kieszeni — i tego samego dnia natychmiast nastręcza się opatrznościowo zręczność do zrobienia tak znakomitéj, tak obfitéj na przyszłość w następstwa i owoce... znajomości!
Płocki słuchał, ale go ironiczny ton męczył widocznie.
— Ten pomysł tobie winienem! — zawołał...
— Ale nic a nic! Sambyś nań trafił, dowiedziawszy się od Dawidowicza, że książę tu nocuje — nie roszczę praw do żadnéj, najmniejszéj wdzięczności.
— Chcesz go także może poznać? — spytał Płocki?
— Ja? a mnie to do czego? — ruszając ramionami, odparł Piętka...
— Przepraszam cię, stosunki w świecie są potężną dźwignią, nigdy nie można wiedziéć, na co się one przydadzą, a nigdy niémi gardzić nie należy.
— Zgoda — odparł Piętka — lecz dziś nie mam ochoty dworować, idź sam.
Płocki już był gotów.
— Czekajże — zawołał, zawahawszy się nieco — ja tam nie zabawię długo, gdy wrócę, przyjdź do mnie na szklankę ponczu, wszakto wieczór ostatni....
— Tak! ostatni! — komicznie wzdychając, powtórzył Piętka — more majorum należałoby się upić koniecznie dla świętych tradycyj narodowych, nie prawdaż? ale, że mnie potém głowa boli — ograniczymy się skromną parą szklaneczek...
To mówiąc, podał rękę Płockiemu, pożegnał go niby ceremonijalnym ukłonem i wyszedł, a za nim téż, zawoławszy chłopaka, wybiegł Płocki, spiesząc do hotelu, w którym stać miał książę Nestor, powracający z dóbr swoich do miejskiéj rezydencyi.
Imię księcia, już coraz głośniejsze, obijało się nieraz o uszy skromnego i mało komu znanego przedsiębiercy budowy — który teraz już roił sobie wielką i świetną przyszłość a gotów był uwierzyć w to, że mu jego szczęśliwa gwiazda sprowadzała człowieka, przez którego mógł odrazu wnijść w koła towarzystwa dotąd dlań nieprzystępnego...
Quo non ascendam? mówił sobie zliczywszy zyskane krocie...
Z gorączkową niecierpliwością, pociemku, przez puste uliczki dobił się Płocki do hotelu, przed którym z dwóch latarni, we dnie odpowiadających sobie bratersko, paliła się smutno jedna tylko. Przed bramą sam gospodarz stał z cygarem i miną człowieka, który czuje, że ma jedyną porządną gospodę w miasteczku, dom murowany, traktyjer, bilard i numera dla gości!! Wieczorna pora dozwalała mu z rozpiętą kamizelką oddychać świéżém powietrzem. Pan Symforowicz jakkolwiek czuł godność swoją i umiał powagę utrzymać, znał się téż na ludziach i cenił tych zwłaszcza, którzy lepiéj od niego robili pieniądze. Talent ten w szczególném miał poszanowaniu, i dla tego na widok nadchodzącego dyrektora robót kolei, którego znał ubożuchnym, a teraz czuł i wiedział, że jest magnatem, zapiął pośpiesznie nietylko kamizelkę, ale surdut nawet, wyjął z ust cygaro i pospieszył na powitanie...
— Stoi tu książę Nestor? — zapytał Płocki.
— A gdzieżby stał? gdzieżby mógł stanąć — począł, rękawem ociérając usta, Symforowicz — stoi pod numerem piérwszym, na piętrze... służbie dałem numer siódmy... Pan go już zna?..
— Trochę — rzekł odniechcenia Płocki — ale... mam do niego interes...
— Interes? zawijając się żywo, począł gospodarz, jakby już chciał biedz — ja to panu ułatwię, żeby się pan nie fatygował...
Kamerdyner pije właśnie na dole herbatę... chwalił mój rum... wyrobię przez niego audyjencyją, bo to tam bez oznajmienia nie wchodzą.
— Prośże go, mój Symforowicz — odezwał się poufale, klepiąc go po ramieniu Płocki, ażeby mój bilet pokazał i prosił o słóweczko rozmowy...
Gospodarz porwał bilet i zniknął, tymczasem pan dyrektor znać namyślał się, jak się ma przedstawić księciu, i patrzał na swój strój i siebie, surowo się zastanawiając nad postawą, jaką ma przybrać. Probował nawet i już się nastrajał do żądanego tonu. Podniósł nieco głowę, oczy przymrużył, z ruchawego człowieczka stał się napół obojętnym i zimnym gentlemanem...
Zdawał się mówić do siebie — tak będzie dobrze...
Rękę probował kłaść w kieszeń i wyjął ją — nie zdawało mu się to przyzwoitém. Strzepnął pył z surduta, chusteczki batystowéj dobył końce, a łańcuszka przychował; okaz zbyteczny dla księcia, a niezbędny w małéj mieścinie...
Zadyszany nadbiegł Symforowicz...
— Prosi pana dyrektora... prosi! zawołał, zdaleka rękami wskazując na wschody. Numer piérwszy, drzwi wprost...
Płocki, nie podziękowawszy nawet za pośrednictwo, szedł nadto może śpiesznie, cały sobą zajęty...
Gdy z jednéj strony ów się namyślał, jak się zaprezentować magnatowi, ktoby był zajrzał w téj chwili do pokoiku, zajmowanego przez księcia, dostrzegłby, że i książę pośpiesznie jakoś objąwszy okiem mieszkanie, układał je, myśląc, jakie uczyni wrażenie na gościu.
Dwie książki rzucił rozłożone na stół. Byłto ostatni, nierozcięty zeszyt Revue des deux Mondes — i Historyja handlu angielskiego... Na jednę z nich książę położył nóż kościany, jakby zakładkę... i usiadł...
W téj chwili drzwi się otworzyły, i Płocki z bardzo swobodną i niewymuszoną postawą, udającą wybornie nawyknienie do salonu i świata, w którym nie bywał dotąd, wysunął się, kłaniając.
Książę mi zechce przebaczyć, iż mu spoczynek przerywam — dowiedziałem się przypadkiem o pobycie jego w miasteczku... Mam honor zaprezentować się, jestem Julijusz Płocki, przedsiębierca budowy kolei, dopiéro co dokończonéj... Jutro rano wyprawiamy dla próby parę wagonów, między którémi będzie jeden piérwszéj klasy. Jeślibyś w. ks. mość pozwolił sobie służyć miejscem... miłoby mi bardzo było przewieźć go w daleko krótszym przeciągu czasu, niż poczta, a razem przed znawcą dziełem się mojém pochwalić.
— A! słyszałem właśnie o ukończeniu kolei... która i przez jeden z moich majątków przechodzi, rzekł książę, grzecznie podając krzesło... Bardzo to szczęśliwa zdobycz dla kraju, dla handlu... dla przemysłu i rolnictwa... Mogę panu powinszować tak pożytecznego dzieła...
— Miałem téż głównie na celu — odezwał się Płocki — nie mój zysk, ale pożytek ogólny... Wiadomo księciu, przez jakie to trzęsawice ta koléj przechodzi... jakie były techniczne do wykonania trudności... wszystkośmy to zwyciężyli... linija skończona... nie powstydzę się jéj. Jeśli książę raczysz nas zaszczycić jutro obecnością swoją... oddam pod sąd jego moją pracę... Nie ubiegałem się za zarobkiem... szło mi o to, żeby pokazać, iż lepiéj i taniéj potrafimy, niż cudzoziemcy...
— Z prawdziwą przyjemnością służyć panu będę — odparł książę z miną poważną. Wszystkie te kwestyje przedsiębierstw, kolei, przemysłu, stowarzyszeń, niesłychanie mnie zajmują!! Założyłem sobie za cel życia być użytecznym, spełniając obowiązki, jakie wkłada właścicielstwo dóbr u nas... Niestety! westchnął książę, bijąc ręką po książce... jakżeśmy jeszcze daleko od anglików...
— Nawet od niemców! odparł Płocki — lecz dla czegożbyśmy usiłować nie mieli ich doścignąć...
Rozmawiając, obaj panowie przypatrywali się sobie z uwagą nie inaczéj, jak oblegający twierdzę patrzy na jéj mury, szukając, gdzieby najłatwiéj wyłom mógł uczynić i nim się dostać do wnętrza — Płocki, który przed chwilą w domu obracał się jakoś rubasznie i niezbyt zręcznie, a ruchy miał zdradzające młodość spędzoną prędzéj pod gołém niebem i w przedpokoju, niż na woskowanych posadzkach — teraz umiał tak nagle przybrać dystyngowane manijery, które raczéj odgadywał instynktem, niż się ich wyuczył, że książę wziął go za to, co się w języku wielkiego świata, un homme comme il faut, nazywa.
Nawzajem Płocki nie śmiał nawet powątpiewać, iż przerwał księciu studyja nad historyją handlu angielskiego, lub czytanie artykułu pana de Mazade, gdy Bogiem a prawdą, książę przed chwilą przy wejściu kamerdynera stał w oknie i patrzał przez lornetkę na dziewczęta wiejskie które naprzeciw ze studni wodę czerpały.
Oba panowie grali wybornie swe role sensatów, ludzi rozmyślających tylko nad wielkiémi zadaniami ekonomicznemi obecnego położenia.
— To dziwna rzecz — mówił w duchu książę iż o tym Płockim nigdy w życiu nie słyszałem.
A głośno dodał grzecznie.
— Czy to jest piérwsze przedsiębierstwo pańskie?...
Zagadnięty niespodzianie dyrektor budowy zrazu zamilkł — nie chciał się bowiem przyznać do tego, że był homo novus, że to była w istocie piérwsza budowa i piérwszy wygrany wielki los na loteryi szczęścia... Skromnie spuścił oczy i rzekł jakby odniechcenia.
— Tak jest, tu w kraju piérwsze to jest zastosowanie moich studyjów, które odbywałem za granicą...
Tym ogólnikiem zbyty książę... nie śmiał już pytać dłużéj. Rozmowa zeszła znowu na zagadnienia ogólne, rozwoju sił kraju uśpionych i t. p. Płocki nadzwyczaj zręcznie, jak wprawny woźnica po złéj drodze, wymijał kamienie i kałuże, któreby mu przebywać niewygodnie było... Ogólnikami zbywał niedobrze znane kwestyje i nawracał do tych, z któremi był oswojony. Książę imponował mu erudycyją, ale tak lśniącą, poliglotyczną, pewną siebie, paradoksalną, śmiałą, iż Płocki wstał spocony, zmęczony, ale zachwycony nim...
Oba uczynili na sobie wrażenie, jakiego pożądali — z tą różnicą, iż podejrzliwszy, choć mniéj doświadczony, dyrektor budowy w końcu tych rozpraw, — parę jakichś szparek dostrzegł w kosztownéj budowie rozmowy i niemal powziął podejrzenie, że w tym było więcéj sztuki, niż rzeczywistéj wagi. Zawsze jednak talent zapryskiwania oczu, potężny, znakomity, uznawał... Książę zaś mniéj bystry, łatwowierniejszy może, wziął całego Płockiego za dobrą monetę...
Pożegnali się uprzejmie bardzo...
— Na którą godzinę mam być gotowym, zapytał książę...
— A! my się do naznaczonéj zastosujemy.... jesteśmy tu jeszcze panami czasu i linii, a że powóz księciu potrzebny, każemy dać pod niego także...
— Serdecznie dziękuję — odparł książę Nestor — w ten sposób najmniéj kilka godzin zyskuję... i piérwszy będę miał sposobność oddać pańskiéj pracy należne pochwały... To prawdziwy dla mnie train de plaisir...
Z tryumfem na twarzy wyszedł Płocki... uszczęśliwiony swym pomysłem. Nie miał zrazu zamiaru puszczać się z temi piérwszemi wagonami, oddając je pod dowództwo Piętki, lecz w progu zmienił myśl i postanowił korzystać z tak szczęśliwéj okoliczności dla zbliżenia się do księcia... Znajomość była zrobioną... a przez stosunki z tak wielkim panem wcisnąć się już mógł w ten świat, do którego niedawno jeszcze przystęp był dlań odległém tylko marzeniem...
Pod wrażeniem tego szczęścia, dostąpionego zrządzeniem losu, Płocki byłby minął niegrzecznie Symforowicza, nie pokłoniwszy mu się nawet, gdyby on sam mu nie zaszedł drogi — palony ciekawością niezmierną.
— A cóż? proszę kochanego dyrektora... — a jakże?
— Wybornie wszystko, — odparł Płocki — zaprosiłem księcia na jutro do naszego pociągu...
Symforowicz zatarł ręce.
— Winszuję panu, — rzekł krótko... to będzie bardzo ładnie... Zaraz o tém napiszę...
Płockiemu już było pilno, Symforowiczowi niemniéj, bo w bilardowéj sali było kilka osób z miasteczka, którym mógł ciepluteńką udzielić nowinę... Pożegnali się więc, a Płocki pospieszył nazad do dworku swego, gdzie się spodziéwał zastać Piętkę i z nim wieczór przepędzić.
Żywe wrażenia nawet na tak powściągliwych i panujących nad sobą ludziach, jakim był Płocki, wywierają ten skutek, iż się niémi dzielić potrzebują. — Są w życiu stany ducha dla których koniecznością wylanie się głośne, zbycie przepełniającego pierś uczucia i nawału myśli.
W takim właśnie znajdował się Płocki, i nigdy spieszniéj może nie powracał do domu, nigdy się może nie uśmiéchał tak do siebie, jak teraz po drodze, gdy go nikt w ciemnościach szpiegować nie mógł.
— Prawda! mruczał, biegnąc pustemi uliczkami — czekałem na szczęście długo, musiałem się go dobijać mozolnie... zacząłem z niczego prawie... nadzieją nawet nie ścigałem nigdy tak wysoko, jak dziś już jestem — lecz nogę mam w strzemieniu, znam ludzi, świat, środki w ręku są — rozum się znajdzie... śmiałości mi nie braknie — dojdę, gdzie zechcę!!






Powróciwszy rozmarzony do domu, Płocki zawołał chłopaka, aby samowar nastawił... Nim zrzucił z siebie suknie, Piętka stał w progu z cygarem w ustach...
— No cóż, jak ci się powiodło? — spytał.
— Mój drogi! zawołał gospodarz, stając przed nim w postaci zwycięskiéj — mnie się we wszystkiém powodzić musi...
Mam szczęście! nic mnie już teraz nie zdziwi. Księcia zastałem, przyjechał jakby naumyślnie dla mnie, przyjął mnie grzecznie, zaproszenia mojego nie odrzucił, zrobiłem dobrą i pożyteczną znajomość, z któréj skorzystać potrafię.
— O tém nie wątpię! zcicha rzekł Piętka, siadając na sofie i badawczém okiem patrząc na człowieka tak, jakby lekarz uczony obserwował ciekawy stan patologiczny chorego.
W istocie Płocki, zwykle skryty i umiejący dla ludzi przybrać taką fizyjognomiją, jaka mu z jego obrachunku wypadała — nie zadawał sobie teraz pracy udawania przed Piętką, który go znał oddawna, i którego bystre oko dawno wszystkie duszy tajniki zgłębiło. Wiedział, że ten dobry towarzysz ani go zdradzi, ani gorszego o nim nie poweźmie wyobrażenia. Wedle pospolitego przysłowia, znali się, jak łyse konie — Piętka go odgadł... — Płocki nie wątpił na chwilę, że nadal po ukończeniu budowy drogi, losy jego i prace podzielać będzie. Byli więc en famille i mogli się oba porozpinać.
Chłopak wniósł samowar, i cały skromny, z dawnych czasów przybór herbaciany; zrzucono papiéry ze stolika, aby mu zrobić miejsce; Piętka i gospodarz zasiedli do ulubionego lekkiego ponczyku, napoju, który nieraz po dniach i nocach zimnych, spędzonych na kolei, pod gołém niebem, od febry i choroby ich obronił. Płocki, jak nigdy może, poruszony był, przejęty, szczęśliwy... upojony swém powodzeniem... Twarz jego z dziwnych piérwiastków skléjona, przybiérała tak osobliwsze wyrazy, miotana wewnętrznemi uczuciami, iż Piętka nie mógł się powstrzymać od wpatrywania się w nią, jak w tęczę. Bawiła go ta ruchoma gra fizyjognomii.
— Co ty mi się tak przyglądasz? — spytał żartobliwie gospodarz.
— Zmiłuj się — zawołał Piętka — toć przecię najrzadsza w świecie rzecz widziéć szczęśliwego człowieka... Astronomowie jeżdżą o kilkaset mil obserwować przechody gwiazd i zaćmienia, dla mnie fenomen twéj twarzy z aureolą płomienistą szczęścia nie mniéj pewnie jest zajmujący.
— Przypatrzże mi się dobrze... ze śmiéchem odparł Płocki, bo jutro... nie zobaczysz na mojéj twarzy śladu tego, czego dziś przy tobie zakrywać nie potrzebuję. Byłbym najgłupszym złudzi, gdybym tak upojony występował przed tłumem. Chwila szału darowana, ale odsłonienie tajemnicy duszy — nie przebaczone. Tylko waryjaci chodzą nadzy po rynku. Jutro oblekam się powagą, przybieram minę kwaśną, zadumaną, lekceważącą — jutro z mojego szczęścia już nic sobie robić nie będę, jutro nawet twoje oko, nawykłe czytać we mnie, nie ujrzy śladu téj orgii dzisiejszéj... To może ostatnia chwila swobody... jutro — ja nie należę do siebie. W żelazne kluby chwyci mnie program przyszłości i praca dla niéj... Nie mogę poprzestać na wygranéj stawce — trzeba iść daléj — daléj a dalej!
Piętka się roześmiał.
— Dokąd? czy ci się zachciéwa zostać Strousbergiem?
— Strousbergiem! a zapewne, tylko trzeźwiejszym od tego króla kolei, który nadto otrąbiać kazał swą wielkość i otaczał ją zbytecznie błyskotkami, a przytém — był niezręczny... Z doświadczenia jego będę korzystał. — Można zarabiać tyle co on i nie być pochwyconym na uczynku.
— Jeżeli sądzisz, — mówił daléj Płocki — że ci się zaprę Strousberga, mylisz się — mogę być nim i czémś lepszém od niego. Jestem przekonany, że lepiéj znam świat, ludzi, ich głupotę i ich próżność, wszystkie sprężyny, któremi się te maryjonetki poruszają... — będę miał odwagę zastosować moję teoryją na matadorach tak, jakem ją wyprobował już in anima vili. Przypomnij sobie moje interesa z żydkami i burłakami, — byłyto próby na małą skalę — książęta od nich nie lepsi.
Piętka się ciągle uśmiéchał.
— W istocie — rzekł cicho, na téj drodze dałeś dowód, że umiész robić interesa. Nigdym się nie spodziéwał, żeby była tak szczęśliwie dokończona i przyjęta... Trzęsawiska zwyciężone... i ty z błota dobyłeś...
— Milijony — dokończył żywo Płocki. — Tak jest.
Tu zniżył głos. Sześćkroć sto tysięcy rubli, po staremu licząc, cztéry milijony złotych... Cztéry milijony w ręku człowieka, który niedawno nie miał cztérech tysięcy, a nieco dawniéj nie miał często i cztérdziestu rubli w kieszeni... Wiész! wiész, to można oszaléć! Ale ja nie oszaleję — ja teraz dopiéro rozum miéć zacznę...
— E! dla mnie — odezwał się Piętka — byłby to koniec zabiegów, nie chciałbym więcéj, mógłbym, założywszy ręce, siąść jak w loży piérwszego piętra i bawić się widokiem ludzkich tragedyj i komedyj.
— A! ty bo jesteś innym człowiekiem — przerwał Płocki — ja chcę iść daléj — ja muszę iść wyżéj... Mam w ręku klucz, co wszystko otwiéra, mam narzędzie do roboty... wiém, co świat wart — i teraz dopiéro wezmę się do dzieła...
— A cel, z uśmiechem rzekł Piętka, powiész mi zapewne o bliźnich, o ludzkości, o kraju? o dobru ogólném...
Płocki się roześmiał głośno...
— Nie miéjże mnie za dudka! użyję może tych wyrazów gdzieindziéj, ale nie mówiąc do ciebie... Bliźni, ludzkość, dobro ogólne! czcze to i dawno spłowiałe słowa, które, jak stare dekoracyje zbyt długo służyły na teatrze... nie czynią już one złudzenia, ludzie się przekonali, że to są szmaty pomazane wiechciem, nic więcéj. Ty wiész, że każdy bliźni to nieprzyjaciel, a ludzkość materyjał, z którego się rozumu i piéniędzy dorabia, krowa dojna i po wszystkiém...
— Mówże cicho, — odparł Piętka, — a nuż cię kto posłyszy, zdradzisz się ze swoim pamfilem...
— Złożyłbym to na ekscytacyją ponczową — odrzekł z uśmiéchem Płocki... — Przed tobą nie mam tajemnic.
— Dlatego, że wiész, iż ich miéć nie możesz dla mnie.
— Zapewne! potwierdził Płocki — dlatego dziś mówię z tobą otwarcie... jest to chwila uroczysta mojego życia, w któréj jedna jego epoka się zamyka, a roztwiéra druga.
Powiem ci więc, coś odgadł zapewne. Dla mnie świata ognisko jest we mnie, celem moim — dobro moje, narzędziami ludzie... a przedewszystkiém ich słabości... Dowiedziona rzecz, iż na nie rachując, nie myli się... nigdy.
Znać słabości ludzkie, aby z nich korzystać, swoje własne, aby się ich obawiać — to rozum cały. — Reszta to romanse, które bawią a nie tuczą...
— Słucham i admiruję! zawołał Piętka — co téż to upojenie szczęściem zrobiło z ciebie... Sapristi!
— Zrobiło ze mnie? roześmiał się gospodarz, doléwając szklanki — mogę ci zaręczyć, że zawsze tym byłem, kim jestem. — Powodzenie utwierdziło mnie tylko w przekonaniu dawno powziętém, że znaczniejsza część ludzi jest potężnie głupia... że bardzo wielka jest dziwnie łatwowierną i dającą się bałamucić bezkarnie — i że człowiek rozumny nie powinien nigdy rozczulać się nad bliźniemi, ale ich ssać, korzystać z nich i — kpić!
— Co za potężna logika i jaka siła wymowy — zawołał Piętka — jaka treściwość wysłowienia! Nic dodać, nic ująć, kochany Płocki — powtarzam, admiruję, — admiruję!
— Możesz zaprzeczyć? podchwycił Płocki...
— Ani myślę — jesteś dziś niezwyciężonym — dodał Piętka, admiruję!
— Tak — w istocie, dziś jestem wyegzaltowany ideami przyszłości, przejęty niémi — nie mogę się od nich oderwać — buduję kolosalne plany.
Przypomnij sobie ze szkół owo godło dawne — quo non ascendam? powtarzam je sobie dzisiaj. — Gdzież nie dosięgnę? Mogę się dobić najwyższych stanowisk... olbrzymiéj fortuny Rotszyldów, szacunku ludzi, na który, choćbym nie zasłużył, to go wyszachrować potrafię, — wpływu, znaczenia... wszystkiego; wszystko to mam już oto w tém ręku! a cudownym sezamem, który mi otworzy wrota, będzie ta zasadnicza prawda, iż świat głupi, a głupszy jeszcze, kto z niego nie korzysta...
— W imieniu świata, do którego, zdaje mi się że trochę należę — dziękuję, rzekł, kłaniając się, Piętka.
— O! ty do tego świata, o którym mowa, nie należysz — przerwał wyciągając doń rękę Płocki — ty idziesz ze mną! my przecię pójdziemy razem..
Piętka dopijał zwolna swą szklankę. Spojrzał na towarzysza dziwnie ironicznie i odezwał się.
— Za pozwoleniem, po wygłoszeniu tak otwartém teoryj, o których szczerości na chwilę powątpiéwać nie mogę, dowiódłbym, że w istocie do tego świata głupich należę, gdybym ci służył w dalszym pochodzie. Byłbym narzędziem w twoich ręku, bo nie możesz czynić dla nikogo wyjątków... przepraszam cię, ale od kilku dni właśnie miałem to oznajmić, że będę sobie szukał gdzieindziéj zatrudnienia...
— Co? żartujesz chyba? przerwał Płocki. — Ty? rozstać się ze mną? ale to być nie może. Nie znajdziesz nigdzie dla siebie tak korzystnego położenia. Właśnie dziś, gdy zamierzam rozszérzyć krąg moich czynności, gdy potrzebuję kogoś, komubym mógł zaufać... Kochany Oreście! — nie — to być nie może.
— Jeśli mnie znasz — odparł chłodno Piętka, to wiész, że ja nie mam zwyczaju kazać się o co prosić, ani targować. Bardzo ci dziękuję za dobre słowo, za zaufanie, za wszystko, ale — chcę być swobodny, muszę odetchnąć, i myśléć także o sobie.
Płocki zarumienił się nieco.
— Cóż? czyś się może zląkł? zawołał z przymuszonym uśmiechem.
— Bynajmniéj, mówił Piętka, który się zajął cygarem i starannie je zapalał. Wszystko to, coś tu tak wymownie wygłosił, było mi wprzódy już doskonale wiadomém; to téż postanowienie moje nie od dziś dnia datuję. Nie miałem tylko zręczności wprzódy ci o tym powiedziéć.
Płocki wstał i zaczął się przechadzać.
— Karty na stół, zawołał, gra otwarta, mówmy szczerze! Chcesz innych warunków, chcesz tantyjemy, pensyi, udziału w zyskach? Powiédz mi swe warunki...
— Nie mam żadnych, odpowiedział Piętka, zostaniemy, jakeśmy byli, najlepszymi przyjaciółmi w świecie, rozstaniemy się, nie chmurząc na siebie, ty na mnie nie powiész, żem cię zawiódł ja o tobie wyrażać się będę z respektem, i wszystko skończone.
— Na dzisiejszy wieczór wcalem się tego nie spodziéwał, przecedził przez zęby Płocki. Strata takiego, jak ty, człowieka nie może mi być obojętną.
— Przecież wiekuiście nie mogliśmy z sobą iść razem, odpowiedział Piętka. Ludzi znajdziesz łatwo.
— Ale nie takich, jak ty! szepnął Płocki.
— O! roześmiał się pan Orest, czyżbyś posądzał mnie o próżność i myślał, że jestem marjonetką, którą, za ten sznureczek ciągnąc, poruszać można!
Płocki zaczerwienił się znowu i zmieszał. — Ostatnie słowa rozmowy wytrzeźwiły go zupełnie, ochłódł, twarz mu się namarszczyła i skrzywiła.
— Przecież nie masz powodu gniéwać się na mnie! zawołał, zbliżając się.
— Najmniejszego, rzekł Piętka z uśmiéchem, owszem wdzięczny ci jestem..... Nauczyłem się przy tobie wiele, skorzystałem, zdobyłem doświadczenie, mogę iść o własnych siłach...
— Ale cóż myślisz i co zamierzasz?
Piętka ruszył ramionami. Inżynierów potrzebują teraz wszędzie, jakieś zajęcie się znajdzie.
— Dlaczegóż nie u mnie? spytał Płocki.
— Nadto się dobrze znamy, sucho odpowiedział Piętka, będziemy sobie zawadzać nawzajem.....
Maleńki zégarek niemiecki, klekoczący na kominie, wybijał właśnie dwunastą, Orest spojrzał nań.
— Czegóż się tak spieszysz? pochmurno spytał Płocki, niespodziéwałem się doprawdy, żebyś mi tak struł ten wieczór, i tak jakoś mnie nie rozumiał, przyznam ci się, żem cię sądził człowiekiem wyższym, bez przesądów...
— Nie omyliłeś się, począł Piętka, ale mylnie przypisujesz moje postanowienie skutkom ostatniéj rozmowy, mogę ci zaręczyć, że ona bynajmniéj nie wpłynęła na mnie...
Z niedowierzaniem wysłuchał tego zapewnienia Płocki, potrząsł głową i zamilkł.
Ja, dokończył inżynier, pomimo pozorów zimnego człowieka, mam téż fantazye swoje, chce mi się spróbować chleba z innego pieca... ot, po wszystkiém.
— Naturalnie! woli twéj krępować nie mogę i nie chcę, ostygły dodał pan Juliusz, życzę, żeby ci się powodziło jak najlepiéj, a sądzę, że nie odejdziesz odemnie z niechęcią i uprzedzeniem...
— Mój kochany, odezwał się zmuszony do wesołości Piętka, jakżebym tak przepyszny egzemplarz człowieka, jak ty, miał lekceważyć i nie umiéć go ocenić! Jesteśmy starymi towarzyszami i pozostaniemy, spodziéwać się, tak dobrymi przyjaciołmi, jak mogą być ludzie, co się doskonale poznali i zjedli z sobą beczkę soli?
— Troszkę w tém ironii! podchwycił gospodarz.....
— Ani odrobinki! dobranoc ci! nakładając kapelusz, rzekł Piętka, idę i ja marzyć o przyszłości..... albo spać....
Jedziesz z nami? zawołał Płocki, zrobiłbyś z księciem znajomość?
— Czym potrzebny koniecznie?
— Nie.... ale sądziłem..... wybąknął Juliusz.
— A ja sądzę, że daleko dogodniéj ci będzie samnasam z nim pozostać; ale nie spytałem, co sądzisz o nim?
— Ja?? Płocki wlepił oczy w towarzysza i namyślał się chwilę. Widziałem go tak krótko, iż zuchwalstwem byłoby z tego sądzić o człowieku. Twarz, ruch, mowa, dają intuicyą pewną, ale ja jéj wierzyć nie zwykłem... Są to wskazówki, które należy sprawdzić...
— Według mojéj teoryi, kończył, zniżając głos, najbezpieczniéj byłoby sądzić zawsze o człowieku, przypuszczając w nim wszystkie te wady i przymioty, którym przeciwne na zewnątrz się objawiają. Dowiedzioną jest rzeczą, że skąpy najbardziéj chce się okazać wspaniałym, a rozrzutny — oszczędnym. Jest to w naturze człowieka, że się kryje i maskuje. Nie jestto jednak prawidło ogólne, bo są ludzie, co, gdyby chcieli, kłamać nie potrafią.
— No, ale książę? zapytał Piętka.
— Ha! mówił Juliusz, nadzwyczaj imponująco i poważnie wygląda. Ekonomista, statysta, zabiegły gospodarz, jedném słowem człowiek seryo.
— Z tego, według ciebie, możnaby wnosić, że musi lekkim być w gruncie, dorzucił Piętka.
— Wątpię, rzekł Płocki, uczynił na mnie wrażenie człowieka pełnego ambicyi, który chce być czynnym, może nie przez zamiłowanie pracy saméj, ale dla rozgłosu i opinii, to być może. Zresztą człowiek najlepszego wychowania, wielki pan, gentleman... a jako magnat... trochę kosmopolita.
— Za jakiż sznureczek pociągniesz tę maryonetkę? spytał Piętka, śmiejąc się.
— Zobaczymy, zniżając głos niechętnie trochę, odpowiedział Płocki. Zdaje mi się, że trzeba go brać za wielkiego ekonomistę, statystę, za powagę i znakomitość krajową..... ale muszę być ostrożnym. Książę, szeptał coraz ciszéj, książę mi jest niezmiernie potrzebnym. Los szczęśliwy zbliżył mnie do niego. W tych kołach, do których on należy, nie mam stosunków, jestem nieznanym. Ufam w to, że wejdę w ten świat przez niego, wcisnę się, włamię, wpełznę, ale tam być muszę.
W nim i w jemu podobnych rozbudziła się, jeżeli nie chęć do pracy, to chętka do spekulacyi i wciśnięcia się w nasz świat przedsiębierczy, tak samo, jak my wzdychamy do ich zamkniętych podwojów. Rozumny człowiek może i powinien z tego korzystać.
Capisco! rzekł, uśmiéchając się, Piętka, życzę powodzenia! Lecz pozwól sobie powiedziéć słowo. Nie wątpię na chwilę o wrodzonych zdolnościach twych do przejęcia się sytuacyami i schwytania tonu każdego towarzystwa, jednakże w tych sferach są pewne formy, są nawyknienia, wymagania. Na ich woskowanych posadzkach trzeba się nauczyć chodzić.
Płocki się uśmiechnął.
— Sądzisz, rzekł, że ja, brnąc po błocie w nieprzemakalnych butach i kłócąc się z podradczykami, nie potrafię już ozuć lakierków i szczebiotać po francuzku. Muszę cię wywieść z błędu... Myślałem o tém zawczasu, i w salonie, zobaczysz, nikt nie pozna mnie nawet.
— Uwadze twéj przyznać muszę wielką trafność, ale za kogóż mnie masz?... Cho! cho! począł, znowu się nieco rozgrzéwając, Płocki. Wiem ja z góry, jak sobie pocznę. Nie będę wcale dobijał się zbytniego i pożyczonego poloru, chcę być przyzwoitym tylko, trochę z angielska rubasznym i odrobinę ekscentrycznym, ale comme il faut.
— I to już z góry obrachowane! zawołał, znowu się śmiejąc, Piętka, — admiruję!
— W życiu wszystko obrachowaném być musi, dodał Płocki. Talleyrand kazał się strzedz piérwszego poruszenia i miał słuszność, spuszczając się na nie, człowiek najczęściéj chybia... Rachuba, zimna krew... przewidywanie... to są czynniki bezpieczne.
— A zatem, dobranoc..... abyś się na jutro miał czas obrachować! dokończył Piętka i wyszedł, podając mu rękę.
Pozostawszy samnasam, Płocki długo stał zamyślony. Spoglądał niekiedy na drzwi, któremi wyszedł towarzysz, tarł czoło, dumał. Twarz jego chmurzyła się i marszczyła. Znać było na niéj, iż z rozmowy był wcale niezadowolony, musiał w istocie obliczać, czego się mógł obawiać od przyjaciela, z którym się rozstawał i czém miał się mu bronić..
Rachunek ten nie zupełnie go zadowolnił może, gdyż po długich rozmysłach pozostał zmarszczonym i kwaśnym.
Była godzina piérwsza, gdy naostatek zaryglował drzwi i z lampą przeszedł do sypialnego pokoju. Nastawił ekscytarz stojący przy łóżku i na wpół rozebrany rzucił się na nie. Ale sen nie rychło skléił mu powieki, po głowie rozbijały się myśli dziwne.
Nazajutrz rano, lokomotywa zawczasu już parą huczała, oczekując na tych, co ją po raz piérwszy nową koleją prowadzić mieli. Ludzie, wagony, machina, nowe było wszystko, bo oprócz małych prób od stacyi do stacyi, nie odbywano dłuższych podróży. Dyrektor budowy, zdala Piętka, kilku urzędników, tłum ciekawych, połowa ludności miasteczka gromadziła się dokoła nowego budynku, mającego służyć za stacyą.
Powóz księcia już stał umieszczony na wozie; słudzy jego znieśli pakunki, punkt o godzinie naznaczonéj książę Nestor ukazał się w bardzo eleganckim ubiorze podróżnym, z książką w ręku. Dyrektor budowy wyszedł przeciwko niemu z taką swobodą i obrachowanym wymiarem należnéj grzeczności, jak gdyby całe życie tylko z książętami miał do czynienia.
Ubiór jego nawet mógł o lepszą się ubiegać z książęcym szykiem angielskim i smakiem a prostotą.
Piętka trzymał się zdaleka na zwykłém swojem stanowisku obserwacyjném; wymówił się od podróży i nie zbliżał zbytnio do dyrektora, aby się księciu nie narzucać, który pomimo popularności nie mógł być bardzo rad znajomościom nowym i całkiem mu niepotrzebnym.
Siedli oba panowie do wagonu piérwszéj klasy, zaopatrzonego wcześnie, staraniem Płockiego, w zapasy podróżne, bo na nieurządzonych stacyach nic jeszcze dostać nie można.
W chwili gdy lokomotywa, świsnąwszy przeraźliwie, zwolna ruszyła z miejsca, tłum, zgromadzony dla przypatrzenia się temu nowemu dla siebie widowisku, nie mógł się powstrzymać od okrzyku. Podniesiono czapki do góry, pobożniejsi żegnali się na widok tego antychrysta, ziejącego dymem i parą. Piętka, który stał zdala, na ukłon grzeczny Płockiego odpowiedział uśmiéchem i skinieniem, i wozy posunęły się z przyspieszoną szybkością po szynach... w świat!
Kilkogodzinna podróż samnasam w wagonie, jak niepłonnie spodziéwał się Juliusz, zbliżyła go do księcia. Wprawdzie, nie chcąc być natrętnym, Płocki na wstępie oświadczył, iż zostawia zupełną swobodę gościowi, nie chcąc go nużyć rozmową, i książę dobył zaraz owéj historyi handlu angielskiego, którą niby w podróży miał studyować; Płocki téż zaopatrzył się w jakiś uczony manuał niemiecki, parę książek i broszur, które około siebie misternie rozłożył, aby ich tytuły w oko wpadały, lecz po chwili milczenia, rozpoczęto rozmowę.
Spotkanie dwu tych panów, było rzeczywiście pojedynkiem, w którym każdy z nich rozwinął wszystkie siły i zdolności swe dla dania wyobrażenia przeciwnikowi o znaczeniu swojéj osobistości. Obaj byli nadzwyczaj zręczni, lecz książę Nestor przechodził wprawą świéżo zbogaconego spekulanta. Mówiono o zadaniach ogólnych czasu, epoki, kraju; o pracy organicznéj, o przedsiębierstwach, przyczém książę wcale nie taił planów swych na przyszłość olbrzymich i dotyczących tylu żywotnych potrzeb, tylu różnych zakresów, iż mimo środków, jakie posiadał, trudno było uwierzyć, aby jeden człowiek tyle rozmaitych pomysłów mógł przywieść do skutku.
Skromniejszy daleko Płocki ograniczał się mniejszemi rozmiarami i praktyczniejszym programem, ale nie mniejszą okazywał chęć do czynu.
— Nie mamy ludzi, mówił książę, nie mamy wytrwania, nie mamy kapitałów, wszystko jest do robienia i do zrobienia.
Wierny swojemu systematowi, Płocki zaczął niezmiernie podnosić księcia i wychwalać jego pomysły, co, mimo skromności pozornéj wielkiego pana, dobre czyniło wrażenie.
— Takich panów, jak W. Ks. Mść, nam potrzeba, mówił, ażeby nam dali dobry przykład i inicyatywę. Wielką zasługę i powagę zdobyć sobie można, śmiało prowadząc spółobywateli do użytecznych i korzystnych przedsiębierstw. Właśnie to będzie W. Ks. Mości dziełem, nie wątpię.
Kadził tak ze wszech stron napozór obojętnemu książęciu, który po godzinie czy dwu rozmowy został oczarowany, ujęty, zdobyty, i począł rozpytywać Płockiego, co on nadal zamyśla, a dając mu to do zrozumienia, iż mogliby iść razem i działać wspólnie.
Płocki uczynił się niezmiernie skromnym, wyznał, iż potrzebuje jeszcze odbyć podróż za granicę dla studyjowania wielu nowych instytucyj, dla nauki... i że późniéj zamyśla osiąść stale w mieście, poświęcając się przedsiębierstwom.
Miał ten takt, iż usiłując się uczynić w oczach księcia potrzebnym, pożądanym, nie narzucał mu się wcale, zdawał nawet wymawiać prawie od zaszczytu podzielania z nim trudów jego.
Ten, ktoby wczorajszą z Piętką usłyszawszy rozmowę, dziś nadstawił ucha na zasady wygłaszane z powagą przez zręcznego pana dyrektora z wyrazem najmocniejszego przekonania, nie wiedziałby, co sądzić o człowieku, który, przespawszy się, zmienił zupełnie zapatrywanie się na świat i ludzi.
Płocki grał teraz rolę głęboko myślącego filantropa, dla którego kapitał, praca, zachody i trudy, służyć mają tylko do posiłkowania ogólnemu rozwojowi społeczeństwa i dobru powszechnemu. Zbudowanym był książę tém umiejętném połączeniem wielu praktycznych idej spekulacyjnych z najwznioślejszemi zadaniami. Płocki dowodził, że na przedsiębierstwach, stowarzyszeniach, trudach napozór dla zysku przedsiębranych, w istocie najwięcéj zarabia proletaryjat, nabywający ochoty do pracy, zamiłowania ładu i oszczędności, i że wynagrodzenie przedsiębiercy niczém jest w stosunku dobrodziejstw, jakie czyni krajowi, budząc do ruchu martwe jego siły, nadając im zdrowy i produkcyjny kierunek.
Księciu niezmiernie się ten pogląd podobał.
Płocki, w połowie drogi przekonawszy się z rozmowy, iż osiągnął cel jéj w zupełności i otumanił gościa, śmieléj już i raźniéj szedł daléj. Poczuł wyższość swą nad nim, i to mu dodało otuchy i humoru.
Szło tylko teraz o to, ażeby z czasu korzystając, poznać lepiéj księcia i módz go ocenić. Wiedział Płocki, że był nadeń silniejszym, ale sprężyn władających tą maryjonetką odkryć jeszcze nie umiał.
Zręcznie prowadzona rozmowa uderzała w różne tony, a wszystkie wibrowały od dotknięcia i żaden dominanty nie zdradził. Trudniéj było księcia poznać, niż ocenić. Wagę jego znał już Płocki, gatunek był dlań tajemnicą. Daleko wielostronniejszy, encyklopedyczniéj wykształcony, wielki pan wymykał mu się z dłoni, ile razy już, już, zdawało się, że go schwytał. Znajdował w nim poważnego ekonomistę, finansistę, chętnego spekulanta, człowieka lubiącego towarzystwo, zabawy, kobiéty, konie, nie gardzącego milijonami łatwo nabytemi, nie obojętnego na popularność — lecz wszystko to z kolei brzmiało z równém natężeniem, i ostatnie słowo zagadki tego człowieka pozostawało do znalezienia.
Płocki wiedział to z doświadczenia, iż dopiéro panujący przymiot lub słabość daje moc nad człowiekiem i obnaża go całkowicie; w księciu nie sposób było dobadać się, co tam szło górą i przewodziło życiu... W ciągu jazdy nawijały się różne przedmioty, można było przedsięwziąć próby najwielostronniejsze, ale wszystkie jeden dawały wypadek: mieszaninę osobliwą równo uprawionych piérwiastków.
— Albo on chytrzejszym jest odemnie, myślał Płocki, lub, co przypuścić trudno, pod tém kunsztowném rusztowaniem niéma jeszcze trwałéj budowy.
Jedno ze społecznych zadań pozostało na stronie z obu stron, jakby za wspólną umową, nieporuszone wcale.
Płocki nie potrzebował się dowiadywać do jakiego obozu należał książę, tytuł już to dostatecznie oznaczał; książę miał tyle delikatności, iż o przeszłość i pochodzenie nie badał pana dyrektora... Rozumiał to dobrze, iż był homo novus. Skąd szedł, nie zdawał się o to wiele troszczyć. W przekonaniach zresztą o stosunkach ludzi z ludźmi książę okazywał się tolerującym... Nauczyło go życie, iż podział starodawny na różne klasy i stopniowania w praktyce był już niemożliwym.
— Gdy pan osiądziesz w mieście, odezwał się książę, spodziéwam się, że zechcesz mnie odwiedzić... Jestem nie żonaty, domu otwartego i na wielką stopę prowadzić nie myślę, lecz rad będę około siebie gromadzić ludzi pracy i czynu, zbliżać ich, łączyć i przydać się na coś krajowi. W tém ambicyja moja.
Płocki podziękował, zapewniając księcia, iż skwapliwie z pozwolenia jego korzystać nie omieszka. Już zbliżając się do celu podróży, byli ze sobą w daleko poufalszym stosunku, niż w początku, lecz książę z taktem magnata odpychał niemal zimną swą i ceremonijalną grzecznością, chociaż była wyszukaną i aż drobnostkową, Płocki z niemniejszą zręcznością nie wychodził z granic pewnego uszanowania, aby nie otrzéć się o jakąś zaporę... Zachowywał się swobodnie, z powagą, ale trzymając się także w przyzwoitéj odległości. Książę Nestor osądził go więc i zdolnym i przyzwoitym i wcale nie powszednim człowiekiem...
Płocki w swym sądzie zapisał tylko jeden pewnik niezbity, iż księcia oszukać było można i wypotrzebować zręcznie, zostawiając mu tylko pozory piérwszéj roli.
Nic wygodniejszego, nad takiego manekina, z za którego zręczny strzelec może celować i palić... obiecywał téż sobie pan dyrektor, iż skorzysta z téj szacownéj znajomości. Tak dojechali do celu...
W programacie Płockiego była podróż kilkomiesięczna za granicę, tajemniczą pokryta zasłoną; oznajmił o niéj księciu i przeprosił go, iż tym razem osobiście mu nie podziękuje za uczyniony zaszczyt, gdyż nazajutrz zapewne wyruszyć będzie musiał... Zarówno z siebie zadowoleni, ścisnęli sobie dłonie, żegnając się... do widzenia.
Dla szczęśliwego spekulanta z wielu a wielu względów wypadek ten spotkania się z ks. Nestorem był nieobrachowanych następstw. Książę musiał o tém mówić i razem o człowieku, którego poznał; piérwsza więc wiadomość o istnieniu bogatego, wykształconego, pełnego nadziei przedsiębiercy przeniknąć miała w świat większy z ust, które jéj nadawały i ważność i cenę. Płocki był pewien, że książę dobrze się odezwie o nim, kadził mu bowiem ze zręcznością niezmierną, i nawet się z nim niby sprzeczając, tak przyjemnych dobiérał woni, iż musiał sobie, jeśli nie serce, to względy pozyskać...
Nie omylił się w téj rachubie. Tegoż dnia wieczorem u hr. Leokadyi książę Nestor z talentem sobie właściwym opisał podróż całą, człowieka, rozmowę, i zaciekawił towarzystwo, które sobie wiele obiecywało z przybycia téj nowéj postaci. Płocki miał i to na widoku, by się niby mimowolnie wygadać z bardzo znacznemi kapitałami, pono większemi, niżeli miał w istocie. Wiedział o tém dobrze, iż nic w świecie tak poważnie nie stawi człowieka, jak piéniądze. Książę więc mógł zapewnić, iż nowo zjawić się mający przedsiębierca był posiadaczem milijonów i miał zaważyć wśród społeczeństwa, do którego wchodził.
W kilka miesięcy po opisanéj podróży Piętka już był w obowiązkach przy inném jakiémś przedsiębierstwie, które go wysyłało do Anglii. Interesa spółki wymagały kilku dni pobytu w Berlinie. Piętka, spędzając godzinę zwykle na wyszukaniu tych, z którymi widziéć się potrzebował, resztę czasu miał wolnego... Chodził więc, ciekawił się, był dwa razy na paradzie wojskowéj, kilka razy u Krolla, raz nawet w Orfeum i teatrze, zaglądał do pustych kościołów, zwiedził przez ciekawość parę piwnych loszków dla obeznania się z fizyjognomiją proletaryjatu, w ostatku, znudzony jednostajnością widoków i przedmiotów, powlókł się pieszo dnia jednego do Thiergartenu.
Piękne, wymuskane wille za Brandeburską bramą troszkę go zastanowiły.
— Wszystko więc, nawet smak kupić można za piéniądze, rzekł w duchu, bo że się ci ludzie sami nań nie zdobyli, to pewno. Piéniądze i smak rzadko chodzą razem...
Oczy jego błądziły tak z jednéj willi na drugą, gdy przechodząc około bardzo ładnego domku z wytwornie urządzonym ogródkiem, zamyślony, uczuł się potrąconym przez odmykającą się furtkę, i w téjże chwili, gdy mu ktoś
Pardon! rzucił suchym głosem, ujrzał przed sobą znajomą twarz p. Julijusza Płockiego.
Lecz ani twarz, ani człowiek, który stał przed nim, ściśle biorąc, znajomemi się nazwać nie mogli. Piętka stanął, wlepiwszy weń oczy zdumione, jak w fenomen fizyjo i psychologiczny, wielce zajmujący. Byłto bowiem raczéj ktoś z rodziny Płockich, niż on sam. Tamten dawniejszy, którego znał, zachował, mimo pewnéj ogłady, ruchy i chody komisanta i kupczyka, było w nim cóś z odrosłego od ziemi krzaczka bez formy i oznaczonéj wybitnie indywidualności. Teraz stał przed nim ktoś inny, zdala przypominający piérwszego, ale znacznie przeistoczony, wydawał się nawet młodszym!! nabrał charakterystyki. Był to młodzian dojrzały, wielce poważny, nie piękny, ale nie odstręczający, mogący już stanąć w kącie najwykwintniejszego salonu... Ubrany starannie lecz z angielską prostotą, ubiegającą się o znamię dystynkcji, z wyraźném obrachowaniem, podobniejszy był do berlińczyka pur sang, do anglika półkrwi, do holendra, niż do owego biédnego spekulanta wydobytego z trzęsawisk i błot około... Twarz jego, jak moneta kosmopolityczna, nie miała stępla pochodzenia.
W chwili gdy Piętka, ujrzawszy go, stanął zdziwiony, Płocki zarazem poznał dawnego towarzysza i po krótkiéj chwili rozmysłu, zważywszy, co mu czynić wypada, roześmiał się podając rękę Piętce. Ręka była, jak najstaranniéj urękawiczkowana, ściśnięta mocno i było jéj z tém daleko lepiéj do twarzy, niż gdyby się na świat pokazała, jak ją Bóg stworzył a młodość pracowita wyrobiła.
— Co za szczęśliwy i dziwny traf! zawołał Płocki wesoło.
— Prawda! fatalizm jakiś? odparł Piętka, coś niepojętego, bom ja o was w Berlinie nawet nie wiedział, nie domyślał się egzystencyi! Ale przepraszam, nie przeszkadzam... pewnie w téj pięknéj willi mieszka ukryte bóstwo z choreograficznych niebios upadłe, do którego podwojów ty, szczęśliwy milijonerze, masz klucz złoty. — Nie przeszkadzam!!
Milijoner uśmiéchnął się z rodzajem politowania.
— Za kogóż mnie masz! — odparł żywo, nie jestem przecież jednym z tych, co gonią za użyciem, zabawkami i czczą rozrywką! Znasz mnie, jestem un homme serieux.
— Tak, ale to nie przeszkadza... czasem, rzekł Piętka, szukać dystrakcyi...
— Przepraszam, przeszkadza, zawołał Płocki, bo to odbiéra uczuciom żywość, kosztuje wiele czasu a zostawia po sobie niesmak.
Piętka, nawykły korzystać z każdéj chwili, czynił tymczasem spostrzeżenia nad stojącym przed nim człowiekiem. Dla niego wszystko było wskazówką, znamieniem, każda rzecz miała znaczenie, począwszy od buta do guzika, od zaczesania włosów do spięcia koszuli. Mówił sam, że wielu się ludzi nauczył poznawać dopiéro, zastanowiwszy się nad sposobem noszenia kamizelki. Patrzył więc na owego Płockiego, przerobionego w nowy sposób, chętnie i chciwie.
Płocki dorozumiał się, iż stał, jak pod pręgierzem, uląkł się tego egzaminu, który instynktem przeczuwał, znając Piętkę.
— Cóż więc tu robisz? — około téj pięknéj willi, spytał Piętka, z wizytą?
— Nic! rzecz najprostsza w świecie, powracam do mieszkania mego, a że stoimy u drzwi, mam nadzieję, iż mnie raczysz zaszczycić...
To mówiąc, ręką bramkę otwartą wskazywał...
Piętka, który go widywał naprzód w owéj brudnéj izdebce z gumowym płaszczem i starym parasolem, potem w saloniku dosyć podejrzanego smaku, nareszcie w nowym wagonie skromnie okupującego teatr swych tryjumfów, bardzo był ciekaw ujrzéć nowe mieszkanie tego improwizowanego Krezusa.
— Jeśli nie będę natrętnym! — odezwał się.
— Będziesz mi najpożądańszym, przerwał Płocki, popychając go do ogródka i prowadząc spiesznie na piérwsze piętro wytwornego domku, które zajmował. Ja tu żyję samotnie, jak anachoreta, nie widuję prawie nikogo, oprócz... moich nauczycieli.
— Jakich nauczycieli? — zawołał zdumiony Piętka... Czy się doktoryzujesz?
— Nie, ale się uczę, rzekł skromnie Płocki, czułem, że mi wiele brakło, cóż dziwnego, że uczyć się chciałem. Potrzebowałem dopełnić bardzo wiele niedostatków. Siérota, wychowanie odebrałem zaniedbane... nigdy zapóźno do nauki, nauka jest téż dźwignią.
Zmieniony i spoważniały ton, jakim to mówił, nie mniéj nad treść zdumiéwał Piętkę.
— Złote słowa! rzekł z ironicznym uśmiéchem.
Wchodzili właśnie do mieszkania urządzonego z komfortem i wdziękiem, które nic do życzenia nie pozostawiały. Najwykwintniejsza czystość panowała wszędzie. Wszystko tu było drogie, wyszukane, ale piękne i skromne, nic nie zdradzało mogącego się kochać w błyskotkach dorobkiewicza, jakim był Płocki.
Z saloniku w surowym stylu, przeze drzwi otwarte dostrzegł Płockiego pokój pracy, w którym książki starannie poukładane leżały w systematycznym porządku, a narzędzia matematyczne i przyrządy naukowe stały, jakby na pokaz, trochę umieszczone z namysłem, aby je gość mógł zobaczyć.
Salonik woniał kwiatami...
Piętka umilkł na chwilę z zadziwienia, nowy Płocki stawał się dlań niezrozumiałym.
— Jesteś tak jak w raju! zawołał, domyślam się tylko, że tu się chyba cygara nie pali, a wiész, że mam nałóg...
— Wyjdziemy na balkon wyrzekł, odryglowując szklane drzwi z jednéj szyby prowadzące doń, gospodarz... W istocie w salonie ja nie palę.
Tak rozmawiając, zasiedli wśród kwiatów, mając przed sobą ulicę, wiodącą w głąb’ Thiergartenu, która szczęściem świéżo była skropioną i dozwalała odetchnąć bez połykania pyłu.
— Dawno tu jesteś, spytał Piętka.
Gospodarz namyślił się z odpowiedzią, wahał się widocznie, czy ma być szczerym z dawnym przyjacielem i towarzyszem, lub probować grać komedyją, nie wiele mającą nadziei powodzenia.
Podał rękę Piętce i z przymileniem odezwał się w końcu.
— Myśmy to przecież, kochany Oreście, starzy towarzysze, nawykłem z tobą być zupełnie szczerym...
Piętka skłonił głowę, nie dając po sobie wyrozumiéć, czy był niedowierzającym, czy wdzięcznym...
— Nie możesz mnie posądzać, kończył Płocki, abym taką drobnostkę zarobiwszy...
Piętka się roześmiał.
— Tak jest, drobnostkę potwierdził gospodarz... Cóż to jest wobec kolosalnych fortun tych ludzi, co, jak ja, poczynali od niczego? Drobnostka! nie posądzasz mnie, abym tak mało miał ambicyi i chciał na tem poprzestać? — Wiesz, że się na świecie chcę dobić stanowiska, to są moje przygotowania wojenne.
— Uwielbiam logikę i systemat! — odparł Piętka.
— Widzisz mnie tu za kulisami, gotującego się do wyjścia na scenę.
— W roli chłopca milijonowego! — mruknął Piętka złośliwie.
— Właśnie, ażebym chłopca nie grał, dlatego tu siedzę, dokończył Płocki, uczę się poznawać ludzi i siebie.
— Ostatnia z tych nauk trwa do śmierci, — dodał przybyły.
— Niekoniecznie. Kto nad sobą pracować umié, wié téż za jaki sznurek własną naturę pociągnąć, aby ją poruszyć lub zahamować, mówił Płocki coraz szczerzéj. Co się tyczy świata a ludzi, wierz mi, nie zmieniłem nic tego zdania, które wyrzekłem, gdyśmy ostatni raz poncz pili ze sobą. Rzecz jest z niemi daleko mniéj skomplikowana, niżeli się zdaje. Rodzajów ludzi jest nie wiele, odmiany w nich więcéj powierzchowne, niż do głębi sięgające. Cała ludność niewiele warta, wyrosła z małpy, natury jéj ma jeszcze w sobie sporo. Nigdy jéj tylko téj smutnéj prawdy mówić nie potrzeba, i owszem dowodzić, że pochodzi od bogów... Panuje, kto chce i umié...
— Powtarzasz się, kochany Julijuszu, rzekł Piętka, śmiejąc się, wszystko to z małemi waryjantami słyszałem już od ciebie. Są to ogólniki oklepane. Chcesz się wydawać wyższym od drugich i poniewiérasz ich dla deklamacyi. Ja cię czekam na wyłomie, u czynu, tam dopiéro człowiek istotnéj wyższości swéj dowodzi. Siedziéć w kącie i plwać z balkonu na idących piechotą bardzo łatwo...
— Ja téż ani długo na balkonie siedziéć, ani pluć nie myślę, zawołał Płocki. Jeszcze chwila cierpliwości, a wychodzę z ukrycia i biorę się do tego, co ty nazywasz czynem.
— A ty jak to nazywasz? — zapytał Piętka.
— Rolą, śmiejąc się, rzekł pan Julijusz. Zadaniem życia — odegrać dobrze swą rolę.
— Tak, jedną, ale dobrze! — dodał Piętka obojętnie, bo go ta rozmowa jakoś nie zdawała się wielce zajmować.
— Bardzo przepraszam, sprzeciwił się Płocki, nie jedną rolę, ale wszystkie możliwe, jakich okoliczności po nas wymagać mogą.
— Dla czego? dla oklasku? — rzekł Piętka.
— A! jeśli chcesz, to i oklask cóś wart — mówił Płocki, to siła i kapitał! Oklaskiem gardzić nie należy. Zdobywa się tłumy i kieruje niemi, to jest zużytkowuje dla siebie, ale oklask nie celem być powinien, tylko narzędziem i środkiem.
— Cóż celem? badał zimno gość.
— Panowanie, siła, władza, — kto panuje, to nie służy.
— A któż panuje? badał ciekawy psycholog.
— Kto zna głębiny ludzkiéj głupoty bezdenne... zamknął Płocki. Z tym systematem wyjeżdżałem z kraju i powrócę do niego. Tylko nie myśl, dodał, by to, co z sobą mówimy we cztéry oczy, miało się trąbić na dachach... Dla tłumu będę szarym i bezbarwnym, jak on, surowym, filantropem, gotowym do ofiar, ulegającym przyjętym fikcyjom i t. d. i t. d.
— Dosyć! dosyć! — przerwał Piętka zimno, jestto w istocie druga edycyja naszéj rozmowy przy ponczu! Connu! Connu! Życzę ci tyle szczęścia w praktyce, ile masz uporu w teoryi. I kiedyż miasto nasze ujrzy cię?
Na to pytanie Płocki się zawahał z odpowiedzią.
— Zdaje mi się, że przyjadę wkrótce, jednakże to zależy... Chcę przybyć i wystąpić w pewnych warunkach, często cała rola zależy od tego, by się artysta nie potknął, gdy z zakulisów wychodzi. Zatem zobaczymy...
— Tu się zaczyna tajemnica, roześmiał się Piętka — a ja nie zwykłem odkrycia ich domagać się. Słusznie bardzo chcesz zbrojny wystąpić na scenę.
Rozmowa w tym tonie ciągnęła się jeszcze dość długo; inżynier patrzał, obserwował, ale do zbytku się nie zajmował już sobie znaną postacią, w któréj nic nowego nie znajdował.
— Cóż ty z sobą robisz? spytał z kolei gospodarz, trochę niezadowolony z tego, iż niewywiérał wrażenia.
— Ja? prosty śmiertelnik, idę ostróżnie, rzekł Piętka, nie dobrze nawet wiém, dokąd, wiele bardzo zdaję na ślepy traf, co się przeznaczeniem zowie. Nie pędzę się zbyt naprzód, nie radbym w tyle pozostać, nie roznamiętniam się do niczego... powoli idę, powoli.
— A doszedłeś do czego?
— Jak wiész, do całego surduta i butów bardzo porządnych, do rękawiczek nawet i obiadu za talara. Wcale z tem nie jestem nieszczęśliwy...
— Nie masz ambicyj, rzekł gospodarz.
— Ogromną, śmiał się Piętka, ale ją chowam na ten czas, gdy ją zużytkować będzie można. Ambicyja jest, jak aksamit na kamizelce, którą do ladajakiego surduta kłaść nie można... tymczasem spoczywa w zawiniątku...
Mówili jeszcze, gdy służący w liberyi z kamaszami przyszedł coś panu szepnąć na ucho. Płocki zerwał się bardzo żywo, rysy jego twarzy zdradzały zakłopotanie.
— Zawadzam ci, szybko wstając, odezwał się Piętka.
— Nie, to jest widzisz... spiesznie rzekł gospodarz, pewna okoliczność... interes...
— Idę, idę, porwał się prędko Piętka, biegnąc już ku głównym drzwiom. — Gospodarz na pół drogi pochwycił go za rękę i wciągnął ze sobą do pokoju sypialnego, otworzył szybko drzwi na boczne wschody i wypuścił go niemi, lekko rękę jego ścisnąwszy. Piętka znalazł się sam w ciemnym korytarzyku, skąd sługa wyratował go, wyprowadzając na ogród.
Przed bramą stała karéta z liberyją, widocznie należąca do jakiéjś giełdowéj znakomitości. Na balkonie dostrzegł obok gospodarza mężczyznę poważnéj postawy, w wieku dojrzałym, około którego Płocki zabiegał niezmiernie, grając w istocie rolę, ale jakby Frontyna czyli Lafleur’a. Rzuciwszy tylko okiem, poszedł daléj...
Następny dzień zostawał mu jeszcze do spędzenia w Berlinie; nie spodziéwał się żadnych odwiédzin, gdy kelner przyszedł mu zaanonsować kogoś z nazwiskiem tak nie zrozumiałém,iż się go domyśléć nie było podobna. W chwilę potem pokazał się Płocki, jeszcze bardziéj niż wczora wyświéżony i odmłodzony, od chustki, którą ociérał uznojone czoło, czuć było woń Jockey-Clubu.
Twarz miał promieniejącą; wyciągnął rękę ku dawnemu towarzyszowi.
— Musze cię przeprosić, rzekł, za tę nieszczęśliwą odprawę wczorajszą. — Trudno mi się z tego wytłumaczyć, a jednak była to rzecz nieuchronna. Trzeba się oglądać na drobne nawet okoliczności... Widziałeś wczoraj tego otyłego jegomościa... który był u mnie. Jest to jedna z największych potęg giełdowych... mąż gienijalny... milijoner! Szło mi o to, abym w jego oczach... rozumiész mnie.
— Doskonale, rzekł Piętka, moja wina, surdut i t. d. mogły cię skompromitować... podać w podejrzenie lada jakich stosunków, uchowaj Boże, krewnych ubogich! to kryminał?
— Człowiek ten, dorzucił pośpiesznie Płocki, mało mnie zna, w istocie, pomyślałby, że mam familiją ubogą, że...
— Dlaczegóż ci tak chodzi o niego?... spytał Piętka...
Płocki, milcząc, obracał w ręku kapelusz.
— Przed czasem się nie wygadasz? zapytał.
— Ani nawet po czasie, rzekł przyjaciel.
— Żenię się, żenię z bliską jego krewną, dodał pocichu Julijusz c’est un coup de maitre. Panna jest niezbyt może majętna, lecz pięknie wychowana — stosunki i nazwisko... osoba jéj wreszcie, charakter..! To dziécię dobre i naiwne, z którem uczynię, co zechcę...
— Istotę na obraz i podobieństwo swoje! jak wszyscy stworzyciele! mruknął Płocki.
— Od wczoraj jestem pewnym jéj ręki... — zdaje mi się, żem szczęśliwy... kochać się, nie kochałem, bo ja tego ani rozumiem, ani umiem... lecz rachunek prowadził mnie do interesu... Gdyby była brzydka i ułomna, tak samobym się ożenił... Możesz mi powinszować...
— Z całego serca! śmiejąc się, rzekł Piętka, teraz mam nadzieję, że cię wkrótce u nas z małżonką ujrzymy...
— Nieochybnie, a ja spodziéwam się, że ty powrócisz do mnie... Na zajęciu zbywać nie będzie... mam plany olbrzymie, poczyniłem starania... zobaczysz... do widzenia!!
I tak rozstali się dwaj towarzysze, a na ustach Piętki, gdy ode drzwi, odprowadziwszy go, powracał, igrał uśmiéch ironiczny...






W salonie Baronowéj zebrane było niemal toż samo towarzystwo, któreśmy w nim już bliżéj nieco poznali. Z małemi odmianami widziéć je tu było można co tygodnia, jeśli gospodyni nie wyjechała do wód, lub na wieś, co się jéj rzadko bardzo trafiało. Przypływ i odpływ obcych osób był stosunkowo nie wielki; nowy gość tylko w pewnych porach roku się trafiał, starzy przyjaciele i stare filiżanki spotykali się tu od lat wielu... Wygodnie było przegawędzić godzinę w kółku znajomych, posłuchać plotek, dowiedziéć się nowin, uczuć bijący puls opinii panującéj w pewnych kołach... Chodzili téż tu wszyscy mimo téj herbaty nieprzełknionéj — a zwyczaj wieczory te uświęcił tak, że niebytność oznaczała zawsze chorobę, katastrofę jakąś i wypadek szczególny. Często nawet chorzy trochę dla rozrywki narażali się na zaziębienie, byle tu godzinę przesiedziéć.
I tego téż wieczora na kanapie obok gospodyni siedziała hrabina z siatką na kolanach wiekuistą. Te siatki służyły za obszycia do niezliczonych alb i komży, któremi obdarzała kościoły, a zajmowały przyjemnie czas, który już inaczéj teraz zużytkować było trudno, i, nie przeszkadzając rozmowie, dawały hrabinie pewną pozę i charakter...
Staruszka z podwiązaną pod brodą széroką wstęgą lilijową i złotą lornetką na oczach przeglądała ciekawe album Baronowéj. Księga ta wspomnień, sięgająca ćwierci wieku, zawiérała w sobie rysunki i poezyje wszystkich znakomitości, jakie się przesunęły przez widownią większego świata. Troskliwa o budowę tego pomnika, Baronowa nie szczędziła przymilań, próśb, natręctw, by od każdego coś wyjednać. Miała więc i wiérsz Osińskiego, i udatną fraszkę Kazimierza z Królówki, rysunki Brodowskich i Suchodolskiego, i szkic Kokulara i Mickiewicza sonet, własną jego ręką wpisany, i ucinek dowcipny Skarbka i Koźmiana, i Wężyka, i Lenartowicza i.... mnóstwo pomniejszych meteorów, które, jasno zaświéciwszy w początkach, zgasły gdzieś, padłszy na pustkowia. Staruszka przewracała te karty, które i dla niéj były lepszych czasów wspomnieniem... Poruszona, milcząca myśl jéj biegła może w te świetne dni młodości, gdy jéj czarne, żywe oczy świat czarowały cały... Na swojem miejscu siedziała stara panna, tak samo niemal ubrana, jak piérwszym razem, równie żółta i z usposobieniem złośliwem, zdająca się szukać tylko zręczności, aby je na jaką ofiarę wylać mogła.
Z rękoma założonemi na piersiach majestatyczna dziewica w okularach stała nad krzesłem staruszki przeglądającéj album, a oczy jéj, wlepione w jego karty, zdawały się nie widziéć nic, bo była zamyślona i smutna... Mało nawet miała udziału w rozmowie, więcéj przysłuchując się, niż udzielając. Oprócz tych, znanych nam postaci, tuż przy kanapie w krześle zajmowała miejsce, dawno już za granicą żyjąca, chwilowo tylko przybyła w odwiédziny tam, gdzie niegdyś była królową, pani niemłoda, po nabrzękłéj twarzy któréj poznać już nawet nie było można, że słynęła niegdyś z nadzwyczajnéj piękności i burzliwych przygód życia. Z téj przeszłości pozostała jéj postawa tylko pańska, duma, niesmak i charakter, który był mieszaniną największych sprzeczności: wielkiéj dobroczynności, zarazem i najnieznośniejszych kaprysów. Była to kuzynka hrabiny siedzącéj na kanapie, ale, jak się to często między krewnemi trafia dwie panie uroczyście się nienawidziły. Żyły jednak z sobą w zgodzie, a w salonie niktby tego nie poznał.
Męskie towarzystwo liczniejsze było, niż piérwszego wieczora, lecz główne w niem miejsca zajmowali ci sami panowie: hrabia Adam z lupą i książką, dyrektor, znawca sztuki, eksminister, radzca i t. p. Statystów role grała w głębi młodzież złota z kapeluszami w rękach i ćwikierami w oczach.
— Proszę kochanéj hrabiny, odezwała się stara panna żółciowa, ciągnąc daléj rozpoczętą znać przez kogoś innego rozmowę, to prawdziwa komedyja, zjawienie się tego człowieka! Pałacyk, któregoby mu mógł pozazdrościć każdy człowiek, z gustem, szwajcar, kamerdyner, liberyja... nie zaręczam nawet, żeby jakiego herbu nie było... a nie daléj, jak lat trzy temu, widziano go z modrym pugilaresem pod pachą, kłaniającego się do ziemi woźnym tych panów, których dziś na aksamitach przyjmować raczy...
— Trzeba mu jednak przyznać, bądź co bądź, przerwał hrabia N., bawiąc się déwizką od zégarka, że ten jest jeszcze daleko mniéj śmiésznym od innych, ma bardzo trafne instynkty, wiele taktu... Żona bardzo ładna...
Kobiéty spojrzały po sobie, uśmiéchając się.
— A! otóż jedna z tajemnic powodzenia, dodała hrabina z koronkami, panowie przebaczacie wiele, gdy pani domu jest tak bardzo ładną. — Któż wié? może dla tego książę Nestor tak żywo się tym panem zajmuje.
— Jużciż choć ona musi być piękną za dwoje, wtrąciła stara panna, bo co on sam, to za dwoje brzydki.
— No! pięknym nie jest, dystyngowanym go nazwać nie można, wtrącił eksminister, ale fizyjognomija oryginalna, c’est quelque chose. Być może, iż ma śmiészności dorobkowiczów, że się lubi popisywać z dostatkami, ale, mówcie państwo, co chcecie, ja się piszę na zdanie księcia Nestora — to człowiek niepospolity.
Hrabia Adam oderwał oko od lupy i od książki, spojrzał na eksministra, popatrzał i cicho szepnął...
— Jestem tegoż zdania — pracowity, skromny, pojętny, przedsiębierczy, z wielkim taktem, chciwy światła... chętny do pomocy drugim, gdy widzi cel wielki i szlachetny, nie zasługuje wcale, aby sobie szydzono z niego. Ja go téż wysoko szacuję i podzielam zdanie pańskie i ks. Nestora...
Siedząca na kanapie hrabina przerwała.
— Ja go prawie nie znam, widziałam parę razy zdaleka, sąd mój niewiele wart być może — nic złego o nim powiedziéć nie mogę, a to samo już, że książę o nim odzywa się z taką sympatyją, że hrabia trzymasz jego stronę, korzystnie dlań uprzedza... Przecież, jeśli mi wyznać wolno, jest w nim coś tak wstrętnego, pardon, jak w ropusze, o któréj dobroczynnych pracach tyle mówią ogrodnicy, a mimo to jest obrzydliwą.
To porównanie hrabiny, która w swojem kółku miała wielkie znaczenie, powszechnie się podobało, znaleziono je arcy-dowcipnem. Śmiéch rozległ się dokoła, zręczni pochlebcy nie mogli pohamować swych uniesień. Dokoła powtarzano: ropucha! ropucha! c’est parfait.
Młode, przybyłe z Krakowa hrabiątko, chore na filozofiją i literaturę, śmiało się tak dla przypodobania wielkiéj pani, iż od śmiéchu zbrzydło jeszcze bardziéj, chociaż i tak wcale pięknem nie było. Hrabina pozornie obojętna na te hołdy, z głową spuszczoną zdawała się cała oddana robótce, którą trzymała w ręku.
— Co do powierzchowności tego pana, cedząc powoli, mówił znawca piękna i sztuki (któremu na darze wymowy tak dalece zbywało, iż puste place między słowami rodzajem jąkania się zastępował), co do powierzchowności, to prawda, że Antynousem nie jest, ale to Durerowska dobrze napiętnowana fizyjognomija... wielce charakterystyczna.
— Przepraszam, wtrąciła panna w okularach, brzydki a nie ma charakteru... fizyjognomija starta i nieskończona, cóś fałszywego..
— Już niech mi państwo darują, rzekł hrabia z déwizkami, ładny czy brzydki, ale człowiek niepospolity. Przypatrując się mu zbliska, dowiadując się lepiéj, znajduje się w nim i odkrywa coraz nowe i piękne strony. Takich nam właśnie w kraju ludzi potrzeba dla podniesienia przemysłu, handlu, finansów, dla rozumnych, mogących nas zbogacić przedsiębierstw... Ja staję po jego stronie, bo go może lepiéj znam, niż inni.
— A ja, zająknąwszy się, nieśmiało dodał hrabia Adam, ośmielam się téż poprzéć zdanie pańskie...
Kobiety się uśmiéchały, stara panna poczęła ciszéj:
— O! panowie moi! to łatwo było odgadnąć, iż zawsze musicie trzymać stronę tego, co ma żonę ładną, młodziuchną, salon piękny, daje dobre obiady, umié w porze sypnąć i pomaga wam czynnie do waszych teraźniejszych modnych spekulacyj.
Nikt nic nie odpowiedział.
Hrabia Adam popatrzył, ruszył ramionami i zatopił się w książce.
— Ale sama pani? jakże jest sama pani? — spytała baronowa gospodyni.
— Naiwna, miła, charmante, rzekł jeden z hrabiów. Wdzięk jéj każe zapominać, że czasem formom uchybia... Une petite physiognomie adorable.
— A! a! aż adorable! roześmiała się stara panna.
— Żart na stronę, dodał eksminister, dom na bardzo przyzwoitéj stopie, dostatek w nim bez przepychu... wiele smaku...
— Nawet smaku! — przerwała znowu panna... Ale smak, mój drogi ministrze, kupuje się dziś, jak wszystko.
— Cóż jeszcze więcéj na pochwałę swojego ulubieńca powiécie panowie! — odezwała się hrabina z kanapy.
— Dodam to, że nawet nie ciśnie się wszędzie i nie wprasza! rzekł śmiało hrabia z déwizką.
— Tak! czeka spokojnie, odezwała się poważna pani z kanapy, bo wié, że do niego wszyscy przyjdziecie w końcu, a za wami i my pójść będziemy musiały.
Milczenie przerwało rozmowę.
— Nie będzie to ani piérwszy przykład tego rodzaju, ani ostatni, kończyła hrabina po małym przestanku, wśród powszechnego milczenia, gdyż wyrazów jéj słuchano, jak wyroczni.
— To darmo, ciągnęła daléj powoli, każda epoka ma swe wymagania; nasza zdaje się miéć za zadanie wszystkie stany i klasy pomięszać ze sobą, wszystko bezładnie zniwelować, wszystkie prawa nabyte zniszczyć, wszelkiéj powadze zaprzeczyć, wszystkie tradycyje odepchnąć.
Westchnęła zcicha.
— Rezygnacyją miéć potrzeba, kończyła zawsze tonem wyroczni z trójnoga. Nie mamy już nawet odwagi bronić naszych przekonań, kryjemy się z niemi, wstydzimy się ich, to znak najgorszy. Jesteśmy pokonani, nie stoczywszy walki, nie czujemy się na siłach otwarcie jéj rozpocząć.
Hrabia Adam w czasie tego kazania miał ciągle oczy spuszczone na książkę, któréj wydanie rozpatrywał z ciekawością biblijografa. Słuchał znać jednak uważnie, co mówiła hrabina, bo nagle podniósł głowę i odezwał się głosem cichym, niepewnym, z rodzajem wahania się sobie właściwym.
— Daruje mi pani, jabym tego nie powiedziałbym.
W tych kilku słowach hrabia popełnił parę omyłek, od których się odzwyczaić nie mógł. Czuł on, że źle mówił po polsku, co było winą wychowania jego zagranicą, dlatego rzadko się odzywał i myśli swe wyrażać przychodziło mu z trudnością, pisał daleko lepiéj, niż mówił. Miał jednak tym razem na sercu wypowiedziéć myśl swoję, i choć go to kosztowało, rumieniąc się, mówił daléj.
— My prowadzimy walkę cichą, wcale nie składamy oręża, aleśmy zmuszeni przez nieprzyjaciela wydać mu ją na polu pracy. Musimy na nim dowieść czynem, żeśmy do czegoś zdatni i żeśmy tradycyjnego przewodniczenia narodowi nie zrzekli się, a teraźniejsze jego obowiązki zrozumieli. Nie sądzimy się pokonanymi, lecz być bardzo może, iż wielu dawnych naszych przekonań wyrzec się będzie potrzeba dla ocalenia tych, które żywotne są i z prawdy zrodzone...
— Tak! tak! ozwała się hrabina, która nie lubiła, ażeby się kto z nią ważył polemizować, czynicie więc już koncesyje, pamiętajcież, że ktokolwiek ustępstwa czyni nieprzyjacielowi, uznaje się zwyciężonym.
Hrabia Adam, spuściwszy głowę, znowu rozpatrywał się w książeczce... — podniósł nieco oczy, uśmiéchając się lekko z ironiją stłumioną.
— Jeśli nieprzyjaciel ma lepsze od naszych karabiny, nie zdaje mi się koncesyją przywłaszczać je sobie.
— Więc hrabia uznaje to, że nieprzyjaciel cokolwiek lepszego, niż my, miéć może? oburzyła się wielka pani.
— Niestety! westchnął hrabia i zanurzył głowę w swéj książce, unikając widocznie dalszéj rozmowy.
Króciuchna ta polemika wprawiła w kłopot towarzystwo całe, szczególniéj nie rada z niéj była gospodyni domu, wiedząc, jak hrabinie, o któréj stosunki wielce jéj chodziło, najmniejsze sprzeciwienie się, najłagodniejszy spór był niemiłym. Nawykła panować i być otoczoną ludźmi, którzy słuchali jéj, jak Sybilli i każde słówko powtarzali, jak coś niezwyczajnego, — hrabina dostawała bólu głowy i wpadała w najgorszy humor, gdy zmuszoną była do najłagodniejszego nawet sporu. Szczególniéj zaś w przedmiocie swych teoryj społecznych nie cierpiała sprzeciwiania się. Byłato wielka heroina, stojąca z ognistym mieczem na straży przy tradycyjnych zasadach. Ale że ci, co tych zasad pod jéj chorągwią bronili, korzystali z tego i umieli, dogadzając jéj słabości, wyzyskiwać, otoczono ją nadzwyczajnym respektem, aureolą jakąś, któréj się dotknąć nie godziło profanom. Wiodła réj w swoim obozie, którego rzeczywiście była tylko podskarbnicą.
Chmurka na czole hrabiny groziła już tym znanym bólem głowy i opuszczeniem towarzystwa, baronowa sama nie wiedziała, jak zakląć to niebezpieczeństwo, gdy wszedł młody pan Lucyjan Werba, syn ministra, a zatem uprawniony do znajdowania się w tém kółku, człowiek wychowany jak najstaranniéj co do ogłady zewnętrznéj, wielce zdolny, umiejący potrosze wszystkiego, prowadzący rozmowę ze sztuką wirtuoza, wesół, przystojny, a przytem nieubłagany obrońca tych zasad, które hrabina wyznawała. Nie kryła się ona z tém, że go lubiła i silnie protegowała; czoło jéj rozchmurzyło się nieco.
Witał właśnie gospodynią domu, która z przybycia gościa rada, odezwała się z wymówką.
— Ale dla czegoż tak późno.
— A! pani! westchnął młodzieniec z komicznym wyrazem rospaczy, byłem zmuszony popełnić zbrodnię i przed wieczorem u pani, godzinę spędziłem w pewném towarzystwie, o którém zamilczéć wolę.
Hrabina podniosła nań oczy, faworytowi wybaczała wiele (il faut, que jeunesse se passe), a zawsze śmiało, i nie cedząc wyrazów, spytała natarczywie.
— Gdzież? to chyba u aktorek!
— A! gdybyż! westchnął powtórnie, ku niebu podnosząc oczy młodzian, wstydziłbym się téj słabości, lecz na obronę miałbym miłość sztuki.
— Więc gdzież pan być mogłeś? powtórzyła hrabina.
Oczy wszystkich z ciekawością nadzwyczajną zwracały się na kawalera, który rad zdawał się wrażeniu, jakie czynił. Cisza panowała w saloniku. Nawet hrabia Adam książkę złożył i z półuśmiéchem ironiczno-łagodnym patrzył na wirtuoza, występującego solo.
— Gdzie byłem? pytasz mnie pan, gdzie byłem? Muszę więc wprzód, niżeli wyznam tę tajemnicę, słów kilka wyrzec ku mojéj obronie. Wszyscy, ilu nas jest, dusimy się w szponach ludzi, co mają piéniądze, w ucisku ich dogorywamy...
— A dlaczegoż wy sami piéniędzy nie macie? ofuknął hrabia Adam, który dość głośno wyrzekłszy to, cicho, i jakby zawstydzony już, dodał naówczas mybyśmy ich mieli w naszych szponach i uściskach.
Pan Lucyjan dopiéro usłyszawszy to, dostrzegł hrabiego Adama i nisko go powitał. Oddano mu dość chłodno jego pozdrowienie.
— Nie wchodzę w przyczyny faktu, kończył młodzieniec trochę z tropu zbity, fakt to jednak niezaprzeczony. Ja, ty, on, my, wy, oni, zależymy od tych ludzi. Są więc wypadki, w których uczynność ich płacić musimy koncesyjami.
— Nie kończże pan, dodała hrabina. Potrzebowałeś piéniędzy, dostać miejsce dla krewnego lub przyjaciela, i poszedłeś dworować jednemu z królów giełdowych.
— Wprawdzie nie potrzebowałem pożyczyć piéniędzy, ale zmuszony jestem na wszelki wypadek się uzbroić, rzekł Lucyjan, kłaniając się. Rzekłaś pani! byłem na herbacie u państwa Płockich...
— Dosyć, że dziś z tych Płockich nie wyjdzie, my — a parte, odezwała się wielka pani. Siadajże pan i opisuj te cuda tysiąca i jednéj nocy.
Zrobiono miejsce panu Lucyjanowi, który je zajął z widoczném zakłopotaniem. Rzucił okiem po zgromadzeniu i postrzegł, że chociaż się ono składało z wyboru towarzystwa, z kwiatu i śmietanki, wiele jednak z tych osób bywało w innych sferach, przelatywało, jak komety w drugie światy — i... i mogło posłyszany sarkazm lub szyderstwo pocichu powtórzyć z imieniem autora. Był więc między młotem i kowadłem. Chcąc się podobać hrabinie, ośmiéwać musiał wszystko — a rozgłos téj rozmowy wieczornéj mógł mu potem wielce szkodzić. Lecz od czegoż ludzie rodzą się wirtuozami.
Taki mistrz słowa pianissimo przelatuje po klawiszach, gdy mu potrzeba, by najwprawniejsze ucho połamanego akordu niechwyciło.
Pan Lucyjan rozpoczął.
— Stawi mnie pani hrabina w najtrudniejszém położeniu — są organizacyje skomplikowane, które niewielą słowy opisać się nie dają, są fakty, których najdelikatniejsze cieniowanie stanowi charakter. Badacz, naturalista, sprawozdawca znajduje się w najtrudniejszém w świecie położeniu, gdy mu przychodzi opisać, co pochwycił w mgnieniu oka, a co w nim rozkłada się analizą na nierozwikłaną siéć szczegółów.
— A! cóż za gmatwanina! w istocie nierozwikłana! roześmiała się hrabina, niecierpliwisz pan tą przedmową... fakty nam dawaj... Wyrzecz się téj kokieteryi ładnych panien, które, mając wyjść do salonu, zaczynają od bolesnych narzekań na swe ubranie. Rachuj téż na słuchaczów inteligentnych, którzy cóś dośpiéwają w duszy.
Lucyjan popatrzał w dno kapelusza, na którym stało W. L. przypadkiem hrabiowską ozdobione koroną i zaczął.
— Powiem więc krótko, iż dom państwa Płockich, który spodziéwałem się znaleść śmiésznym, znalazłem dystyngowanym, że pan Julijusz Płocki, z którym miałem niegdyś szczęście siedziéć na jednéj ławce w dwu klasach, i który naówczas był dosyć niezgrabną bryłą, uszczęśliwioną, gdyśmy go po bułki posyłać raczyli, jest dziś w całém znaczeniu un homme très comme il faul, że ma śliczną żonę, dom przepyszny, i urządzenie jego takie, jakiego mu chyba tylko zazdrościć — nic dodać!
Hrabina spojrzała zdziwionemi wielce oczyma, przerażonemi niemal, bo się téj apologii po swym protegowanym nigdy spodziéwać nie mogła.
— A! zawołała, piękna żona! to słowo zagadki.
— Prześliczna! dodał pan Lucyjan, naiwna, mająca w sobie coś dziewiczego, dziecinnego prawie.
Któś z towarzystwa roześmiał się głośno, pan Lucyjan zamilkł.
— Mów pan daléj, rozkazująco odezwała się hrabina.
— Płocki, gdyśmy z nim razem kolegowali, ani inteligencyją, ani rozwiniętém uczuciem nie celował. Wydawał się tępym, był milczący i zamknięty, z oczu mu nie patrzało nic — próżnia! Nie jestem pewnym, czy chodząc dla nas po bułki, nie zarabiał już coś na tem, ale zresztą nie odznaczał się niczém. Powierzchowność miał prawie odrażającą, wyglądał zawsze brudno. Dziś z tego embriona twarzy wyrobiło się to, co się zowie fizyjognomiją, w oczach błyszczy spryt, na czole rozum, w ustach kołysze się zapieczętowana ironija. Umié się znaleść, nie grzesząc ani uniżeniem ani dumą, jest naturalnym i na swoim miejscu, pozostała rubaszność i niezgrabność dawna służy mu do wyrobienia sobie pewnéj oryginalności, somme toute, jest to człowiek zdumiéwający.
Że wychowania zbyt daleko nie posunął, za to mógłbym ręczyć; — zdawałoby się więc, iż ślady tego zaniedbania winny były pozostać w braku tych tysiąca wiadomostek, które się w powietrzu zakładów naukowych i lepszego towarzystwa połykają. Tymczasem jest na podziw oczytanym, i au fait wszystkiego, co się dzieje. Zdaje się, że musiał zrozumiéć, jakie na mnie uczynił wrażenie... bo téż był w doskonałym humorze... — Naostatek, dołożył Lucyjan, i to muszę dodać, żem się w nim spodziéwał znaleść w interesie człowieka ścisłéj, suchéj, surowéj, nieubłaganéj rachuby, na którego uczucie nie można było nic liczyć. Znalazłem un galant homme, fort coulant, uczynnego i pełnego uczuć szlachetnych... gorąco pragnącego być użytecznym i ludziom i krajowi.
Hrabina spojrzała groźno i parsknęła śmiéchem gniewnym.
Allons donc! czy pan żartujesz z nas sobie?
— Nic a nic, odezwał się Lucyjan, spowiadam się z mych wyrażeń szczérze i otwarcie, choćbym za nie miał być potępionym. Przychodzę tu zdumiony, ogłuszony, oślepły.
— Więc — jakże? ani cienia w tym obrazie pełnym światłości! spytała hrabina.
Lucyjan zamilkł chwilę, zdawał się zbiérać myśli i wspomnienia i szukać tych cieniów tak pożądanych.
— A dom? dom? poddając mu materyją do krytyki, wtrąciła baronowa.
— Dom bardzo piękny...
— Cóż? kapie złotem?
— Ani jednéj listewki, ani jednego brąziku, przepysznie rzeźbiona dębina stara... styl surowy... powaga... quelque chose de sérieux et de solide.
Hrabina, zaciąwszy usta, złożyła robotę, którą się dotąd pracowicie zajmowała; nie zdawała się już ani słuchać, ani interesować opowiadaniem pana Lucyjana. Gospodyni przeczuwała, że rychło salon opuści, a nie prędko doń powróci.
— W tym obrazie jednak, dodał wirtuoz, znalazłbym cień, wpatrując się weń dłużéj. Ten człowiek, o którym nie mogę nic powiedziéć nad te pochwały, jakie mu oddałem, uczynił na mnie wrażenie czegoś sztucznego, niby automatu zbudowanego przez wielkiego kunsztmistrza, niby istoty wywołanéj zaklęciem czarnoksiężnika, która nagle w oczach się może rozprysnąć i zmienić w plamę na posadzce; nie umiem powiedziéć, dlaczego czułość jego dla żony wydawała mi się serdecznością Sinobrodego, dlaczego szlachetność, dobroć, wspaniałość jego więcéj mnie straszyły, niż unosiły, dlaczego, naostatek, przechodziły po mnie dreszcze, gdy mi się uśmiéchał, trwoga ogarniała, gdy mnie ściskał, jakby mnie miał zjeść lub przynajmniéj pokąsać.
Ale to, com o nim wprzódy mówił, są fakty, a co teraz wyznaję, to marzenia i dziecinne przywidzenia chorobliwéj imaginacyi.
— Nazwijmy to przeczuciami! tonem wyroczni, ozwała się hrabina, która znowu robotę rozwijała na kolanach. Mów pan daléj, zaczynasz być interesującym.
— Niestety, zaczynam i kończę razem, bo na ten raz nic już więcéj do powiedzenia nie mam.
Hrabia Adam przeszedł się parę razy cicho po pokoju, spoglądając na obrazy, jakby zatopiony w sobie, nagle stanął, oparł się o krzesło staréj panny i począł zwolna.
— Pozwolicie mi państwo, bym wtrąciłbym' słów parę. Kiedy taki człowiek nowy zjawia się w kraju, użytecznym mu być mogąc i szuka stosunków, dlaczego koniecznie zaczynać od upatrywania w nim złéj strony i wykluczenia go z pomiędzy siebie. Mnieby się by zdawało, że właśnie wciągnąć go należy, podać mu rękę, przyswoić sobie jego siły i pokierować niemi. Tak czyni arystokracyja angielska, a zdaje mi się, że z niéj przykład brać się godzi.
Hrabia dokończył głosem słabym, zmieszany, jakby się wstydził tego, co mówił, i pierzchnął natychmiast od krzesła, jakby unikał wszelkiéj polemiki z hrabiną.
W istocie podniosła oczy wyrocznia na śmiałka, który głosił zasady tak zgubne, ale go już przed sobą nie znalazła. Skrył się zaraz w kątku, gdzie bardzo pilnie rozpatrywał się w jakiéjś mniemanéj starożytności pompejańskiéj, świéżuteńko sfabrykowanéj w Berlinie.
— Hrabia Adam poruszył kwestyją wielkiéj doniosłości, odezwała się wyrocznia, poprawiając robotę na kolanach, lecz rozwiązanie jéj polega podobno na tém, czy mamy jeszcze w sobie siłę absorbowania czegokolwiek, czy elementy, którebyśmy pochłonąć mogli, przyswoimy sobie, lub, jak niektóre żarłoczne a słabe stworzenia, padniemy ich ofiarą, choć się nam zdawać będzie, żeśmy je zjedli.
— Jestto kwestyja żołądkowa, któréj ja nie podejmuję się rozwiązywać, cicho zakończył pan Lucyjan.
Hrabia Adam podniósł oczy, popatrzał na hrabinę, nie odpowiedział nic i powrócił do starożytności znowu. Trafiało mu się to często, gdy chciał uniknąć polemiki, która do niczego nie prowadziła. W téjże chwili zbliżył się do właściciela jakiegoś fabrycznego zakładu i począł z nim mówić o rzemieślnikach.
W kółku kobiét zaczęto rozpytywać o szczegóły toalety saméj pani, o służbę domu, nawet o sposób podania herbaty. Panie zwykły z tych drobnostek czynić dyjagnozę osób, których nie znają — a nie zawsze ona bywa mniéj trafną nad inne. Tu już Lucyjan puścił sobie cugle, obficie i dowcipnie sypiąc szczegółami, i stał się nierównie swobodniejszym, bo dostrzegł, iż eksminister i parę osób podejrzanych o migracyje po salonach niezupełnie czystéj krwi, pooddalały się trochę.
Ze wszystkich zaczerpniętych z najlepszych źródeł wiadomostek, starannie kontrolowanych jedne przez drugie, ostateczny wynik był ten, iż dom państwa Płockich stanął od razu na stopie takiéj, iż go lekceważyć nie było podobna.
A że o majątku spekulanta mówiono bardzo różnie i podnoszono go nawet do bajecznych rozmiarów, rozgłos wielkiéj fortuny rzucał nań pewne światło korzystne, którego blaskom ponętnym nawet najstoiczniejsze umysły oprzéć się nie mogły... Naostatek książę Nestor i hrabia Adam, otwarcie trzymający stronę Płockiego — dwie różne wprawdzie, ale wielkie powagi — nie dozwalały wątpić, iż ten człowiek miał znaczną i pożyteczną rolę odegrać w kraju, do któréj się, jak mówiono, głębokiemi przygotował studyjami...
Wszystko było tak umiejętnie przygotowaném, iż żadna nuta dysharmonijna nie zabrzmiała w chórze uroczystym, który go witał.






Orest Piętka, któregośmy spotkali w Berlinie, pracował teraz znowu, wróciwszy do kraju, wiodąc tryb życia czynny, dosyć odosobniony, z okiem i uwagą pilnego badacza wpatrując się we wszystko, co się wiło i kręciło dokoła.
Wiedział on téż oddawna o przybyciu Płockiego, urządzeniu domu, towarzystwie, które ściągał do siebie, o zręcznych zabiegach w pozyskaniu stosunków i staraniach postawienia się na stopie poważnéj. Zajmowało go to dosyć, był to dramat rozpoczęty, którego przebieg rad był śledzić z uwagą, nie cisnął się jednak w piérwsze krzesła i wolał być widzem zdaleka.
Znał on z dawniejszych czasów Płockiego dosyć, by przewidziéć, iż może być przezeń wciągniętym, użytym, zużytym i choćby na miazgę startym, gdyby mu się to na co przydało, wolał więc stać na boku. Nie zbywało mu na zajęciu, nie potrzebował pracy, widział przytem odrazu iż w robotach przedsięwziętych Płocki otoczył się zaraz ludźmi, którzy cały swój los jemu mieli być winni, przedewszystkiem zaś ubogą rodziną i dalekiemi powinowatemi. Chciał więc pozostać zdala i nie narzucać się człowiekowi, bez którego się wybornie mógł obejść.
Julijusz spodziéwał się może, iż dawny towarzysz, przyjaciel, powiernik tak bliski, przed którym, niestety, spowiadał się nieraz tak otwarcie, przyjdzie może doń i zechce skorzystać z jego wpływów i stosunków...
Było mu to do pewnego stopnia potrzebném, Piętka bowiem, przy całym swym sceptycyzmie i chłodzie, dla zdrowego rozsądku, nieposzlakowanéj uczciwości, pewnego rodzaju surowości zasad, jaką w nim widziéć chciano, używał jak najlepszéj opinii. Do sądu jego przywiązywano wagę, miał głos ceniony w zdaniu o ludziach, a choć stanowisko zajmował nie wybitne, istotnego znaczenia miał wiele.
Człowiek więc taki potrzebny był Płockiemu; trudno mu przychodziło, zwłaszcza w początkach, obejść się bez niego. Szło o to, aby go pozyskać, nie czyniąc wyraźnie piérwszego kroku. Rozumiał bardzo dobrze, iż kto czyni piérwszy krok, uznaje się w pewnéj zawisłości od tego, ku któremu idzie, a traci część siły swéj i powagi. Jako ekonomista autodydaktos wiedział i to, że towar żądany podchodził w cenie...
Byłby przyjął Piętkę pod pozorem dawnego koleżeństwa jak najserdeczniéj, lecz ciągnąć go sobie nie życzył. Spodziéwał się, że sam przyjdzie doń, rozpatrzywszy się we wpływowém jego stanowisku, zdobytém już z pomocą księcia Nestora...
Tymczasem upływały tygodnie i miesiące, Piętka uprzejmie bardzo witał się z nim zdaleka na ulicy, po kilka słów niekiedy rozmawiali z sobą — na odwiedziny czekał napróżno.
Raz więc, spotkawszy się z nim w teatrze, napomknął mu sam, iż się spodziéwa widziéć go przecię u siebie. Piętka podziękował, ale nie przyszedł; widząc się z nim znowu w ogrodzie, wymówił mu to Płocki.
— A czyż to się godzi, żebyś starego kolegi nie odwiedził nawet!
Ruszył na to ramionami Piętka.
— Miéj mnie za wytłumaczonego, rzekł, mało mam czasu a roboty wiele. Wieczorami idę gdzieś odetchnąć swobodniéj. W domu twoim bywają teraz ludzie inne stanowisko zajmujący w społeczeństwie, dla których ja nie byłbym zabawnym, a oni dla mnie także. I gatunek ten i egzemplarze są mi bardzo dobrze znane.
— Jużciż pozwól, że salon więcéj jest zawsze zajmujący, niż knajpa! rzekł Płocki.
— Przepraszam cię, odparł Piętka, to, co mówisz, dowodzi, że nigdy nie żyłeś z mikrologami i anatomami... Oni wprzódy nim sér wezmą pod mikroskop, dają mu przegnić, a najbardziéj zajmujące istoty znajdują w kale... Ja trochę jestem, jak oni.
To mówiąc, prędko pożegnał go Piętka, a Płocki powrócił do domu, rozmyślając, jakimby sposobem mógł go nieznacznie przyciągnąć. Miał teraz ku temu powód jeszcze ważniejszy. Piętka, człowiek bardzo zdolny, był właśnie w usługach przedsiębierstwa, które do pewnego stopnia rywalizowało z Płockim. Nie było to jeszcze głośno objawione współzawodnictwo, lecz dom znaczny, dawniejszy, wpływowy, z którym walka zdawała się Płockiemu konieczną, bo połączenie się było niepodobném.
Pan Julijusz odrazu radby był pochłonąć lub poodpychać wszystkich, ażeby zostać sam jeden lub przynajmniéj stanąć górą. Pierwszém więc zadaniem dlań było nieznacznie siły współzawodnikowi odbiérać, nimby na inny sposób począł pod nim dołki kopać. Piętka więc dwojako mu był potrzebny, ogołacał z niego przeciwnika i zyskiwał pomoc znaczną dla siebie.
Napróżno wyczekawszy się nań, aby sam przyszedł, postanowił ubocznemi drogami przyciągnąć go ku sobie.
Wieczór w resursie, w rodzaju tych, które się kilka razy w rok powtarzają regularnie na imieniny, jubileusze, rocznice zasłużonych i ulubionych osób, nastręczył Płockiemu sposobność zetknięcia się z Piętką. Obchodzono uroczystością przyjacielską, obiadem składkowym, wyjście ze służby publicznéj znakomitego profesora, który w długim zawodzie swoim zjednać potrafił serca wszystkich i szacunek ogółu. Płocki, który zapomocą ks. Nestora i pozyskanego uniżonością pewnego już schodzącego z pola finansisty, wcisnął się był w różne towarzystwa sfery, nietylko że nie unikał podobnych zręczności, ale ich szukał, dla zdobywania popularności, która jako narzędzie potrzebną mu była do jego planów przyszłych.
Zapisał się więc wcześnie i skwapliwie nietylko na obiad składkowy, ale i na puchar, który wielbiciele czcigodnego męża ofiarować mu postanowili. Chwytał zręczność każdą popisania się ze szczodrobliwością.
Piętka, maluczki człek, chodził na takie uczty, jako miłośnik obserwacyi, lubiąc bardzo bywać tam, gdzie się spodziéwał znaléźć podweselonych, skłonnych do otwarcia serc i piersi naościéż. I on więc ze swym się rublem zapisał.
W oznaczonéj godzinie znaleźli się wszyscy w wielkiéj sali, naprzeciw zastawionego stołu. Dostojny jubilat zajmował piérwsze miejsce, otoczony najświetniejszemi znakomitościami, które w uczcie udział brać raczyły. Każdy sobie obiérał miejsce sympatyczne. Płocki na ten raz, choć radby był może wsunąć się wyżéj pomiędzy matedory, odegrał rolę skromnisia i obrachował się tak, ażeby przypadkiem usiąść przy Piętce.
Uszło to przy stosownym manewrze i kołowaniu za traf szczęśliwy, a nawet Piętka na ten raz uwierzył w wypadek.
Rozmowa po maderze zaczęła się wielce ożywiona i przerywana tylko wesołemi niekiedy wykrzyknikami. Mówcy uprzywilejowani gotowali się do improwizacyi, odczytując pod stołem przyniesione karteczki, służba roznosiła półmiski. Płocki wsparł się poufale na krześle dawnego towarzysza.
— A to już téż nie do darowania, rzekł, pochylając mu się do ucha. Widocznie chyba stronisz odemnie i unikasz? Cóż? czybyś co mógł miéć do mnie? mów! Chciałem cię przedstawić mojéj żonie... mógłbyś czasem u nas chwilę przyjemnie, w dobrém towarzystwie przepędzić. Cóż to jest? co to ma znaczyć? Znać mnie nie chcesz?
— Ale to nic a nic nie znaczy oprócz tego, iż ja istotnie czasu nie mam, odezwał się Piętka.
— Ba! ba! mów ty to sobie, komu chcesz. Czasu nie mam! rzekł Płocki, to widoczny brak dobréj woli. Godziny jednéj czasu nie miéć dla odwiédzenia przyjaciela.
— Widzę, że w nowém swém położeniu, odpowiedział Orest, zapomniałeś o warunkach pracy, przez które sam przeszedłeś. Są zawody, w których zostają i dnie i godziny do poświęcenia upodobaniom, fantazyjom i uczuciom, ale są inne, w których się minuty liczą. Kto, jak wy, obraca ogromnemi kapitałami i ma tylko do obmyślania plan ogólny, temu na wszystko czas starczy; prosty robotnik, wykonywający szczegóły, musi się liczyć nawet często z godziną obiadu — a cóż dopiéro mówić o rozrywce!
— Wszystko to prawda, odpowiedział Płocki, jednak mimo to, mam do ciebie żal, bo mi szkodzisz w opinii.
— Ja? co ci się stało?
— Posłuchaj, szeptał Płocki spokojnie, starając się, aby rozmowa nie doszła sąsiadów. Nie jest to tajemnicą dla nikogo, żeśmy pracowali razem dosyć długo, że kierowałeś w znacznéj części najgłówniejszym moim interesem. Ludzie widzą, żeśmy się rozstali; jedno z dwojga więc, albo ty byłeś ze mnie niezadowolniony, albo ja z ciebie. Ty używasz dobréj i ustalonéj opinii, ja mniéj jestem znanym i zarabiam na nią. Sam powiédz, jaki wniosek ludzie wyciągną z rozdzielenia się naszego??
Bardzo wiele osób pytało mnie o to ze zdziwieniem, jak to? panowie nie razem?
Piętka słuchał, pijąc powoli, i odparł obojętnie.
— Możesz im odpowiedziéć przecię, że w czasie waszych wakacyj, czy studyjów, konkurów i ożenienia, gdy was tu nie było... Piętka nie mogąc odpoczywać i czekać, gdzieindziéj przyjął zobowiązania. Tém się wszystko wytłomaczy.
— Ja téż tak właśnie odpowiadałem, mówił p. Julijusz, a mimo to, rzuca to na mnie cień jakiś, bo nietylko, że nie jesteśmy razem w pracy, ale nawet unikasz mojego domu... zrywasz stosunki...
— Alem ich nie zerwał! tłomaczył się Piętka.
— Zatem, trącając kieliszkiem o stojący kielich towarzysza, odezwał się Płocki, zatem poprawże się...
Po chwili pochylił się znowu do ucha Piętki.
— Przyznam ci się, że nie w jedném brak mi twéj rady, ręki i głowy... Mam kilka znacznych interesów napiętych już i bliskich rozpoczęcia... Na ludziach mi nie zbywa, ale — ale, wolałbym miéć do czynienia z kimś, kogo znam, komu ufam.....
— Serdeczne dzięki, odezwał się Piętka. Jestem związany umową, a o łamaniu jéj ani mi się godzi pomyśléć. Człowiek, z którym mam do czynienia, prawy jest i znany...
W téj chwili, rzuciwszy okiem na siedzącego obok towarzysza, Piętka spostrzegł na jego twarzy wyraz tak złośliwego szyderstwa, ironii, niedowierzania... iż na chwilę przerwał mowę i nie dokończywszy, spytał:
— Czy masz co przeciwko niemu?
— Ja? skądże wnosisz?
— Z twarzy twéj! uśmiéchnąłeś się, słysząc pochwały?
Płocki pokiwał głową i dziwnym tonem żartobliwym tłomaczyć się począł.
— Nie mam przeciwko niemu nic a nic! Człowiek używający takiéj reputacyi, talentów, prawości, szlachetności et caetera, et caetera! Jakżebym ja znowu, ja, homo novus, śmiał się porywać na tak ustaloną opiniją, na uznane zasługi, na tak powszechnie szanowanego męża!!
Słowa te, tonem szyderskim wypowiedziane, pocichu, zniecierpliwiły Piętkę, poruszył się na krześle.
— Mów otwarcie! zawołał natarczywie.
— Nic do powiedzenia nie mam! roześmiał się Płocki. Jakżebym mógł! jakżebym śmiał...
Wychylił szybko kieliszek, oczy mu zabłysły..
— Pamiętasz Piętko nasz wieczór ostatni.. rzekł, głos zniżając, byłem z tobą otwartym... no, i dziś innym być nie chcę... Porwać się teraz jeszcze na tego olbrzyma nie mogę, ale go nienawidzę... Tamuje mi drogę, spotykam go wszędzie... zawadza mi... W naturze mojéj leży, dobijać się stanowiska, które on zajmuje, a więc albo on, albo ja padnę... ale walczyć z nim muszę...
— Rozumiem to, uśmiéchając się, z kolei odezwał się Piętka, ale nie pochwalam. Możesz iść z nim razem... chętnie ci poda rękę...
— Nie! nie! nie! ale dosyć o tém, a raczéj zanadto! zawołał Płocki. Stanowisko, które on zdobył, ja muszę osiągnąć...
Per fas et nefas? spytał Piętka...
— Środki? co znaczą środki! zaśmiał się Płocki. Jezuici byli ludzie rozumni — cel jest wszystkiém...
Byłby może więcéj jeszcze jaką powiedział niedorzeczność, gdyby właśnie w téj chwili szmer nie powstał na sali. Piérwszy orator, mający wnieść zdrowie jubilata, powstał zwolna z kielichem w ręku... runęły krzesła, podnieśli się biesiadnicy, i po krótkiém zamieszaniu a wrzawie, nastąpiła cisza oczekiwania.
Stary profesor miał minę skazanego, stojącego pod pręgierzem...
Orator rozpoczął swój Spech. Kto jeden raz w życiu słyszał taką mowę, porównał z nią następne, wié, że są wszystkie na jeden sposób, w jednéj formie stereotypowéj ulane...
Różnią się tém tylko, że są jak ciastka na rozmaitych zapachach wanilii, cytryny, cynamonu, bobkowych liści i pomarańczowego kwiatu pieczone, autor nadaje im wonie różne według potrzeby.
Jeżeli jubilat zajmował się nauką, wynosi się znaczenie jéj dla ludzkości i dla kraju, wielkość posłannictwa i t. p.; jeżeli urzędował, sławi się jego bezinteresowność, miłość sprawiedliwości, opiekę nad pokrzywdzonemi, straż ogólnych interesów; jeżeli pięćdziesiąt lat sprzedawał pieprz lub żelazo, broni się niesłusznie zapoznanego handlu, téj żywotnéj sprężyny i t. d... ad infinitum. Autor może téż przyprawę osmarzyć patetycznym i wzniosłym, dowcipnym lub humorystycznym tonem... upiec to ciastko z szumnych wyrazów, jak z pianki, uczynić je zwięzłém i archaicznego stylu, nasadzić poezyją, jak migdałami. Prawdziwie oryginalnych mów niéma, przebrało się form i myśli, nadużyto owacyj!
Jak zwykle piérwsze, przemówienie oratora, łysego i dosyć otyłego mecenasa, wzniosłe było i poważne, rozczulające, poruszające do głębi. Dostojny jubilat, okadzany tak silnie, iż mu się trybularzem kilka razy w nos dostało, po winie biorąc to wszystko na seryjo do serca, miał rzeczywiste łzy na oczach, sięgnął po chustkę do kieszeni, i to było tryumfem dla mówcy, gdy razem oczy i nos zakatarzony ociérać zaczął...
Spostrzegłszy ten ruch, znamionujący pożądane zwycięstwo, mecenas zaczął głos coraz bardziéj podnosić, grzmiał — wymowa jego stawała się coraz ognistszą, zapał wzrastał... słuchacze, których od długiego stania nogi bolały, zaczęli okazywać współczucie ogromne, ażeby niém koniec przyspieszyć, wreszcie biesiadnicy zmusili niejako mówcę do zakończenia. Ci, przed którymi butelki stały próżne, w drżących już dłoniach popodnosili w górę kielichy, obléwając się winem... i zagrzmiał chórem, jak wystrzał działowy: Vivat! vivat!...
Jubilat płakał, ściskał z kolei wszystkich, poszedł całować mówcę, a gdy się nieco uhamowało wzruszenie, zabrał głos drżący, cichy, pokornie dziękując za tę cześć niezasłużoną, któréj pamięć miała mu towarzyszyć do grobu... Nie przypisywał on tego swym zasługom, czuł, jak mało uczynił, choć wiele dokonać pragnął... i t. d. i t. d.
Płocki należał do najzapaleńszych wiwatników, Piętka wypił swój kielich, uśmiéchnął się i usiadł... Rozmowa byłaby się może zawiązała na nowo, ale po piérwszym mówcy, występował już drugi, i okrzyk: panowie! panowie! usiłował gwar przytłumić...
Ten drugi był znanym humorystą, na twarzy jego igrał trefny dowcip i wesołość urzędowa, nim usta otworzył, twarze się śmiały, a podochoceni goście na kredyt zaczynali się uśmiéchać... popłynęły tedy dowcipy, przerywane to oklaskami, to wybuchami, to wtrącanemi dodatkami, wiedziano z góry, iż improwizowanym rymem dokończy... W ciszy słuchano oratora... służący ze stygnącém pieczystem odpoczywali pod kolumnami... słuchając i podziwiając...
Nie skończyło się na tém, wino otwiérało usta i dodawało odwagi, przymawiali się różnie różni, krótko i długo, ucinkowo i polemicznie, zagadnienia tryskały z szampana, wrzawę coraz trudniéj stłumić było, mówili wszyscy razem... śmiéchy homeryczne towarzyszyły lodom i deserowi... Serdeczność panowała największa, nieprzyjaciele wino sobie leli za kołniérze, ściskając się i poprzysięgając wiekuiste przymierze. Niektórzy emancypowali się i wstawali z krzeseł, inni rozmową głuszyli spóźnionych mówców.. Piętka patrzał, badał i uczył się tego występowania charakterów, które wino wyrzuca na wiérzch. Płocki zwrócił się do zamyślonego kolegi.
— Cóż ty tam tak studyjujesz helotów nieszczęśliwych? zawołał. Nie ciekawy to widok. Ponieważ mnie los szczęśliwy zbliżył dzisiaj do was, korzystam z tego i przypominam, nim się rozejdziemy, że czekam na twą wizytę.
— Dziękuję! będę! lakonicznie rzekł Piętka.
— Nie, na tak ogólnikowém przyrzeczeniu poprzestać nie mogę, odparł p. Julijusz. Każesz mi na siebie czekać miesiące. Przyjdź do mnie na obiad, będziemy w kółku domowém — kiedy?
— Dzień naznacz...
— A więc, we czwartek, podchwycił Płocki, biorąc go za rękę. Ja, ty, żona moja, ktoś domowy, więcéj nikogo... Obiad jémy o piątéj.
Na tak życzliwe zaproszenie nie można było inaczéj, jak wdzięczném odpowiedziéć przyjęciem. Dokonawszy tego dzieła, Płocki się wymknął, bo miał jeszcze kilka różnych drobnych do wykonania manewrów.
Naprzód postanowił się zbliżyć do tego, którego za swego antagonistę uważał, uśpić go uprzejmością, grzecznością, pokorą, potem gotował się pewne słówko na próbę rzucić w ucho jednéj znaczącéj osobie, dla zbadania jéj usposobień, w ostatku parę maleńkich a ruchawych figurek potrzebował sobie zjednać uściskiem ręki, cygarami, okazywaniem wielkiéj czci i czułéj przyjaźni... Przygotowany był także hrabiemu Adamowi wygłosić swą teoryją pracy dla dobra powszechnego, a ks. Nestorowi, który go w świat wprowadził podkadzić wdzięcznością. Wszyscy ci byli mu jeszcze potrzebni. Jak wybrany Syxtus, podpiérał się na tych kulach, które miał odrzucić, gdy tylko uczuje, że się już bez nich obejść może.
Piętka rozumiejący go doskonale, odgadujący każdy ruch i cel jego, nie spuszczał z oka zręcznego robotnika... i zabawiał się tą zabiegliwością niezmordowaną, tą rachubą doskonałą... Płocki do każdego umiał przemówić inaczéj, trzeba było widziéć, z jaką zręcznością, niby nieumyślnie znajdował zawsze tego, kogo potrzebował, jak kołował, nim się zbliżył, jak zmieniał ton, ruch, mowę, minę, głos, zastosowując się do interlokutorów swoich, jak niknął w tym tłumie i wypływał na wiérzch, jak drobniał i wyrastał. Wszystko to dla nieubłaganego postrzegacza było jasném, choć reszta widzów cale się tych sztucznych obrotów nie domyślała.
Najdłużéj zatrzymał się Płocki przy hrabi Adamie, który sam do niego przyszedł, uprzejmie podając mu rękę. Zyskanie sobie dobréj opinii u tego człowieka, posiadającego szacunek ogółu i wiarę u ludzi, należało do najgorętszych życzeń Płockiego. Księcia Nestora, który tak głęboko nie wglądał w ludzi, już był pewnym, hrabiego Adama pozyskanie gotów był największą okupić ofiarą.
Niepokalana prawość i zacność charakteru czyniły go potęgą.
Narzucać się mu było niebezpieczném, zręcznie więc tylko zabiegał tak w drogę hrabiemu, aby mógł mu wykładać swe wzniosłe teoryje, zasady, przekonania tak dobrane, aby zupełnie z teoryjami, zasadami i przekonaniami hrabiego się zgadzały.
Nie popełnił wszakże téj omyłki, aby je całkowicie jednakiemi przedstawiał, to by go było zdradziło, przetykał ten wątek osnuty umiejętnie nieszkodliwemi waryjantami; kierował rozmową na polemiczne kwestyje, a kończył je pełném uniesienia porozumieniem i przyzwoleniem... Hrabia, człowiek dobréj wiary, brał to za dobrą monetę.
Spór zawsze wyrastał z niedokładnego oznaczenia przedmiotu, z obojętnego wyrazu, a hrabia z wielką pociechą ducha przekonywał się w końcu, że ten znakomity człowiek, podzielał jego społeczne i ekonomiczne zapatrywania się.
Po obiedzie tym, nic dziwnego, że Płocki, oświadczając się z najżywszém uwielbieniem dla hrabiego „męża tak krajowi zasłużonego“, chwycił jego dłonie i wyraził gorące życzenie posiłkowania kiedykolwiek czynnego w zbawiennych jego dla rozwoju krajowéj pracy zamiarach...
Tak samo antagonistę swego, o którym Piętce mówił, że go nienawidził, zaręczał o czci i uszanowaniu, księciu Nestorowi wynurzył dozgonną wdzięczność, eksministra zdziwił dokładną nader znajomością jego zasług dla kraju, których ludzie tępi i zacofani ani dojrzéć, ani ocenić nie umieli i t. p. Umiał tak sobie pozyskać wszystkich. A gdy pewien wesoły księgarz wniósł jakąś składkę na stypendyjum, Płocki, puściwszy przodem innych, przysłuchując się cyfrom, obrachował się, aby sponte, niby nie wiedząc, co kto dał, zapisać się z sumą większą, niż wszyscy...
Szmerem sympatyi powitano gorące to jego wystąpienie, w którém rachuby nikt się nie domyślał...
Tak interesa swe skutecznie tym obiadem podźwignąwszy, Płocki, rad z siebie, wymknął się ku domowi, a towarzystwo powoli napływać zaczęło, zostawiając tylko przy stolikach wista zwykłych gości powszednich.
Piętka z dziwném uczuciem, pociągnął zamyślony ku swéj kawalerskiéj kwaterze.
Nadszedł ów zapowiedziany czwartek.
Przed godziną piątą gospodarz domu był w saloniku swym, rozliczając, jak mu wypadało przyjąć dawnego towarzysza, jakim tonem, rozmową, obejściem... Wybiérając z dwojga między skromném a dobroduszném przyjęciem, a pańską nieco prozopopeją, z pewnych sobie wiadomych względów przeniósł ostatnią.
Ponieważ żona, jak wszystko, co otaczało tego człowieka, musiała ściśle spełniać jego rozkazy, przepisał zręcznie p. Julijusz nawet strój, jaki ona tego dnia wziąć miała. Obiad zadysponował sam także, nie wykwintny do zbytku, lecz imponujący, smaczny jednak i wedle wszelkich prawideł gastronomicznych ułożony..
Dziwnym trafem, czy rachubą zdało się Płockiemu zaprosić na ten dzień swojego antagonistę a pryncypała Piętki, który się wymówić nie mógł od przyjacielskiego obiadu. Był to człowiek poważny, surowy, trochę na pozór chłodny, lecz w rzeczy pełen serca, z którém się tylko popisywać nie lubił. Poznamy go bliżéj w ciągu naszego opowiadania. Oprócz niego, tylko sekretarz Płockiego, pokorne narzędzie bierne, anima damnata, miał usiąść z niemi do stołu.
Sekretarz zwał się Wytrychiewicz...
Płocki władał nim, jak chciał, despotycznie rządząc, z mocy jakiéjś tajemnicy niezbadanéj, która mu go zaprzedała. Wytrychiewicz wyglądał, jak z krzyża zdjęty, blady, mizerny, a że był ospowaty i przed ospą od natury przy wyjściu na świat niezbyt miłemi rysy obdarzony, czynił tém honor sercu gospodarza, który tak niepowabną istotę trzymał przy sobie.
Płocki téż dawał do zrozumienia, że tego biédnego człowieka prawie przez litość cierpiał przy sobie.
Piętka punktualny, jak zégarek, stawił się na oznaczoną godzinę, ubrany wedle wszelkich prawideł i w białych rękawiczkach.
W saloniku imponującym swą kosztowną prostotą zastał już pana i panią domu. Julijusz przedstawił go pięknéj gospodyni, jako najlepszego przyjaciela. Była to młodziuchna kobiéta, dosyć nieśmiała, pięknych rysów twarzy, która się wydawała ze swego losu szczęśliwą i jak w tęczę patrzała na męża, odgadując myśl jego.
Pan Werndorf, pryncypał Piętki, trochę kazał czekać na siebie, lecz i ten przed upływem kwadransa łaski, stawił się, przepraszając bardzo, bo mu się coś w powozie zepsuło.
Kilka słów grzecznych powiedziawszy gospodyni, odwrócił się i, trochę zdziwiony bytnością Piętki, podał mu rękę uprzejmie.
— Widzę, że pan niespodziéwałeś się mnie tu zastać, śmiejąc się, rzekł Orest, ale my z panem Płockim, jesteśmy dawni, od szkół jeszcze towarzysze...
— Tak jest, dodał gospodarz, pracowaliśmy téż razem, póki pan mi go nie odebrałeś... czego panu winszuję i zazdroszczę...
Werndorf, jedna z potęg finansowych kraju, człowiekiem był rysów twarzy wybitnych, przypominających stary typ du bourru bienfaisant, wydawał się nieco szorstkim, rubasznym, żywym, ale był widocznie takim, jakim go Bóg stworzył, i nie zadawał sobie nigdy pracy malowania się do gości.
Piętka, widząc ich obu z Płockim na jednym planie, obok siebie, piérwszy raz dostrzegł, że to były dwie natury, dwie istoty wręcz sobie przeciwne, różne i zmuszone być w ciągłym sporze. Płocki był, czem chciał, mienił się, jak kameleon; Werndorf mógł być tylko sobą. Dla pilnego postrzegacza typ to był nadzwyczaj zajmujący. Słysząc o nim, o jego wielkich i szczęśliwych przedsiębierstwach, o przenikliwości i rozumie, o kolosalnéj fortunie, jaką winien był sam sobie, można go sobie było wystawiać więcéj skomplikowanym, przebieglejszym, dyplomatą, naturą jakąś szczególniéj do walki uorganizowaną; natomiast był to człowiek prostoty pełen, niemal dobroduszny i łatwy w obejściu... Czoło świadczyło o inteligencyi, oczy i twarz jaśniała rozumem, w obejściu się tylko znać było, że się czuł do niezawisłości, jaką mu dawało imię i majątek, a ludzi ważył nie ich położeniem towarzyskiém, ale wartością wewnętrzną.
Człowiek ten, jakieśmy powiedzieli, wszystko był winien sam sobie, wykształcenie, majątek, nieskalaną reputacyją, i szacunek ogólny, jakiego używał, miał téż prawo ufać nieco siłom własnym, i to się w nim przebijało.
W obec niego małym jakimś, przybitym i drobnym wydawał się Płocki. Piętka, porównywając ich, uderzony był różnicą dwu typów, z których pierwszy wyrażał zdrową siłę, drugi skrytą przebiegłość.
— Zaprawdę, rzekł w duchu, jeśli przyjdzie do walki między niemi, będzie ona ciekawą i w nauczające rezultaty płodną.
Przy stole rozmowa była lekka i wesoła. Płocki, który się rzadko spotykał z panem Werndorfem, korzystał ze zręczności, aby się pochlébić już zawartemi stosunkami, dosyć niezręcznie on i żona wspominali ciągle o księciu Nestorze, o hrabi Adamie i innych znakomitościach arystokratycznego obozu. Werndorf z niemi wszystkiemi był oddawna bardzo dobrze, ale jak ich nie szukał, tak się téż z niemi nie chwalił. Owszem wszędzie o ludziach przy wielkiém umiarkowaniu wyzwany, okazywał stanowczość wielką i nie taił się z opiniją o nikim.
Płocki rozpoczął, wspomniawszy o ks. Nestorze, głosić jego pochwały, Werndorf milczał.
Po długiéj apologii, gdy potwierdzenia czekał, Werndorf dokończywszy jedzenia, odezwał się krótko i stanowczo.
— Jeżeli tak znakomitym i wielkich nadziei znajdujesz pan księcia, jakichże słów dobierzesz dla hr. Adama?
Gospodarz zdziwił się trochę.
— Zdaje mi się, że też same starczą dla obu!
— Tak pan sądzisz? spytał Werndorf, więc stawiasz ich z sobą na równi?
Płocki zmieszał się znowu.
— Ja nie ujmuję żadnemu z nich, rzekł chłodno Werndorf, ale hrabia Adam jest już nam tu dawno i dobrze znanym, ks. Nestor nowym, młodym i mimo najlepszych chęci, oprócz chęci, dotąd niewiele mającym za sobą.
Niech pan nie sądzi, dodał, ażebym mu ujmował, chciałbym tylko między niemi dwoma naznaczyć różnicę.
Piętka, który nikogo oszczędzać nie potrzebował, a gdy go za język pociągnięto, wygadywał się chętnie, podchwycił żywo.
— W ogólności, rzekł, nawet Plutarchowi nie bardzo się udawały paralelle, a mnie się zdaje, iż dwa te charaktery nie dają się nawet przy sobie postawić.
Książę Nestor ma jeszcze całą gorączkę młodości, gdy hrabia Adam wiele przeżył, i wytrwał do końca takim, jakim był dotąd. Z piérwszego może wylecić motyl, ćma, nie wiém już co, gdy hr. Adam jest z pewnością jedwabnikiem... i nim zostanie na zawsze...
Werndorf podchwycił porównanie do jedwabnika i przyklasnął mu, Płocki się nie sprzeciwiał, ale powiedział sobie w duchu, iż z ostrożnego słówka Werndorfa w potrzebie potrafi coś wysnuć.
Draźliwy przedmiot wkrótce sama pani zmieniła jakąś interpelacyją na inny. Mówiono o teatrze, śpiéwakach, operze, Modrzejewskiéj i Żółkowskim, Bakałowiczowéj i Rapackim.
Nieszczęśliwy Wytrychiewicz, posadzony na szarym końcu, jadł, słuchał, oczyma się przypochlébiał i uprzedzał skinienia pani, która się nim posługiwała.
W pół obiadu, który się dosyć długo przeciągnął, naprowadził gospodarz tak rozmowę, niby przypadkowo, aby módz znowu uskarżyć się na odstępstwo Piętki i oddać mu należne pochwały...
Przeszli potém powtórnie do społeczeństwa i wydatniejszych osobistości. Piętka zamilkł. Płocki natomiast, któremu stosunków z księciem Nestorem i hrabią Adamem mało było, który pragnął zyskać zupełne prawo obywatelstwa, nie wysłużywszy się jeszcze... ostro się wyrażał niemal o wszystkich... przebieżono cały szereg imion, do każdego umiał przypiąć łatkę zręcznie... zawsze się zasłaniając kimś, od kogo to słyszał.
— Szanowny pan, odezwał się do Werndorfa, nie masz powodu, jak ja, utyskiwać na brak gościnności i uznania. Ja, człowiek nowy, widzę tu stosunki inaczéj, bo są dla mnie nowemi. Uderzają mnie i rażą. Jest to kraj długą anarchiją i patryjarchiją zdezorganizowany, europejskie pojęcia wartości ludzi i pracy są mu obce; społeczeństwo dzieli się jeszcze na klasy uprzywilejowane i sponiewiérane, prawo rozbija się tu o żelazny obyczaj, utrwalony wiekami, przybysz, choćby rozum i złoto przynosił w posagu, będzie zawsze podéjrzanym przybłędą... Tu przy postępie nawet zostaną na długo ślady przeszłości. Nasz zawód, ludzi — propagatorów trudu, przemysłu, czynu, trudniejszym jest, niż gdziekolwiek indziéj. Społeczność, nawykła wiekami używać, nawet zmuszona do pracy lub znęcona nadzieją zysku, bierze się do niéj bez zamiłowania, dla tego tylko, aby co prędzéj, coś zarobiwszy, próżnować, zbytkować i używać mogła. Człowiek, który zawód jakiś obrał sobie za życie całe i poślubił, jest tu w pojęciu ogółu zawsze jakąś niższą istotą, bo ogół ten rozumié pracę, jako jakieś skaranie Boże a nie błogosławieństwo, apostolstwo nasze jest razem męczeństwem.
Werndorf słuchając, uśmiéchał się. Płocki to, co mówił, nie z siebie brał, głosił rzeczywiste prawdy, pożyczane z różnych ust, ale jaskrawo i bezwzględnie, sądził, że niemi zyska sobie pochwały Werndorfa. Omylił się na tém...
Szanowny panie, odezwał się starszy doświadczeniem i szczéry współzawodnik, znam kraj ten i położenie, wady jego i zalety nie od dzisiaj, mogę panu zaręczyć, że jest na drodze postępu. To, o czém pan mówisz, było, dziś się stosunki znacznie na lepsze zmieniły. Wiele pojęć fałszywych wytrzebiono; inne wyschły same, bo im podsycających soków nie stało. Suma pracy krajowéj jest daleko większą, niż kiedykolwiek była, lekkomyślne używanie nierównie mniéj powszechne. Ludzie takich imion, jak książę Nestor i hrabia Adam, imion, które się wprzód nigdy w żadném przedsiębierstwie nie ukazywały, lękając się skalać pracą i spekulacyją, dziś wspólnie z nami jednemi idą drogami.
— A długo to potrwa? spytał Płocki, uśmiéchając się, nie znam ludzi mniéj wytrwałych i zrażających się łatwiéj. Opowiadaliście mi o owym amerykaninie, który na petrolu trzy razy robił milijonową fortunę, trzykroć ją tracił i miał odwagę rozpocząć dorabianie się po raz czwarty od kilkudziesięciu dolarów. Tu całkiem odwrotnie, niéma człowieka, któryby przez całe życie wytrzymał nawet w zawodzie, w którym mu się powodzi najszczęśliwiéj, niéma rodziny, któraby przez dwa lub trzy pokolenia, jednemu wierna zajęciu, wytrwała. Zakładają się domy i firmy i pryskają, roztapiają, lub ustępują, bo charakter nie dozwala im ani stanowczéj stoczyć walki, ani z przeciwnością się wziąć za włosy, ani się pomyślnością nie upoić, ani pokochać pracę dla pracy...
Nic się tu częściéj nie słyszy, nad ów z francuskiego tłomaczony frazes, który stał się aż nadto polskim, mam tego dosyć! Każdy tylko za zmianą, za nowością, i gdy się czego doskonale wyuczył, korzysta z tego, ażeby się zająć zaraz czémś inném, a o czém nie ma najmniejszego wyobrażenia. Niéma człowieka, coby się nie czuł zdolnym do wszystkiego, każdy szlachcic gotów przyjąć tekę ministra finansów, a lada ekonom mógłby być jenerałem.
Płocki mówił tak rzeczy oklepane, podsłuchane, ale głosił w sposób dosyć zabawny. Werndorf się chłodno uśmiéchał.
— Jesteś pan pesymistą, dodał w końcu, a to dowodzi, że masz téż w sobie wsiąkniętéj nieco natury tego kraju. Nigdy o niczém rozpaczać nie należy, ani wyszukiwać samych stron czarnych, ale badać trudności dla tego, aby z niemi walczyć.
— Ja téż to tak rozumiém, poprawił się gospodarz. Gdzieindziéj wszakże walka ma okréślone warunki i granice, tu ona zabiéra życie całe, wciska się do domu, nie daje chwili odpoczynku. W Berlinie mam ją na giełdzie we współzawodnictwie przedsiębierców, tu mnie ona ściga na ulicy, wkrada mi się do salonu, wciska w nocy pod poduszkę, nie dozwala ani tchnąć, ani się orzeźwić. Przybiéra wszelkie możliwe fizyjognomije, splata się z życiem.
— Wiész pan co, odparł spokojnie Werndorf, jeśli tu walka tak mu się trudną wydaje, dla czegoż nie przenosisz się do Niemiec?
Uśmiéchnął się i sam dokończył po chwili:
— Dla tego, że tu téż zyski są daleko większe, nietylko pieniężne, ale moralne, nie tylko finansowe i osobiste, ale społeczne. Pionier, który z siekiérą i wozem wjeżdża w puszczę amerykańską, doskonale wié, że go tam czekają grzechotniki, bawoły i dzicy indyjanie, ale zdobywa kraj, tworzy świat nowy, pustynią zmienia w warsztat pracy ludzkiéj... zdobywa ludzkości prowincyją nową... My tu powinniśmy z tém samém uczuciem pracować.
Wstano od stołu. Płocki odpowiedział tylko jakiemiś ogólnikami. Piętka się uśmiéchał. Przeszli do salonu na czarną kawę, a w chwilę późniéj do gabinetu gospodarza domu, w smaku odrodzenia, przybranego ślicznemi szafami biblijotecznemi.
Werndorf wkrótce jakoś spojrzał na zégarek i oddalił się. Piętkę, który już także brał za kapelusz, gospodarz niemal gwałtem przytrzymał. Zostali sami, bo Wytrychiewicz dawno się już ulotnił w czasie czarnéj kawy, nie dopuszczano go do palenia cygar w obecności pryncypała.
— Cóż ty mówisz o tym twoim Werndorfie? Zapytał szydersko Płocki.
— Mało znam jemu podobnych ludzi, odpowiedział Piętka, może się podobać, lub nie, ale szanować go trzeba. Jest to człowiek z jednéj bryły, zdolności wielkie, charakter prawy...
Płocki słuchał chciwie, patrzał, zaczynał się uśmiéchać, brwi mu drgnęły, zbliżył się do Oresta.
— E! starzy koledzy, mówmy szczerze! Dałeś mu się olśnić! Co do mnie, im więcéj w nim widzę zdolności, im bardziéj wyższość jego uznaję, tém nieuchronniejszém znajduję walczyć z nim. Obok niego miejsca dla mnie niéma.
— Jest, ale skromne.
— Skromném się nie zadowolnię.
— Jako dawny kolega i życzliwy człowiek, dodał Piętka, czuję się obowiązanym cię przestrzedz, że porywać się do walki z nim, jest to zgotować sobie porażkę niechybną.
Płocki śmiać się począł, lecz śmiéch jego był nieszczérym i pokrył nim gniéw i zniecierpliwienie.
— To znaczy, rzekł, że ty mnie wcale posiłkować nie masz ochoty.
— To by ci się na nic nie zdało. Silniejsi daleko sprzymierzeńcy, rzekł Piętka, nie dadzą ci zwycięstwa. Sprawa twoja jest sprawą ambicyi tylko.
— Nie, to osobista obrona, to walka o byt, mówił Płocki, to konieczność położenia. Jeden z nas dwu musi z placu ustąpić...
Zaczął niespokojnie chodzić po pokoju.
Piętka znowu brał za kapelusz, powstrzymywał go.
— Przy tobie myślę głośno, wiém, że ty mnie nie zdradzisz!... Jestem zmuszony do walki... Boleję nad tą koniecznością, lecz muszę ją przyjąć.
— Tém boleśniejsza jest ona, dodał Piętka, że jeśli się nie mylę, ten Werndorf, na którego się odgrażasz, przyjął cię tu, przybysza, uprzejmie i życzliwie. Jak księciu Nestorowi zawdzięczasz wprowadzenie w świat arystokratyczny, tak jego opiece winieneś wejście w koła finansowe, do których on ci drzwi otworzył.
— Tak, to prawda! nie przeczę! zawołał Płocki, lecz wdzięczność byłaby głupotą.
— A jakże się nazwie niewdzięczność? zapytał przyjaciel.
— W polityce i w interesach, rzekł gospodarz, wszelkie sentymenty, a szczególniéj wdzięczność, słabością są nie darowaną... Zresztą, mój drogi, począł zniżając głos, est modus in rebus! nie możnaż tego wykonać tak, by wina nie koniecznie spadła na mnie?? Postaw kapelusz i posłuchaj mnie do końca... Mam ci osobiście coś do zwierzenia.
Ty powinieneś powrócić do mnie... tyś mi obowiązany pomagać, nie chcę ofiary, odzywam się do ciebie w imię twego własnego interesu. Jesteś mi potrzebnym, nie taję... ale należy ci się odemnie słuszna pracy nagroda... Tu głos zniżył jeszcze i szepnął do ucha Piętce, biorąc go za klapy od fraka. Mam kuzynkę, któréj jestem opiekunem... sto tysięcy rubli posagu, młoda, ładna, mówi po francusku, gra ślicznie na fortepijanie, oprócz mnie nie posiada prawie żadnych uciążliwych krewnych... ożenię cię z nią...
Piętka aż pierzchnął z przestrachu.
— Ja? ja? żenić się! zawołał. Co tobie? czyś oszalał? Tobyś mi dopiéro łaskę wyrządził! Ale ja mą wolność trochę więcéj nad sto tysięcy rubli cenię, i za pół milijona jéj nie oddam.
Zresztą wiész co, odpowiem ci otwarcie, mam wad krocie, jestem zepsuty jak grzyb, który robaki zjadły, ale co szanuję, tego nie zdradzę. Przeciwko Werndorfowi nie pójdę. To cośmy mówili, zostanie przy mnie... bądź spokojny... Nie wmieszam się do walki z żadnéj strony, lecz kupić się nie dam...
Rób sobie, co chcesz, to mi wszystko jedno. Jesteś człowiekiem systematycznym, masz logikę ścisłą w swém postępowaniu, to ci przyznać muszę... z zajęciem będę ci się przypatrywał zdaleka, ale nie rachuj na mnie.
Skłonił się, Płocki stał pomieszany, usiłując już nieudaną propozycyją w żart obrócić.
— Cha! cha, zawołał, czyś ty to wziął na seryjo?... żartowałem przecież.
— A! to chwała Bogu! roześmiał się Piętka, tém lepiéj... Bądźmy sobie zdaleka życzliwymi i idźmy każdy swoją drogą. Gdybyś przyjął życzenie dobre, szczere, powiedziałbym ci jedno, nie myśl o walce, myśl o pracy, Werndorf ci pomoże...
Nie dokończył, zobaczywszy na ustach starego znajomego rodzaj szyderskiego uśmiéchu, którego znał dobrze znaczenie...
— Obiad był doskonały, przerwał nagle gość, dom prześliczny, żona jak anioł... urządzenie pańskie i gustowne. Szczęśliwy człowiecze... czegoż więcéj możesz pragnąć...
— To są narzędzia! szepnął Płocki, zniżając głos, znasz mnie, wszystko to wypłacić się i procentować musi... to nie cel, to środki... to nie koniec, to początek...
— A zatém szczęścia i pomyślności! dokończył, gwałtem już dobijając się do drzwi Piętka... jako widz dramatu, sypać będę oklaski!!
Bądź zdrów...
Drzwi się zamknęły za nim. Płocki sposępniał, czuł się na ten raz zwyciężonym. Zobaczymy, jak daléj będzie, szepnął przez zęby... zobaczymy...






Koncert Bilsego zgromadził tłumy słuchaczów do Szwajcarskiéj doliny, o krzesła już było nadzwyczaj trudno. Każde miasto ma zwykle dość znaczny zastęp miłośników muzyki lub tych, co za nich chcą uchodzić, ani połowa jednak cisnących się tu gości nie przychodziła dla zachwycania się harmoniją mistrzów, i wykonaniem mistrzowskiém. Sława znakomitéj orkiestry lub wielkiego wirtuoza zwabia podobno najwięcéj takich, którzy próbują siebie na uznanych już arcydziełach pomysłu i wykonania więcéj, niż rzeczywistych sędziów i miłośników.
Człowiek niepewien sądu własnego, nie znający się na rzeczy, rad bardzo usłyszéć coś napewno doskonałego, żeby wiedziéć, jak doskonałość wygląda, któréj sam rozpoznać nie umié.
Tam, gdzie wartość choćby była rzeczywistą, ulega wątpliwości i przysądzoną nie jest jeszcze, znajdą się prawdziwi znawcy, szukający nauki, chciwi wrażeń, humbug europejskiéj sławy ściągnie i takich nawet, dla których muzyka jest niezrozumiałym hałasem.
Bilse, niezrównany Bilse, zgromadził téż tym razem taką mnogość gości do Szwajcarskiéj doliny, iż u drzwi do biletów a w sali do spokojnego kątka dobić się nie było podobna. Publiczność składała się ze wszystkich warstw społeczeństwa obu płci, wieków wszelkich, usposobień, i najróżniejsze cele zakładających sobie przemysłowców. Młodość miała tu dogodną zręczność polowania na oczy, rzezimieszkowie na sakiewki, panny na kawalerów, matki na zięciów, a rzeczywiści melomanowie na dźwięki.
Ostatni byli w rospaczy, gdyż zdawało się prawie niepodobieństwem ten mruczący, warczący, szemrzący, śmiejący się tłum zakląć, nawet czarem melodyi, do milczenia. Orkiestra już stroiła instrumenty, nuty już się rozlatywały po pulpitach, genijalny dyrektor w białym krawacie przy orderach przechadzał się wśród artystów, rzucając im jeszcze do ucha uwagi ostatnie i przyjacielskie napomnienia, a w sali, jak w ulu, gdy się roi, na chwilę szum nie ustawał.
W piérwszym rzędzie krzeseł matedory niższego pochodzenia, różnéj wielkości, zawczasu sobie pozapewniały miejsca numerowane. Tu można było oglądać zbliska i napawać się widokiem tych istot, których losom zazdrościły tysiące szczęśliwych na pozór, którym spadek przeszłości życie łatwém uczynił, którym ślepy traf dał wygrać numer na loteryi życia, których wyniósł genijusz, praca, plecy giętkie lub zręczność, mozół lub blaga, nicość lub zasługa.
Ze wszystkich końców sali pokazywano ich sobie palcami, szeptano nazwiska, opowiadano historyje tych, co się świéżo w piérwszych znaleźli rzędach. Tym biédnym, dla których jutrzejszy obiad był problematem do rozwiązania niełatwym, milijonerowie bez apetytu, żółci, kwaśni, wydawali się ludźmi pod słońcem najszczęśliwszymi; kobiétom, których suknia jedwabna była piérwszą i ostatnią, panie w morach i atłasach wlokących się po pyle ulicznym, wyglądały jak bóstwa. Nikt z tych cicho i tajemniczo zazdrosnych nie pomyślał nawet, że to, co się zdaleka szczęściem nazywa, zbliska bywa niewolą i męczarnią.
W tym dniu szczególną baczność zwracały trzy aksamitne fotele w piérwszym rzędzie, mówię fotele, gdyż większa część publiczności osób, które w nich zasiadały, nie znała.
Rozpytywano się pocichu.
— Któżto jest ten brzydki jegomość, wyglądający kwaśno i ponuro?
— Kto jest ta piękna, młodziuchna pani, co przy nim siedzi?
— Kto może być ta panienka przy niéj, ciekawie, jakby obca, rozpatrująca się po sali.
Między innemi i Piętkę stojącego w tłumie na uboczu spotkało to zapytanie od jednego ze znajomych, który niedawno do miasta powrócił.
— Jakto? nie znasz tych osób? odpowiedział spytany. Ten niepiękny w istocie jegomość z angielskim szykiem jest to, nazwij go, jak ci się podoba, finansista, bankier, spekulant, przedsiębierca, i mój kochany szkolny kolega i eksprzyjaciel, p. Julijusz Płocki... Ta piękna pani jest to jego żona, a ta wcale nieszpetna panienka, to chyba kuzynka samego pana...
— A no! to już wiém! już wiém! odezwał się pan Izydor Żelazny, inżynier, który Piętkę zapytał, chociaż nie znam osobiście tych osób, ale o nich słyszałem wiele. Od kilku dni przecież bawię w mieście i zbiéram plotki po bruku. Więc to są te nowe gwiazdy horyzontu waszego? O Płockim słyszę dokoła jednozgodne tylko pochwały, człowiek być ma znakomitych zdolności, energiczny, czynny, bystry i wielce szlachetny. Zapewne słyszałeś o uczynionéj przezeń ofierze? Piętka, który wcale nie myślał rozczarowywać Żelaznego, odpowiedział skłonieniem głowy.
— Wiém, wiém,słyszałem o niéj.
— Niechże się temu feniksowi dobrze przypatrzę, dodał Żelazny. To w istocie coś osobliwszego u nas, człowiek takich przymiotów, wyrosły nagle, dający popęd przemysłowi, zabiegliwy, budzący do pracy, a przytem tak hojny i szlachetny... rara avis...
Piętka zmilczał. Miał to w obyczaju, iż przed ludźmi, którzy coś jasno widzieli, nigdy czarnych farb nie rozciérał. Przyczyniało się do tego może i lenistwo, apatyja jakaś, a może chętka obserwowania, jak ci ludzie przyjdą powoli do zmiany wyobrażeń.
— Brzydki jest, paskudnie brzydki, mówił pocichu Żelazny, no, ale zato służy za repoussoir żonie, która przy nim wydaje się jak obrazek Greuza. Śliczna twarzyczka... Panna téż nieszpetna wcale...
Ho! ho! dodał Żelazny, w tym samym rzędzie twój Werndorf siedzi...
— Mój? spytał Piętka.
— A no, idziecie razem, gdyby nie to, powiedziałbym, co o nim myślę.
— Sądzę, że nie możesz nic złego ani myśléć, ani powiedziéć, odezwał się Piętka.
— Złego absolutnie nie, ale zdaje mi się, że ta nowa gwiazda go zaćmi. Przynajmniéj taką w mieście opinją słyszałem. Choćby był Arystydesem, ludzie w końcu znużeni, nowego szukać będą, by w jego miejscu postawić. Już na tém słońcu znajdują plamy.
— Szczególna rzecz, mruknął Piętka, który czuł w tém już robotę swego dawnego kolegi, ja nic jeszcze podobnego nie słyszałem. Ale Werndorf niewiele dba o opiniją, więcéj o sumienie, i do opinii wdzięczyć się nie będzie... mało go ludzie obchodzą.
Po kilku jeszcze rzuconych z obu stron wyrazach, rozmowa przerwaną została. Bilse ze swą laską marszałkowską wstąpił na estradę, cisza i sykanie dopominające się o nią, płynęły powoli od piérwszych rzędów krzeseł ku drzwiom, aż całą zaległy salę, i uwertura Mendelsona zabrzmiała wykonywana przez tę ogromną orkiestrę, jak przez jednego człowieka. Dyrektor grał ją na swych artystach, w powietrzu wywijając czarnoksięską laską.
Ustały wszelkie rozmowy, oczy się zwróciły ku ognisku tonów, jakby i one miały się napawać niemi, na twarzach słuchaczów odmalował się chwilowy zachwyt, muzyka w inne ich światy przeniosła.
W piérwszych rzędach oprócz arystokracyi złota, widać było i tę drugą starą, która dawniéj do innych swych przywilejów łączyła i ten, że sama jedna w kraju rościła prawo do znawstwa i miłośnictwa sztuki. Tu siedział nieopodal roztargniony i po pięknych spoglądający twarzyczkach książę Nestor i zadumany hrabia Adam, daléj poważna hrabina Sybilla, otyła baronowa z lornetką na oczach, owa panna żółciowa i złośliwa, eksminister pozujący do portretu, kwaśny dyrektor i mnóstwo innych osób dystyngowanych. Świat ten cały zwinął się jakoś naturalnie w jeden krąg, aby się nie pomieszać z innym. Można go było rozpoznać po pewnym air, który nazywa się dystyngowanym, a jest najczęściéj tylko kwaśnym.
Oczy téj części towarzystwa z niezmierną ciekawością, ale ukradkowo, zwracały się ku światowi milijonerów, a w téj ciekawości chemik byłby odkrył mnogie składowe atomy zazdrości, gniewu, niechęci i wstrętu.
Stara panna obwinięta szalem prawdziwym, ale podobno służącym drugiemu już pokoleniu, chciwie pasła oczy obrazem, który się jéj przedstawiał tak zbliska; nikt pewnie troskliwiéj inwentarza garderoby tych pań nie spisał w pamięci, nad nią. Była to jéj specyjalność. Na wieczorach u baronowéj mogła opisać nie tylko każdą z pań, ale nawet wskazać, skąd one brały ubiory swe i co one kosztowały.
Smak, z jakim się postroiły owe panie na koncert, skromność ich toalet, najwyższy w niéj gniew obudzały.
— Niechże hrabina spojrzy na tę Płocką, szeptała jéj do ucha, on dirait une princesse.
— Tego ja nie powiém, odparła z dumnym uśmieszkiem Sybilla, bo właśnie widzę księżnę... ubraną, jak koczkodana i niedbającą o to wcale. Że téż nikt miłosierny nie powié jéj, jak się ma ubrać, aby nam wstydu nie robiła. Elle a l'air demimonde.
— A ja kochanéj hrabinie powiem, kończyła stara panna, ja to znajduję bardzo właściwém. C'est un parti pris. Jeżeli się tam ubiérają tak gustownie, my możemy chodzić choćby w szlafrokach i w pantoflach. Nic sobie z tego nie robimy... Voila!
Nim orkiestra zagrała numer drugi, który Schumanowi przynależał, stała się rzecz niesłychana, w kątku niebieskiéj krwi wywołująca oburzenie nadzwyczajne. Odmalowało się ono różnemi barwami na twarzach wszystkich.
Książę Nestor wstał ze swego krzesła i zamiast pójść złożyć uszanowanie hrabinie Sybilli, baronowéj, lub komuś „z towarzystwa“ wprost udał się do państwa Płockich, przywitał się w obliczu tysiąca osób podaniem dłoni Płockiemu, stanął przed panią samą, rozpoczął z nią rozmowę, wdzięczył się, dowcipkował, afiszował wyraźnie, na przemiany pochylając to ku pani, to ku kuzynce... Reszty świata nie zdawał się nawet widziéć.... oprócz może zjadliwych oczu Viperelli, która siedziała w piątym, czy szóstym rzędzie, i groźno wlepiła wzrok w wiarołomnego.
Na dobitkę hrabia Adam, który siedział obok Werndorfa, ciągle z nim prowadził rozmowę, ruszył się także, poszedł za przykładem księcia, i zbliżywszy się do Płockiego, żywą z nim rozpoczął rozmowę. Trwała ona aż prawie do drugiego numeru i zrobiła wrażenie przepotężne, Płocki urósł na trzy łokcie. Ci panowie dali mu patent na honorowe obywatelstwo...
— To ekscentryk, zawołała hrabina, ten biédny hrabia Adam, jemu można wszystko przebaczyć. Choruje na literata, funduje szkółki, zajmuje się ochronami, uczy rzemieślników, należy do tych wszystkich niedorzecznych stowarzyszeń, i zdaje mu się, że tém demagogiją zwojuje... no! niechże, ale ks. Nestor! ks. Nestor! co za płochość! jakie afiszowanie się! przebaczają mu aktorki i balet... takiéj brawury darować nie można. O! za piérwszém widzeniem się dobrze nm uszy natrę...
Gdy się to działo, ks. Nestor faisait le beau przed panią Płocką, a mąż jéj rosnął ciągle i oglądał się, nie dając poznać po sobie, jaką go to napawało roskoszą.
— Gdybym nie wiedziała, że ma milijony, myślałabym, że potrzebuje piéniędzy, odezwała się stara panna.
— Nie mylisz się moja droga, szepnęła Sybilla, ma milijony, ale chce je na współkę z kimkolwiek przerobić na milijardy, to cała tajemnica...
Orkiestra zaczęła grać, uciszyło się wnet i uspokoiło. Muzyka ukołysała nieco myśli wzburzone w jednych, w drugich poruszyła je do lotu. Oklaskami rzęsistemi podziękowano orkiestrze...
Piętka, bądź co bądź, choć niedawno ofiarę Płockiego, przyrzekającego mu rękę kuzynki, odrzucił, może właśnie dla tego, iż to uczynił, chciał się przypatrzéć kuzynce państwa, siedzącéj obok saméj pani. Panienka była, jak się przekonał, ostróżnie używając lornetki, wcale przystojna, młodziuchna, mniéj świetnéj piękności, niż żona pana Julijusza, lecz sympatyczniejszych rysów, w których, obok pewnego zrezygnowanego smutku, przebijała się energija i pewność siebie.
Piękna twarzyczka, ukazująca się po raz piérwszy w mieście, w którém one wcale rzadkiemi nie są, zawsze jednak czyni pewne wrażenie. Nigdzie może jak tu, stosunek płci obu nie jest wrażliwszym, jeśli się tak wyrazić godzi. W Niemczech nie spojrzy nikt prawie na najznakomitszą piękność, zjawiającą się w teatrze lub na zebraniu, zwraca ona chyba oczy znajomych; u nas są kobiéty, w których się cały świat kocha szalenie, a wejrzenia, westchnienia, uśmiéchy ku nim latają, jak motyle na wiosnę. Najstarsi ludzie czuli są na wdzięki i wielbią je najplatoniczniejszym entuzyjazmem, z którego nikt się nie śmieje, bo on jest chorobą powszechną, napadającą każdego, któréj uległ, ulega, lub może podpaść lada chwila wszelki śmiertelnik.
Twarzyczka panienki, siédzącéj przy pani Płockiéj, wnet rozbudziła zajęcie.
Zwróciła oczy, wywołała pytania, kto to taki? Co za jedna? skąd? jak się zowie?
W sąsiedztwie Piętki i Żelaznego stał nader dobrze informowany młodzieniec, słynny tancerz, który choć należał do ludzi pracy, wdziérał się téż i do świata próżniaków i zdobył sobie prawo walcowania na posadzkach wszelkich odcieni. Nikt nad niego nie był lepiéj informowanym o pannach. Wiedział on najdokładniéj lata każdéj z nich, posagi, pokrewieństwa, a nadewszystko kto się kiedy o jaką starał, dla czego był odepchnięty i jakie stawiano przedślubne warunki. W towarzystwie męskiém zwano tego jegomości Zdzisiem tak powszechnie, iż wielu o nazwisku jego zapomniało... Zdziś mógł, zbliżywszy się do Piętki, odgadując po zwrocie jego lornetki cel ciekawości, objaśnić go najdokładniéj, iż panna Eulalija Hompesch była bliską kuzynką pana Julijusza Płockiego, że on był jéj jedynym opiekunem, że miała dalekich krewnych państwa Nurskich... (skład hurtowy towarów kolonijalnych i żelaznych), iż liczono ją na sto tysięcy rubli posagu, że grała na fortepijanie wybornie, mówiła ślicznie po francusku, i słynęła z charakteru łagodnego, ale razem nieugiętego. Miała być milcząca, w mniejszych rzeczach dająca się powodować, w ważniejszych energiczna... i t. d.
— Jakie są warunki do osiągnięcia tego skarbu wymagane, dodał Zdziś, o tém dotąd dowiedziéć się nie było podobna. Płocki, jak powszechnie utrzymują, człek sumienny, surowy, purytanin; obowiązki opiekuna bierze do serca, i będzie pewno trudnym w wyborze; takiemu jak on podobać się i zadowolnić wszelkie jego wymagania, to zadanie nielada.
Żelazny, Zdziś i Piętka patrzyli tedy zdaleka na piękną panienkę, a ostatni milcząco bolał zawczasu nad jéj losem.
Po ukończeniu piérwszéj części koncertu przechadzali się niektórzy, byli nawet tacy, którzy powychodzili, ścisk się znacznie zmniejszył. Cyrkulacyja w tłumie przywróconą została. Płocki, który Wytrychiewicza, postawionego na straży szalów tych pań, szukał, trafił na Piętkę i przywitał się z nim trochę zimno. Już nawet miał odchodzić, ścisnąwszy go za rękę, gdy, jakby sobie co przypomniał, pochylił się do ucha, i szepnął:
— Widziałeś pannę Eulaliją?
Piętka udał nieświadomość.
— Kuzynkę moją, o któréj ci wspomniałem. A! przypatrzże się jéj przynajmniéj przez ciekawość, siedzi przy mojéj żonie...
To mówiąc, odprowadził go nieco na stronę.
— A cóż? nie odgadłem, rzekł głosem poruszonym w ucho Piętce. Czułem przeciwnika w Werndorfie, przeczucia moje się zjiściły... Wszystkie moje najlepsze myśli mi odkrada... wiém z pewnością, że się stara o tę samę koncesyją, któréj ja potrzebuję, zakłada bank, którego myśl piérwszą ja powziąłem. To człowiek dla mnie straszny, przy nim tu dla mnie miejsca niéma! Głowę tracę... Zdaje się odgadywać, gdzie się posunę, aby mi drogę zastąpić, niéma środka, muszę walczyć, tu chodzi o życie.
Najprostszą byłoby rzeczą, zamiast walczyć, pójść z nim razem...
Płocki, zagadnięty tak, popatrzał szydersko na Piętkę, wzruszył ramionami.
— Bądź zdrów, rzekł prędko, zjedliśmy beczkę soli, ale mnie nie znasz.
Wytrychiewicz, zdala dostrzegłszy władcę swych losów, nadbiegł niespokojny i przerwał rozmowę. Poleciwszy mu czuwanie nad okryciami tych pań i trzymanie ich w gotowości, Płocki powrócił na swe stanowisko w piérwszym rzędzie i znalazł księcia Nestora siedzącego przy żonie.
Szczęściem, zazdrosnym być nie miał powodu, i ten honor, jaki mu czynił ks. Nestor, wcale mu był przyjemnym. Już brzmiał początek drugiéj uwertury z Euryjanty Webera, gdy Płocki opóźnione zajął krzesło, a Piętkę otoczyli znajomi, zazdroszcząc mu, że tak zdawał się być poufale z nową znakomitością stolicy...
Dosyć późno wieczorem skończyła się muzyka. Wylanie się tłumu, acz już przerzedzonego, w ulicę połączone było z wielkiemi dla wszystkich niedogodnościami, szczególniéj dla tych, co się spieszyć chcieli. Wytrychiewicz pospieszył, niosąc własnoręcznie szale, książę Nestor podał do powozu rękę pani Płockiéj, p. Julijusz poprowadził kuzynkę i zaczęto ciężki ten odwrót ku wyjściu. Ciekawi mieli czas w defiladzie przypatrzéć się strojom dam, fizyjognomijom nowych postaci; znajomi spieszyli naprzełaj, aby się przywitać z matedorami i pochwalić stosunkiem z niemi. Panna Eulalija, gdyby była dostrzédz mogła, jak się jéj natarczywie przypatrywano, byłaby spłonęła ze wstydu, lecz spuszczonych nie podnosząc oczu, nie domyślała się nawet, iż wejrzenia wszystkich ku niéj były zwrócone. Spoglądał na nią ciekawie i Piętka, ale tak, jak się patrzy na ofiarę, oczyma politowania; nie chciał się cisnąć i rozpoczynać rozmowy, dał przejść przed sobą całemu towarzystwu i pozostał prawie ostatnim. Żelazny, który miał wiele dawnych znajomości, przywiązał się do idących pań i zniknął z niemi. Powóz państwa Płockich ruszył nareszcie. Piętka, który raczéj unikał, niż szukał towarzystwa, zabiérał się iść sam do domu, gdy w bramie spostrzegł stojącego z parasolem w ręku Werndorfa, który bardzo powolnym krokiem, zmierzał sam jeden ku miastu.
Zaledwie go spostrzegłszy, pryncypał pochwycił pod rękę, miał bowiem słabość do niego.
— Bardzom rad, że się spotykamy, rzekł wesoło, postanowiłem, odprawiwszy konie, przejść się trochę, nie będę sam i zamawiam sobie miłe towarzystwo wasze... Nie spieszycie się wszakże?
— Dziś wyjątkowo mam trochę czasu, rzekł Piętka.
— Cieszę się z tego, chodźmy i mówmy, dodał Werndorf. Lubię bardzo muzykę, ale nam biédnym ludziom pracy, myśli i troski i téj nawet chwili użyć nie dają. Uwierzyłbyś pan, że przez cały koncert nie mogłem się otrząsnąć z nałogowego zaprzątnienia.. interesami! Tyle mamy do roboty! Kraj nasz, który ucierpiał wiele, któremu nieszczęśliwy skład okoliczności politycznych nie dozwolił nigdy tak się rozwinąć, jakby był mógł i powinien, mając do tego najszczęśliwsze warunki; który, stojąc niemal w pośrodku Europy na drodze ku zachodowi, mógł pośredniczyć między przemysłem dwu światów: kraj nasz jest niewyczerpaném źródłem dla inteligentnego przedsiębierstwa. Ani ludzi, ani inteligencyi, ani kapitałów nie mamy zawiele, i z każdego nowego współpracownika cieszyć się należy...
— Mamy w istocie dosyć miejsca dla wszystkich, potwierdził Piętka.
Znajdzie go tu każdy pragnący pracować, mówił daléj Werndorf. Cieszę się z przybycia, z urośnięcia takiego człowieka, jak Płocki. On ma przyszłość. Chodzi tylko o to, by miał wytrwałość.
Piętka znajdował się w przykrém nader położeniu, nie wiedział, co mówić, milczał więc wyczekująco.
— Pan go znasz dawniéj? jaki to człowiek? spytał Werndorf. Sądzę, że jest inteligentnym, śmiałym i czynnym? Nieprawdaż.
— Jest nim niezawodnie! potwierdził Piętka.
— Idzie mu jak na początek bardzo szczęśliwie, przez ks. Nestora porobił sobie pewne stosunki, nie chwaląc się, ja dopomogłem mu w innych... Nikomu nie szło łatwiéj, i oddaję mu sprawiedliwość, nikt z większym taktem nie poczynał od niego. Cieszę się z tego. Jeden taki człowiek, który przybywa nam, budzi wielu do czynu, daje pracę, rzuca myśli...
— Sądzę, mówił ciągle Werndorf, z tego, co widzę i słyszę, że nie będzie prostym spekulantem dla grosza, któremu idzie tylko o naładowanie kieszeni. Praca powinna się opłacać, to się rozumié, lecz potrzeba ją pokochać, chociażby się nawet nie wypłacała...
Otwiérać drogi nowe, tworzyć życie i ruch, gdzie go nie było, pracującym dać pole do zużytkowania sił swoich, do dźwignięcia się dobrobytem ku oświacie, oświaty do dobrobytu — jest zadaniem godném człowieka, któremu los dał w ręce środki wcielenia swoich idei. U nas połowa surowych materyjałów niezmiernéj ceny, ogromne zasoby leżą nie zużytkowane, ekonomiczny rozwój széroki jest możebnym... ludzi brak tylko, ludzi! Wdzięczne to pole, na którém miło pracować.
Cieszę się dla tego z przybycia Płockiego i szczerze chcę mu pomagać... Znajdę w nim, spodziéwam się, współpracownika po myśli mojéj...
Piętka milczał wciąż, nie przecząc ani potakując, aż Werndorf pytająco zwrócił się ku niemu. Nie otrzymał jednak zrazu odpowiedzi. Po chwili namysłu Piętka się odezwał... unikając wypowiedzenia zdania swego.
— Cóż pan sądzisz o ks. Nestorze?
Z kolei Werndorf usta zaciął i zmilczał. Stanął na chwilę i popatrzał na Piętkę.
— O ks. Nestorze! o ks. Nestorze! rzekł, cedząc wyrazy powoli, ks. Nestor jest... księciem i magnatem... to go stawi w położeniu zupełnie odrębném. Dla nas praca jest zadaniem poważném, dla niego korzystną zabawką. Chcesz szczerego zdania mojego? Nie ujmuję mu bynajmniéj, chęci ma najlepsze, lecz... lecz któż wié, ku czemu jutro fantazyja go zwróci!
Przedsiębierstwo daje dziś człowiekowi pewną powagę, daje wpływ w kraju, otacza rodzajem aureoli, czyni popularnym. Nie mogę zaręczyć, aby ks. Nestor nie był powodowanym do uczestniczenia w pracy naszéj, do któréj się rwie i chwyta, raczéj fantazyjką pańską, niż myślą głębszą: oprócz tego piéniądz nawet dla magnatów jest ponętą. Szanuję ks. Nestora, ale nie mogę go jeszcze zaliczyć do rzędu ludzi seryjo.
— A hrabia Adam? podchwycił Piętka, usiłując rozmowę odciągnąć od Płockiego, ażeby nie być zmuszonym mówić o nim.
— Hrabia Adam, rzekł zdziwiony Werndorf, o nim powinieneś dawno znać zdanie moje. Pomimo swéj ekscentryczności, to człowiek wytrawny, na którego rachować można. W nim wszystkie pobudki do czynu są szlachetne, gorliwość niezmordowana, odwaga cywilna przekonań rzadka u nas, wytrwałość prawie bezprzykładna... Mam dla niego najwyższy szacunek.
— Najzupełniéj podzielam zdanie pańskie, podchwycił Piętka skwapliwie. Dodaj pan, że to jest jeden z tych ludzi, którym nie idzie wcale o to, kto zrobi co dobrego, byle to dobre wykonane zostało. Sami życzą wprawdzie dobra, ale nie dopuściliby nigdy, ażeby ono przez kogo innego mogło być spełnione, tylko przez nich. Wolą raczéj, by nie doszło do skutku, niżby im zasługę wykonania ktoś miał odebrać. Hrabia Adam chętnie ustąpi zdolniejszemu, podzieli się pracą z każdym, pomoże pocichu, nie szukając chluby, hrabia Adam jest to charakter, a ludzi z charakterem mamy mało...
— Dobrześ go okréślił, rzekł Werndorf, sądzę go tak samo, wahałem się nieraz, mimo największéj dlań sympatyi, narzucać mu, bo nie zupełnie jest wolnym od arystokratycznych pozostałości przeszłych wieków... Odziedziczył je z imieniem.
Piętka się uśmiéchnął.
— Hrabia Adam, odezwał się, może zachowywać pewne jeśli nie przesądy, to przekonania, które miłuje jak drogą spuściznę, ale się tém odznacza właśnie, iż stara się je pogodzić z nowém życiem, wszczepić w nie, ażeby nie umarły, gdy inni dla tych spuścizn starych samego życia nawet wyrzec się gotowi.
Tak rozmawiając, weszli do miasta.
Werndorf zamyślony ścisnął Piętkę za rękę i rozstali się w rogu ulicy, która prowadziła do jego domu...
Piętka zdziwił się mocno, znajdując z całego koncertu w pamięci jedno tylko natrętne wspomnienie, twarzyczkę smętną panny Eulalii.






U starożytnych rzymian łaźnie i rynki a nawet uliczki ciasne były najgorętszego życia, narad i plotek ogniskami. Szczęśliwy klimat dozwalał sub Jove, na świéżém sejmikować powietrzu, radzić, sądzić i najważniejsze opędzać sprawy.
W Niemczech i na północy z rynków, na których dészcz pada i wiatr dmie, wyniosło się życie do piwiarni i publicznych lokalów. U nas, gdzie piwo zwolna się aklimatyzuje, cukiernia bywa ową giełdą wieści nowych, pogłosek i plotek.
Demokratyczny napój gambrynusowy, który jest już w Niemczech niemal czynnikiem i węzłem społecznym, łączącym u jednego kufla wszystkie stany, od wyrobnika pijącego proste piwo, do ministra, któremu przy obiedzie bawarskie podają, u nas on nie zyskał jeszcze takiego rozpowszechnienia, jak u sąsiadów. Wolimy gorętszą wódkę, a szczególniéj arystokratyczniejsze wino i wszelki wymyślniejszy napój, niż starodawny ten wywar, który dawniéj i u nas z miodem starczył za wszelkie napoje.
Dla tego piwiarnie u nas nie dla wszystkich stoją otworem, cukiernia zaś pozostała po dawnemu (od XVIII-go w.), miejscem schadzek młodzieży i wszystkich, co ze swym czasem (szczęśliwi!) nie wiedzą, co począć!
W jednéj z najbardziéj uczęszczanych, obfitującéj w napoje wykwintne, opatrzonéj w bilardy doskonałe, słynnéj ze swych smakownych wyrobów, jednego wieczora po teatrze zebrało się kółko dobrych znajomych... na górce. Wracano z przedstawienia opery Moniuszki, która, jak zawsze, podniosła we wszystkich życie i wprawiła w zapał nawet mniéj skłonnych do rozgorączkowania się muzyką.
Znajomy nasz Piętka, Żelazny, Zdziś i Wytrychiewicz znajdowali się między innymi w towarzystwie, które się tu na herbatę zebrało.
Wytrychiewicz, który mało się kiedy ukazywał, będąc na nieustannych usługach u Płockiego, miał jak zawsze minę niezmiernie pokorną, jakby okradzioną. Jednakże tego wieczora, może skutkiem teatru i muzyki, zdawał się nieco więcéj ożywionym i śmielszym, niż zwyczajnie. Przychodziło mu z trudnością odegrać jakąś nową rolę, do któréj zdawał się porywać. Zwykle milczący słuchacz, teraz usiłował być czynnym, odzywał się głośno, a choć mu głosu niekiedy zabrakło, odchrząknąwszy, podnosił go i piszcząco perorował...
Piętka, który zdala pił herbatę w kątku, uderzony był tym stanem psychicznym tak niezwyczajnym i wpatrywać się w niego zaczął z ciekawością badacza.
— Co mu się dziś stało? myślał, wpatrując się w niego.
Wytrychiewicz wypił parę razy coś mocnego, jakby w kieliszku chciał sił zaczerpnąć, trzpiotał się niemal, z czém mu nie było do twarzy, udawał człowieka samoistnego, jakim nigdy nie był.
— Nie w zwyczajném swém usposobieniu! w tém coś jest! mówił Piętka, wpatrując się. Dostrzegł nawet obserwator pilny, iż tego wieczora inaczéj, niż zwykle, z pewną niebywałą wytwornością był wystrojony.
Znał go od czasu, gdy się w sposób dosyć tajemniczy zjawił jakoś przy Płockim, zrazu obdartym skrybentem, potém jako nieodstępny manualista, naostatek jako sekretarz prywatny. Wytrychiewicz był dobrze z Piętką, lecz o sobie niechętnie mówił.
Równie pokorny był, jak skryty.
Była to ciekawa dla niego zagadka. Widocznie Płocki miał jakiś środek zatrzymania go przy sobie i rządzenia nim. Między tymi dwoma ludźmi istniał związek jakiś ściślejszy, oparty na niezbadanéj tajemnicy, gdyż Wytrychiewicz mógł daleko swobodniejszą i dogodniejszą łatwo znaléźć pracę; zmęczony był i sponiewiérany, zżymał się, a służył jak wyrobnik. Piętka z natury był ciekawym. Zdało mu się, po dwu kieliszkach sądząc i humorze niezwykłym, jaki z nich Wytrychiewicz zaczerpnął, iż to jest właśnie sposobna chwila do wydobycia czegoś z tego zamkniętego człowieka. Rzemiosłem Piętki, jakeśmy powiedzieli, było anatomizowanie ludzi — wiwisekcyja.
Gdy żywo dosyć kręcąc się po saloniku, Wytrychiewicz zbliżył się do stoliczka, przy którym siedział pan Orest, Piętka schwycił go za rękę, posadził przy sobie i troszkę zdradziecko zaproponował szklaneczkę doskonałego ponczyku ananasowego. Znał on dosyć naturę ludzką, by obrachować, że zupełnie trzeźwy często odmawia napoju, a podochocony prawie nigdy.
Wytrychiewicz zmieszał się, zaczął wymawiać, objawił obawę, żeby tego nie było zawiele, zdawał się walczyć z sobą, i uległ nareszcie usilnym naleganiom...
Zwyciężony człowieczek, siedział pokornie jak zwykle, dwie spłaszczone swe ręce biorąc między kolana, zgięty we dwoje i na pozór zbiédzony.
— Cieszę się, że dziś cię widzę w lepszém nieco usposobieniu, odezwał się Piętka do niego, bo wiész, że zwykle obudzasz litość, taką biédną masz minę.
Wytrychiewicz podniósł z ukosa oczy na mówiącego, patrzał długo niedowierzająco na niego i namyślał się, co mu ma odpowiedziéć.
— Patrząc na ciebie, kończył Piętka, zdawałoby się, iż ci tak z Płockim źle, że cię tak zamęcza, iż w tobie ledwie odrobina tchu została.
Usłyszawszy to zapytanie, Wytrychiewicz bystro spojrzał na Piętkę i uśmiéch ukrócony, niedorosły, zmarły w kolébce zarysował mu się na smętnéj twarzy. Zmierzyli się oczyma, jak dwaj antagoniści, którzy wystąpić mają do walki.
Piętka nie miał potrzeby wcale się dowiadywać o Płockim, którego znał tak doskonale, iż z danych, jakie miał, logiczne następstwa łatwo mu było wyciągnąć, daleko żywiéj obchodził go sam Wytrychiewicz, zagadkowy, niepoczesny, przybity, a niewątpliwie odgrywający rolę jakąś cichą w rękach zręcznego pryncypała.
Pytanie, które rzucił Piętka, zmieszało na chwilkę Wytrychiewicza, zdawał się namyślać, którą stroną ma się od niego wyśliznąć. Przybrał swą zwykłą minę skromną i pokorną i rzekł:
— Widzisz, kochany panie, ta moja mina biédna, to pamiątka ciężkich lat przemęczonych w różnych dolach! Żyłem na wozie i pod wozem! A! ah! zaznałem wszystkiego.
Zdawał się wywnętrzać Wytrychiewicz, i mówić z zupełném wylaniem, głos nawet zniżył, jakby zwierzał się tylko przed Piętką...
— Dzieckiem będąc, miałem opiekuna, który mnie zamiast do szkół, oddał do kuchni... Z kuchty ledwiem się wyrwał potém na ławę szkolną!! Przemęczyłem w téj opiece dobrze, to mi tak twarz pokrzywiło.. Potém dorwałem się mająteczku, i gdym sam już mógł miéć kuchtę... chciałem zahulać... Bardzo to krótko trwało, niestety! Poszedłem pieszo ze wsi do miasta... bo mi nawet ostatnią parę fornalskich koni żydzi zlicytowali. W mieście... a!! czy to opowiadać warto. Ludzie co po słońcu chodzą, opalają się, a ci, co jak ja chodzą po biedzie, dostają takich smutnych twarzy...
Mówił to Wytrychiewicz głosem cichuteńkim, spoglądając coraz na Piętkę i badając wrażenie.
Pan Orest jakkolwiek do ujęcia nie łatwy, dał się szczerym tym wyznaniom wziąć za serce...
— Ale dziś, rzekł, jaśniéj wam z oczu patrzy.
— Być może, roześmiał się Wytrychiewicz. Muzyka Moniuszki przejęła mnie mocno. Ten mazur, te „Szumią jodły“ ten polonez... roskołysały mnie... rozgrzały...
Przyniesiono poncz. Miły zapaszek zaprawnego ananasem napoju rozchodził się dokoła. Wprzódy niż usty, pan sekretarz (tak się zwał Wytrychiewicz) pociągnął go powonieniem, czoło mu się rozjaśniło, ale usta zarazem przybrały wyraz ironiczny. Zdawał się, z ukosa spoglądając na Piętkę, mówić sam do siebie. Czego się on téż chce ze mnie dobadać!
Piętka nie dostrzegł tego wyrazu na jego twarzy... Jakkolwiek sceptyk, nie podejrzywał wcale biédnego Wytrychiewicza o to, aby się ważył z nim mierzyć... miał go za zbyt słabego przeciwnika.
Zdawało mu się przeciwnie, że dobędzie z pomocą ponczu, czego zechce, z tego tak znękanego życiem człowieka.
— Cóż tam u was słychać! spytał po chwili. Powinnibyście wszyscy i ciągle miéć wesołe twarze, boć wam idzie doskonale.
Wytrychiewicz słuchał długo i pił swój poncz.
— A pewnie, że musi iść, dodał z cicha... Płocki pracuje i zabiega ogromnie... Człowiek zdolny, głowa tęga i gdyby mu w drogę ludzie nie włazili, ho! ho! dokazałby wiele...
— A któż mu w drogę wchodzi? śmiejąc się, przerwał Piętka.
— Wszyscy, szepnął Wytrychiewicz. Wy nic nie wiécie. Nowy człowiek, zdolny, bogaty, zabiegliwy, lękają się go, zazdroszczą... przyjaciela nie ma ani jednego, a wrogów co krok spotyka. Musimy się pilnować na wszystkie strony... bronić tylko i opędzać...
Piętka słuchał uważnie, nie mówił nic.
— To wiadoma rzecz, kończył Wytrychiewicz, gdyby mogli tutejsi współzawodnicy jego, w łyżce wodyby go utopili.
— Na Boga! któż taki? wyrwał się Piętka.... Przecież o ile ja wiém, pomagają mu szczerze ludzie, najważniejsze zajmujący stanowiska, Werndorf go w piérwszéj chwili podpiérał, zalecał, kredytem swym wspomagał. Książę Nestor głosi się jego przyjacielem, hrabia Adam staje w jego obronie wszędzie...
Wytrychiewicz słuchał z kolei bardzo uważnie, chwytając każde słowo, i kiwając głową jakoś dwuznacznie.
— E! Werndorf, rzekł, no! tak! to wasz pryncypał, nie powiém przeciwko niemu nic, ale to... ale...
Ręki poruszeniem wątpliwém dokończył, i wziął się do ponczu.
— Mów, proszę, i owszem, zacząwszy, nie urywaj na ale... mów.
— Werndorf najzacniejszy człowiek, nie mówię, dokończył, głos coraz podnosząc jakby przypadkowo i mimowoli Wytrychiewicz, najzacniejszy człowiek, ale i najlepsze angielskie scyzoryki w końcu się zużywają... Był to niegdyś angielski scyzoryk, a dziś...
Machnął znowu ręką. Ponczu już nie stało, Piętka skinął na garsona, aby podał drugą szklaneczkę a Wytrychiewicz udał, że o tém nic nie wié, aby się obeszło bez targów i wymówek. Można było sądzić, iż tak rozmową jest zajęty, że nowy poncz za resztę dawnego przyjmie. Piętka przynajmniéj był tego przekonania...
— A dziś! a dziś? śmiejąc się, podchwycił Piętka... dokończże...
Patrząc na Wytrychiewicza, nie sam Piętka, ale każdy byłby sądził, że go powoli ów napój zdradziecki rozpowija i rozmarza.
Stawał się coraz śmielszym.
— Dziś, rzekł w końcu, no! stępił się, zużył nieboraczysko, ociężał, zobojętniał. Nie ten to już Werndorf, co dawniéj... Ależ to jest w ludzkiéj naturze... Doszedł do wszystkiego, co chciał i marzył, do fortuny, do szacunku, do przewagi w społeczeństwie... czas było ostygnąć... Powinien wziąć emeryturę...
Gdy to mówił, nie szczędząc głosu, niby pod wrażeniem owego ponczu, który zapijał, udając, iż się z nim nie liczy, kilka osób zatrzymało się u stolika, między innemi Żelazny, Zdziś i kilku młodzieży... a Żelazny podchwycił.
— Masz słuszność, ale królowie nie lubią nigdy abdykować, choćby czas był największy... do zrzeczenia się władzy... To biéda...
— Kochany panie, śmiejąc się, przerwał Piętka, pozwól sobie powiedziéć, że ten, którego wy skazujecie na emeryturę, z pewnościąby wielu młodszych czynnością swą i energiją prześcignął... ja coś przecię o tém wiedziéć mogę...
— Nie przeczę, ale wy nań patrzycie zblizka, a my zdaleka... dodał Żelazny.
Zresztą... pryncypał.
— To nie wchodzi w rachunek, odezwał się Piętka, nierad ze złego obrotu, jaki wzięła rozmowa... ale, dajmy temu lepiéj pokój.
— Przepraszam, wtrącił ów Zdziś, co wiedział wszystko, mówmy o tém, bo to wszystkich obchodzi... Każdego z nas to interesuje... Werndorf był potęgą, znakomitością, mężem, którymeśmy się chlubili... Wszyscy utrzymują, że schodzi z pola...
— Kto? zawołał Piętka, trochę się unosząc, chyba ci, coby na to pole sami wejść chcieli, a miejsca sobie na nim znaléźć nie mogą, bo działalność tego człowieka im zawadza!...
Wytrychiewicz, zdrajca, który za poncz zapłacony przez Piętkę wywdzięczył mu się wyciągnięciem rozmowy na przedmiot tak drażliwy, zaszył się teraz w kątek kanapki i wziąwszy na kolana trzecią już lampkę, powoli ją smoktał... Zdawał się nie czuć nawet tego, co popełnił...
Piętka, któremu głośne rozprawy te były niemiłe, skinął nieznacznie na Żelaznego, aby zamilkł. Zrozumiał to i on i Zdziś także, ale w téj chwili Wytrychiewicz postawił szklaneczkę na stoliku, wstał i począł niby nieco napiły, uśmiéchając się dobrodusznie.
— E! co to tam, proszę panów! Na te okoliczności zapatrywać się należy z wyższego stanowiska! Mijam to, że ja służę panu Płockiemu, a pan Orest Piętka pomaga panu Werndorfowi, tu, panie, idzie o kraj i o rzecz, nie o ludzi! Ja tak mówię zawsze, kto zdolniejszy, ten górą! Werndorf już zrobił, co mógł... dawaj nam nowego, to i ten coś będzie musiał zrobić, aby się zasłużyć, a na tém ogół, panie, skorzysta!! Ot co!
Głośne brawo rozległo się po całéj górce, że aż zajęci bilardem wbiegli z kijami w rękach przysłuchiwać się rozmowie. Nieszczęśliwy Piętka, który wywołał tę chryję, nie mógł sobie przebaczyć i ponczu i zaczepienia tak niebezpiecznego człowieka, który podochocony, nie łacnoby się do milczenia dał skłonić.
— Ale mój Wytrychiewicz, odezwał się cicho Piętka, najlepiéj pono dla kraju, aby dlań pracowali wszyscy... Jeden drugiemu nieprzeszkadza!
Wytrychiewicz zapił, pomilczał i począł, ślamazarnie cedząc słowa, ciągle niby pijany.
— Kiedym jeszcze z łaski mojego opiekuna był kuchtą, trafiało się w wolnych godzinach piérze drzéć... Stara gospodyni utrzymywała, że choć ja nie miałem do tego talentu, zawsze my we dwóch, z moim kolegą Wicusiem, więcéj mogliśmy zrobić, niż on sam jeden. W zasadzie miała słuszność, ale się okazało, że ja więcéj psułem pierza, niż darłem puchu. Dano mi więc w kark i uwolniono od tego obowiązku...
Wytrychiewicz ten swój apolog wypowiedział z miną tak pocieszną, iż mu jeszcze raz przyklaśnięto...
— Mnie się widzi, dodał, kończąc morałem, że to tak i z interesami... jeśli się kto do nich porywa, stargawszy siły... więcéj ich napsuje, niż zrobi...
— Wytrychiewicz dziś mówi jak Ezop! odezwał się Żelazny... jeszczem w nim nigdy takiego talentu nie zaznał...
Piętka ukradkiem wskazał na wypróżnioną szklaneczkę... lecz nie miał już ochoty częstować dłużéj. Zdało mu się, że i tak Wytrychiewicz był dostatecznie uczęstowany. W istocie twarz biédnego pana sekretarza, zwykle jakaś stara i blada, bez wyrazu, zupełnie się zmieniła. Maleńkie oczki świéciły, usta drgały ironiją; nowy człowiek jakiś wydobywał się z tego przybitego biédaka, którego zwykle kulfonem przezywano. Piętka robił obserwacyje w dobréj wierze, przekonany najmocniéj, iż go spoił.
Kółko ciekawych, które się około stolika zebrało, nie ustępowało, rozmowa półgłośna, półcicha ciągnęła się daléj. Ten i ów stawał w obronie Werndorfa, ale wielką większość głosów miał za sobą Płocki.
Przykre to wrażenie uczyniło na Piętce, który się ograniczył, o ile mógł, bierną rolą słuchacza.
— Mówcie panowie, co chcecie, odezwał się słusznego wzrostu mężczyzna, znany z łatwiéj i potoczystéj wymowy a razem z pieczeniarstwa, niejaki pan Izydor Wątróbka, niegdyś obywatel ziemski, teraz właściciel zadłużonéj kamienicy i jakich dwuznacznych przedsiębierst handlowych, na które nieustannie potrzebował kredytu, mówcie państwo, co chcecie... Starzy się zużywają! Co mi za człowiek ten Werndorf... nieużyty! docisnąć się do niego nie można... Dawniéj jeszcze choć gadał z ludźmi, teraz przystępu doń niéma... Inna rzecz z Płockim... to mi jest człowiek!
— E! mało takich ludzi, jak Płocki! dodał ktoś drugi... dajcie mi pokój z Werndorfem...
W podobny sposób odzywali się drudzy, a Wytrychiewicz śmiéchem głupkowatym im pomagał, Piętka milczał, miał na co patrzéć i czemu się przysłuchiwać...
Wytrychiewiczowi, którego mina zabawna i czasem rzucone słowo, niby pijane, dosadne bawiły przytomnych, podstawiano ciągle to poncz, to likwor... Wszystko to z uśmiéchem spożywał, jakby zapominając o następstwach, które gorące napoje ciągną za sobą... Upojenie tłumaczyło téż doskonale niektóre jego wyrażenia, jakieby trzeźwemu nie uszły, a których efekt na słuchaczach był tém silniejszy, iż się zdawały z głębi duszy wysadzone mimowoli.
Widząc go w tym stanie szału, Piętka ulitował się nad biédakiem, może téż chciał, uprowadzając go, rozmowę przerwać przykrą dla siebie. Wziął więc pod rękę zlekka mu się opiérającego jeszcze sekretarza, włożył kapelusz na głowę, narzucił mu palto na ramiona i wyprowadził schodkami z wielką obawą, aby poncz na nogi téż nie podziałał.
Na górze wrzała coraz żywsza rozmowa w tym samym przedmiocie, gdy Piętka zszedł już na dół z Wytrychiewiczem. Z wielkiém zdziwieniem swém jednak spostrzegał, że ów upojony, nad którym się ulitował, szedł bardzo swobodnie, krokiem pewnym i, co najosobliwsza, milczał...
— Gdzie mieszkasz? zapytał, zszedłszy na dół Piętka...
Właśnie stali niedaleko latarni, która twarz Wytrychiewicza oświécała... Zaszła w niéj zmiana znowu, która Piętkę zaniepokoiła, wydawała się spokojną, chłodną i szyderski tylko wyraz ją przebiegał...
Świéże powietrze zamiast zwiększyć upojenie orzeźwiło go zupełnie. Ledwie słabiuchny ślad dawnego ożywienia pozostał...
— Gdzie ja mieszkam? powtórzył, śmiejąc się, Wytrychiewicz. A to pan, dobrodziéj mój, chcesz mnie pewnie z łaski swéj do domu odprowadzić?
Cha! cha! Jaki pan łaskaw! Słowo honoru! Panu się zdawało, nie prawdaż, że ja tam na górce byłem pijany! cha! cha!
Piętka osłupiał...
— Ja, proszę pana, mówił daléj Wytrychiewicz... ja jestem stary wyga, i mnie tak lada czém nie można spoić... choć pić lubię! To moje nieszczęście! Niech no pan patrzy, jak chodzę...
Tu przeszedł się kilkanaście kroków pod kolumnami, zawrócił po żołniersku i przyszedł, śmiejąc do Piętki... Był w dobrym humorze, ale zupełnie trzeźwy, jawném było, że na górce udawał tylko spojonego, aby językowi puścić wodze.
— Widzi pan! i przytomny jestem i do domu bym doskonale trafił, gdyby na tém miał być koniec! To nieszczęście, że gdy mnie kropla spirytusu wewnątrz zapiecze... nie mam miary! Poncz! kto pije poncz! babska rzecz... To szwedy miękkie, wymoczone wymyśliły sobie poncz! człowiek dopiéro wié, że pił, gdy palnął szpagatu...
Stali właśnie przed szynkiem, którego flaszki świéciły w oknie. W głębi jego widać było kilku dorożkarzy, opartych na biczyskach i zajętych pokrzepianiem grzesznego ciała. Nim Piętka miał czas go powstrzymać, Wytrychiewicz wskoczył już do izby, pobiegł do szynkarki, coś mruknął i przyniesiono mu ogromną szklankę wódki.... wychylił. Nie było mu tego dosyć, kazał dać drugą...
Piętka chciał mu ją odebrać, ale go odepchnął i podaną, wypiwszy duszkiem... rzucił rubla, nie dopominając się reszty, rękę dopiéro podając Piętce.
— Hę rzekł, chciałeś mnie pan widziéć pijanym? Teraz już będę! to co innego... Człek zapomni o wszystkiéj biédzie, jakiéj doznał, o wszelkiém błocie, przez które deptał... o ludziach... o przyszłości... i o domu!... Prowadźże mnie pan, czy wieź... bo wódka skutek zrobi... I masz mnie na sumieniu... bo ja albo nie piję ani kropli, albo zapróbowawszy... gotówem w śmierć... w śmierć!
Chciał się zawrócić do szynku, lecz Piętka, przelękły już, wstrzymał go tak silnie, iż musiał w miejscu pozostać. Głowa powoli opadła mu na piersi... zamilkł... Niekiedy tylko niezrozumiałe słowo jakieś wyrywało się z ust skrzywionych...
Z wielką biédą udało się dobyć z niego nazwisko właściciela domu, w którym mieszkał, i ulicę, przy któréj był położony, zawołany dorożkarz dopomógł wsiąść do powozu, a że samego lękał się go puścić Piętka, powiózł więc, mimo przykrego uczucia, jakie na nim czynił ten człowiek...
Dom, przed który zajechali, wyglądał cale niepoczciwie. Była to kamieniczka jak pudełko, postawiona niezgrabnie wśród lichszych jeszcze domostw, odrapana i brudna. Klucza ode drzwi nie miał przy sobie, lub go zgubił pan sekretarz, bo próżno po kieszeniach szukał i wszystko, co w nich miał, powyrzucał na bruk i w dorożkę tak, że ruble i papiéry zbiérać było potrzeba za nim, co zdawało się pijanego nie obchodzić już wcale... Trzeba było dobijać się i dzwonić, podtrzymując Wytrychiewicza, który chciał się w progu położyć. Świéciło się w oknach trzeciego piętra i na głos dzwonka wewnątrz poruszać się zaczęto. Drzwi się wreszcie zwolna otworzyły. W progu stała ze świécą drżąca staruszka z siwemi rozpuszczonemi włosami, pomarszczona, z twarzą zmienioną od przestrachu... który w rozpacz się prawie zmienił, gdy ujrzała Wytrychiewicza, którego Piętka z trudnością mógł utrzymać. Na widok jego o mało świéca z rąk jéj nie wypadła.
— O! Boże mój, zawołała Micio! co mu się znów stało!
Służąca, która nadbiegła za staruszką, ledwie ją podtrzymała słabnącą. Pijany Micio bełkotał, stojąc w progu.
— Upiłem się, matuniu, taka moja dola, muszę pić, to darmo...
— Pewnie co zrobił znowu! dodała matka trwożnie.
— Niech się pani uspokoi, przerwał Piętka, zbliżając się ku niéj, to przypadek, który się każdemu młodemu w wesołém towarzystwie trafić może, a pan Mieczysław nie zbroił nic... Widząc go trochę podchmielonym, czułem się w obowiązku tu go przyprowadzić...
— Niech ci to Pan Bóg płaci, mój dobry panie, płacząc, odpowiedziała staruszka.
— Przeprowadzimy go co rychléj na górę, ażeby spoczął, rzekł Piętka, ze mną to się to łatwiéj jakoś da zrobić...
To mówiąc, ujął chwiejącego się Wytrychiewicza z jednéj strony pod rękę, z drugiéj podtrzymała go służąca, i tak pomagając mu, wywindowano mruczącego ciągle niezrozumiale na trzecie piętro. Staruszka, idąc za niemi, płakała, przerywanemi słowy narzekając na los swój i syna. Łatwo się było domyśléć z jéj mowy, że podobne zdarzenia z Miciem często się trafiać musiały. Odsłaniało to część tajemnicy, przywiązującéj nieszczęśliwego Wytrychiewicza do Płockiego, który o jego nałogu wiedziéć musiał... a pokrywając go i trzymając przy sobie nałogowego pijaka, tém silniéj i absolutniéj nim władał.
Mieszkanie, które Micio z matką zajmował, nadzwyczaj było ubogie, wszystko w niém źle ukrywany niedostatek zdradzało. Przedpokoik ciemny z kuchenką, pokój do przyjęcia gości, którzy się tu rzadko zjawiać musieli, ze stołem, pokrytym różową spłowiałą serwetą i kanapką wysoką na cienkich nóżkach, z lichemi firaneczkami, cérowanemi u okien, daléj dwie izdebki, w których stał syn i matka, składały całe pomieszkanie pana sekretarza. Zaprowadzono Micia wprost do jego łóżka, okrytego kołderką perkalową, na którém opierając się, długo położyć się niechciał, mrucząc, szarpiąc się i narzekając. Głos tylko matki miał nad nim władzę i szał ten nieco uspakajał. Usłyszawszy go, milczał natychmiast, lecz wkrótce potém rozpoczynał miotać się nanowo.
Matka zapłakana, łamiąc ręce, stała przy synu, to zwracała się ku Piętce, którego przytomność była dla niéj ciężarem, bo się wstydziła za swe nieszczęśliwe dziécię. Piętka byłby może odszedł, ale czuł się tu jeszcze strwożonym kobiétom potrzebnym. Zmuszono w końcu Micia, aby się położył. Zaledwie głowę położył do poduszki, natychmiast usypiać począł. Staruszka, kazawszy wynieść światło, wyszła z gościem do piérwszego pokoju.
— Nie śmiém powiedziéć, żeś pan przyjacielem mego syna, odezwała się, zbytby to był wielki zaszczyt dla nieszczęśliwego, aleś pan dowiódł litościwego serca, zachowajże je dla niego i dla mnie! Na miłość Boga zaklinam pana, powiédz mi prawdę, czy nie popełnił jakiéj niedorzeczności, czy się czém nie skompromitował, czy go widziano publicznie w takim stanie?
Dał słowo mnie, dał je swojemu dobroczyńcy, że ten okropny nałóg zwycięży... Mam jego jednego... nie idzie mi o siebie, poszłabym do szpitala umiérać... cóż mi po życiu! przebyłam tyle, tylem straciła, ten Micio mój, jeśli go Płocki odpędzi, gdzież znajdzie przytułek?
Zaczęła płakać rzewnie, Piętka, jak mógł, uspakajał.
— Dzisiaj syn pani mało lub nic nie winien, składały się na to nieszczęśliwe okoliczności... Niebacznie namówiliśmy go na parę szklanek ponczu... a potém...
— A! jeśli raz skosztuje trunku, zawołała matka, niéma na niego sposobu, traci zmysły.
Płacz znowu przerwał jéj mowę.
— Mój Boże! co będzie jeżeli Płocki się dowié, poczęła, łkając.
— Zdaje mi się, że o tém wiedziéć nie może nikt, bo oprócz mnie nikt go w tym stanie nie widział, rzekł Piętka, niechże się pani uspokoi. Na przyszłość tylko wstrzymywać go należy. Zresztą, gdyby nawet stracił miejsce, widzę po mieszkaniu pani i ze wszystkiego, co ją otacza, iż niewielebyście pono stracili...
— A! pewnie! pewnie mamy bardzo mało, ledwie wyżyć z tego możemy, ale gdzieindziéj i tegobyśmy nie dostali.... mówiła staruszka, któżby go chciał wziąć z tym nałogiem!
— Ale o tém wcale nikt nie wié i nie domyśla się go nawet... Ja sam nie przeczuwałem nic podobnego, mówił Piętka... syn więc pani umié się na wodzy utrzymać i walczyć z tą chorobą.
— A! tak! tak! zawołała staruszka, z wdzięcznością zwracając się ku Piętce za życzliwe jego wyrazy. To dobre, poczciwe dziecko! Robi, co może, aby się poskromić i mnie nie dobijać... Czasem przez cały dzień nic nie weźmie w usta, ale cóż potém? odda mi dobranoc... pójdzie spać, dobędzie flaszki z wódką, i choć na noc upić się musi...
Tak jest! tak, choroba to straszna, nieuleczona, ona może i jego dobije...
— Pan Płocki, dodała po chwili, ociérając łzy, wiedząc o nałogu, wziął mojego syna... zrobił mu łaskę... ależ panie, za to go ma niewolnikiem i za pół darmo, a że mu Micio się wysługuje do zdechu, to téż pewna... bo go tam nie oszczędzają...
Westchnęła biédna.
— Zawsze to szczęście jeszcze, że i tak miał się gdzie umieścić. Pracuje od rana do nocy, często i po całych nocach, a dostaje, co łaska... Już o sobie nie mówię, żem więcéj z suchotami, niż o ciepłéj strawie... ale niechby się i tak wlokło... Błogosławię tego człowieka...
Złożyła ręce jak do modlitwy...
Widok téj nędzy wzruszył Piętkę, który wyrzucał sobie, że był poniekąd przyczyną zmartwienia dla nieszczęśliwéj matki. Jak mógł więc, starał się ją uspokoić i ubezpieczyć, że nikt o wieczornym wybryku z pewnością wiedzieć nie będzie. Staruszka odprowadziła go aż na wschody, dziękując, a zamyślony pan Orest wrócił do domu, wcale nierad z tego wieczora.
Nazajutrz Wytrychiewicz był w kancelaryi o swéj godzinie, i niktby po nim ani poznał wczorajszego szaleńca... Płocki przyszedł doń z uśmiéchem krzywym, i odwołał go do drugiego gabinetu. Winowajca domyślał się już, co to znaczyło, poszedł ze spuszczoną głową. Wiedział on z doświadczenia, iż Płocki miał szpiegów i doskonale był zawsze o wszystkiém poinformowany, nie wątpił bynajmniéj, iż za wczorajszy wieczór odpokutować będzie musiał.
Znowuś się tedy pan popisał, odezwał się Płocki, drzwi zamknąwszy.
Wytrychiewicz milczał.
— Ale masz szczęście, dodał, na ten raz ci się lepiéj może, niż po trzeźwemu udało. Wyprowadziłeś Piętkę w pole.. Tylko drugi raz nie probuj nic podobnego, nie jesteś panem siebie... Proszę pamiętać na umowę naszą. Pij sobie do poduszki, jak chcesz, to mi wszystko jedno, że się dobijasz i matkę staruszkę do grobu wtrącasz... Cóż mi do tego? Ale w ręce szaleńca ja moich tajemnic powierzać nie mogę... Upiwszy się, możesz i na mnie bryznąć. Przestrzegam więc raz jeszcze...
— A że gawędka na górce wcale dobry zrobiła skutek, dodał, uśmiéchając się, Płocki, nie chcę być niewdzięcznym.. Zanieś to waćpan matce...
To mówiąc, wcisnął mu papiérek do ręki, który Micio przyjął z niezgrabnym ukłonem... I tak strach wielki skończył się niespodzianką przyjemną...






Przy jednéj z ulic, które z główną arteryją ruchu miejskiego się zbiegają, stoi znana wszystkim kamienica trzy piętrowa Fabryczów. Rodzina ta jeszcze w końcu XVIII-go wieku była tu znaną i naówczas, gdy banki Kabryta, Tepperów, Szulca i Prota Potockiego jedne po drugich padały, urosła do późniejszego swojego znaczenia i zamożności. Stary Fabrycz naówczas miał jeszcze znaczny bardzo handel hurtowny towarów angielskich, a późniéj zwinąwszy go, rozpoczął bankierski interes na skromną skalę. W zupełnym antagonizmie Fabryczowie stali do innych ówczesnych domów, mających do czynienia z rujnującą się szlachtą i panami. Gdy Tepperowie i Szulc starali się o rodowody od Fergussonów, ordery maltańskie, cudzoziemskie szlachectwa i indygenaty; gdy domy prowadzili na wzór arystokratycznych, z wielkim przepychem i okazałością występując, dobijając się o stosunki z magnatami, usiłując ich zaćmić rozrzutnością: Fabrycz stary chodził w perłowym fraku ze stalowemi guzikami, niemal wyglądając na kwakra, koni nie trzymał wcale, na obiady i wieczory nie zapraszał, panów wizyty przyjmował tylko w biurze, kłaniał się nisko, mówił niewiele, na zyski bajeczne a ryzykowne się nie porywał, słowem stał sobie na uboczu lecz interesa szły mu bardzo szczęśliwie. Wprawdzie nie dorobił się popularności, ale zyskał powszechny szacunek i wiarę.
Stary Fabrycz słynął z tego, że mówił najdrażliwszą prawdę bez zająknienia. Zyskać go sobie podchlébstwem ani grzecznością nie było podobna... Obijało się to od niego, jak krople wody od skały. Wielkie panie słynne z wdzięków i urody, potrzebując czasem kredytu, probowały skorumpować nieporuszonego Fabrycza uśmiechami i szczebiotaniem... Pióro w zęby włożywszy, stary patrzał, nie spuszczając oka. Słuchał, dawał się im popisać z dowcipem i zalotnością, ale odchrząknąwszy, odpowiadał z matematycznym chłodem, że interesa są interesami, że grzecznym być nie może, a grosza na niepewne nie da bez wyprobowanéj hipoteki.
Ten stary oryginał Fabrycz wychowywał zupełnie na wzór i podobieństwo swoje syna, który po nim nastąpił. Żyjący teraz prawnuk jego w tym samym domu, tych samych pokojach i niemal pradziadowskich jeszcze w większéj części sprzętach, wziął w spadku po rodzicach i przodkach ten sam charakter, sposób życia i prowadzenia się. Choć w czasie wojen Napoleońskich Fabryczowie dosyć dużo potracili, bo cesarz francuzów w ówczesném księstwie warszawskiém gospodarując absolutnie, mało komu nie dał się we znaki, i nie szczędził kontrybucyj, dobrze zarządzane interesa majętność ich podniosły do wielkiéj potęgi.
Nie wpłynęło to jednak bynajmniéj na zmianę ich życia, położenia i stosunków. Kamienica stara, kupiona niegdyś po zrujnowanym księciu P... nietknięta prawie od 1794 roku, utrzymywana wzorowo, zachowała swą przeszłowieczną fizyjognomiją. Pan Fabrycz, jak niegdyś pradziad, chodził w szaraczku, koni nie trzymał, a biuro jego, w sklepionych izbach na dole, utrzymało się ze swemi dębowemi prostemi stołami i krzesłami wyplatanemi, nie uległszy wymaganiom nowéj elegancyi i zbytku.
Europejski kredyt Fabryczów, niezachwiany nawet w chwilach najcięższych przesileń giełdowych, gdy bankructwa obce nieraz najstarszemi wstrząsły firmami, utrzymywał się i rosnął. Nie szukali z niego ani sławy, ani rozgłosu, nie dobijali się ani stosunków, ani znaczenia w innych sferach. Tryb ich życia był jak najprostszy i jak najskromniejszy. Dzieci wychowywali starannie, lecz w téj surowości purytańskiéj, która nie dopuszczała im wychodzić ze sfery tradycyjonalnéj, w jakiéj rodzina wzrosła i wzmogła się w znaczenie.
Małe kółko rodziny, przyjaciół i znajomych miało przystęp do ich domu, zamkniętego dla tego świata błyskotliwego, któryby był tu wniósł z sobą płochość, zamiłowanie zbytku i wkrótce odrazę do pracy. Rozporządzając ogromnemi środkami, Fabryczowie czynili wiele dobrego, dawali szczodrze, lecz nigdy tam, gdzie datek być musiał rozgłośny. Świadczyli skrycie, pocichu, jakby wstydząc się swéj dobroczynności. Nie odmawiali prawie nigdy, jeżeli cel był dobry, lecz tam, gdzie na wyścigi dawali drudzy, oni skromną tylko zapisywali ofiarę i na połechtanie ich próżności wcale rachować nie było można.
Pan Feliks Fabrycz, głowa domu, miał lat blisko sześćdziesięciu, był to człowiek mały, niepokaźny, cichy, zawsze ubrany nader skromnie, mówiący mało, zajęty przez cały dzień interesami, a spoczynku i zabawy szukający w domu. Syn jego starszy pracował w jednym z banków londyńskich, drugi odbywał podróż właśnie, córka niezamężna kończyła wychowanie w domu. Pan Feliks, żona jego, z charakteru dosyć do niego podobna, liczni oficyjaliści biurowi, niektórzy z rodzinami, mieścili się niemal wszyscy w starym domu, w którym, mimo znacznéj ludności jego, cisza panowała i porządek rzadki. Dom bardzo obszerny, trzema skrzydłami obejmował dziedziniec obszerny, w środku którego był wielki klomb i sadzaweczka... W głębi znajdował się cienisty ogródek, z kilku złożony uliczek... Wszystko to wyglądało ze staroświecka, nie świéżo, nie modnie, lecz napiętnowane było jakimś charakterem trwałości i powagi, więcéj interesującym, niż olśniéwający zbytek.
Nic w ogólności nie czyniono tu dla oka i dla tego, by ludzie wielkie mieli wyobrażenie o zamożności domu. Jak gdzieindziéj z nią się popisują, tak tu zdawano się chciéć z nią ukrywać. Nie pomogło to jednak nic, bo wszyscy wiedzieli dobrze, iż Fabryczowie mieli kolosalną fortunę. Nikt jéj wprawdzie nawet przybliżenie obrachować nie umiał, lecz dla tego właśnie może zwiększał ją rozgłos publiczny. Stary Fabrycz powszechnie poważany, z równą troskliwością unikał funkcyj publicznych i honorowych stanowisk, prezesostw, dyrektorstw, naczelnictw, tytułów, jak innych błyskotek... Tłumaczył się to zajęciami, to wiekiem, i z chęcią drugim ustępował miejsca. Tradycyjne to postępowanie Fabryczów zjednało im wprawdzie miano dziwaków, lecz obroniło ich od wielu nieprzyjemności.
Ze wszystkiemi będąc w stosunkach grzecznych, mało komu dawali się poufale zbliżyć do siebie. Z obyczajów arystokratycznych mieli jedno tylko zapożyczone piętno, to jest wyszukaną, chłodną grzeczność, która się nie dawała zbliżyć nikomu zbytecznie i trzymała w pewném oddaleniu. Fabrycz długo zwykle badał każdego, nim go do poufałych przypuścił stosunków. Temi mało się kto mógł pochlubić. Z osób nam znanych już hrabia Adam i Werndorf byli prawie jedynymi i dobrymi przyjaciółmi Fabrycza.
Życzył sobie zawrzéć ściślejsze stosunki występujący na świat książę Nestor, Fabrycz przyjął go nawet nader uprzejmie, lecz na dosyć natarczywe narzucanie się odpowiedział tak uniżoną, zimną, ceremonijalną grzecznością urzędową, iż książę w końcu się trochę nadąsał. Nic to nie pomogło.
Znaczenie Fabrycza i jego finansowe położenie, które pomoc i kredyt tak poważnéj firmy niezmiernie czyniły ważném dla wchodzącego w świat przedsiębiercy, skłoniły pana Julijusza Płockiego do szukania środków zbliżenia się i spoufalenia z panem Feliksem. Z charakterem pana Julijusza nie można było inaczéj przedsiębrać kampanii téj, jak z pewném obrachowaniem. Z systemu jego wynikałoby ludzi brać przez ich słabości, należało odkryć słabość Fabrycza, a tu właśnie największa była trudność, ani się jéj domyśléć, ani dowiedziéć, ani odgadnąć nie umiał.
Nic nie pomogły zwiady, żadnéj one nie dostarczyły wskazówki. Płocki był zniecierpliwiony, postanowił trochę czasu na badanie poświęcić, nie czekając jednak, jako człowiek wchodzący w interesa, postanowił się przybliżyć do Fabrycza. Spotykali się już nieraz z sobą i obcy zupełnie nie byli sobie wzajemnie, szło teraz o poufalsze stosunki. Płocki znalazł pozór łatwy odwiedzenia starego Fabrycza w jego kantorze.
Przez niską bramę wjazdową wchodziło się do kamienicy z obszerną sienią naprzestrzał. Przybita u drzwi skromna tabliczka mosiężna, na któréj stało nazwisko, była całą dla przybywającego wskazówką; z sieni w lewo wgłębione drzwi żelazne wiodły do kantoru...
Składał się on z kilku idących po sobie izb sklepionych, nieco ciemnych. W piérwszéj u okien przy pulpitach pracowali komisanci... Ściany niemal nagie, proste bardzo biura, w których cisnęli się interesanci, staroświecki lawaterz mosiężny z ręcznikiem, pochodzący z tych czasów jeszcze, gdy licząc zabrukany pieniądz, często się umywać było potrzeba, składały całe umeblowanie; u drzwi szpakowaty stary woźny tabakę zażywał.
W drugiéj podobnéj, przez którą téż przechodzić było potrzeba, pisali także u pulpitów młodzi pomocnicy. Cisza panowała wszędzie. Staroświecki zégar gdański wskazywał godziny pracy... W trzeciéj znaléść było można samego pana Fabrycza. Chociaż tu zwykle dostojniejszych przyjmował gości, pokój nie odznaczał się elegancyją. Kilka krzeseł obitych czarnym włosieniem, takaż na wyginanych nogach kanapka, niewielkie weneckie zwierciadło, żelazna szafa w kątku, druga z książkami podręcznemi, były całą ozdobą pokoju pana Fabrycza. Piec kaflowy stojący w jednym rogu na nóżkach, stare przypominał czasy. Wyszukana czystość zastępowała wytworność.
Gdy Płocki wszedł do drugiéj izby, rozpatrując się ciekawie dokoła, młody człowiek przystąpił doń dowiedziéć się o nazwisku i poszedł o nim oznajmić pryncypałowi. Po chwili otworzyły się drzwi, zaproszono p. Julijusza. U biurka swego stał Fabrycz, z uśmiéchem bardzo miłym witając gościa. Na jego twarzy żadnego wrażenia wyczytać nie było można. Płocki był niemal zmieszany.
Mimowolnie porównywał swe nowo urządzone biura, swoją gustowną elegancyją do téj spartańskiéj, staroświeckiéj prostoty i musiał w duszy przyznać, że ona większe może czyniła wrażenie, niż nowe jak z igły dębowe rzeźby jego własnego kantoru.
— Darujcie mi, panie, moje natręctwo, rzekł wchodzący, rad jestem złożyć mu tu uszanowanie, a razem miejscu uświęconemu długą i wytrwałą pracą się pokłonić!
— Dziękuję panu, odparł, wskazując krzesło Fabrycz, bardzo dziękuję.
— Prawdziwa świątynia, ten dom pański, dodał Płocki, coś tak poważnego dziś się już wcale nie spotyka...
Na komplement tylko skłonieniem głowy odpowiedział gospodarz, zdając się oczekiwać, by przybyły do interesu przystąpił.
— Czém panu służyć mogę? spytał po chwili.
— A, przybyłem z bardzo małym interesikiem, korzystając ze sposobności, aby się zbliżyć do pana dobrodzieja, którego za wzór do naśladowania radbym wziąć sobie. Jestem początkujący... Powiodło mi się, jak panu wiadomo, dosyć zrazu szczęśliwie... idę daléj, mam plany sięgające daleko, przychodzę przełożyć je panu...
Fabrycz się uśmiéchnął.
— Najlepszym sędzią jest zawsze ten, który interes tworzy, odparł skromnie, my, ludzie starzy, nawykliśmy się zapatrywać inaczéj. Za naszych czasów ogólny tryb czynności był inny... mamy stare nawyknienia...
Mówiąc to, zniżał głos; powoli i chłodno wpatrując się w Płockiego, zdawał się chciéć mu dać do zrozumienia, iż sobie wcale nie życzy wdawać się w jego sprawy. P. Julijusz zamilkł. Widocznie pociągnięcie tego sznureczka na maryjonetce, którą miał przed sobą, żadnego nie czyniło skutku. Sprobował więc z innéj strony.
— Pan mi daruje, rozpoczął po chwili milczenia, że mając najwyższy szacunek dlań i uważając go za patryjarchę naszego, jestem tak natrętny. W istocie zmusza mnie do tego położenie moje. Znalazłem się osamotnionym, radbym miéć w kimś pomoc, otuchę, współczucie, a znajduję samych prawie nieprzyjaciół. Radbym z domem tak szanownym zawiązać stosunki...
Fabrycz milczał.
— Bardzo panu dziękuję, rzekł, powtarzając już raz użytą formułę, miło mi będzie zawsze go spotkać... lecz, ja jestem prosty człowiek, zajęty wielce małemi własnemi sprawy i nie mogący się przydać nikomu...
Płocki nie dał się zrazić i tą odpowiedzią, a raczéj udał, że nie zrozumiał, iż mu dawano odprawę.
— Czyby już pana dobrodzieja, źle o mnie uprzedzono? zapytał...
Fabrycz podniósł głowę zdziwiony.
— Ja z nikim tak dalece nie mam stosunków, ani zwyczaju mieszania się do cudzych spraw i przysłuchiwania, co ludzie o sobie mówią. To są zabawki próżniaków...
Ale czémże panu służyć mogę?
Tak uparcie odpędzany, Płocki nareszcie dobył papierów, z któremi przyszedł i o których wartość chciał spytać.
Fabrycz natychmiast wziął się do rozpatrzenia ich, a że firma londyńska, o któréj pewność chodziło, była mu dobrze znana, w kilku słowach dał żądane objaśnienie. Po czém wstał z krzesła, i spoglądając niespokojnie na zegarek, sam piérwszy pożegnał gościa, zbywając się go bardzo chłodno.
Zupełnie się więc nie powiodło Płockiemu zbliżenie do Fabrycza, ale niezrażony tém w kilka dni potém oddał mu wizytę w domu, i nie zastawszy, kartę swą zostawił. Trzeciego dnia potém Fabrycz o téj saméj godzinie przyszedł się wypłacić Płockiemu; nie znalazł go także, i położył u szwajcara bilet, który uderzał skromną swą powierzchownością. Była to karteczka grubego papiéru, z wydrukowanym staremi zbitemi czcionkami nazwiskiem, wyglądająca, jak się pan Julijusz wyraził, przedpotopowo.
Z rąk do rąk przeszedł ów bilet po wszystkich, a że nim pochwalić się było można, położono go na marmurowéj misie, w któréj najpiękniejsze imiona już błyszczały. Chociaż Płockiego nie zapraszano, dowiedział się od Nurskich, iż Fabryczowie od wieków zawsze znajomych i łaskawych przyjmowali w czwartki. Postanowił więc w tydzień potém stawić się na wieczorze, choć się tam wcale ubawić nie spodziewał. Wiodła go ciekawość a może nadzieja, że się dając bliżéj poznać, przypodobać potrafi.
Zapowiedziano mu, iż wieczory tam rozpoczynały się wcześniéj, niż gdzieindziéj. W tym samym domu, w którym na dole biura się znajdowały, Fabryczowie zajmowali piérwsze piętro.
Nie było szwajcara w bramie, ani lokajów na schodach starych i oświeconych bardzo skromnie. Szpakowaty woźny otwiérał drzwi przychodzącym, będąc zwykle we czwartki używanym na pomoc służbie nielicznéj. Przedpokój, w którym już było kilka paletotów, lasek i parasolów, wydał się Płockiemu prawie śmiésznie ciasnym i pospolitym. Stojące tu sprzęty staroświeckie wyraźnie kilku służyć musiały pokoleniom.
Otwarto drzwi do salonu dosyć obszernego, lecz przybranego tak skromnie, iżby się go piérwszy lepszy poczynający kupiec powstydził. Meble były nie dzisiejsze, ciężkie, mahoniowe, dywany czyste, ale nie nowego smaku, a za całą ozdobę służyły dwie ogromne szafy gdańskie i porcelanowy pająk u sufitu, odziedziczone po pradziadku. Nowym był tylko piękny fortepian Erarda, pokryty starannie od pyłu.
Na kanapie z dwiema paniami siedziała z białemi, gładko przyczesanemi włosami, bladéj twarzy, sztywna dosyć i smutna pani domu, z robótką w ręku. Ubiór jéj, suknia czarna pod szyję z mankietami białemi, czépeczek nie wytworny, ledwie w niéj dozwalał domyślać się gospodyni. Troszkę opodal również z robotą panienka, któréj rysy familijne ojca przypominały, siedziała zajęta nią ze spuszczonemi oczyma. Fabrycz i dwóch czy trzech panów w surdutach, starszy komisant domu we fraku wysłużonym, młody człowiek, którego Płocki widział, przechodząc w kancelaryi, składali całe towarzystwo. Rozmowa szła dosyć zwolna i pocichu, gdy Płocki wszedł wyświéżony, w białych rękawiczkach. Powitawszy spieszącego na przyjęcie jego Fabrycza, poprosił, aby go pani przedstawił. Przybycie jego nie uczyniło tu najmniejszego wrażenia, podano mu krzesło, panowie przytomni popatrzyli troszkę na przybysza, i powrócono do rozmowy o nowych miasta budowach i porządku, który zaprowadzić należało. Płocki bardzo umiejętnie zastosował się do cichego i spokojnego tonu domu, usiłując potakiwać panu Fabryczowi i dzielić wszystkie jego zdania, co wszakże wcale nie zbliżało ich do siebie.
Wkrótce po nim nadszedł pan radca Smolewski, stary przyjaciel domu, potém niejaki pan Nieruchowicz, kupiec, i włoch Capioni, nauczyciel muzyki, emeryt, który pono saméj pani jeszcze niegdyś dawał lekcyje fortepianu. Po nadejściu tych panów i wybiciu ósméj godziny, otworzyły się drzwi do mniejszego saloniku, w którym podana była herbata i wieczorna przekąska niewykwintna. Jedynym przepychem była stara saska porcelana i delfty, na których podano jedzenie i herbatę. Służący w surducie szaraczkowym, powolnym krokiem stół obchodząc, usługiwał.
Płocki znalazł troszkę przesady i skąpstwa w téj prostocie życia ludzi, którychby stało na przepych książęcy, gdyby go potrzebowali, lub się w nim kochali. Mylił się jednak, nie była to ani afektacyja, ani oszczędność bojaźliwa, ale proste nawyknienie do rodzaju życia, w którém oboje państwo Fabryczowie smakowali i chcieli dzieci swe doń wdrożyć zawczasu.
Płocki nie okazywał po sobie zadziwienia, lecz był niemal upokorzonym, porównywając ten dom ze swoim, i swoje z Fabryczów położeniem. Rodziło to w nim uczucie prawie do zazdrości podobne. Ci ludzie nie potrzebowali jak on dobijać się uznania, kupować sobie sto sukien, zabiegać o nie... W duszy mówił jednak, nie umieją żyć! z ich środkami w moim ręku, owładnąłbym wszystkiém... To są ludzie mali.
Stary Fabrycz bardzo grzeczny dla gościa, mówił z nim jednak mało, i wcale mu nie nadskakiwał.
Parę razy w rozmowie Płocki probował bryznąć słówkiem przeciwko Werndorfowi dwuznaczném, ukąsić nieszkodliwie hrabiego Adama, chciał zbadać usposobienia i wyszpiegować jaką niechęć lub współzawodnictwo, lecz i to mu się nie udało. Fabrycz bronił obwinionych. Był w ogóle pobłażającym bardzo, obmowa na gruncie tutejszym nie udawała się wcale, trzeba jéj było poprzestać. Płocki piérwszy zręcznie zawrócił się tak, że co wyglądało na naganę i szyderstwo, wyszło na pochwałę.
Nikt mu nie potakiwał.
Domownicy, sama pani, słuchali go z uwagą, z ciekawością, lecz jakby z nieufnością i niedowierzaniem. Napróżno starał się być zabawnym, dowcipnym, zajmującym, naiwnym; zmęczywszy się przez wieczór cały nadaremnie, czuł, że nie postąpił ani na krok daléj. Pożegnano go ceremonijalnie, gospodarz dziękując, odprowadził do drzwi i... na tém się skończyło.
Skutkiem tych ponowionych odwiedzin było, iż Płocki zyskał jednego więcéj człowieka, którego czuł się w obowiązku nienawidziéć. Obok Werndorfa zapisał sobie Fabrycza z którego przynajmniéj łatwo mu się było wyśmiać, bo ten staroświecki dom dla ludzi innych pojęć i obyczajów mógł się poniekąd śmiésznym wydawać.
Ażeby nie okazać tego po sobie, iż się uczuł zimno przyjętym i odepchniętym przez Fabrycza, w miesiąc potém znalazł się u niego jeszcze jednego wieczora czwartkowego w podrobionym wesołym bardzo humorze. Zaprosił potém na obiad pana Feliksa, ale ten się pilną podróżą wymówił, i tak ten plan stosunków użytecznych dla Płockiego rozwiał się i w nic obrócił. Ciężką zemstę zapisał sobie tylko na przyszłość pan Julijan, jeśliby się jaka zręczność wywarcia jéj trafiła.
W rozmowach wcale nie oszczędzał Fabryczów... Nie domyślał się, jak na nich późniéj zarobić potrafi.






Jak cały nowo urządzony dom Płockiego, tak i pokoik jego żony, odznaczał się wyszukanym wdziękiem i elegancyją. Należało go właściwiéj nazwać jéj salonikiem, bo w istocie miał prawo do tego.

Gospodarz nie kochał się w rzeczach pięknych, nie szło mu o nie dla siebie, nie używał ich oczyma ani duszą i harmonija kolorów, tonów, sprzętów, smak i wytworność były dlań rzeczą obojętną, rozumiał to jednak dobrze, iż otaczając się elegancyją, naprzód da pospolitym ludziom wysokie wyobrażenie o dostatkach swoich, potém o wyrobionym guście i wychowaniu. Dom więc jego cały był z porady artysty wysztyftowany napozór skromnie, ale z wielkim w istocie zbytkiem i w stylu bardzo poważnym.
Salonik żony, odsunięty nieco od reszty apartamentów, miał fizyjognomiją, aby się na tle jego młodziuchna, świéża i piękna postać pani, ile należy, odbijała. Ściany jego były białe z niedostrzeżonemi linijkami złotemi na obiciu, meble obciągnięte niebiesko, firanki białe z niebieskim, portyjery do nich dobrane, a mnóstwo wykwintnych fraszek odznaczało się, jeśli nie gustem, to przynajmniéj kosztownością.
Na stole przed kanapą, okrytą gobelinkiem, mnóstwo porozrzucanych książek w świetnych oprawach, albumów, fotografij, okrążało ogromny bukiet z najpiękniejszych kwiatów, jakie pora roku mogła dostarczyć.
Dwa wielkie zwierciadła na ścianach i kilka pięknych krajobrazów przyozdabiały ten pieszczony kątek, pełen woni, zieloności i wdzięku.
Godzina była poobiednia — w saloniku siedziała sama pani na kanapce. Piękna jéj twarzyczka nie mówiła wiele, ale łatwo z niéj było wyczytać pewien rodzaj admiracyi dla męża, i zajęcia nim żywego. Płocki poważnie, krokami mierzonemi, przechadzał się po pokoju... Widocznie była to godzina poufnéj pogadanki, czy narady; złośliwy człowiek nazwałby ją może godziną lekcyi prywatnéj, bo Płocki chętnie grał rolę nauczyciela, lecz przytomność trzeciéj osoby powstrzymywała zwykle w téj porze instrukcyje, jakie żonie lubił udzielać, troszkę zasępiony Płocki widocznie pozował, chcąc być jak najnaturalniejszym...
Nie byli sami. Obok pani na kanapie siedziała owa żółta panna, którąśmy widzieli na wieczorze u baronowéj. Ukryta w półcieniu, wsparta na kanapie, z głową spuszczoną, osłoniona szalem, niegdyś kosztownym lecz mocno zużytym, całym strojem zdradzała teraz owe bolesne ubóstwo, które się do siebie przyznać nie chce i usiłuje świat okłamać. Ubiór jéj na około modny, zdaleka świéży, umiejętnie dosyć ułożony, był prawie eleganckim dla patrzącego zdaleka. Dodawały mu dystynkcyi: staroświecki łańcuch złoty na szyi, kosztowne bransoletki z lepszych czasów i brosza z wspaniałą kameą.
Lecz ciekawszą nad strój była twarz staréj panny, na któréj wiek, mimo nielitościwego pastwienia się nad nią, pozostawił ślady znakomitéj piękności artystokratycznéj i piętna wielkich przebytych w życiu boleści. Duma, szyderstwo, wzgarda, jakiś wymuszony i kosztujący wielce fałsz, igrały na pożółkłéj, zlekka już marszczącéj się i zagadkowością jakąś pociągającéj jeszcze twarzy. Widać było, że hamować się musiała, aby nie okazać się taką, jaką była, że wewnątrz nosiła nagromadzone burze, a nazewnątrz okazywała obojętną, niemal wzgardliwą, chłodną grzeczność.
W dość pięknéj jeszcze białéj rączce trzymała cygaretkę i paliła ją, puszczając kłęby dymu, przypatrując się z kolei to mężowi, to żonie, jakby pragnęła do głębi duszy ich sięgnąć.
Mogła sobie nie zadać téj pracy z panią domu, która z naiwnością dziecięcą spowiadała się usty, oczyma i uśmiéchem z tego, co się w jéj główce przesuwało. Trudniejszém daleko było zbadać pana Płockiego, bo ten gdy chciał, udawał tak dobrze szczerość i zupełne wylanie się, iż nawet doświadczoną i podejrzliwą niewiastę, jak hrabianka Cecylija, mógł złudzić.
Ni mniéj ni więcéj bowiem, owa panna zżółkła i złośliwa była istotną hrabianką, nosiła imię świetne, lecz losy mimo tego imienia i piękności zmusiły ją, teraz postarzałą, odegrywać dziwne role z nudów i rozpaczy.
Oprócz wdzięków niegdyś wielbionych, oprócz imienia i koligacyi, hrabianka była niezmiernie oczytaną, utalentowaną, wysoko wykształconą, umysłu żywego, dowcipną, i złośliwą, czuła i znała swą niezmierną wyższość nad wiele istot, które nie będąc godne rozwiązać rzemyka jéj botynek, powychodziły świetnie, dobiły się losów szczęśliwych, gdy ona, ona z małą pensyjką od krewnych, sama jedna, opuszczona, musiała przypatrywać się w zwierciadle uciekającym nadziejom.
Położenie takie rodzi zwykle wiele goryczy w duszy. Raz w życiu miała hrabianka kogoś, co się w niéj zakochał szalenie, który się o nią starał i był z nią zaręczony, była pewną, że wyjdzie za niego i będzie szczęśliwą. Ale ten jeden, piękny, bogaty, wielkiego imienia, zakochany zapamiętale, rozmyślił się nagle, zniknął i z dziedziczką ogromnych dóbr ożenił, u któréj grał prawie rolę kamerdynera. Hrabianka odchorowała niecną zdradę, kochała go, rozczarowało ją to na wieki, nie chciała długo wychodzić za mąż, a gdy nierychło ostygła, byłaby może oddała rękę innemu, ale nikt się już taki nie trafił, ktoby się zdał jéj godnym. Tak zwolna starł się z piękności blask piérwszy, wdzięk uszedł, w sercu zrodziła się wzgarda dla ludzi, co się na niéj poznać nie umieli. Pozostała w tym świecie, w którym spodziéwała się niegdyś zajmować świetne stanowisko z szyderstwem na ustach, którego postrach jednał jéj jeszcze uprzejmość... Z nudów téż, a może dla zaczerpnięcia materyjałów dla dowcipu wchodziła do salonów ludzi nowych, gdzie jéj wiele wybaczano, bo się lubiono jéj towarzystwem pochlubić...
Mają tą słabostkę ludzie nowi, iż chętnie zbliżają się do rodzin dawniéj możnych, znacznych, głośnych, i chętnie dla stosunków z niemi trochę próżności poświęcić gotowi. Płocki także szukał, jeśli nie dla siebie, to dla żony towarzystwa, któreby do dystyngowańszego należało. Hrabianka przez ciekawość nastręczyła się sama ze znajomością młodéj pani, przyjęto ją z wdzięcznością.
Hrabianka Cecylija miała téż jeszcze jedną pobudkę, do któréj tylko sama przed sobą przyznać się mogła, lubiła żyć z majętnemi. Sama będąc ubogą, z wielką przyjemnością ociérała się o cudzy zbytek, a wiek nawet (miała lat około cztérdziestu) czynił ją czułą na stół i kuchnię wytworną. Niestety! lubiła jeść!! Zapraszanie na dobre, wykwintne obiadki jednało jéj pobłażanie, chociaż... w tydzień po obiedzie, gdy się nastręczyła zręczność zażartowania z amfitriona... rzadko sobie téj przyjemności odmówiła. Przyjaźń jéj zależała na dozwalaniu pieszczenia siebie, nadskakiwania, czynienia przysług wszelkiego rodzaju, za które wypłacała się pewną powolnością.. a czasem cichym śmiéchem z parwenijuszów.
W kołach arystokratycznych, u hrabiny Sybilli, nie bardzo ją lubiono, obawiano się jéj trochę, ale dowcip umiano ocenić i powtarzano jéj słówka. Na przemiany w kołach arystokracyi i w domach majętnych tylko, hrabianka jednak nigdy przeciwko piérwszym nie popisywała się z szyderstwem, choć dobrze czuła ich śmiészności. Drugich nie szczędziła wcale, ale w oczy była tu wielce przyjacielską...
W istocie złośliwszą istotę nad hrabiankę Cecyliją trudno znaléść było... Płocki, usiłując ją ująć na swą stronę, udawał dla niéj najwyższe poszanowanie, a przed nią przedstawiał się jako stoik surowy, oburzony nieprawościami świata tego. Rola naddunajskiego chłopa, który zepsutemu Rzymowi surowemi prawdy rzuca w oczy, była zwykle odgrywaną na benefis hrabianki Cecylii.
Właśnie ta godzina poobiednia w saloniku żony przy cygarze, które hrabianka palić dozwalała, bo sama paliła cygaretki od lat dwóch jawnie a od pięciu pokryjomu, służyła Płockiemu do wyléwania żółci, do któréj ze swéj strony hrabianka téż niemało dolewała... Całe miasto przechodziło przed ich trybunałem, a Płocki, co chciał w świat puścić, to rzucał hrabiance, która chętnie z każdego materyjału do skandalu korzystać była gotową.
I tego dnia humory były usposobione do obgadywania bliźniego. Płocki miał w tém metodę doskonałą, bo naprzód zaczynał znajdować strony ujemne, które powoli z plameczek rosły tak, że całego obwinionego okrywały. Z początku każdy dlań był wyborny, pełen przymiotów, w końcu nie zostawił na nim suchéj nitki.
Hrabianki metoda różniła się wielce, ona zaczynała od wad i śmieszności, i z nich nie wychodziła... Dla niéj jak nie był złym, to był głupim, pomiędzy tym dwojgiem nie istniał żaden termin pośredni.
Jakie wrażenie czynić musiały podobnego rodzaju rozmowy i obmowy na młodym i niedoświadczonym umyśle saméj pani, nie możemy odgadywać, nie godzi się wszakże wątpić, iż troskliwy mąż przeciw téj truciźnie późniéj poufnie musiał jakieś administrować antidotum.
— Więc jakże, spytała hrabianka, z wyrazem, którego ton nie dozwalał odgadywać, czy mówiła seryjo, czy żartem, życzysz pan sobie w istocie rozszerzyć krąg swych znajomości, chcesz dom miéć otwarty!
— Pragnę tego zwłaszcza dla żony, rzekł Płocki, bo co się tyczy mnie...
— Przepraszam cię, kochany panie, przerwała hrabianka... bałamucisz... Składasz to na żonę, a ja ci powiem otwarcie, że zamiar ten wchodzi więcéj w twe własne rachuby i plany, niż w prywatne życie twoje!!
Płocki drgnął. Jak to?
Ruszając ramionami i wdzięcznym ruchem odrzucając rękę z cygaretką, którą od ust odjęła, hrabianka mówiła daléj.
— Znam twą śliczną i miłą żonę, jesteśmy dobremi przyjaciółkami... Wdzięczny ten fijołek wcale się nie napiéra słońca i blasku... Ona szczęśliwą jest w tém, co ją otacza, i raczéj lęka się, niżby pragnęła więcéj. Nie zyska nic na świecie oprócz czczych uwielbień, z których będzie się śmiała pocichu. Stosunki są panu potrzebne, a piękną twarzyczkę swéj pani chcesz stawić na przynętę!
— Cóż to pani za potwarze rzuca na mnie, pół żartem pół zmięszany przerwał Płocki, doprawdy! nie pojmuję co do nich powód dać mogło!
— Ale to was nie krzywdzi, kochany panie, mówiła hrabianka. Dla czego nie mamy być z sobą otwarcie! Nie zaprzesz tego, iż pragniesz świetną zrobić karyjerę... Nie jesteś jednym z tych ludzi, którym dosyć jest miéć pieniądze, jak Fabryczom, chcesz znaczenia, popularności, wziętości, szacunku, bo wiész, że to są rzeczy i przyjemne i pożyteczne, które w dobrych rękach za doskonałe narzędzia służyć mogą... Po co się tego zapiérać?
Płocki odgadnięty, roześmiał się jakoś dwuznacznie.
— Niech mi pani wierzy, rzekł, uderzając się w piersi i koso spoglądając na hrabiankę, która minę przybrała szyderską, niech pani wierzy, iż, pragnąc może odegrać pewną rolę, życzę tego więcéj dla kraju, dla społeczeństwa, dla rozszerzenia kręgu pożytecznego działania, niż dla siebie.
— A! a! a! rzucając głową, dodała hrabianka. Wszyscyście wy tacy bezinteresowni! A więc mówmy o czém inném. Cóż to jest, że u państwa nigdy Werndorfa nie widzę? brak mi go! Małżeństwo spojrzało po sobie znacząco, oboje zamilkli.
— Jesteście z sobą przecię dobrze? spytała hrabianka.
— A! bardzo dobrze! jak najlepiéj, odparł Płocki tonem zmienionym, ale jakoś do niego szczęścia nie mam, równie jak do Fabryczów. To trudno...
— Wszyscy panowie polujecie w jednym ostepie pono i na tę samę zwierzynę... czyżbyście sobie mieli zawadzać wzajemnie.
Płocki nic nie odpowiadał długo.
— Ale nie, cicho odezwał się w końcu, przybliżając się do hrabianki, ja unikam wszelkiego współzawodnictwa. Nie zapiéram się tego, iż musimy trochę jeden drugiemu mimowolnie wchodzić w drogę, lecz ja staram się sobie nowe wyszukać... Werndorf ma tu znaczenie, powagę, wpływy; ja się ich dopiéro dorabiać muszę...
Milczenie panowało czas jakiś, Płocki począł, powoli przechadzając się z cygarem po pokoju.
— Werndorf dla mnie ze wszech miar współzawodnik straszny!
Zmienił głos i ton.
— Być może, że i ja i on mamy wady... któż ich nie ma... Są to wady stanu tak, jak są łaski stanu... wady zawodu... nawyknienia, wpływu ludzi... lecz wysoko go szacuję...
— Chciwy jest? podchwyciła zdradliwie hrabianka.
— Chciwy! a! proszę pani! my, ludzie spekulujący, wszyscy musimy być chciwi, to powołanie nasze... Piéniądze są dla nas narzędziem czynu... Nie mogę zaprzeczyć, że zabiegać umié, i że trudno jest co ubiedz przed nim... Przedziwnie zna drogi wszystkie...
— Jakto? i kręte może? co? pochwyciła hrabianka.
Płocki bardzo znacząco zamilkł nagle, westchnął i przeszedł się po saloniku... Hrabianka słuchała z natężoną uwagą, wpatrywała się tylko, ścigając wzrokiem każdy ruch twarzy Płockiego, jakby w głąb’ jego wzrokiem sięgnąć chciała.
— Nie mogę tego powiedziéć! rzekł Płocki, jakby zakłopotany... Zresztą, widzi pani, ja wiele rzeczy widzę inaczéj, różnimy się w poglądach... P. Werndorf ma swe ideje chroniczne, odrębne, którym ja nie hołduję. Ja często pożytek kraju (to u mnie na piérwszym względzie) pojmuję różnie. Lecz oddaję mu sprawiedliwość... oddaję, powtórzył, jakby zmuszony do wyznania tego Płocki.
Słuchając téj krętaniny wyrazów, którym wyraz twarzy nadawał wcale inne znaczenie, hrabianka Cecylija uśmiéchnęła się nieznacznie, złośliwie, ale tego nikt nie dostrzegł... Można było wnieść z uśmiéchu, że lepiéj znała człowieka, niż sądził...
Po zapaleniu nowéj cygaretki hrabianka przerwała milczenie.
— P. Werndorf ma wiele przyjaciół i wyznawców, rzekła, między innemi hr. Adam, który go wielce szacuje...
— A! hrabiego Adama! przerwał z uśmiéchem Płocki, hrabia Adam jest pełen najszlachetniejszych uczuć. Gdybym czego mógł zazdrościć, to jego szacunku i przyjaźni...
— Pan także należysz do wielbicieli hrabiego Adama? zapytała panna.
— Możeż być inaczéj? zawołał gospodarz... Wszyscy, zdaje mi się, równie jak ja, wysoko go cenią.
— A ja, przerwała hrabianka, otwarcie mówię, że go nie lubię. Ma zapewne przymioty wielkie, lecz i wad a śmiészności bez liku, pedant, uparty, choruje na ideały, a w rzeczywistości nie zawsze widzi jasno... Chce być koniecznie dobroczyńcą ludzkości, miesza się do wszystkiego... Petit manteau bleu... a w nim próżność gra wielką rolę.
— Próżność, próżność, i wszystko próżność, śmiejąc się, podchwycił Płocki. Nie sądzę go tak surowo, ale to jeden z tych ludzi, o którego opiniją starać się musi każdy, kto chce być dobrze widzianym, osobistość bardzo popularna...
Ach! mój kochany panie Płocki, roześmiała się hrabianka, kto u nas nie był popularnym i nie może nim być, gdy zechce? Dam panu receptę, jeśli chcesz...
— Proszę bardzo...
Hrabianka pociągnęła dymu.
Bądź pan sztywnym, abyś się wydał poważnym, mów wiele o dobru ogólném, o potrzebie oświaty, o włościanach, o szpitalach, o chorobach, należ do towarzystw dobroczynnych, nie opuszczaj żadnego koncertu na cele ogólne, uczyń jaką ofiarę dla ubogich uczniów, lub na założenie biblijoteczek rzemieślniczych, albo dla zachęty do sztuk pięknych... Gdy to uczynisz, będziesz mógł drzéć, spekulować, urągać się z ludzi, w biały dzień polować na zyski, choćby nie bardzo czyste a nikt ci słowa nie powié. W dodatku wszystkich swych współzawodników możesz ogłosić jako ludzi bez czci i wiary... a na słowo ci wszyscy uwierzą...
U nas wszystko na słowach, pozorach, deklamacyjach i popisach; choćbyś pocichu był najcnotliwszym z ludzi, to ci się na nic nie przyda.
— Przyznam się pani, odparł Płocki, że téj recepty, któréj trafności zaprzeczyć nie mogę, używać bym jednak nie rad, sprzeciwia się ona mojemu usposobieniu.
Ja zamierzyłem sobie iść zawsze drogą prawą i prostą.
Hrabianka przerwała mu śmiéchem, i wstawszy z kanapy, uderzyła go po ramieniu, mówiąc.
— Nigdy waćpan, nawet przed kobiétami, nie miéj zwyczaju mówić, jaką pójdziesz drogą, to prawidło.
To mówiąc, poszła uściskać panią domu, i majestatycznym krokiem odprowadzona przez oboje państwo, wyszła, ziéwając bez ogródki. Był to spazm poobiedni, który jéj przebaczano.
W chwilę potém Płocki z żoną powrócili do jéj saloniku, zostali sami.
— Z hrabianką, rzekł cicho, siadając obok niéj, należy postępować nadzwyczaj ostróżnie. Bardzo to było trafném, że mówiłaś niewiele, bo się trzeba z każdém słowem mierzyć, lecz dobrze, żeśmy na chwilę sami... trzeba téż, żebyś mi czasem pomogła i wiedziała, co powiedziéć.
Żona spojrzała nań z ciekawością.
— Mówże, odezwała się, w czémbyś sobie życzył, abym ci pomagała.
— Nie tak to się łatwo daje okréślić, rzekł Płocki, głos zniżając, przepraszam cię, że muszę być twym mentorem, ale mało znasz świata, masz słuszną obawę jego, a w istocie z troszką trafności i odwagi mogłabyś mi nieraz być bardzo pożyteczną.
— Naprzykład? spytała żona.
— Mnie częstokroć nie wypada się z sobą, ze swemi sentymentami chwalić i objawiać samemu... Trzeba, żebyś czasem mnie... pochwaliła i podniosła...
Żona zarumieniła się.
— Nie dosyć jesteś śmiała, rzekł Płocki. Znasz mnie, wiész, że pracuję dla dobra ogółu więcéj, niż dla mojego własnego, ludziom to nie szkodzi powtórzyć. Nie uważaj na to, że ja czasem będę protestował, możesz się nawet ze mną posprzeczać, biorąc moję stronę...
Płocki się roześmiał, żona patrzała nań bacznie.
— O! moje serce, odezwał się, z ludźmi trzeba wiedziéć, jak postępować. Zbytnia skromność na nic się nie zdała, wielu rzeczy nie dostrzegą sami, póki się im nie powié. Z twoich ust, ty co mnie znasz, słówko czasem może wielkie uczynić wrażenie.
Nie potrzebuję ci mówić, ciągnął daléj Płocki, że pomagać mi jest obowiązkiem, choćby ci się nawet czasem coś nie zdawało... Zawsze się to późniéj wyjaśni...
— Ale zdaje mi się, nieśmiało wpatrując się w niego, odezwała się żona, że ja to właśnie z serca i z instynktu robię, jak chcesz...
Płocki się roześmiał.
— Daruj mi, zamało! jesteś nieśmiała, jesteś za mnie skromna... to źle. Musisz być czynną i pomagać mi.
— Ale mi chyba wskażesz, w jaki sposób...
— Chętnie, zawsze, mówił Płocki, uważaj tylko na mnie, zrozumiész skinienie. To darmo! pracować trzeba, i ty od tego nie jesteś wolną, kobiéty wiele mogą... Tam gdzie ja nie potrafię, tobie wybadać może przyjść z łatwością, gdzie mnie by wiary nie dano, twój uśmieszek poprze prawdę i wywoła przekonanie.
Wierz mi, kończył, unosząc się, możesz mi być sprzymierzeńcem bardzo pożytecznym...
Piękna pani obróciła to trochę w żart.
— Nie wątpisz, iż toby było najgorętszém mojém życzeniem, dodała, lecz o zdolności méj wątpię...
— Wprawy ci tylko potrzeba, szepnął Płocki, trzeba, byś się uważała za czynnego członka domu i firmy. Na wskazówkach ci nie zabraknie.
— Ale naprzykład? naprzykład? spytała żona niespokojnie.
Płocki namyślać się zdawał.
— Wszystko to między nami, rozumié się, odezwał się cicho. Oto naprzykład dziś, byłbym coś dał za to, żebyś tak, niby z własnego poczucia, coś delikatnego powiedziała przeciwko Werndorfowi...
— Przeciwko? spytała żona nieco zdumiona, ale ty przecię mówiłeś za nim.
— I właśnie dla tego bardzoby mi było na rękę, żeby mnie kto starał się przekonać, iż nie mam słuszności... Rozumiész, roześmiał się Płocki...
— Ty proste, naiwne, dobre dziécię, nie wiész tego, że oni wszyscy są mojemi nieprzyjaciołmi... wszyscy mi na drodze stoją, Werndorf, hrabia Adam... no! nie zaręczę nawet za księcia...
— Jakto? i książę Nestor? podchwyciła żona...
— Jeśli dziś jeszcze napozór jest mi przyjazny, pewien jestem, że tylko do czasu. W interesie naszym aby o nich wszystkich, oddając im sprawiedliwość napozór, nigdy nie mówić zbyt pochlebnie.
— Lecz cóż można przeciwko nim znaleść? zapytała zdziwiona pani.
— Czasem choćby śmiésznostkę... choćby drobnostkę... mówił Płocki... bo powinnaś to sobie powiedziéć, powtarzać: otoczeni jesteśmy zazdrosnymi i nieprzyjaciołmi...
— Byćże to może! łamiąc ręce, przestraszona zawołała pani Julijuszowa.
— Nie trzeba się tém trwożyć bynajmniéj, rzekł Płocki, mam nadzieję, że nas nie zmogą... Otwarcie nawet wystąpić nie potrafią, lecz przygotowany jestem do walki, którą przewiduję. Czynnym być muszę, wszędzie mi stawią zawady... wszędzie, nadewszystko Werndorf... Nigdzie się nie docisnę przed nim, czynny jest, przedsiębierczy, ma poparcie, opiniją, przyjaciół...
— Prawdziwie przestraszasz mnie! odezwała się żona. Jakże my oprzéć mu się potrafimy...
Płocki pocałował ją w czoło...
— Zobaczysz, tylko... trzeba, byś mi i ty szczérze pomagała...
— Ja? ja? drżąc, zapytała Julijuszowa.
— Tak jest... zobaczysz... będziesz mi pomocą, i nie wątpię o zwycięstwie, ale musimy postępować z wielką zręcznością...
Mówili jeszcze, gdy jakby naumyślnie służący oznajmił pana Werndorfa... pani się zarumieniła, nie mogąc ukryć wrażenia...
— Przynajmniéj w téj chwili nie będę ci potrzebną! odezwała się.
— A! nie! idź! spocznij, wolę z nim być samnasam...
Strwożona młoda pani wyśliznęła się co żywiéj. Oznajmiony Werndorf wszedł z wesołą twarzą. Płocki, zmieniwszy w chwili ton, postawę, pobiegł naprzeciw niemu, najgrzeczniéj, najuprzejmiéj z nadskakiwaniem go przyjmując.
Przysunął mu sam krzesełko, pobiegł po cygara, przyniósł zapałki, słowem zdawał się najszczęśliwszym z tych odwiédzin... Werndorf po kilku zapytaniach powszednich usiadł.
— Przyszedłem do pana, odezwał się, nie z rewizytą i grzecznością, ale pomówić o rzeczach ważnych. Myślę, że się to na coś obu nam przydać może. Mało mnie pan znasz jeszcze... będę z nim otwartym, abyśmy się lepiéj poznali.
Płocki się ukłonił grzecznie i przysiadł blisko, słuchając z uwagą.
— Znasz pan zarówno ze mną, odezwał się przybyły, kraj nasz i jego potrzeby, są one ogromne. Ludzi, kapitałów, rozumu, przedsiębierczości, nauki nam braknie. Lecz kraj to, w którym dosyć jest zasiać dobre ziarenko, aby bujnie na dziewiczéj wzrosło ziemi, zwłaszcza jeśli jest dobre i zdrowe. Instynkty te zastępują naukę, rozum, poczucie potrzeb, a instynkty te są cudowne. Mówiliśmy o tém nieraz obszernie z hrabią Adamem, godzimy się z nim w wielu, niemal we wszystkich poglądach na kraju potrzeby. Dobrobyt materyjalny, podniesienie przemysłu, zachęta i narzędzia do pracy, kredyt rozumnie udzielany są nąjpiérwszemi potrzebami.
Ja tu oddawna rozpocząłem pracę, lecz sam nie starczę na nią, potrzeba się do niéj zjednoczyć i iść razem.
Możemy dokonać wielkich i zbawiennych reform, biorąc się za ręce.
Idźmy razem, hrabiego Adama miéć będziemy z sobą, jestem jego pewnym... Zapraszam was... Powtarzam, idźmy razem, uczynimy wiele dobrego.
To mówiąc, podał rękę Płockiemu, który stał jak skamieniały, zbladły i drżący... Wprędce jednak ochłonął ze zdumienia i otrząsnął się z wrażenia, jakie to na nim uczyniło...
— Może nie dobrze zrozumiałem, rzekł, jąkając się, o co to idzie?
Rzecz bardzo prosta, powtórzył Werndorf, idzie o to, aby dobrze zrobić, a nie o to, kto zrobi. Zrozumiész mnie pan. Zakładamy bank dla rolnictwa i przemysłu, bierzemy się do budowy drogi. Robimy je ekonomicznie dla kraju, a bez straty dla siebie, uczciwie, gorliwie.
Płocki stał milczący.
— Proszę pana dobrodzieja, odezwał się, jakby po pewnym namyśle. Śliczne to są bez wątpienia, idealnie piękne plany, ale na tak olbrzymią skalę, że ja... z mojemi stosunkowo szczupłemi środkami, utonąłbym w nich i na niewiele się przydał. Pan dobrodziéj, hrabia Adam, macie tak znaczne do rozporządzenia środki, iż panom nie idzie już o wysokość zysków, gdy mnie, przyznaję się, człowiekowi w dorobku jeszcze, tak wspaniałomyślnym być nie wolno.
— A! przecież i my się na straty nie narazimy! odparł Werndorf.
— Rozumiém, odezwał się Płocki, lecz panowie możecie się ograniczyć małemi zyskami, a ja, nie.
Werndorf zmierzył go ciekawemi oczyma.
— Więc w. pan byś nie chciał być z nami w tak wielkiém, piękném, pożyteczném dziele, zapytał, a! nie chcę temu wierzyć!
— Przynajmniéj proszę o czas do namysłu, o rozpatrzenie się w planach, odpowiedział, usiłując się wywinąć, Płocki. Ja jestem małym człowiekiem, moje zadania są i muszą być na daleko mniejszą skalę.
Pan dobrodziéj widział się z hrabią Adamem! dodał nagle...
— Tak jest, rzekł Werndorf.
— I widzę, że pan jesteś zupełnie pod urokiem jego, śmiejąc się, odezwał się zcicha Płocki.
— Najzupełniéj, nie mylisz się pan.
— Źleby to wyglądało, dokończył Julijusz, gdybym ja miał się porwać na rozczarowywanie go, ale żal mi, że pan nie słyszał przed półgodzinką skréślonego tu przez jednę dystyngowaną damę, podobno nawet z nim skoligaconą, wizerunku jego z natury... Możeby to trochę oddziałało...
— Bardzo wątpię, odparł Werndorf, bo ja całe życie zwykłem własnemi wrażeniami i zdaniem się rządzić, a portrety ciemne i to jeszcze przez koligatów kréślone są mi zawsze nieco podejrzanemi.
— Ja z nim wcale skoligacony nie jestem, wyrwał się Płocki, ale powiém otwarcie, widzę w nim wiele, wiele... komendyjanta. Mówi o kraju, a myśli o arystokracyi, nas, ludzi pracy, potajemnie chce zaprządz do pługa, który dla niéj orać będzie pole. Jemu idzie nie o kraj, nie o społeczność, ale o jednę jéj klasę, dla któréj wszystko się czyni. Sapienti sat!
Wyrazy te zdawały się z początku pewne czynić wrażenie na Werndorfie, który się zamyślił głęboko, jakby sam w siebie wstępując i kontrolując to, co słyszał, z tém — co zapamiętał.
— Sąd pana ma pewne podstawy pozorne. Nie przeczę, odezwał się zwolna i poważnie, mogłoby to być, gdyby hrabia nie był człowiekiem wyższym, pojmującym zadania wieku i wymagania czasu. Przeszłość nie powraca. Lecz jeśli zamiast z niéj robić ruiny i gruzy, chce kto z pałacu uczynić szpital, szkołę, ochronę, a! dla czegożbym nie miał pozwolić stać pałacowi?
— A możeszże waćpan dobr. ręczyć, odezwał się Płocki, że tu idzie o szkołę, szpital i ochronę, a nie o to, żeby pałac ocalał? Zresztą, dodał z uśmiéchem, nie ujmuję bynajmniéj hrabiemu Adamowi przymiotów, zalet, rozumu, tylko... tylko, timeo Danaos et dona ferentes.
— Pesymista pan jesteś! zakończył Werndorf, rzucając się w krzesło, jakby myśl poddana ucisnęła go niespodzianie.
Po krótkiém milczeniu wyrwało mu się jakby mimowoli.
— Nie! mów sobie pan, co chcesz! Jest coś, co fałszywego, podstępnego zdradza człowieka, co mi go oznajmia. Ja w nim tego nie czuję. Jest to natura prawa i szlachetna, która może miéć z przeszłości pozostałe ślady zastarzałych jakichś przekonań, mylne pojęcia, ale jest w niéj szczére prawdy pragnienie, a tam gdzie ono jest, tam prawda przychodzi.
Nie, nie, w podstęp i chęć zużytkowania nas nie wierzę...
— Słabi się czują, przerwał Płocki, więc szukają pomocy, ja zaś niewidzę, dla czegobym miał pomagać tym, którzy w gruncie są nieprzyjaciołmi mojemi.
— Człowiecze! zawołał Werndorf... nie jesteś na wysokości wieku. W społeczeństwie, jakie wyrosło z nowych instytucyj i zasad, nie dostrzegam już dziś nieprzyjaciół, kast, interesów partyi. To są zabytki przeszłości, my powinniśmy się uważać za jednolitą społeczność i ignorować to, coby nią być nie chciało.. Po co walczyć, gdy trzeba pracować?
— A jeśli nas do walki zmuszają?
— Kto? chyba miłość własna, któraby chciała panować? Krzyczysz na arystokracyją, a sam masz jéj wady, i dla tego ją chcesz zdetronizować, abyś panował. Ja zaś i hrabia Adam za mną nie żądamy panowania, ale równości w obec pracy, prawa i obowiązku.
— To są słowa! szepnął Płocki, piękne bardzo, lecz... słowa!
— Co ma się stać czynem, słowem wprzódy być musi, dołożył Werndorf.
Płocki się roześmiał.
— Przepraszam, oparł się, to co ma być czynem, strzeże się wprzód wypalać w słowie.
— Nie rozumiemy się, zakończył stary.
— Odłóżmy więc rozmowę na późniéj, podchwycił gospodarz. Proszę tylko pana dobrodzieja, abyś moje zdanie o hrabi raczył zachować przy sobie.
— To się samo z siebie rozumié, rzekł Werndorf. Żal mi wszakże, iż o pojęcie to charakteru hrabiego rozbija się nasza współka, w któréjbym rad widział pana, z jego młodością, życiem, świéżością myśli i przymiotami, na jakich nam obu zbywa.
Płocki skłonił się grzecznie.
— Jest jeszcze jedna przeszkoda, szepnął cicho, dla któréj ja wątpię, bym się na co mógł przydać. W charakterze moim są wady, które mi we współce wszelkiéj udziału brać zabraniają. Jestem samowolny, czuję to i poprawić się nie mogę. Gdy nie jestem sam, paraliżuje mnie potrzeba stosowania się do ludzi... nie przydałbym się panom.
Tak, grzecznie się wymówiwszy, Płocki odwrócił co żywiéj rozmowę i począł mówić o czém inném. Wkrótce téż weszły do saloniku panie, bo to była ich godzina, a Werndorf zabiérał się do odwrotu. Chwilkę jednak wypadało mu posiedziéć przez grzeczność. Zaczęto mówić o koncertach, zabawach, życiu społeczném. Werndorf dopytywał panią Płocką, jak się jéj miasto podobało...
— Nie znam, rzekł w Europie, oprócz Paryża, miasta, któreby więcéj miało życia i ruchu.. Ani Berlin ani Drezno nie mogą się z nim pod tym względem porównać. Tu przybycie artysty, nowa sztuka na scenie, ukazująca się książka, piękny obraz na wystawie elektryzuje i porusza całe miasto, jak za owych medyceuszowskich czasów Florencyją całą poruszały obrazy mistrzów, obnoszone w procesyjach, a studyja malarzy gromadziły tłumy wielbicieli.
Ten temperament ma miasto nasze, wróżący mu życie w przyszłości.
W Berlinie jest może pewne kółko, które się poruszyć daje ogłoszeniem koncertu lub przybyłym obrazem Knausa czy Kaulbacha, ale to jest kółko szczupłe; tu krąg ciekawych i zajmujących się sztuką daleko szérszy...
Nie idzie o to, czy wszyscy są na wysokości wykształcenia takiéj, aby sąd sprawiedliwy o rzeczy wydać mogli, lecz są na drodze do wyrobienia w sobie smaku, znawstwa i poczucia piękna... mają wolę. Jedyna to podobno rzecz, któréj nadać sobie i nauczyć nie może nikt.
— Właśnie dziś grają Halkę Moniuszki, szepnęła p. Julijuszowa.
Był to znak do wyjścia, gdyż panie na teatr się wybierały. Płocki nadskakując, kłaniając się, pełen oznak grzeczności przesadzonéj prawie, odprowadził gościa aż do sieni... Za wychodzącym rzucił okiem szyderskiém, rad był, że się od niego wyswobodził.






Hrabia Adam, któregośmy już zdala parę razy spotykali, napozór zajmował stanowisko mało wybitne w społeczeństwie i nie starał się nawet wcale o zdobycie innego. Starczyło mu to, jakie miał. Był to człowiek skromny, zamknięty w sobie, pracowity, cichy, nie łatwo czyniący znajomości, ale nie unikający zetknięcia się z ludźmi. Sąd o nim, choć powszechnym nacechowany szacunkiem, był bardzo różny. To, co o nim w chwili kaprysu podobało się powiedziéć hrabiance, wcale w rachubę wchodzić nie mogło.
Jeden to był z tych ludzi, których poznać nie łatwo, których wnętrze zostaje nawet dla najbliższych i najpoufalszych przyjaciół tajemnicą nazawsze.
To, co świat znał i widział, dawało się domyślać, że osłoniona głąb’ nie mniéj piękną być musiała. Skromna powierzchowność, która się nie chciała niczém odznaczyć, nie ściągała oczu wcale. Słusznego wzrostu, przystojny, choć nie piękny, z żywém wejrzeniem i czasem uśmiéchem pół sarkastycznym, lubo nieco nieśmiałości zdradzającym, mówił cicho i ciężko, wyglądał trochę sztywnie, nieco zimny, ściągał jednak na siebie uwagę tém czémś, co znamionuje niepospolitych ludzi. Charakterem postaci jego była energija skupiona w sobie.
Jeżeli artystycznie wdzięczna powierzchowność oznacza miłość piękna i poczucie jego, hrabiego o zamiłowanie sztuki posądzić nie było można. Wyglądał poważnie, ale bez wdzięku, na uczonego raczéj niż artystę. Był téż w istocie prędzéj piérwszym, niż drugim. Zadania ekonomiczne, społeczne, dziejowe, rzeczywistość dotykalna zajmowały go z pewnością więcéj, niż ideały. O teoryjach wszelkich rozprawiać wszakże nie lubił, zagadnięty milczał. Zadaniem jego był czyn. Jeżeli mógł sam dać do niego inicyjatywę, śmiało z nią występował... gdy kto go wyprzedził a w myśl jego postąpił, szedł z nim i za nim. Najpracowitszy w świecie, nie spróżnował godziny. Życie dlań było wielkiém zadaniem, które pojmował i wywiązywał się z niego surowo.
Nie dobijając się o popularność, zyskał ją, pomimo że nie raz, ale stokroć razy szedł śmiało przeciwko chwilowym usposobieniom ogółu i nie lękał się stawić im czoło. Lecz wszyscy, nawet ci, którym to było najprzykrzejszém, uznać musieli, że czynił z przekonania głębokiego; sumienność rozbrajała gniewy.
Hrabia Adam nie miał naówczas własnego domu, mieszkał w najętym, a mieścił się tak skromnie, tak ciasno, tak oszczędnie, iż najmniejszy mekler giełdowy paradniejszym był od niego. Rzadko téż kogo w domu u siebie przyjmował, i sam nie bardzo w nim siedział, zajęty był niezmiernie albo interesami za domem, lub pracą jaką w zamknięciu.
Wizyty za niego przyjmowała puszka do listów u drzwi przybita, w którą bilety wrzucano. Uparcie dzwoniącym, po długiém oczekiwaniu, stary sługa w szaraczkowym surducie i pantoflach w okularach, z książką od nabożeństwa w ręku, odpowiadał najczęściéj, iż pana w domu nie było.
Nie uczyniono wyjątku dla nikogo, chyba dla przyjaciół i krewnych.
Nie dziw téż, że gdy w parę dni, po przytoczonéj rozmowie, ukradkiem znalazł się przed godziną dwunastą u drzwi tych Płocki, pragnący złożyć uszanowanie hrabiemu, zrazu się nawet nikogo dodzwonić nie mógł.
Gdy u niego, świéżo dopiéro wyrosłego magnata, przedpokoje były wytwornie urządzone, aby przybyłym wielkość pańską oznajmywały, tu na korytarzu dosyć zabrukanym stać musiał i ledwie znalazł słomiankę pod nogi, w które mu zaczynało być zimno.
Zadzwoniwszy raz, czekał długo, nie wyszedł nikt. Mógł sumiennie bilet wrzucić, lecz chciał koniecznie z hrabią się rozmówić i pewien był, że jest w domu. Zadzwonił więc powtórnie, ale jeszcze nie z lepszym skutkiem, i po drugim razie nie czekając już długo, pociągnął za sznur raz trzeci.
Chód dał się słyszéć nareszcie, drzwi się zlekka przemknęły; stary ów sługa w pantoflach i okularach, ze złotym ołtarzykiem w ręku, wychylił się, oglądając bacznie z kwaśną dosyć miną.
— Proszę waćpana, odezwał się, wciskając mu coś do ręki Płocki, (wedle powszechnéj metody), bardzobym pragnął mówić z hrabią.
Sługa mrucząc, naprzód surowo odepchnął datek, którym go skorumpować chciano, okulary zarzucił na czoło i pilnie wpatrzył się w przybyłego.
— Jestem pewny, dodał Płocki, że gdyby hrabia bilet mój zobaczył, toby mnie przyjął.
Nic na to nie odpowiadając, służący rękę po bilet wyciągnął, wziął go i zamknął drzwi przed nosem oczekującemu, którego nawet do przedpokoju nie wpuścił.
Po krótkiéj chwili drzwi otworzyły się znowu, służący nie wymówiwszy słowa, skinieniem głowy tylko dał do zrozumienia, że wnijść dozwala. W drugim progu stał hrabia w bardzo skromnym, dobrze przybrukanym szlafroku, z piórem w ręku, i uśmiéchając się, zapraszał uprzejmie do swego pokoju.
Uśmiéch musiał być pewnie wywołanym tą myślą, jak się p. Płockiemu wyda nader skromne urządzenie domowe, po elegancyi, w śród któréj żyć był nawykły... od niejakiego czasu.
Pokój hrabiego podobniejszy był do akademickiego mieszkania, niż do pracowni hrabiowskiéj i arystokratycznéj. Najskromniejsze w świecie biuro zarzucone papiérami, półki przy ścianach pełne folijantów; na kanapie i po krzesłach porozkładane rękopisy, rejestry dawne, druki, broszury; nic dla wdzięku i wygody, prostota niemal celi zakonnéj. Obok będący salonik, opuszczony i chłodny, zapylony i zaniedbany niewiele wytworniéj wyglądał.
Zobaczywszy Płockiego, którego liczył do ludzi czynnych (a tych właśnie hrabia najwyżéj cenił), domyślał się, iż go sprowadza nie chętka gawędki, lecz może sprawa jaka ważniejsza; zaprosił go więc, rzucając pióro, i posadziwszy na kanapie, począł obsypywać niezręcznemi komplementami.
Nic się hrabiemu mniéj szczęśliwie nie udawało nad grzeczności, nałogowy jego półuśmieszek szyderski psuł ich wrażenie i nie dozwalał napewno powiedziéć, czy to były czcze słowa, czy wyrazy rzeczywistego uczucia.
Płocki także nie był wielkim mistrzem w prawieniu słodyczy i salonowych nicostek, mówił dobrze, ale gdy był natchniony interesem lub namiętnością.
Długo więc dosyć nie mogli rozpocząć rozmowy, odstrzeliwając do siebie temi wstępnemi komplementami, które nic nie znaczą. Są to okładki téj książki, o któréj być ma rozmowa. Hrabia pilno w oczy patrzył gościowi, gość więcéj rozpatrywał się po pokoju, bo oko w oko patrzéć nikomu nie lubił. Nie było to w jego naturze, spoglądał zawsze z ukosa i ukradkiem.
— Dawno pan hrabia widział się z Werndorfem? zapytał Płocki.
— Z Werndorfem! ale my się z nim widujemy niemal codziennie, rzekł hrabia, spotykamy się z nim bardzo często...
— Właśnie téż niedawno mi wspominał o wielkich planach i projektach, dodał Płocki.
— A tak! tak! odparł nieco zmieszany hrabia, Werndorf ma pomysły bardzo szczęśliwe, ideje bardzo szlachetne, a doświadczenie długoletnie i zdrowy rozsądek dozwalają mu osnuć każdy projekt w sposób praktyczny i wykonalny.
Płocki milczał, oglądając się dokoła.
— Tak jest, tak jest, zamruczał niewyraźnie... właśnie w tym przedmiocie radbym był coś niecoś z panem hrabią pomówić... Werndorf między innemi i mnie współkę proponował... być może, iż hrabiemu wspomniał już, że niedosyć chciwie przyjąłem grzeczną jego propozycyją. Obawiam się, ażeby to panu hrabiemu w fałszywém świetle nie było przedstawione.
— W żadném, ani fałszywém ani prawdziwém świetle nie przedstawił mi tego pan Werndorf, o niczém nie wiém, odparł hrabia.
— Tém więc lepiéj, przerwał Płocki. Zawahałem się w istocie z przyjęciem projektu... winienem to panu hrabiemu wytłumaczyć, nie chciałbym być sądzonym fałszywie, dla tego dobijałem się widzenia i rozmowy.
Hrabia Adam zmilczał, złożył ściśnięte ręce na kolanach i patrzał uważnie na mówiącego, twarz malowała dosyć rozbudzoną ciekawość, Płockiemu znać było bardzo trudno przyjść do wyłuszczenia swéj myśli, tarł bowiem czoło, włosy, kręcił się i odchrząkiwał długo.
— Panie hrabio, wyjąknął wreszcie, to, co mu poufnie mam powiedziéć, będzie dowodem mojego najwyższego szacunku i zaufania dla jego cnoty... ale muszę go prosić o dyskrecyją, o tajemnicę...
Zdumiał się widocznie słuchający, machinalnym jakimś ruchem powyciągał nagle oba kołniérzyki do góry, już i tak aż nadto wystające, zmieszał się, jakby z tém zaufaniem, nie wiedział, co zrobić.... przez zęby coś przecedził prędko a niewyraźnie, ale trudno się było domyśléć, co to właściwie znaczyło...
— Pana Werndorfa wysoce szanuję, począł Płocki, muszę nawet przyznać, iż mu wiele winienem, bo mnie w piérwszych chwilach przyjął bardzo życzliwie... nadzwyczaj to trudne zadanie dla mnie, występować z sądem o nim. Ale tu idzie więcéj niż o ludzi, bo o sprawę ogólną kraju, o interesa ekonomiczne i społeczne... o wyższe cele. Względy więc osobiste należy odłożyć na stronę.
Hrabia słuchał z natężoną uwagą, lecz, jak gdyby się czegoś wstydził, oczy spuścił i usta dziwnie ściągnął... Nie odzywał się ani słowem, ani zachęcając, ani podbudzając Płockiego, który ciągnął daléj, coraz jakoś trudniéj się wysławiając.
— Werndorf jest bez zaprzeczenia z wielu względów znakomitością, głowa jasna, pojęcie szybkie, energija, ryzykowność, wielkie przymioty... lecz, daruje mi hrabia, to człowiek, który się już przeżył... a skamieniał w pewnych pojęciach o kraju, które ja mam za fałszywe... Sądzę, między nami mówiąc, iż prędzéjby był dla nas przeszkodą w rozwinięciu szérszych planów, niż pomocą. Przytém nawykł do ogromnych zysków, a mybyśmy się musieli ograniczyć nader skromnemi. Otóż rezultat ten, że go wysoce szacuję, ale do wspólnéj pracy mi nie przypada...
— A! a! a! odparł zimno hrabia, który w czasie rozmowy, chwycił był drżącą ręką książkę jakąś dla kontenansu, i bił się nią po kolanach, a! a! to mnie dziwi!...
Płocki zamilkł, rozmyślając, co daléj pocznie; hrabia roztargnionemi oczyma patrzał po swoich półkach, biurku i podłodze...
— To mnie tém mocniéj dziwi, dodał, wysilając się na wyrazy, które mu przychodziły opornie, iż sądzę, że nadzwyczaj byłoby korzystném dla kraju, gdybyś pan, młody, czynny, praktyczny, dobréj woli, szedł z nim razem, właśnie tacy ludzie wzajem się kompletują.
— Co do mnie, szanowny panie, ja niewielką zawsze byłbym pomocą, chyba stymulansem, bo kapitałów wielkich nie mam, i więcéj dobrych chęci, niż doświadczenia.
— Ale hrabia masz powagę szanownego imienia swojego, dorzucił Płocki, a to więcéj znaczy niż największe kapitały.
Roześmiał się hrabia, machnął ręką i nie dziękując nawet za komplement, powrócił do piérwszéj myśli.
— A to, wielka by szkoda byłaby, gdyby panowie iść razem nie mogliście (sic), ale ja sądzę, że pan się rozmyśli i nakłoni.
Płocki zamilkł; obaj przez czas jakiś nie odzywali się, namarszczone czoło gospodarza dowodziło, iż zbiérał myśli w sobie. Niecierpliwie bił po kolanach książką.
— Widzi pan, przebąknął, jąkając się i poprawiając, widzi pan, proszę pana, niechże mi pan wytłumaczy, w czém zachodzi różnica pojęć i wyobrażeń?? bo ja tego jeszcze jasno nie widzę.
— To się z trudnością da okréślić, rzekł żywiéj Płocki, są rzeczy, które się niechętnie mówią i głoszą z obawy, aby fałszywemu nie podpadły tłumaczeniu. Dosyć, iż chciałem na to zwrócić uwagę hrabiego, iż uczyniłem ten krok... (tu położył nacisk wyraźny) w najgorętszéj chęci służenia mu i zapobieżenia... jakim zawikłaniom... w przyszłości...
Wyrazy te dwuznaczne, mało znaczące i zagadkowe, Płocki wymówił z takiemi intonacyjami mądremi, z takim szukanym efektem, nakazującym się czegoś ukrytego domyślać, czegoś, co się powiedziéć nie dawało, iż hrabia, usłyszawszy je, drgnął z podziwienia, jakby go co ukąsiło, nie usiłując nawet ukryć wrażenia, jakiego doznał.
Płocki snać obrachował, iż rzuciwszy taką zagadkę i nie tłumacząc się jaśniéj, wywrze właśnie najsilniejsze wrażenie, bo wstał zaraz z kanapki i począł się szybko żegnać. Hrabia pochwycił go za rękę i próżno wstrzymać usiłował. P. Julijusz nie mógł na żaden sposób pozostać dłużéj i dać z siebie cóś wyciągnąć, naprzód, że w istocie na zacnego i zdolnego Werndorfa nic oprócz potwarzy wynaléźć nie mógł, powtóre, iż w ciemnościach zostawując hrabiego i niedozwalając mu sądzić o rzeczy, o któréj zgoła nie wiedział, postrach zostawiał za sobą, którego żadne rozumowanie rozproszyć nie było w stanie.
Postawić kwestyją jasno, było to dać się zwyciężyć, rzucić groźbę zagadkową, mroczną, dowodziło prawdziwie zręcznego gracza. A Płocki téż w istocie był najzdolniejszym w świecie intrygantem. Nie ucząc się u nikogo téj sztuki, był w niéj z daru natury prawdziwym arcymistrzem.
Nie dając się więc zatrzymać, szybko za kapelusz ująwszy, mimo rzucanych zapytań przynaglających hrabiego, który powtarzał: Ale proszęż pana! ale niechże mi pan objaśni!! i t. p., wycofał się co najszybciéj ku przedpokojowi, a hrabia widząc w nim taką energiją oporu, w końcu zaprzestał nalegać i niezmiernie pomieszany, pozostał sam.
Nie mogło nań nie podziałać tajemnicze to jakieś ostrzeżenie ze strony człowieka, o którym dotąd miał wyobrażenie jak najlepsze, ostrzeżenie zresztą jakby siłą sumienia wydobyte z duszy... kosztujące wielce, poufne!!
— Cóż to ma znaczyć? co to ma znaczyć? zawołał do siebie hrabia, chodząc wielkiemi krokami po pokoju. Miałżebym ja omylić się! zawieść na tym człowieku, dla którego mam tyle szacunku i sympatyi??
Dokonawszy tego śmiałego czynu, Płocki jakby go co goniło, szybko szedł do domu. Dyskrecyi hrabiego równie był pewnym, jak skutków tego obrachowanego kroku, który na najsamoistniejszym umyśle nie mógł bez pewnego przejść wrażenia. Zatarł więc ręce i powinszował w duchu niezmiernéj zręczności, z jaką tego pionka na szachownicy losów swoich posunął... Pomysł był w istocie śmiały, wykonanie mistrzowskie. Jedno słówko mniéj lub więcéj stanowiło o całéj wartości faktu; Julijusz powinszował sobie kunsztu, z jakim wykonał planik, i zupełnie z siebie był zadowolnionym.
Z butnym humorem wszedł do swéj prywatnéj kancelaryi, w któréj zastał pracującego bladego Wytrychiewicza.
Jak zwykle, gdy dłużéj nieco trzeźwym wytrwać musiał, Wytrychiewicz był w humorze fatalnym. Oczy jego zdradzały gniéw, podrażnienie, znużenie i niemal nienawiść ku Płockiemu, który się doń zbliżył z miną wesołą i po ramieniu go poklepał poufale.
— Widzę, żeś kwaśny, rzekł... już się waćpanu zbiéra znowu na jakiś eksces! Żebyś téż nie umiał głupiéj namiętności w sobie zwyciężyć!
Wytrychiewicz spojrzał zjadliwe.
— Już to proszę pana dyrektora, rzekł, z namiętnościami, to pan sam wié najlepiéj, że człowiekowi trudno...
— I zmusisz mnie waćpan do tego, że w końcu będę cię musiał porzucić... dodał Płocki, a co będzie w takim razie!
— Co będzie? rzekł cicho Wytrychiewicz. Cóż ma być, ja się powieszę, albo utopię, matka z głodu umrze, a na pana dyrektora powiedzą, żeś temu winien...
— Co waćpan pleciesz? oburzył się Płocki.
— Mówię, jak będzie, rzekł Wytrychiewicz. Kto winien? ja, wódka, djabeł, przeznaczenie, rozbiérać ludzie nie będą, i zrzucą na pana!!
Płocki zaciął usta.
— I na mocy tego myślisz sobie pozwalać! odezwał się oburzony... Więc co ma być, niech będzie, wolę się prędzéj rozstać z waćpanem, niż go cierpiéć i być przez niego kompromitowanym...
Wytrychiewicz ramionami ruszył.
— No, to odprawże mnie pan, zawołał. Co ma być, niech się stanie. Wolę się na stryczku kwadrans męczyć, niż u pana całe lata...
— Co się waćpanu dziś stało? zawołał Płocki, któż waćpana męczy?
— Cóż to ja tu w delicyjach opływam? roześmiał się Wytrychiewicz, poruszając coraz mocniéj... Niech pan dyrektor raczy się pofatygować zobaczyć moje mieszkanie, sprobować jedzenia, obliczy, co mam na utrzymanie moje i matki; a przekonasz się, że wprawdzie z głodu mi umrzéć nie dajesz, ale bankietów nie mam sprawiać za co...
Płocki osłupiał.
— Co waćpanu dziś jest? oszalałeś, czy co! zawołał. Gdyby nie litość nad matką jego, pokazałbym mu drzwi i kwita... A któż winien, że waćpanu dać więcéj do rąk nie można nad to, co trzeba, byś nie umarł z głodu!
— To daj matce na chléb! rzekł ponuro Wytrychiewicz.
— Abyś ty jéj odebrał i na wódkę obrócił? krzyknął Płocki.
Scena zaczynała wcale nieprzyjemny ton przybiérać. Wytrychiewicz zdawał się lekceważyć zwierzchnika, ruszył ramionami.
— Cóż daléj! niech pan prezes mnie nie oszczędza! Proszę bardzo...
To mówiąc, nieszczęśliwy Micio chwycił wytarty kapelusz i zabiérał się już jakby stanowczo odchodzić. Nieposądzamy go o to, aby się obrachował, iż tu był potrzebnym i że przebaczenie otrzymać musi, lecz w rzeczy saméj Płockiemu zimno się zrobiło na myśl postradania tego murzyna, który mu się za niewielki grosz doskonale wysługiwał. Już Micio zbliżał się ku drzwiom, gdy Płocki zawołał...
— Zostań waćpan, dajmy temu pokój! Nie trzeba tak dobréj rady brać drażliwie do serca...
Wytrychiewicz po chwili namysłu kapelusz rzucił i ze spuszczoną głową na miejsce powrócił, udając, że się zabiéra w milczeniu do pisania.
— Cóż tam słychać? zapytał Płocki.
— Albo ja wiem, co gdzie słychać! zamruczał Wytrychiewicz, skądże ja mam dostać języka? Do porządniejszéj restauracyi nie mam za co pójść, gdzie jacy-tacy ludzie chodzą, do cukierni nie śmiém, bo mi tam ta przeklęta wódka zapachnie, w ulicy się człowiek niewiele może dowiedziéć...
— Ale przecież z ludźmi się spotykasz, gadasz? wiedzą, że jesteś u mnie, pytają cię, i coś sami wybąkują.
Wytrychiewicz ramionami ruszył.
— Nic nowego nie słyszałem...
— Nie pytano cię o mnie! nie mówił kto co o Werndorfie?
— O nim nie słyszałem nic, oprócz dawnéj piosenki na pochwałę...
— A o mnie?
— Różnie mówią... odezwał się Wytrychiewicz, a no, przedemną źleby się nikt nie ważył...
Płocki przeszedł się po pokoju, ręce założywszy pod poły.
— Z waćpana, panie Wytrychiewicz, rzekł, w kancelaryi pomoc niewielka, powinienbyś gdzieindziéj starać się być użytecznym.
— Gębą? szepnął sekretarz.
— A zapewne... trzeba oddziaływać na korzyść pryncypała, mówił Płocki. I to waćpan powinienbyś zrozumiéć, że gdy o kim zbyt dobrze mówią... mnie to szkodzi...
— Hę? jakto? zapytał Wytrychiewicz, uśmiéchając się.
— Czy potrzebuję tłumaczyć jaśniéj? To prawdziwe nieszczęście człowiek, jak wy, któremu na zdolnościach i na sprycie nie zbywa, któryby mógł być tak użytecznym... a jest tak tym nałogiem sparaliżowany.
— Niech pan się nie żenuje, słucham cierpliwie, odezwał się Wytrychiewicz, poprawiając pióra.
— Waćpan mógłbyś wnijść w towarzystwa męzkie, rzucić czasem słowo... domysł... koncept... Mogłoby to się nieraz przydać na coś i mnie i waćpanu... Rozumiész mnie.
— Doskonale... tylko tego nie rozumiém, co mój nałóg komu szkodzi, kiedy o nim nikt nie wié, oprócz matki mojéj i poduszki.
— A Piętka?
— E! to był przypadek... zawołał sekretarz. Dla tego, gdy potrzeba usłużyć, mogę i potrafię, ale pan dyrektor powinienby téż się czasem wywdzięczyć.
— Byle było za co. Waćpan mnie rozumiész?
— Zawsze, nawet wówczas, kiedy panu niepotrzeba, żebym go rozumiał. Roześmiał się Wytrychiewicz i głowę spuścił.
Płocki popatrzył nań i zamilkł.
— Co tam waćpan skrobiesz na tym papiérze? zapytał po chwili.
— A! jako sekretarz muszę coś pisać...
— Daj już sobie i mnie pokój... Porzuć to... Jest co pilniejszego do czynienia.
Wytrychiewicz porzucił pióro, wstał i wyciągnął się.
— Co pan każe?
— Idź waćpan na miasto, szepnął pocichu Płocki, rozumiész mnie! Wiész pewnie, u kogo się dowiedziéć o obrotach Werndorfa. Z Piętką wszakże jesteś dobrze? Trzeba mi się dowiedziéć, kiedy i dokąd Werndorf wyjeżdża, bo, że jedzie, to niezawodna. Nie rzuca on swych planów i myśli się starać o ich utwierdzenie; idzie mi oto, ażeby mnie nie ubiegł, bo i ja téż mogę coś potrzebować w tym rodzaju. Musisz mi się więc dowiedziéć o projektach jego podróży...
Rozumiész?
— Doskonale, rzekł Wytrychiewicz.
— Przez Piętkę, który ci sprzyja, możesz wiedziéć o wszystkiém...
Sekretarz się roześmiał.
— Pan go zna przecię, szepnął, któż się co od niego dowiedział?
— Tak, ani ja, ani nikt z tych, których Piętka się lęka i zna ich wagę, ale waćpan... możesz go wybadać, bo się przed nim ukrywać nie zada sobie fatygi.
— Dziękuję, rzekł Wytrychiewicz.
Płocki się roześmiał.
— Waćpan za takiego powinieneś uchodzić.. Jest to bardzo korzystném...
— Tak, dla pana, dodał Wytrychiewicz, ale dla mnie zaszczyt niewielki. Mniejsza o to, pójdę i poprobuję, co się da zrobić...
Płocki zbliżył mu się do ucha...
— Radbym téż wiedziéć, szepnął pocichu, co Piętka myśli o mnie i jak jest usposobiony. Jeżeliby dla dobycia z niego prawdy, trzeba było trochę mnie opluć, możesz. Staraj mi się go tylko spenetrować.
Wytrychiewicz już wychodził, a jeszcze niespokojny pryncypał gonił go za próg, rozmaite dodając do instrukcyi komentarze... Szeptali z sobą w korytarzu i na schodach i rozstali się po téj scence tak drapieżnie poczętéj w jak najsłodszym stosunku.
Na czém potém upłynęło parę godzin w kancelaryi panu Płockiemu, czy w istocie pracował, czy w rozmysłach przygotowywał się do roboty, trudno odgadnąć, nie przyjmował nikogo. Pora już była dosyć spóźniona, gdy zapukano do drzwi i służący z niejakiém wahaniem spytał, czyby pan dyrektor nie przyjął profesora Milanowicza.
Było to imię straszne, wszyscy ludzie pieniężni i znani z zasobów lękali się mocno jego odwiédzin. Stary już człowiek, całe życie poświęciwszy wychowaniu młodzieży, dziś emeryt i swobodny, profesor Milanowicz miał jeden tylko cel w życiu, jednę namiętność, jednę ideję, pragnienie, maniją niemal zakładania szkółek, tworzenia biblijoteczek ludowych, wydawnictwa pisemek popularnych, jedném słowem, oświaty ludu. Sam niezamożny, poświęcał temu cały swój czas, wpływ, i narażał się na najtwardsze odprawy, chodząc niemal po żebraninie, aby drugich podbudzić do działania. Niezmożony, niezrażony, wyśmiéwany w pisemkach satyrycznych, karykaturowany starzec szedł z przekonaniem głębokiém, że spełnia święty obowiązek, wyciérał przedpokoje, znosił śmiéchy lokajów, i nie poskarżył się nigdy, a wczoraj odprawiony z niczém, nazajutrz nową rozpoczynał pielgrzymkę w nadziei, że na lepsze trafi usposobienie.
Płocki, napastowany już pokilkakroć, jak inni przez Milanowicza, zbywał się go także półsłówkami ogólnemi, nie lubił bowiem piéniędzy rozrzucać, a o oświatę ludową tyle mu szło pewnie, co o kwadraturę koła.
Tym razem jednak mocno się zamyślił. Uderzyło go to, że właśnie popularności dorobić się potrzebował bardzo i że niczém łatwiéj się jéj dosłużyć nie mógł, jak dopomagając Milanowiczowi; bo nie było trąby głośniejszéj, ani apologisty gorętszego dla tych rzadkich feniksów, którzy mu do wielkiego dzieła jego rękę podali.
Ofiarą dla Milanowicza na owę oświatę mógł się czynem głośnym wkupić w opinją publiczną Płocki, więc myślał.
— Prosić! rzekł do służącego, prosić!
Wkrótce potém żywy i niespokojny chód oznajmił uszczęśliwionego profesora, który wszedł z pośpiechem, lękając się, ażeby go to nadzwyczajne szczęście trafem jakim nie minęło.
Zwykle bowiem zbywano go się tém, że pan był zajęty, lub wyszedł.
Niezmiernie rzadko ktoś go przyjmował, i to, aby mu raz na zawsze oświadczyć, iż tyle już ofiar różnych czynił, a czasy są tak ciężkie, iż mimo najszczerszych chęci posiłkowania w tak świętém dziele nie jest już nic w stanie dlań uczynić, żeby się więc nie fatygował napróżno.
U Płockiego było to piérwsze przyjęcie, piérwsza próba. Milanowicz wchodził ożywiony znowu tylekroć zawiedzioną nadzieją, iż pokona wymową i argumentami nowego Krezusa.
Staruszek był poważny, jak gołąb’ siwy, słusznego dosyć wzrostu, rumiany, świéży, z oczyma niebieskiemi, sztywny jak profesor być powinien, miły jak monoman, który się w cukrze własnéj, poczciwéj idei usmarzył. Z uśmiechem wdzięcznym na ustach wszedł pełen uszanowania i sympatyi dla człowieka, który mu przynajmniéj ucha nie odmawiał...
Płocki przybrał téż na przyjęcie minę surową i zamyśloną.
— Jakżem panu... dyrektorowi... prezesowi... radcy rzekł, poprawiając się profesor, aby nie uchybić, wdzięczen, że raczyłeś mi przy swych licznych i ważnych pracach chwileczkę poświęcić.
Płocki, choć nic nie pisał, wstał od stolika, rzucając suche pióro, aby się zdawało, że istotnie od zajęcia pilnego się odrywał.
— A! panie radco! zawołał, płacąc za tytuł tytułem, któżby nie rad tak szanownego jak pan męża zasługi i pracy widziéć i posłuchać.
— Panie, zawołał przejęty profesor, to tylko ludzie tacy jak wy... tacy... szlachetni ludzie, to mówią... profanus vulgus ucieka odemnie, zatyka uszy na głos wołającego na puszczy. Chodzę ode drzwi do drzwi i pukam do nich napróżno, zamknięte wszędzie drzwi i serca znajduję. A to sprawa gardłowa, nie cierpiąca zwłoki. Bracia nasi, lud woła: światła! jakby wołał chleba a my mu go nie dajemy...
Profesor gdy raz puścił się tym gościńcem, trudno go było powstrzymać. Mówił więc, nie przerywając i wiążąc jedno z drugiém, jak mógł, lękając się, aby mu nieodebrano słowa. Płocki słuchał z natężoną napozór uwagą, choć w téj chwili myślał pono zupełnie o czém inném. Ten strumień wyrazów szumiał mu, jak kaskada w darni, dobry kwadrans, nie ustając.
— Lecz ostatecznie, przerwał wreszcie Płocki, widząc, że to trwać może do jutra, ostatecznie, szanowny profesorze, coby dla téj oświaty można uczynić najłatwiéj, najpożyteczniéj, co najpilniéj.
— Panie dyrektorze, prezesie, radco, wykrzyknął Milanowicz, składając ręce drżące od uczucia, mamy zrujnowany budynek przeznaczony na szkółki wieczorne, scuole notturne, nie mamy funduszu, aby go wyreparować, wyporządzić i otworzyć. Nauczyciele znaleźliby się, uczniowie kipią, a szkoła stoi pustką. Nie mamy za co! nie mamy za co dać dachu, podłóg, ławek, okien...
— Cóż to? gdzie? jak? począł dopytywać Płocki, rachując, czy się to dobrodziejstwo rozgłosem i popularnością opłaci.
Milanowicz miał w kieszeni wszystko, nosił z sobą zawsze plany, kosztorysy, rachunki, projekty... Nigdy nie zamarzył nawet, ażeby mu się powiodło kogoś jednego wciągnąć w to przedsiębierstwo... Z gorączkową niecierpliwością począł wszystko na stół dobywać...
— A gdyby kto z panów, co macie wpływy i stosunki wziął tę sprawę w ręce, zawołał, układając papiéry, gdyby się nią całém sercem zajął, mógłby zebrać składkę, i...
Płocki już ostatnie cyfry kosztorysu badał... Suma była dosyć znaczna, ale popularności tanio nabyć nie można, chwila była stanowcza, ofiarą tą mógł sobie zjednać hrabiego Adama, księcia Nestora... ona mogła na jego stronę wagę przechylić, postawić go na szczycie, dać przewagę nad Werndorfem, który nie miał sposobności nic podobnego uczynić, albo uczynił coś po cichu, co przeszło niepostrzeżone. Trzeba było drugi stanowczy krok zrobić na szachownicy, pomyślał chwilę, obliczył się i namarszczył, pomilczał i z wielką powagą a uroczystością, oddając Milanowiczowi kosztorys, rzekł do zdumionego.
— Szanowny profesorze, cel jest tak święty, twe poświęcenie tak przemawiające, iż mu się oprzéć nie mogę. Biorę to na siebie.
Usłyszawszy te wyrazy, starzec osłupiał: stał długo, nie wierząc uszom, nagle łzy puściły mu się z oczu, podniósł ręce do góry...
— O Boże! więc są dusze szlachetne na świecie! zawołał, czyż to może być? nie myląż mnie oczy moje?
— Słowo dane jest święte, spokojnie dodał Płocki, szkołę moim kosztem wyporządzę i oddam wam ją za trzy miesiące, jak mnie żywym widzicie.
— Zbawco! dobroczyńco! człowiecze od Boga zesłany... któryż dziś dzień! wołał Milanowicz, niech sobie zapiszę... Szukałem człowieka przez lat kilkadziesiąt z latarnią Dyjogenesa: dopiéro w tobie panie go znajduję.
Rozpłakał się staruszek na dobre. Płockiemu tak pilno było, ażeby poszedł pochwały jego głosić po mieście, iż rad był skrócić już rozmowę. Osłonił się skromnością niezmierną, pokorą niewysłowioną...
— Ale to mała rzecz, rzekł cicho, komu pan Bóg jak mnie poszczęścił, powinien się z długu wypłacać ubogim. Bardzo mi będzie miło tą drobnostką stać się użytecznym.
— Drobnostką! podchwycił profesor, ale któż tu do dziesiątéj części takiéj ofiary był zdolnym? Nikt. Jam lata czekał, aby od kogo dostać rubla, którym się milijonowi ludzie pozbywali natrętnego żebraka...
W czułych uściskach rozstali się. Profesor Milanowicz złożył plan i kosztorys na stole, a sam, jak na skrzydłach niesiony, rozpromieniony, szczęśliwy, biegł już prawie bezprzytomny. Płocki go wstrzymał w progu...
— Kochany profesorze, odezwał się poufnie, zbliżając mu się do ucha. To nie dosyć, co się tu zrobiło, trzeba się starać, aby uczynek ten drobny wydał jak największe owoce... Niedosyć tego, co ja uczyniłem, trzeba, ażeby to dla drugich było bodźcem i przykładem. Znasz, kochany profesorze, naturą ludzką.
Milanowicz wsłuchiwał się z ustami otwartemi.
— O mnie tu nie idzie wcale, kończył, skromnie się uśmiéchając Płocki, idzie o rzecz o sprawę oświaty... Trzeba do niéj obudzić i zachęcić drugich... Ludzie są zazdrosni... współzawodnictwo ich nęci. W interesie więc waszym, choć to mi będzie przykrém może, radzę nadajcie temu rozgłos jak największy.
— Ale naturalnie! zawołał Milanowicz, to się rozumié.
Macie przyjaciół wśród dziennikarzy, kończył Płocki, niech trąbią... niech rozgłoszą, niech podnoszą dla tego tylko, aby drugich do naśladownictwa pobudzili. Rozumié mnie pan?
— A! tak! tak! zawołał, chwytając go za rękę, myśl przedziwna! Pójdę za radą jego... pójdę...
Płocki pożegnał go prędko... Wrócił do kancelaryi uśmiéchnięty... i począł niezwłocznie rozpatrywać się w cyfrach swéj ofiary...
Na myśl mu przyszło zaraz, że z drugiéj strony, mając własnych ludzi i materyjał, za pół ceny kosztorys wykona. Zatarł ręce.
— No teraz, szepnął, uśmiéchając się do siebie, teraz tym panom walka ze mną będzie trudna... Los szczęśliwy podsunął mi dziś tego człowieka...!!
Znałem pewnego starego szlachcica, który, gdy się kto przed nim przechwalał co i jak ma w przyszłości dokonać, jak on to tryumfalnie wyjdzie z najtrudniejszego położenia, szczególniéj, gdy młodzież przed nim rozpowiadała o domniemanéj swéj przyszłości, miał zwyczaj, ruszając ramionami, powtarzać gadkę jednę, któréj towarzyszył uśmiech niedowierzania.
— Kochanie moje, człowiek jest jak garnek nowy, nigdy o nim zawczasu mówić nie trzeba, że nie pęknie, dopóki go do ognia gospodyni nie przystawi...
Stało się po części z Orestem Piętką, jak z owym garnkiem szlachcica. Chłodny ów człowiek obiecywał sobie zawsze, że nigdy się już kochać nie będzie, od czasu jak w ciotecznéj siostrze zakochany skoczył był do wody płytkiéj, aby się utopić i wypadł z niéj uleczony z namiętności (jak mu się zdało) na resztę życia.
Znając już dobrze niebezpieczeństwo, cierpienia miłosne i niedorzeczności, jakich się człowiek opanowany szałem dopuszcza, dał sobie słowo więcéj nie narażać się na nie. Zdawało mu się nawet niepodobieństwem, aby przeszedłszy wiele największych zapałów, miał dojrzalszy już dać się pochwycić uczuciu, z którego się nader dowcipnie wyśmiéwał.
Tymczasem przyszła kréska na Matyska, a stało się to tak niespodzianie, iż ani się spostrzegł, gdy się zaplątał.
Przypomną sobie czytelnicy, jak wielce zręczny Płocki łudził Piętkę, usiłując go sobie pozyskać nadzieją wyswatania mu dalekiéj kuzynki, jak późniéj na koncercie w Szwajcarskiéj dolinie z daleka ujrzał owę smutną jéj twarzyczkę pan Orest. Nie uczyniła ona na nim z razu wielkiego wrażenia. Była raczéj świéżą i młodą a zachwycającą, niż prawdziwie piękną, lecz wyraz jéj twarzy smętny i zamyślony wielki jéj urok nadawał. Spójrzenie jéj ukradkowe, lękliwe, pełne było tajemnic i tłumionego uczucia. Orestowi twarz ta skromna i postawa dosyć się podobały, inaczéj wcale wyobrażał sobie kuzynkę bogatego spekulanta. Z koncertu już wyniósł uparte wspomnienie jéj twarzyczki.
Nie szukał jéj potém wcale, lecz los, który się urąga ludzkim rachubom, kilka razy go w różnych wypadkach zbliżył do żony Płockiego i towarzyszącéj jéj panny Eulalii.
Orest miał postawę męzką, energiczną, charakteru pełną i mógł się podobać, kobiéta łatwo w nim odgadła mężczyznę, na którego opiekę, ramię i serce rachować było można. Parę razy spotkały się dziwnie ich oczy, wejrzenie panny było nieśmiałe, wcale nie wyzywające, ale miało wdzięk wzroku uciśnionych i nieszczęśliwych, zdawało się błagać pomocy. Mówiło więcéj, niż chciało. Za to usta jéj prawie były zamknięte a cała postać kryła się, szukając cienia. Zaintrygowała Piętkę, który ją sobie już wyobrażał ofiarą rachub Płockiego, zapłatą jakiéjś intrygi lub przymierza. Był jéj opiekunem, a nie ulegało wątpliwości, iż zarówno despotyzmem jak zręczną intrygą potrafi uczynić, co zechce. Dotąd jednakże pupilla na to mu tylko była przydatną, by twarzyczką wdzięczną zarówno z żoną przywabiała młodzież do domu i nęciła takich, jak książę Nestor, płci pięknéj wielbicieli.
Piętka gorzéj to daleko wyobrażał sobie i szczére począł miéć współczucie dla owéj nieszczęśliwéj ofiary. Niéma nic niebezpieczniejszego nad takie współczucie młodego człowieka dla panienki, która je łatwo instynktem odgaduje, a jeśli chce je zużytkować, nie potrzebuje czarów Cyrcy, aby uczucie jedno na drugie zamienić. P. Eulalija była dosyć osamotnioną, trochę strwożona przeczuciami przyszłości, szukała w kimś opieki, potrzebowała serca — była sierotą. Wejrzenie jéj, mimowolne może, powiedziało o tém wkrótce panu Orestowi, który po krótkiéj rozmowie z Płockim w teatrze, wrócił do domu zły, kwaśny, gniewny na siebie a razem dziwnie przejęty i szczęśliwy, sam nie wiedział, z czego. Zdawało mu się, że dopiéro od godziny życie jego jakiś cel miało i żywiéj go obchodzić zaczęło. Czuł się przerażająco zmienionym w sobie.
Jako badacz, który gotów był siły krytycznéj choćby sam na sobie probować, Piętka wyegzaminował stan swéj duszy tak, jakby opatrywał ranę sobie zadaną. Przekonał się, że to było powierzchowne zadraśnięcie i uspokojony spać poszedł. Tego jednak zrozumiéć nie mógł, dla czego mu się obraz téj panny, nad którą tyle piękniejszych widywał, snuł ciągle przed oczyma, jak Sfinks z uśmiechem zagadki na ustach, z jakąś tęsknotą w wejrzeniu, która go niepojętym czarem ciągnęła ku sobie.
Nazajutrz przy pracy zdało mu się, że zapomniał o wszystkiém, że upojenie od tego wzroku minęło. Wstał wesół i poszedł do biura, a zwracając na siebie uwagę, dostrzegł tylko, że był rozbudzonym niezwyczajnie. Myśli łatwiéj i bujniéj przesunęły mu się po głowie, ochotę miał większą do życia, świat mu się zdawał weselszy i piękniejszy. Wyszedł z apatyi, która go często trapiła. Byłby może zapomniał chwilowego wzruszenia, gdyby znowu tegoż dnia nie spotkał się z Płockiemi, jak na złość w Saskim ogrodzie. Płocki sam idący z paniami, pochwycił go i przytrzymał. Szło mu nieco o to, aby ich razem w dobréj komitywie widziano. Zawiązała się i przeciągnęła rozmowa. Ledwie parę słów przemówił Orest do tych pań dosyć milczących, ale oczy mówiły, a ta mowa ich, jak wiadomo, nieskończenie jest dobitniejszą od zwyczajnéj i wyraża więcéj daleko i rozumié się łacniéj, niż słowa. Wzrok smętny panny Eulalii coraz częściéj spotykał się bardzo nieznacznie z oczyma Oresta, jakby go wyzywał o wybawienie z niewoli. Tak go jakoś Piętka rozumiał.
Gdy w końcu odprowadził te panie do powozu i pożegnał Płockiego, ostatnie wejrzenie rzucone nań przy rozstaniu tak było znaczące, iż Piętka długi czas po niém, przyjść do siebie nie mógł.
Przeciwko zwyczajowi swemu pobiegł sam jeden przejść się jeszcze po alei ogrodu, nie wiedząc dobrze z jaką myślą. Czuł się tylko niespokojnym, a wyjście z równowagi, którą tak troskliwie w życiu swém zawsze zachowywać się starał, mocno go mieszało. Nie był już panem siebie, gniewało go to.
Skutkiem téj przechadzki było najmocniejsze postanowienie unikania dalszych spotkań i usiłowania, aby te mrzonki dziecinne rozproszyć.
Jako doskonały psychijatra, Piętka znał lekarstwa na taki stan serca i duszy. Nazajutrz znalazł konieczną potrzebę wyjechania z Warszawy dla obejrzenia jakichś robót, wziął na siebie część pracy ciężką, nudną, nużącą i utopił się w niéj na kilka tygodni. Skutkiem tak silnéj dozy tego rodzaju narkotyku, znalazł się niby lepiéj, ale w istocie rozdrażnionym, złym, niecierpliwym nad wyraz wszelki.
Lekarstwo było źle zastosowane.
Po dwóch tygodniach wrócił do Warszawy. Tu w kółku znajomych jego, w domu, do którego rad uczęszczał, pana budowniczego Misoczyńskiego, przyjaciela z dawnych lat, znajdowała się siostra saméj pani, jawnie i gwałtownie pragnąca się wydać za Piętkę. Panna była bardzo piękna, niezmiernie śmiała, utalentowana, miła, rozumna, a chociaż Orest wcale o ożenku nie myślał, lubił jéj towarzystwo. Sądził więc, że klin klinem, pamięć jednéj towarzyszki, wrażeniem drugiéj rozpędzi. Panna Katarzyna (nosiła to imię niefortunne panna), przyjęła go, podając mu śmiało piękną, choć trochę dużą rączkę i wręcz objawiając gniéw, że się niepokazywał tak długo.
— Cóż się z panem działo? Zatęskniłam za nim, trwożyłam się nawet.
— Nie byłem w mieście.
— Tak! i wyjechałeś pan bez pożegnania i pozwolenia mojego.
Piętka się uśmiechnął. Nie było czasu ani na jedno, ani na drugie. Służba...
Ale pan téż jesteś na służbie i u mnie, roześmiała się piękna Kasia, jesteśmy przecię przyjaciółmi wielkimi. Mogłeś pan choć napisać!
— Jakto pisać! rzekł Piętka. Kawaler do panny!!
— Przesądy! odezwała się Kasia, dla czegoż nie? Przecież z listu tego procesu bym panu nie zrobiła, bo nie jestem amerykanką.
Na podobnych żartach wieczór upłynął. Kasia grała, śpiéwała, dowcipkowała, rozbawiała, jak mogła, smętnego przyjaciela.
Szczególne jakieś pokrewieństwo idei!!
Widok téj panny zamiast piérwszą skazać na zapomnienie, żywiéj jeszcze ją przypomniał. Czuł się winnym jakiegoś przeniewierstwa względem tamtéj.
Nazajutrz Płocki (są fata szczególne), nie mogąc jakiegoś rachunku splątanego sam sprawdzić, przybiegł go prosić, obiecując osobne wynagrodzenie za pomoc w kontroli, z któréj wybrnąć nie umiał, a posłużyć się swojemi urzędnikami nie chciał. Piętka wymawiał się nawałem pracy, nie było sposobu. Płocki podnosił coraz powiększane wynagrodzenie tak, iż w końcu Piętka, niezbyt bogaty, by zarobek uczciwy mógł odrzucać, zgodził się na robotę żądaną.
P. Julijusz, któremu istotnie było pilno, bo rachunki czekały na jego potwierdzenie, a czuł w nich fałsze jakieś, wziął z sobą do powozu dawnego towarzysza, zawiózł do kancelaryi i posadził do roboty.
Piętka zatopił się cały zaraz w obrachunku kubicznych stóp i linij krzywych. Nadeszła pora obiadowa, Płocki go ciągnął z sobą, Piętka oparł mu się, żądając obiadu w kancelaryi, nastąpił żywy spór. Gospodarz zwyciężył, poszli razem.
Do stołu pani Julijuszowa z Eulaliją już były siadły, posadzono Piętkę przy ostatniéj. Nie mówili do siebie nic, ale panna się mocno zarumieniła, a Piętka musiał zagadywać czémś obojętném, tak się czuł pomieszanym. Oczy ich spotykały się mimowolnie, wejrzenie panny było smutniejsze, bardziéj niż kiedy strwożone. Przy obiedzie niepodobna uniknąć choć obojętnéj rozmowy. Panna Eulalija zawiązała ją pod jakimś pozorem nieznacznym cicho tak, iż Płocki zajęty dwoma innymi panami, zaproszonymi téż do stołu, nic z niéj pochwycić nie mógł i nie starał się nawet.
Wymieniano wcale nie znaczące słowa a działo się z niemi coś dziwnego, miały dla obojga znaczenie, którego im nikt nie nadawał.
Panna Eulalija, jak się okazało, miała prześliczną rączkę, wielbiciel piękna, pan Orest szalał za rękami kobiécemi, bez których, jak mówił, żadna Venus nawet prawdziwie piękną być nie mogła. Ogród, kwiaty, teatr, artyści, miasto, stanowiły wątek, na którym krzyżowały się słowa z towarzyszeniem wejrzeń, wypowiadające całą historyją... całe serca dzieje.
Orest, nie mówiąc nic prawie, wyspowiadał się jéj z chłodu i sceptycyzmu swojego, panna mu powiedziała, mówiąc o kwiatach, że była siérotą, że tęskno jéj było na świecie, że jak powój szukała dębu, któryby był dla niéj podporą. Któż wié? oczy może nawet czyniły wymówki, iż Orest nie był tak długo i przyznały się, że go mile widziały.
Czy para kieliszków szampana w końcu obiadu, bez których nigdy się dla formy nie obywał deser Płockiego, czy ta rozmowa upoiła nieszczęśliwego Piętkę, dość, że wstał znowu rozmarzony.
Wypadło mu pannę odprowadzać do salonu, rączka jéj wsparta na jego ramieniu drżała, ciążąc na nim jakby umyślnie.
W końcu przy pożegnaniu, podając mu dłoń, panna Eulalija spojrzała śmiało w oczy. Leciuchny uścisk palców i to wejrzenie długie, głębokie, błagalne jakieś, dobiły nieszczęśliwego Piętkę. Coś się z nim takiego stało, że wyszedł z salonu związany, jakby już dał słowo nie opuścić jéj do śmierci.
Z jakiemi uczuciami w chwilę potém powrócił do kancelaryi, z tego sam nawet, nawykły do analizy drugich i siebie, nie umiał zdać sprawy. Wiedział tylko, że był nie rad z siebie i że na to nic poradzić nie umiał.
Płocki przez czas jakiś jeszcze został dla swoich gości w salonie. Jednemu z nich szczególniéj czynił honory w czasie obiadu i zdawał się nim najmocniéj zajmować. Był to mężczyzna otyły, łysy, głupkowato wyglądający, mający ręce tłuste i grube, jakby obrzękłe, ruchy i mowę zdradzające zupełny brak wychowania, odziany niesmacznie, obracający się niezgrabnie i nieobyty w towarzystwie.
Zwano go panem Dekierem. Był to na teraz już obywatel ziemski, nieco dawniéj szczęśliwy piwowar, który z parobka, jak mówiono, dorobił się milijonowéj fortuny. Łatwo było odgadnąć, że Płocki na coś go potrzebować musiał, bo go sobie bardzo zaskarbiał i był dlań z poufałą grzecznością.
Dekier, przejęty szczęściem znajdowania się w tak dostojném towarzystwie, pocił się, niewiedząc, jak siedziéć i co mówić, aby nie popełnić grubijaństwa.
Piętka jeszcze palił cygaro, do rachunków dojść nie mogąc, tak miał głowę odurzoną, gdy Płocki wpadł szumnie do kancelaryi, załamał ręce i zawołał ze śmiéchem.
— A! cóż za osieł! co za gbur! co za bałwan!
— Kto? co? podchwycił Piętka.
— A to nieoszacowane dziecię natury, Dekier.
— Dla czegoż takeś go pieścił.
— Mam nań pewne widoki, odezwał się Płocki tajemniczo. Niestety! nie wiém, czy kiedykolwiek się obetrze... Znać w nim do dziś dnia parobka...
— A cóż ci to szkodzi?
— Nie na rękę mi, chciałbym z niego zrobić człowieka... rzekł Płocki, siadając. Przed tobą nie będę robił tajemnic. Jako dobry, troskliwy opiekun szczęście mojéj pupilli mając na względzie... rzuciłem okiem na Dekiera dla Eulalii. Lepszego i bogatszego męża dla niéj znaléźć nie potrafię.
Piętka aż się porwał...
— Żartujesz? spytał, przyznam ci się, że wybór byłby bardzo oryginalny! Ale śmiałżebyś młodą, dobrze wychowaną, miłą kuzynkę twą, wydać za kogoś, którego sam gburem nieokrzesanym nazywasz!
— Nie zapalaj się, spokojnie odparł Płocki. Dla kobiéty rozumnéj i pięknéj niéma lepszéj szczęścia rękojmi, jak gdy wyjdzie za bałwana zakochanego w niéj, w dodatku bogatego i dobrego charakteru...
— Lecz szczęście domowe? spytał Piętka. Płocki się roześmiał...
— Ono od niéj całkiem zależy, rzekł, dają jéj wszystkie jego warunki... Z człowieka tego zrobi, co zechce...
Piętka dla tego może, by się nie zdradził z tém, co czuł, zamilkł i cały się w rachunkach zatopił. Niezważając na to Płocki, gwarzył, paląc cygaro.
— Z Eulaliją sam nie mówiłem jeszcze, kazałem żonie sondować ją i przekonywać powoli: myślę, że mi się sprzeciwić nie zechce. Dekierowi się podobała... a im się więcéj dla niéj zapali tém lepiéj... Człowiek jest prosty, ledwie podpisać się umié, ale ma wrodzony instynkt do robienia grosza... i skąpy jest idealnie... Z maleńkiego browarku, na współkę prowadzonego, doszedł do ogromnego zakładu, dorobił się olbrzymiéj fortuny, nabył majątek... Szlachta już na niego z córkami polować zaczynała, gdy ja go dla Eulalki złapałem, osmarowałem w jego oczach tak wszystkich sąsiadów, że od nich będzie jak od ognia uciekał. W saméj istocie to są wszystko bankruci, kto u nas na wsi nie bankrut? Dekierowi wszystko to niezmiernie imponowało, bo szlachcic, który jutro pójdzie na subhastę, dziś jeszcze cztérema końmi w wiedeńskim koczu paraduje, jeśli nie karetą, a udaje tak wielkiego pana, iż poczciwy parobek przypuścićby nie śmiał, że to trup. Dopierom mu oczy odsłonił, to są wszystko ruiny, z tego za lat kilka zostanie tylko gruz.
— Przyznam ci się, wtrącił Piętka, że jeśli nowe obywatelstwo szczepić się ma na Dekierach, nie wiele więcéj będzie warte...
— Pod względem inteligencyi zapewne, odezwał się Płocki, lecz pod względem ekonomicznym wolę bałwana Dekiera, który pracuje i krajowi kapitał stwarza z rozproszonych marnie drobiazgów, niż ową inteligencyją, co rozprawia jak najśliczniéj o ekonomii, o pracy, o postępie, o życiu bez jutra, bez sensu i rachuby.
Trafności temu rozumowaniu nie mógł Piętka zaprzeczyć; trapiło go to, radby się był kłócił z Płockim o cokolwiekbądź, taki był na niego zły za pannę Eulaliją. Smutek jéj wejrzenia wydawał mu się poczuciem przyszłego losu.
Gospodarz spoglądał z ukosa na rachującego, ale mu się usta nie zamykały... Miewał czasem takie godziny, w których się potrzebował wygadać i wywnętrzyć. Z Piętką, którego dyskrecyi był pewnym, dogodniéj mu było, niż z innymi... Z nikim tak szczérym być niemógł, kłamać nie potrzebował, bo wiedział, że toby się na nic nie zdało.
— Wiesz, odezwał się po chwili, jedna rzecz mi się paradnie udała... musiałeś coś już o tém od stugębnéj słyszéć famy. Fundują budynek na szkółki wieczorne...
— W istocie, mówią już o tém wiele w mieście, ale skądże do tego przyszło?
— Cieszy mnie, że już mówią, rzekł Płocki. Skorzystałem z monomanii tego poczciwego profesora Milanowicza. Kupiłem w nim sobie apologistę niezmordowanego. Biega, słyszę po mieście, po redakcyjach, głosząc moje pochwały, podnosząc może nad innych, porównywając moję ofiarę z innemi... Szkółka ta opłaci mi się stokrotnie, to mój warunkowy piedestał...
— Winszuję! odparł Piętka, dobry to uczynek, choć pobudki niekoniecznie były bezinteresowne...
Homo novus! śmiał się, zarzucając nogę na nogę Płocki, muszę się wysługiwać... Zaraz nazajutrz, gdy to gruchnęło po mieście, hrabia Adam spotkał mnie na ulicy, wystaw sobie, coram populo mnie wyściskał i ucałował... A wiesz ty, co to znaczy? to patent na popularność! sto osób na to patrzało... Śmiał się Płocki i ręce zaciérał.
— Kochany Piętko, dodał, Werndorfowi dałem porządnego szacha!! Bądź pewny, że ja go tu zwolna i z opinii i od interesów i zewsząd potrafię wycisnąć... Zobaczysz!...
— Cóż chcesz! to walka o byt! To słoń, to rynoceros, a ja jestem dopiéro wyrastającym...
— Krokodylkiem... dorzucił złośliwie Piętka.
— Chociażby i krokodylem... rzekł wesoło Płocki. Skoro tylko mam pancerz dobry na grzbiecie, a w paszczy zęby ostre, jak mnie nazwiecie, zupełnie mi jedno. Wolę nim być niż bezbronnym mięsa kawałkiem, który mu za pokarm służy.
Piętka, nic nie odpowiadając, topił się w rachunkach, ten go niecierpliwie odrywał.
— Przeszkadzasz mi, przerwał w końcu zniecierpliwiony, czas mi drogi, mam roboty obowiązkowe...
— Dosiedzisz sobie nocą!! rozśmiał się Płocki... Zresztą gdyby się Werndorf pogniewał, i gdybyście się z nim popsztykali, tém lepiéj, przeszedłbyś do mnie, czego sobie z serca życzę...
Piętka nie odpowiedział nic. Para godzin spłynęła tak na utrapionéj robocie, w któréj mimo wielkiéj wprawy Piętka ładu dojść nie mógł. Dano znać, że herbata była podana.
— Ja nie pójdę na herbatę, odezwał się Piętka.
— Musisz, bo ja cię gwałtem zaciągnę.. potrzebuję cię nieodzownie, zawołał Płocki. Żony mojéj niéma w domu, żadnéj ceremonii. Eulalka gospodaruje, bo na teatr jechać nie chciała. Dadzą nam prędko herbatę, wypalimy po cygarze i powrócisz... Ja pojadę potém do resursy, bo tam się z kilku osobami spotkać potrzebuję, którym jeszcze teoryj moich o oświacie ludu nie wykładałem. Zaczepią mnie naturalnie o szkółkę, popiszę się świetnie, bom się dobrze przygotował!
I śmiał się gospodarz... Piętka, sam niewiedząc jak, dał się poprowadzić. W saloniku zastali pannę Eulaliją samą i Wytrychiewicza, który jéj niezgrabnie posługiwał. Któż wié, i temu biedakowi zdawało się może, iż będąc bardzo potrzebnym pryncypałowi, potrafi się dosłużyć téj Racheli.
Gdy weszli, panna Eulalija szybkiém wejrzeniem i półuśmiéchem przywitała Piętkę, jakby starego, dobrego znajomego.
Płocki zasiadł... Zaledwie podano filiżanki, służący oznajmił jakiegoś gościa, którego imię tajemniczo podał do ucha gospodarza. Ten zerwał się natychmiast.
— Piętko kochany, odezwał się żywo, przepraszam cię stokrotnie, ale interesy przedewszystkiém. Mój kochany N... powrócił do stolicy... muszę się z nim na cztéry oczy rozmówić. Panna Eulalija przyszle nam dwie filiżanki do mojego gabinetu... powrócę za pół godziny...
To mówiąc, wymknął się, skinąwszy na Wytrychiewicza, zostawił Piętkę z kuzynką sam na sam...
Żadne z nich ani się mogło spodziéwać podobnego składu okoliczności. Panna była zrazu pomieszana, Orest osłupiały... Spojrzeli na siebie. Mężczyźnie naturalnie przypadała rola rozpoczęcia i utrzymywania rozmowy.
— Szczególny traf, rzekł, zmusza mnie być pani tak nieznośnym ciężarem. Płocki kazał mi przyjść na herbatę... gdybym był przewidział...
— Gdybyś pan przewidział, że się sam na sam będziesz musiał zostać z nudną kuzynką, prawda? nie przyszedłbyś pan? uśmiéchając się, odezwała się Eulalija...
— Przepraszam panią, ja właśnie sobą jéj zawadzać się obawiam...
— Pan nie możesz mi być natrętnym i owszem..
— To grzeczność pani.
— Nie, to szczéra prawda...
Spojrzała nań łagodnie, zamilkł.
— Niechciała pani być w teatrze?
— Nie byłam usposobioną, a jeśli mam prawdę powiedziéć, wolałam, ustępując mojego miejsca, uczynić tém przyjemność hrabiance Cecylii, którą to daleko więcéj bawi, niż mnie. Ja lubię spokój i ciszę...
— Cóż? więc i wieś? spytał Piętka.
— Sądzę, że onaby mi w istocie najlepiéj może przypadła do smaku, ale wychowałam się w mieście. Czasem tylko tęskniłam do wioski.
— Ja także więcéj jestem mieszczaninem, rzekł Piętka, albo raczéj włóczęgą, który nigdy nie wié, gdzie go jutro losy zapędzą.
— Z kimże jest inaczéj! szepnęła Eulalija.
Przerywany rozmowy wątek z trudnością się na nowo zawiązywał, ale wejrzenia były czynne. Mówili sobie oczyma, co chcieli, nikt ich nie szpiegował. Powoli zawiązywał się stosunek coraz poufalszy... Orest zrazu tak lękający się uledz czarom kobiécym, zapomniał wkrótce obawy i cały się poddał urokowi niewieściemu. Zawojowała go swą prostotą, otwartością i smutkiem.
Czas upływał niezmiernie szybko, ani się spostrzegł Piętka, gdy mu trzecią filiżankę herbaty podstawiono...
Panna Eulalija potrosze, ostróżnie wygadywała się ze smutkiem i piérwszemi swéj duszy tęsknotami.
To osamotnienie zapewne nie długo pani ciążyć będzie, odezwał się Piętka, towarzyszów dalszéj podróży znajdziesz pani bardzo łatwo.
Uśmiéchnęła się smutnie.
— Chyba takich, nad którychbym już samotność przeniosła, rzekła cicho. Losy kobiét są czasem dziwne, rzadko wypadną po ich myśli, a poddać się im to nasze przeznaczenie. Nie mamy własnéj woli.
— Dziś się o nią dla pań upominają, odezwał się Piętka. Poruszono to w teoryi, panie możecie ją poruszyć w praktyce.
— Tyle jest przesady w tych piérwszych wybuchach wojny naszéj o niepodległość, iż kobiéta mniéj śmiała lęka się w niéj brać udziału, odpowiedziała Eulalija, a przynajmniéj potrzebowałaby ku temu bardzo silnych pobudek.
— Takiemi być mogą uczucia...
P. Eulalija zdawała się namyślać.
— Uczono nas całe życie nieulegać uczuciom i w stałość ich nie wierzyć.
Tym wyrazom towarzyszyło wejrzenie, które Piętkę niezmiernie zmieszało.
— Sądzę, odezwał się, że tylko kłamanym wierzyć i ufać się nie godzi, prawdziwe są nam do życia potrzebne, i jeżeli coś ludzkiego trwałém być może, przynoszą z sobą trwałości rękojmię.
Wplątali się oboje w tę rozprawę o uczuciach, która ich zaprowadziła tak daleko, że panna Eulalija sama uznała właściwém rozmowę zwrócić inaczéj... Spytała go nie śmiało...
— Dla czego pan u nas bywasz tak rzadko? Kuzyn mój ma o to żal do niego, odzywa się o nim zawsze z szacunkiem i sympatyją. Jesteście panowie starymi towarzyszami broni.
— Dziękuję pani za te miłe słowa, odpowiedział Piętka, ale ja jestem człowiekiem pracy. Mam obowiązki, w których dopełnieniu rodzaj dumy zakładam. Życie nauczyło mnie unikać nawet bardzo miłych rzeczy, aby się do nich nie przyzwyczajać. Nałóg staje się często nieszczęściem.
— Jakim sposobem? wtrąciła panna, stawiając mu już czwartą herbaty filiżankę.
— Rzecz bardzo prosta, gdy się jest pozbawionym towarzystwa, które się stało potrzebą...
— A dla czegoż się go pozbawiać?...
Piętka westchnął, ale posłyszawszy sam własne westchnienie, rzecz nadzwyczajna, przeraził się, zamilkł, spuścił oczy i rzeczywiście mimowoli tym ruchem więcéj powiedział, niżby był mógł słowy...
— Myśmy tu wszyscy, wszyscy panu przyjaźni, szepnęła panna Eulalija żywo, nawet ja, która najmniéj mam prawa narzucać mu życzliwość moję...
Piętka zerwał się, pochwycił ją za rękę i gorący pocałunek był całą jego odpowiedzią. Nie powiedzieli już ani słowa do siebie, ale pomieszanie ich, milczenie, uczyniło tę rozmowę czémś stanowczém, jakby zawarcie wiecznego sojuszu. Rozumieli się już tak dobrze, iż słów nie było potrzeba.
Piętka usiadł drżący, a Eulalija rzuciła się na swe krzesło, gdy drzwi otworzyły się szybko i Płocki wpadł z twarzą rozognioną. Nie patrzał i nie widział nic. Przystąpił do Piętki.
— Chodź, rzekł po cichu, mamy do pomówienia z sobą.
Ukłonem zdala pożegnawszy tylko pannę, która za nim smutny wzrok posłała, Orest wyszedł za gospodarzem, pędzącym przodem do kancelaryi.
Stanąwszy tu Płocki, zwrócił się nagle do Piętki. Na twarzy jego malował się gniew napróżno hamowany.
Wiesz, co się stało?... zawołał. Ja tu wkrótce nie będę miał co robić, Werndorf mnie uprzedził we wszystkiém. Wszystko to, co ja zamierzałem robić, on albo już ma w kieszeni, lub wyrobi sobie lada chwila.
Ja jutro jechać muszę...
Począł się przechadzać niespokojnie po pokoju.
— Poruszę wszystkie sprężyny, ale niedopuszczę tego... przeszkodzę... Mam wiadomości najpewniejsze, plany jego już poszły do zatwierdzenia, uprzedził mnie, nic nie mówiąc, więc bronić się muszę i będę.
Kończ rachunki, na miłość bożą. Ja załatwię się jutro do dziesiątéj, o jedenastéj pociąg odchodzi... Jadę...
Proszę cię tylko o tajemnicę, nikt nie ma wiedziéć dokąd. Ma on swoje drogi, znajdę ja dla siebie także. Bronić się muszę!
— Kochany Julijuszu, odezwał się spokojnie Piętka, byłoby rzeczą najprostszą, mając jedne myśli i plany iść razem...
— Razem! z nim! roześmiał się Płocki złośliwie... ja z nim! Ja tylko sam iść mogę, a kto mi na drodze stanie... z tym, choćby był stokroć Werndorfem, rozprawić się muszę... On już niéma téj energii, jaką ja zachowałem w sobie całą. Zobaczymy...
To mówiąc, jakby sobie dopiéro przypomniał, że mówił do przyjaciela Werndorfa, zaciął usta.
— Proszę cię o dyskrecyją, to wszystko zostać musi między nami...
Piętka, milcząc, siadł do roboty...
Walka pomiędzy tymi dwoma ludźmi, z których jeden szedł otwartą drogą, z czołem podniesioném, nie kryjąc się ani ze swym celem, ani ze środkami, jakich do ich dopięcia używał, gdy drugi, nieobjawiając nawet wojny, pokątnie usiłował mu szkodzić i podkopać go, nabiérała niezmiernego interesu w oczach Piętki, który może jeden był jéj najlepiéj świadomym. Dla innych było to tajemnicą, nie domyślano się nawet współzawodnictwa tam, gdzie powinna być wdzięczność, Płocki zresztą uczucia swe i roboty ukrywał jak najstaranniéj.
Zdradzał się nałogowo przed jednym Piętką, dla innych był zamknięty... lub kłamał szacunek i obojętność.
Z niezmierną zręcznością starał się poróżnić i zobojętnić wzajemnie wszystkich, których siły zbiorowe mogłyby były przeciwko niemu wystąpić. Hrabiego Adama przedstawił Werndorfowi jako ekscentryka i dziwaka..., Werndorfa odmalował przed hrabią czémś zagadkowo niepewném, niejasném tak, że obaj ci ludzie, którzy czuli dla siebie szacunek i sympatyją zawahali się do pewnego stopnia, czy iść razem i usiłowali sprawdzić rzucone wątpliwości.
Natomiast lekkomyślnego księcia Nestora, rozporządzającego i znacznemi kapitałami i wpływem w kraju nie małym, Płocki ujął sobie zupełnie pochlebstwem, wciągnął go do domu, gdzie mu dwie piękne twarzyczki musiały się uśmiéchać...
Miłe towarzystwo i milsze jeszcze wonie kadzideł, jakich mu nie szczędził pan Julijusz, przywiązały go do niego. Zrozumiawszy, że między nim a hrabią Adamem musi powstać współzawodnictwo popularności; przynajmniéj ze strony zazdrosnego księcia Nestora, Płocki z niemniejszą zręcznością umiał nieznacznie wykazywać zawsze księciu, jak dalece stał wyżéj nad hr. Adamem i jak stanąć może wysoko, jeśli z nim tylko iść będzie razem... Nie wahał się téż pocichu malować mu Werndorfa, nie śmiejąc nic mu innego zarzucać, jako człowieka przeżytego, znużonego, bez energii, którego karyjera była skończoną.
Przez księcia Nestora, który sądząc się samoistnym, ulegał wpływowi intryganta, Płocki zyskał powoli w różnych towarzystwa sferach, pożądaną wziętość. Sławiono go już jako wielką nadzieję przyszłości.
Poszło w modę powtarzać za księciem Nestorem, iż Werndorf zmienił się wielce, że zeszedł z pola, że jeden Płocki był wschodzącą gwiazdą, która miała przyświécać krajowi.
Ile to kosztowało zabiegów, drobnych a maluczkich intryżek, puszczonych plotek, naprędce ulepionych kłamstw, zmyślonych powiastek, tego wyliczyć niepodobna.
Cieszył się wszakże Płocki już owocem tych zabiegów, gdy jak piorun spadła nań wiadomość o planach Werndorfa i blizkiém ich urzeczywistnieniu. Szczęściem dowiadywał się o tém jeszcze w porę, by im przeszkodzić...
Zapowiedziany na dzień następny wyjazd Płockiego, musiał jednak być odłożonym... Papiéry nie były gotowe, telegram wysłany nie przyniósł odpowiedzi. Nazajutrz o jedenastéj, gdy Płocki z pośpiechem kończył przygotowania, z których taką czynił tajemnicę, że przed żoną nawet nie przyznał się dokąd jedzie, zjawił się Werndorf, nie domyślając się niczego, z twarzą pogodną i spokojném sumieniem, z uśmiéchem i swobodą.
— No, odezwał się po przywitaniu, wezwałem cię, żebyśmy szli razem, ja, ty i hrabia Adam. Hrabia mi się czegoś waha... nierozumiem go, ty odmawiasz wręcz... księcia Nestora obawiam się, bo go lekkomyślnym sądzę... zmuszony więc jestem iść sam, ale pójdę. Namawiać cię nie mam zamiaru..., swoboda zupełna... Planów moich nie wyrzekam się, wspólników, gdy będzie potrzeba, znajdę, jeśli ich nie będę miał, sam sobie radę dam. Przed wyjazdem, gdyż dziś lub jutro wyruszyć muszę, chciałem was pożegnać...
Płocki stał milczący i zafrasowany.
— Cóż pan myślisz? spytał Werndorf, wpatrując się w skłopotanego Julijusza.
— Ja, prawdziwie nie wiem jeszcze, co pocznę, odezwał się Płocki, jeśli mi zostanie coś do robienia, a pan wszystkiego nie zagarniesz... coś zapewne przedsięwziąć muszę...
— O! stanie roboty nie dla dwóch, ale dla dziesięciu, rzekł Werndorf, pole szérokie dla tak przedsiębierczego jak pan człowieka, a jeślibyś, rozmyśliwszy się kiedy, chciał wspólnie ze mną pracować, z przyjemnością zawsze tak szacownego pomocnika przyjmę.
Skłonił się Płocki, bełkocząc coś niewyraźnie. Rozmowa przeszła do rzeczy ogólnych, trwała chwilę jeszcze. Werndorf po kilkakroć narzucał się z pomocą przyjacielską, za którą Julijusz podziękował. Wydał się z tém, że i on zapewne w tych dniach dla interesów wyjechać będzie musiał....
— Któż wié, uśmiéchnął się Werndorf, gotowiśmy się jeszcze może niespodzianie spotkać u Demutha...
— Za nic ręczyć nie można, cicho odparł Płocki...
— Bardzoby mnie to ucieszyło, dokończył stary.
Jeszcze tak urywanemi słowy prowadzili rozmowę nie szykującą się, a dla gospodarza domu będącą istotną męczarnią, bo nawet dla najprzewrotniejszego człowieka kłamstwo jest upokarzającém, gdy oznajmiono wizytę hrabiego Adama.
Z gabinetu, w którym go nie chciał przyjmować Płocki, przeszli zaraz do dębowego salonu, bo spekulator rad się był, nawet przed lubiącym prostotę hrabią, z urządzeniem swojego domu popisać.
Hrabia wszedł jak zawsze, bardzo skromnie i bez smaku ubrany, sztywny i zimny napozór, a spostrzegłszy Werndorfa z jasną twarzą obok Płockiego, widocznie się ucieszył, że znalazł ich razem. Twarz mu się wypogodziła. Z kolei spoglądał na jednego i drugiego, jakby badając ich stosunek... Ożywił się, postawił kapelusz na ziemi, zdjął stare rękawiczki i począł rozmowę z niezwykłą sobie wesołością.
Hrabia jakkolwiek na piérwszy rzut oka mógł się wydać ociężałym i nie bardzo bystrym spostrzegaczem, wzrok miał dosyć trafny i instynkt szczęśliwy, który go wiódł lub odpychał od ludzi. Oczy jego biegały niespokojnie, szukając słowa zagadki tych dwóch ludzi, i dziwił się własnemu wrażeniu, które go do jednego z nich ciągnęło, od drugiego odpychało.
Nie miał jednak opinii niekorzystnéj o Płockim, a nieporozumienie między nim a Werndorfem uważał za skutek jakichś przemijających wrażeń... Zdawało mu się nawet, że potrafi ich zbliżyć, sprowadzić do wynurzenia się, wymiany myśli i lepszego ocenienia. Chwycił więc nastręczającą się zręczność z gorącością duszy szlachetnéj.
— To prawdziwe szczęście, rzekł, zaciérając ręce, żeśmy się tu zeszli razem, właśnie pragnąłem wielce pomówić z panami obu. Gdyby to nie było nadużyciem gościnności gospodarza... nie mógłbym go prosić...
Na te słowa Płocki już wstał.
— Prosić, aby przez chwilkę jaką nie kazał nikogo przyjmować, iżbyśmy mogli spokojnie się rozmówić...
Płockiemu wcale to nie było na rękę, ale zadzwonił natychmiast i wydał stosowne rozkazy.
Hrabia się namyślał, słowo przychodziło mu ciężko, lękał się więcéj, niż chciał powiedziéć.
— Czy pan zna, odezwał się, zwracając do gospodarza, plany i projekty, któreśmy z panem Werndorfem osnuli.
— Trochę, rzekł zimno Płocki.
— Cóż pan mówisz o nich? spytał hrabia...
Płocki zająknął się, stał czas jakiś, zbiérając myśli.
— Panie hrabio, odezwał się z wyrazem jakby głębokiego przekonania, proszę mi nie miéć za złe, gdy w jednéj z kwestyj, którą możnaby nazwać kwestyją wieku, objawię całkiem heretyckie zdanie.
Uchodzi to za niewzruszony aksyjomat, że stowarzyszenia podwajają siły, że chcąc dokazać czegoś wielkiego, należy się skupiać i łączyć. Otóż ja nego majorem. Nieprawda. Działanie każde jest walką, walka wymaga jednéj myśli i wodza. Piéniądze mogą się łączyć, bo to są martwe narzędzia, ludzie nie, bo się będą wzajemnie negowali i neutralizowali. Niéma na świecie dwu ludzi jednomyślnych, jednozdolnych, zatém sprządz konie można, i to jeszcze leniwszego trzeba batem okładać, ale sprzęgać inteligencyje do czynu, absurdum, niéma sensu.
— Z mocy tego argumentu, panie hrabio, powiadam, niech każdy idzie sam i robi sam, co mu interes i przekonanie dyktuje...
Hrabia słuchał zdumiony bardzo, zamyślił się, dwa razy coś przebąknął niewyraźnie, jakby się słowem zadławił, i rzekł w końcu.
— Za pozwoleniem. To nie jest odpowiedź na moje pytanie, to jest une fin de non reçevoir.
Werndorf słuchał milczący, nie mieszając się do rozmowy.
— Co się tyczy myśli i planów, zasad ekonomicznych, dodał Płocki, sądzę, że choć wszyscy stoimy na wysokości zdobytych przez naukę rezultatów, w ich zastósowaniu możemy miéć idee różne. Tak naprzykład ja, acz hołduję zasadom, nie jestem i nie będę zapalczywym doktrynerem, wszędzie i zawsze przykrawającym wszystkie do jednéj miary. Na świecie prawdy są stosunkowe, a prawdy ekonomiczne są tam tylko równe, gdzie narody są do jednego sprowadzone mianownika. Bywa to, że ekonomiczny środek doskonały w Anglii, u nas okaże się zgubnym, bo przedwczesnym, gdy grunt nieprzygotowany.
J’abonde dans votre sens! zawołał hrabia, który łatwiéj mówił po francuzku niż po polsku i pewniejszym był siebie w tym języku, ale nie widzę jeszcze do czego mam to zastosować?
— Potwierdza to tylko piérwsze moje orzeczenie, dodał Płocki, bo dla tego każdy powinien iść swobodnie sam, i poruszać się nie krępowany żadną współką.
— Bardzo dobrze, zgoda, rzekł po namyśle hrabia, rzucając ciągle wejrzeniami ciekawemi na milczącego Werndorfa, ale to kwestyja uboczna. Główną jest dla mnie, co pan znajdujesz przeciwko temu, cośmy z p. Werndorfem na współ obmyślili?...
— Musielibyśmy zejść aż do dyskusyi szczegółów, odezwał się Płocki.
— Nic nie mam przeciw temu, rzekł hrabia Adam.
— A ja myślę, śmiejąc się, wtrącił Werndorf, iż szanowny Płocki ma to przeciwko naszym planom, iż samby je na własną rękę chciał wykonywać. Ja to pojmuję. Człowiek jak on, sam sobie winien wszystko, wierzy w siebie i mimowoli staje się despotą.
Hrabia się uśmiéchał.
— To jest wielka szkoda, (mruknął, myląc się wedle swego zwyczaju), że siły rozdzielać się muszą. Czyżby kierunku jednemu powierzyć nie można, zgodziwszy się na główne cele, a wykonanie szczegółów mu powierzając...
Werndorf z pewnym rodzajem niecierpliwości, potarł włosy.
— Niech mi hrabia pozwoli wtrącić słowo odezwał się, nam nikt nie broni stowarzyszać się i pracować, a cóż szkodzi, że będziemy mieli uczciwego współzawodnika, tém lepiéj. Walka uczuciowa, szlachetna, prześciganie się do celu jest bodźcem.
O co nam idzie, mówił obojętnie dosyć, o zużytkowanie sił naszych moralnych i materyjalnych tak, aby one jak największą ogółowi korzyść przyniosły. Ktokolwiek zna przeszłość i teraźniejszość naszą, przyznać musi, że nic nie ma pilniejszego nad ekonomiczną reformę. Gospodarstwo rolne jest mimo postępów, jakie uczyniło i czyni, zacofane jeszcze. Dla czego? dla tego, że prawdziwie postępowe gospodarstwo nie może istniéć bez rozwiniętego przemysłu tak, jak przemysł dla surowego materyjału wymaga gospodarstwa. Są to dwa czynniki bytu ekonomicznego nierozdzielne. Trzeba więc rozwijać przemysł, ulepszać gospodarstwo rolne, z handlu surowemi płodami przejść na wyprowadzenie płodów tak przerobionych, aby ich wartość pracy dała szacunek i zwiększyła się tą pracą. Dla tego trzeba ułatwić, ale obwarować kredyt, bo kredyt zbyt łatwy w kraju nawykłym do lekkomyślnego rozrzucenia swych zasobów, może być jego ruiną. Tysiąc rzeczy jest do zrobienia, tysiące dróg jest otwartych. Podniesienie przemysłu i gospodarstwa wiąże się nierozdzielnie z podniesieniem oświaty ludu i rękodzielników, przemysł wymaga intelligencyi, gospodarstwo nauki i wykształcenia, dla tego u nas szkoła jest najprodukcyjniejszym, najlepiéj procentującym kapitałem.
Bez niéj inne kapitały martwe będą. Wszystkie te zadania, panie hrabio, dodał Werndorf, czy ja rozwiążę, czy on, czy pan hrabia sam, czy my razem... o to nie idzie, dla ogólnego dobra idzie o to, by rozwiązane zostały...
Niech robi, kto chce, byle było zrobione... to moja zasada! dokończył Werndorf.
Spojrzeli oba z hrabią na Płockiego, który milczał trochę zakłopotany.
— Ja, rzekł, na tak széroką skalę nie pojmuję zadań, ani myślę o ich podjęciu. Trzeba robić potrosze, co najpilniejsze i co się da dla kraju zrobić bez wielkich ofiar... Czasy ofiar minęły...
— Nie, odparł hrabia żywo, przepraszam, ale widzimy wszyscy jasno, że ofiar nie potrzeba. Każda uczciwa praca opłaca się i temu, co ją dokonywa i ogółowi... Jest to ofiara, choć nią na oko nie będzie.
— Zdaje mi się, cicho dorzucił Werndorf, żeśmy odbiegli od przedmiotu, godzimy się pono wszyscy na zadania, a pan Płocki różni się tém, że chce iść solo. Jeśli ma głos po temu niech śpiéwa sam, ja wolę w chórze.
Hrabia popatrzał na obu, Płocki okazywał znaki jakiegoś zmieszania i zakłopotania, które nieczystego sumienia dowodziły. Widać było, że się męczył, jak na pytkach. Zrozumiał to grzeczny hrabia i wyrzekając się dalszéj polemiki, dodał tylko.
— Ja téż wolę miéć zawsze socyjusza, pewniejszy jestem siebie, czując przy sobie kontrolę...
— Widzę, że się dziwnie wydawać muszę, wtrącił gospodarz, niezmiernie mi przykro, iż dla zasad i przekonań, którym skłamać nie umiem i nie mogę, będę zapewne fałszywie osądzonym i potępionym.
— Bynajmniéj, rzekł hrabia chłodno i z pewnym odcieniem dumy arystokratycznéj, zbliżając się przeważnie do Werndorfa. Skutkiem naszéj rozmowy jest owszem zupełne porozumienie, bo ja idę z panem Werndorfem i oddaję mu się do dyspozycyi, a pana dobrodzieja zostawiamy z zupełną swobodą czynu...
Płocki na widok ręki podanéj Werndorfowi przez hrabiego, którego dłoń, powstawszy stary bankier, bez uniżenia się poufale ścisnął, zarumienił się i spłonął.
Uczuł się zwyciężonym. Sojusz dwóch uczciwych ludzi zostawił go osamotnionym i do pewnego stopnia skompromitowanym. Zawrzało w nim zemsty pragnienie.
— Pochlebiam sobie, dodał, miarkując się i zwyciężając przykre uczucie, że w wielu kwestjach będę miał szczęście iść i ja razem z panami, a cel pewnie mamy jeden — dobro ogólne.
Hrabia skłonił się, nic nie odpowiadając, szukał już kapelusza pod krzesłem, znać było po nim pewne zniecierpliwienie. Może chcąc w końcu naprawić wrażenie, jakie rozmowa wywołała na Płockim, zwrócił się doń z uśmiéchem, który mógł się wydać dwuznacznym.
— Że pan sam korzystnie pracować umiész, rzekł, mamy tego dowód.
Powinszować i podziękować mu winniśmy wszyscy za wspaniałą ofiarę dla szkółek wieczornych. Pojąłeś pan najpilniejszą potrzebę oświaty i dzielnie jéj przyszedłeś w pomoc, to prawdziwa zasługa.
Werndorf wyszeptał kilka słów powinszowania. Płocki udawał bardzo skromnego.
— Prosiłem profesora, rzekł, aby tę drobnostkę przy sobie zatrzymał, niepotrzebnie rozgłosił... rzecz jeszcze niedokonana...
Hrabia na ten raz szydersko jawnie się roześmiał, znać było w uśmiechu tym niedowierzanie, chwycił za kapelusz i z pośpiechem żegnać się zaczął. Płocki począł go odprowadzać aż do sieni, Werndorf téż, poszeptawszy coś z hrabią, pożegnał się i wysunął z nim razem.
Obronną ręką napozór wywinąwszy się z nader drażliwego położenia, Płocki jednak czuł się niezmiernie zmięszanym. Nieudało mu się rozerwać dwu ludzi, przeciw którym obu walczyć było trudno.
Wchodząca w téj chwili do salonu żona, zastała go tak pochmurnym, iż z troskliwością przybiegła go spytać, co się stało. Filut natychmiast przymusił się do swobodnego humoru, poskarżył się na mały ból głowy i począł wedle zwyczaju malować przed Marją swą wielkość, swe prace, swe olbrzymie dzieła i głupotę ludzi, co się na nich nie poznali. Biédna kobiécina w prostocie ducha, słuchająca go zawsze z wiarą i uwielbieniem i tym razem stała przejęta jego chwałą i niegodziwością ludzi.
Odegrawszy tę scenę, Płocki ucałował ją w czoło i zwrócił rozmowę na inny przedmiot.
— Mówiłaś z Eulalią? zapytał.
— Tak, dałam jéj do zrozumienia, że piwowar byłby dla niéj najdoskonalszym z mężów...
— Cóż ona na to?
Maryja milczała chwilę.
— Wątpię bardzo, ażeby jéj się podobał, szepnęła.
— Byłem tego pewny! śmiejąc się rzekł Płocki. To nic nie szkodzi, proszę cię tylko skłaniaj ją ku temu, aby się w nim lepiéj rozpatrzyła.... a nadewszystko wmawiaj w nią, że to jest mojém życzeniem i radą.
— Ale czyż w istocie chciałbyś? spytała żona nieśmiało.
Płocki się roześmiał dziwnie.
— Wszystko to, odparł, późniéj ci się wyjaśni. Dziś tłumaczyć całą myśl moją byłoby zawcześnie...
Posłuszna pani Maryja zamilkła na chwilę, poprawiła coś w koszu z kwiatami, wyjrzała oknem i trochę ośmielona, odważyła się w końcu szepnąć.
— Nic nie wiem, są to prosto domysły tylko, lecz przyznam ci się, mam pewne posądzenie.... może zupełnie fałszywe. Czy Eulalja nie uczyniła już jakiego wyboru?
— Naprzykład? zpod oka spoglądając ciekawie, spytał Płocki, uśmiéchając się chytrze, jakiż mogła tu wybór uczynić? To ciekawe... Książę... uśmiécha się do niéj zarówno jak do ciebie, lecz nie posądzam go, aby się z panną Honpesek chciał żenić. Wątpię téż, aby wybór padł na Wytrychiewicza?
Maryja roześmiała się i zarumieniła.
— O! nie umiész zgadywać, rzekła żartobliwie, ja jako kobiéta mam wzrok trochę przenikliwszy..... lękam się, czy jéj w oko nie wpadł....
— Ale któż? chytrze spytał Płocki....
— Jakto? nie domyślasz się... Piętka.
Płocki drgnął i uśmiészek zadowolenia przeleciał mu po ustach, ale natychmiast przybrał surową minę.
— Mam swoje powody, rzekł, dla których nigdybym na podobne małżeństwo nie zezwolił. Daj jéj do zrozumienia...
— Nie wolno mi spytać? odezwała się żona, tak miły człowiek, twój stary przyjaciel... zdolny, używający najlepszéj opinii...
— Wszystko to prawda, ale służy mojemu nieprzyjacielowi... i, są powody, których wyjaśnić nie mogę.... Przecież ja.... na to nie pozwolę....
Żona spojrzała mu w oczy bystro, Płocki nagle wzrok spuścił. Było w tém wszystkiém coś zagadkowego, niezrozumiałego. Głos jego nie zdradzał wcale uczuć, które objawiał, a uśmiészek zadowolenia kręcił mu się po ustach. Zdawał się raczéj rad z tego przypuszczenia żony, chociaż protestował przeciw Piętce. Pani Maryja wpatrywała się z ciekawością i podziwieniem w niego, gdy nagle, niby chcąc przerwać rozmowę, zaczął mówić o czém inném.
Nie mógł już dłużéj taić wyjazdu swego przed żoną, wybiérał się bowiem piérwszym pociągiem, aby Werndorfa wyprzedzić i starać się plany jego skrzyżować, podmuchując zdaleka o różnych niebezpieczeństwach, jakie z wykonania ich wyniknąć mogły.
Przyznał się więc przed żoną, że wyjeżdża, nie mówiąc dokąd i po co, a że nie było we zwyczaju, żeby się przed nią tłumaczył, nie śmiała go pytać o cel podróży. Dowiodła mu tylko, że mógł zostać na obiedzie, który nieco przyspieszyć kazano. Wytrychiewicza nie było widać, usiedli więc do stołu we dwoje tylko.
Panna Eulalija zamyślona, blada i milcząca jak zwykle przyszła, nieco się spóźniwszy. Płocki przywitał ją zdaleka z wyrazem dziwnie szyderskim na twarzy.
— Umyślnie, odezwał się do niéj, posadziłem kuzynce przy ostatnim obiedzie pana Dekiera oko w oko... Czy mu się przypatrywałaś dobrze?
Eulalija zmilczała zrazu.
— Dla czego.... spytała.
— Bo to jest wielbiciel i pretendent do jéj ślicznéj rączki, dodał Płocki, którego ja jako opiekun popiérać będę całą moją powagą...
Eulalija, która zwykle mało i niechętnie się odzywała, zarumieniła się mocno, lecz jakież było podziwienie Płockiego, gdy, namyśliwszy się wbrew mu odpowiedziała.
— Zdaje mi się, że powaga opiekuna służyć ma na to, ażeby pupilli nie dał zrobić niedorzeczności, nie żeby ją do niéj namawiał...
Płocki, który nigdy jeszcze nie słyszał jéj mówiącéj tym tonem stanowczym, zdziwił się, ale uśmiéchnął razem. Żona, która patrzyła nań, nie mogła zrozumiéć, czy się rozgniéwał, czy ucieszył.
— Ale czyżby to była niedorzeczność? zapytał.
— Tak mi się zdaje, spokojnie odezwała się Eulalija, zresztą kochany opiekun, sądzę, że mi zostawi wybór, jako najmocniéj interesowanéj, a zachowa tylko życzliwą kuzynowską radę.
— Wydać mię za mąż, ciągnęła daléj bardzo chłodno i powoli, żadna siła ludzka nie jest wstanie.
Wszystko to tak było z ust panny Eulalii niezwyczajne, niespodziéwane a z taką pewnością i spokojem wyrzeczone, iż Płocki się zdumiał...
Żona jego była widocznie przelęknioną, nie wywarło to jednak na nim skutku, jakiego się zdawała lękać...
Udał oburzenie, ale został obojętnym i dwuznacznie się uśmiéchnął.
Eulalija zwykle była tak powolną, tak milczącą i powodującą się, iż tego objawu charakteru, nawet Maryja, która z nią była poufaléj, wcale się niespodziéwała... Dla niéj był to wypadek... było to jakby objawienie czegoś nadzwyczajnego. Płocki patrzał, słuchał i usiłował utrzymać swą powagę... pod którą można było rozeznać coś szyderskiego.
— Nic mnie bardziéj cieszyć nie może nad taki objaw charakteru w kuzynce, zawołał stłumionym głosem, lecz jeśli przy takiéj silnéj woli, równie silne rozwinie się uczucie, a wywoła je jaki bałamut i wiercipięta...
— Sądzisz pan, że to jest rzecz możliwa? zapytała Eulalija.
— Gdzie sprawa z uczuciami, tam możliwe wszystko, one nie rozumują... dodał Płocki.
— Jeśli uczucie silne nad rozumem przeważy, odezwała się panna Eulalija nie zmieszana wcale, kobiéta, co się mu podda, wié, co ją czekać może. Zatém jéj wina. Nieszczęście jednak, które sobie sama wybierze, mniéj pewnie jéj zacięży, niż narzucone obcą ręką.
— Ale, szanowna kuzyneczko, przerwał żartobliwie Płocki, jakby naumyślnie chcąc ją draźnić, z panem Dekierem nie można być nieszczęśliwą... Ma ogromny majątek i jest... głupi!
Panna Eulalija spojrzała na kuzyna trochę zdziwiona.
— Zalecasz mi go, rzekła, w osobliwszy sposób, majątek niekoniecznie daje szczęście, a głupota jest największą plagą w świecie.
— A! pani moja! wykrzyknął z zapałem gospodarz, cóżbyśmy robili na téj ziemi, gdyby głupich na niéj nie było, tego nieoszacowanego materyjału, tego wiérzchowego konia, na którym rozum jeździ wygodnie! To są najdroższe perły, to klejnoty nasze!... Trzeba ich tylko umiéć użyć właściwie! Z mojego stanowiska ja wysoko cenię głupotę, cóż dopiéro panie, dla których mąż tego kalibru jest największą rękojmią szczęścia...
Eulalija uśmiéchnęła się, pochyliła ku Maryi i szepnęła do niéj tonem żartobliwym.
— Ubolewam nad nieszczęśliwym losem twym, droga kuzynko!
Był to komplement dla Płockiego a jednak nie bardzo mu smakował.... Skrzywił usta i zamilkł, czuł się pobitym.
Piérwszy to raz z téj urwanéj rozmowy lepiéj nieco poznał Eulaliją, patrzył na nią z ciekawością, badał i zdawał się rozważać i liczyć następstwa tego charakteru, który mu się objawiał tak niespodzianie. Z twarzy jednak trudno rozpoznać było jaki wyciągnął wniosek.
Zaczęto mówić o czém inném, kuzynka wróciła do swojego milczenia i pozornéj obojętności, nie mieszając się już wcale do rozmowy. Płocki łatwo się mógł domyśléć, że to był jeden z tych charakterów na oko łagodnych, w istocie niepokonanych, które gardzą walką powszednią, nie szafują słowami a całą energię swą na stanowczą zachowują chwilę.
Kiedy niekiedy Płocki spoglądał na nią i zamyślał się, humoru mu to jednak nie popsuło wcale... Natychmiast po obiedzie pożegnał się z paniami. Wytrychiewicz oczekiwał na niego w kancelaryi, miał mu bowiem towarzyszyć w drodze. Nie pił wprawdzie wódki, ale przy obiedzie w restauracyi nieco sobie pozwolił i był w dobrym humorze, więc śmielszy i gadatliwy.
— Mam honor raportować panu dyrektorowi rzekł, że interes z Milanowiczem paradnie poszedł! Jeden tylko teraz głos w mieście: Oto człowiek! któżby to zrobił? Werndorf zbył starego mało znaczącą ofiarą... Hrabia chciał zbiérać składkę, książę Nestor, namyśliwszy się, dał trzy ruble, a pan Płocki sięgnął do kieszeni... i, znajcie pana po cholewach!!
Milanowicz sam chodził do większych redakcyj z artykułami, a ja na moją odpowiedzialność uprosiłem reportera od brukowych wiadomości do Kuryjerków, że palnął taki kawałeczek... że, nic dodać!!
Wytrychiewicz dobył z kieszeni ćwiarteczkę we czworo złożoną.
— Niech no pan przeczyta z jakim szykiem! nie dosyć, że pana pod niebiosa wynosi, ale wszystkim dał po tybiakach!!
Płocki pochwycił dzienniczek i twarz mu się rozjaśniła... Cały wstępny artykuł był mu poświęcony... Stawiono go za przykład współczesnym i potomnym... był chlubą kraju, gwiazdą wschodzącą... potęgą inteligencyi i pracy... wzorem cichéj zasługi, która chluby nie szuka... Zręczny dziennikarz stawił obok niego jakby cienie postaci jakichś mglistych... w których można się było domyślać różnych osób... Przesolono nieco apologiją, lecz łechtało to przyjemnie podniebienie człowieka, który drukowanym jeszcze nie był... Czytał a ten patent na nieśmiertelność napawał go rozkoszą.
— Tak! zawołał, chowając papierek do kieszeni, to powinno uczynić dobre wrażenie...
— Postawiłem dla wywołania werwy, dwie butelki szampana na pański rachunek! dodał Wytrychiewicz.
— I piłeś z nim...
— A jakże! musiałem! piliśmy zdrowie pańskie, dodał Wytrychiewicz, ale więcéj nie.
— Wielkie i godne ocenienia poświęcenie z twéj strony! szydersko rzekł Płocki, szampana mi zlikwiduj, powrócę, chociaż jednéj butelki na dwóch byłoby bardzo dosyć.
— Jednéj na dwóch!! podchwycił z oburzeniem Wytrychiewicz... przepraszam pana, ale by to było... nie powiem cudzołóstwo, bo pan się rozgniewa, tylko parafiaństwo! Tu gdzie szło o sprawę pryncypała!
Płocki przeczytał jeszcze artykuł i znowu schował go do kieszeni.
— Postarasz mi się waćpan o dziesięć egzemplarzy tego numeru i zlikwidujesz.
Wytrychiewicz się skłonił z minką szyderską.
— To są małe i liche próbki, szepnął Płocki, jakby sam tłumacząc się przed sobą, ale to działa na tłum... to się rozchodzi... Ludzie się uczą nazwiska człowieka... rzecz potrzebna...
— Jak sądzisz, spytał, reszta dzienników powtórzy to?
— Muszą, rzekł Wytrychiewicz, ignorować fakt takiéj doniosłości byłoby grzechem... Profesor przytém obchodzi wszystkie redakcyje i usilnie stara się, ażeby rozgłos dać temu jak największy...
— Niech trąbią!! rozśmiał się Płocki... sława jak potwarz... byle się robiła w jakikolwiek sposób a zawsze z niéj coś zostać musi.
— A teraz konie! Zadzwoń waćpan! W drogę! żeby się na koléj nie opóźnić i nieprzyjaciela wyprzedzić.
Wytrychiewicz zwinął się razem około dzwonka i torby, portfelu i paltota... W pół godziny potém pociąg w szalonym pędzie niósł Cezara i jego fortunę ku wschodo-północy.






Para tygodni upłynęła w zupełnéj ciszy. Piętka kilka razy dowiadywał się o powrót Płockiego, odpowiadano mu, iż niewiedzą nawet, kiedy spodziewanym być może. Z paniami spotkał się parę razy w teatrze i na koncertach, na które teraz jakoś pilniéj, niż kiedy uczęszczał. Z panną Eulaliją nie mogli mówić wiele, lecz oczy ich coraz się lepiéj rozumiały, a Piętka podbity i pobity osmutniał znacznie. Przewidywał już, że się to inaczéj jak katastrofą jakąś zakończyć nie może.

Tymczasem piwowar zdawał się najpewniejszym, że pannę mu dać muszą, i nie taił się z tém przed przyjaciółmi, że się o nią starał i szalenie w niéj kochał. Posyłał nawet, poszedłszy za radą doświadczeńszego przyjaciela, bukiety uroczyste, o których pochodzeniu różne domysły chodziły.
Oprócz państwa Płockich miała panna Eulalija jeszcze dom jeden pokrewny państwa Nurskich, który czasem odwiédzała. Piętka, nie wiedząc o tym stosunku, niekiedy do nich zaglądał, a zdziwił się mocno, gdy raz zaproszony na herbatę znalazł u nich pannę Eulaliję... Gospodyni domu przyjęła go wymówkami, że tak dawno u nich nie bywał z nieznacznym pół uśmieszkiem...
Panna Eulalija dostała rumieńca, zdawała się zrazu zmieszaną, lecz ocknąwszy, śmielszą była i rozmowniejszą, niż u Płockich... Dom téż był mniéj ceremonijalny, zamożny, ale nie pański.
Złożyło się tak jakoś dziwnie, że Piętka z łatwością mógł się zbliżyć do panny, zaczęli z sobą rozmowę, i nie wiele bacząc na to, że ich może ciekawe oczy śledziły, przesiedzieli niemal cały wieczór razem. Nikt im nietylko nie przeszkadzał, ale gospodarz i gospodyni, zdawali się osłaniać ich swą opieką i zapobiegać, aby nikt nie wszedł im w drogę... Panna Eulalija wcale nie uważała na to, że ją ten kawaler kompromitował nieco i że ją nim mogli prześladować. Biła bowiem w oczy ta nieprzerwana pół głosem rozmowa, prowadzona z wielkiém zajęciem. Szczęśliwego tego wieczora zbliżyli się więcéj jeszcze i Piętka o strachu zapomniał, poddając się urokowi. Jakby naumyślnie gospodyni domu poczęła sobie żartować z kuzynki, prześladując ją piwowarem, o którym niewiadomo, jak się dowiedziała... Piętka nie mógł zaprzeczyć, że i on słyszał od kogoś o nim.
— Ale to niedorzeczna plotka, śmiejąc się swobodnie odpowiedziała panna. Nie nęci mnie wcale jego bogactwo i odstępuję z chęcią tego konkurenta pierwszéj lépszéj.
— Przyznaj się wszakże, iż o téj plotce Płocki ci wspominał?
— Tak, alem to wzięła za niezręczny żart z jego strony, odpowiedziała Eulalija, i odprawiłam go, jak należało... Gdy po długiéj rozmowie z Piętką, gospodyni domu znalazła się sama z panną Eulaliją, już nie o piwowara ją zagadnęła, ale o pana Oresta... jakby ją wybadać chciała.
Kuzynka śmiało jéj w oczy spojrzała.
— Mało go jeszcze znam, rzekła, lecz po cóżbym miała taić przed tobą, że mi się dosyć podobał?
— Przyznajesz się więc nawet...
— Jak widzisz...
Ze swéj strony gospodarz, wziąwszy na cygaro Piętkę, wyśmiéwać się począł z niego, iż się zarzekał nigdy nie dać uwieść nikomu, a przecież pono padł ofiarą oczek panny Eulalii. Piętka się namarszczył trochę.
— Jak bo to wy łatwo zaraz posądzacie o amory, byle kto z kim kwandrans rozmawiał, rzekł sucho. Poznałem pannę Eulaliją niedawno u Płockich. Jest mi bardzo sympatyczną, przyznaję, ale nie idzie zatém, żebym był podbity, a pan Julijusz ma dla niéj świetniejszą partyją...
— Tak, ale ona sobie z niéj żartuje.
— Z Płockim żartować nie można, odparł Piętka.
Stosunek pana Nurskiego do Płockiego był dla Oresta zagadką. Byli z sobą, jak się zdawało, bardzo dobrze. Nurski uwielbiał genijusz kuzyna i głosił jego pochwały. Oboje zdawali się dlań wylani, w tym jednak razie okazywali się jakby z chętką opozycyi.
— Tak to panie, rzekł Nurski, Płocki nie łacno z siebie da żartować, jest energiczny... ale panna Eulalija ma téż nie mało charakteru...
Na tém się skończyła rozmowa, w kilka chwil późniéj jednak, Nurski szepnął poufnie Piętce na ucho.
— Lalka do nas regularnie w czwartek przychodzi wieczorem, często nawet na herbatę w niedzielę. Zróbże mi tę przyjemność, jeśli ci jéj towarzystwo miłe, odwiédź nas w te dni... rozerwie się i ona...
Namyślił się Piętka.
— A gdybym z twego zaproszenia istotnie chciał korzystać? zapytał, cóż Płocki na to powie?
Nurski ramionami ruszył.
— A niech sobie mówi, co mu się podoba, to mi wszystko jedno. Uczynisz mi prawdziwą przyjemność, a jestem pewny, że moja żona ci z własnego natchnienia powtórzy zaproszenie.
Przepowiedział bardzo trafnie, gdyż gospodyni domu wkrótce potém w istocie zbliżyła się do Piętki i szepnęła mu.
— We czwartki i niedziele... czekam pana... Rozumiesz mnie. Pracujesz pan nadto, należy się czasem rozerwać. Piętka się ukłonił. Troszkę to dlań było niezrozumiałém, bo Nurscy bardzo głośno i jawnie trzymali z Płockim i byli mu pomocnemi we wszystkiém. Sam pan nawet w wielu drobnych sprawach był jego ojczulem, biegał po resursach, puszczał plotki i gardłował i szedł ślepo za rozkazami z góry. Na ten raz wszakże zdawano się iść stanowczo przeciwko woli i zamiarom Płockiego, odzywano się nawet o nim z pewnym ostróżnym przekąsem.
W następny czwartek Piętka się chciał wstrzymać, ale namyśliwszy się poszedł... Panna Eulalija przywitała go bardzo wesoło, jakby się go na pewno spodziéwała.
Umyślnie się tak jakoś wszystko składało potém, żeby im jak najmniéj przeszkadzać w rozmowie. Gospodarstwo oboje byli nadzwyczaj uprzejmi. Nie można tego było przypisać innym pobudkom, jak chyba czułéj przyjaźni gospodyni dla kuzynki, a że ona w domu zdawała się rej wodzić i rozporządzać mężem, który był jéj posłuszny we wszystkiém, znać i Nurski poszedł jéj torem. O projektach Płockiego i piwowarze mowy już nie było.
Następnego czwartku panna Eulalija przybyła według zwyczaju i zastała Piętkę, który po długich walkach z samym sobą, postanowił widać nie cofać się już i ważyć na wszystko.
Nie mówili jeszcze z sobą ani o miłości, ani o żadnych projektach na przyszłość, wzajemne porozumienie było nieme, lecz nie mniéj dla obojga jasne i stanowcze.
Należało jednak raz przyjść do słowa i Piętka, przewidujący powrót Płockiego na ten czwartek, uzbroił się w jak najmocniejsze postanowienie rozmówienia się z panną otwarcie. Zdaje się, że instynktem kobiécym i przeczuciem wiedziona gospodyni domu, musiała to przewidywać, złożyło się bowiem tak znowu, że w piérwszym obszernym pokoju, od którego do salonu drzwi szły otworem, nie było nikogo, a Eulalija, przechadzając się z Piętką, nieznacznie doń przeszła pod pozorem, że tu było nieco chłodniéj. Piętka korzystał z tego sam na sam.
— Bardzo się to dla mnie szczęśliwie składa, odezwał się po chwili, że mogę tu z panią pomówić i na osobności. Pozwolisz mi pani być... bardzo otwartym?
— Proszę pana, i owszem!
Spojrzała nań śmiało, Piętka się namyślał.... Strach go ogarnął.
— Czy potrzeba, rzekł wreszcie, abym pani słowy powtórzył to, co oddawna powiedziały jéj moje oczy? żem się do niéj przywiązał, że ją kocham. Niech mi pani z równą odpowie otwartością, czy mogę na jéj współczucie rachować?
Eulalija nic nie mówiąc, podała mu rękę.... To była piérwsza odpowiedź.
— Ja także, odezwała się głosem trochę drżącym, nie potrzebuję potwierdzać usty, czegoś się pan mógł domyśléć z mojego postępowania. Mam dla niego prawdziwy szacunek...
Piętka pocałował ją w rękę i stał niemy, niemogąc się zebrać na wyrazy wdzięczności.
— Dzięki ci pani, rzekł z cicha, będę się starał życiem całém dowieść jéj, jaką cenę przywiązuję do jéj zaufania, do jéj przyjaźni dla mnie.
— Pierwsze lody są skruszone, dodał z westchnieniem, uważam się za związanego jakby najuroczystszą przysięgą.
— Ja także, odpowiedziała Eulalija...
— Cóż poczniemy? spytał Piętka.
— Niéma najmniejszéj wątpliwości, że Płocki, zapewne nic nie wiedząc i niedomyślając się, osnuł dla pani plany zupełnie różne i stać będzie uparcie przy nich... a on jest opiekunem.
— Niestety! opiekunem jest, odpowiedziała Eulalija, lecz zmusić mnie do zmiany postanowienia i złamania słowa nie może.
— Na wszystko się przygotować potrzeba, rzekł Piętka. Może mi zamknąć drzwi swojego domu, a pani odwiédziny u krewnych utrudnić!
Eulalija uśmiechnęła się smutnie.
— Gdyby nawet to nastąpić miało, szukać będziemy wspólnie środków, aż znajdziemy je. Na mnie rachować pan możesz tak, jak ja liczę na niego...
— Jak tylko Płocki powróci, pozwolisz mi pani rozmówić się z nim otwarcie.
— Naturalnie, potwierdziła Eulalija, odwołaj się pan do mnie, ja nie mam żadnéj obawy... Choćbyśmy naszę przyszłość przykrościami i przeciwnościami okupić mieli, nie cofnę się pewnie.
— Ja nawet zapewniać o tém panią nie potrzebuję, znam obowiązki moje i nie ulęknę się nikogo i niczego. Podali sobie ręce raz jeszcze.
Zdaje się, że szpiegujące z drugiego pokoju oczy gospodyni, musiały dojrzéć zdala ten ruch i po mimice domyśléć się treści rozmowy, bo w téj chwili pani Nurska, nachyliwszy się do ucha mężowi, szepnęła...
— Mogę zaręczyć, że się jéj dzisiaj oświadczył...
— To być bardzo może, rzekł mąż, który także śledził młodą parę, wszystko więc poszło jak najlepiéj...
Zatarł ręce...
Jejmość rozśmiała się stłumionym uśmieszkiem. Nie wątpię, że się wszystko teraz po myśli ułoży, żal mi tylko tego prostodusznego Dekiera, który pono powozy pozamawiał i srebra kazał już robić!!
— Z rozpaczy, dodał Nurski, będzie musiał na prędce wypisać sobie na Pradze córkę dawnego kolegi... w słodowych kąpielach wypielęgnowaną...
Cały wieczór, po tak rozpoczętéj szczęśliwie rozmowie, spędzili Orest i Eulalija na poufałéj pogadance. Za obowiązek uczciwego człowieka uważał Piętka wyspowiadać się przed swą przyszłą z życia, położenia, nadziei, prac i tego, co jéj przynosił. Eulalija oświeciła go o swych stosunkach, mówiła mu o swéj młodości, siéroctwie, o tém, jak pojmowała życie. Zgadzali się bardzo dobrze, a te otwarte wyznania uspokoiły oboje, wyjaśniając wiele wątpliwości. W tém wszystkiém to było dziwném i niezwyczajném, iż zdawali się chłodni, rozważni, a jednak, ujęte w formy pewne, uczucie gorące biło w ich sercach. Mówili i teraz więcéj oczyma, niż ustami... Eulalija zdjęła potém z palca skromny pierścionek panieński, Orest miał szczęściem na palcu pamiątkową obrączkę matki, zamienili je w milczeniu uroczystém.
— W obec Boga, odezwał się Piętka wzruszony, jesteśmy zaślubieni...
Uścisk ręki panny Eulalii potwierdził ten ślub cichy... — Teraz, szepnęła Eulalija, śmiało wejdźmy do salonu i przygotujmy się do walki...
— Ja do niéj zupełnie jestem zbrojny! odparł Piętka z zapałem.
Zdaje się, że i zamiana pierścionków nie uszła śledczego oka gospodyni. Kobiécina bardzo uważna i przebiegła, znała doskonale pierścionek kuzynki, na którym było skromnych kilka turkusików, jak tylko usiadła przy niéj, dostrzegła, iż turkusy zmieniły się na ładny opal, obwiedziony emaliją czarną. Nie mówiąc nic, uśmiechnęła się tylko. W ten moment wysunęła się ku Piętce, stojącemu na uboczu i wyciągnąwszy go za sobą za próg salonu, zawołała.
— Pokaż mi pan ręce...
Zagadnięty niezrozumiawszy, o co chodziło, wyciągnął je naiwnie. Spojrzała pani Nurska, pierścionek z turkusem błyszczał na nich... rozśmiała się i uciekła...
Podano wieczerzę. Małżeństwo coś poszeptało z sobą, zjawiły się na stole, przeciwko zwyczajowi skromnego domu, dwie butelki szampana. Gospodarz, nalawszy kieliszki, wstał, trzymając swój w ręku i odezwał się.
— Mam zwyczaj w braku solenizanta, w niedostatku imienin, gdy mi braknie vivatu, szukać sobie zawsze jakiegoś pretekstu, aby szampan nie przepadł bez znaczenia, po cichu. Szampan jest od Boga dany na dni godowe... Proponuję więc państwu na wzór rzymian, którzy sakryfikowali Deo ignoto, nieznanemu Bogu (o czém nas w szkołach uczono) wypić za zdrowie i pomyślność.... nieznanych nam narzeczonych... Wszak gdzie jest parę kroć sto tysięcy mieszkańców, tam niechybnie ktoś, gdzieś, z kimś zaręcza się w téj chwili.
— Zatém owéj pary... nieznanéj!!
Mówił to Nurski bardzo serjo, nie patrząc na nikogo, Eulalija zarumieniła się jak wiśnia i spuściła oczy na talérz, niby nie słysząc, Orest się zmieszał niezmiernie. Mężczyzni trochę zdziwieni, nie domyślając się nic, wychylili kielichy, unosząc się nad dowcipem gospodarza, który tak umiał sobie asumpt do zdrowia wynaléźć.
Trafny ten żarcik wesołego Nurskiego znajdowano bardzo udatnym.
Nierychło potém odważył się Piętka spojrzéć na Eulaliją, nie znalazł na jéj twarzy wielkiego gniewu za tę kompromitacyją, ruszyła tylko ramionami, jakby niezmiernie zdziwiona, a on starał się ją przekonać wyrazem fizyjognomii, iż wcale nie rozumiał, jak ich odgadnięto...
Gospodarz już wychodzącego Piętkę zabrał z sobą do swego pokoju.
— No, odezwał się, zamykając drzwi, niechże ja ci piérwszy powinszuję...
— Czego? zapytał Orest.
— Nie zapiéraj się nadaremnie. Kobiéty są najniebezpieczniejszemi w świecie szpiegami. Masz na palcu pierścionek Eulalii, a twój żona moja zobaczyła u niéj na palcu. Zaręczyliście się sobie expromptu i incognito. Winszuję... ale trzymajcież się dobrze, bo teraz nieochybnie nastąpi z Płockim rozprawa.
— Proszę was jednak o tajemnicę, odezwał się, nie zapiérając Piętka. Płockiego dobrze znam, kolegowaliśmy z nim długo, patrzałem, gdy się dorabiał... Wiem, co mnie czeka i na wszystko jestem zdecydowany...
— O ile ja, to jest my z żoną oboje pomocni wam być możemy, dokończył Nurski, rachujcie na nas.
Tak się ten pamiętny wieczór zakończył. Piętka przemarzył noc całą. Położenie jego nie było tak szczęśliwe i łatwe, jak się zdala zdawać mogło, przy składzie znanych okoliczności. Nie miał on wcale zamiaru żenienia się, żył dotąd z dnia na dzień, a choć zapracowywał dosyć, nie wiele mógł oszczędzić. Najskromniejsze nawet przygotowanie domu, służby, gniazdka dla żony, wymagało wydatków przechodzących środki, jakiemi rozporządzał. Trzeba więc było myśléć, zbierać, zarabiać tak, ażeby, nie uciekając się do przyjacielskich usług, do pomocy Werndorfa, samemu sobie wystarczyć. Piętka, nie mogąc zasnąć, układał plany do białego dnia, zdrzymnął się dopiéro nad ranem i zdziwił niezmiernie, gdy służący, budząc go, oznajmił, iż była dziesiąta, i że w saloniku oczekiwał nań Werndorf, o którego powrocie z podróży nic jeszcze nie wiedział...
Piętka chwycił co najprędzéj ubranie i wyszedł do niego. Na krześle siedział wsparty o stół stary z miną smutniejszą, niż zwykle. Fizyjognomija otwarta i jasna Werndorfa, teraz była chmurna, posępna, smutna i nad miarę surowa. Wstał na przywitanie uniżającego się gospodarza, uścisnął podaną rękę i siadł jakby zmęczony, trąc czoło.
— Nie trudziłbym cię, kochany panie, rzekł, anibym cię niepotrzebnie od pracy odrywał, ale na ten raz pomówić otwarcie jestem zmuszony... Przychodzę się poskarżyć, zaboléć, podzielić sprawą drażliwą, przykrą dla mnie nad miarę. Chciałbym wam oszczędzić podziału tą przykrością osobistą, ale prędzéj, późniéj, musiałbyś się o tém dowiedziéć. Może téż... poradzisz mi coś, a raczéj wytłumaczysz... czego, dotknąwszy się, zrozumiéć nie mogę, nie umiem.
Odetchnął chwilę.
— Jestem cały do usług waszych, odezwał się Piętka, rozporządzajcie mną...
— Więc naprzód, wzdychając, kończył Werndorf, niech to zostanie między nami. Stary jestem, zdało mi się, że żyjąc długo, doświadczywszy wiele, powinienem był na wszystko być przygotowanym. Są jednak wypadki, których człowiek uczciwy przewidziéć nie może, a którym, gdy się spełnią, uwierzyć nie chce. Jestem w położeniu podobném. Widzisz mnie pan zburzonym, pognębionym nad wyraz wszelki, wróciłem wczoraj z podróży.
Wstał z krzesła, jakby mu trudno było mówić daléj, chodził i myślał.
— Byłeś pan długo towarzyszem, jesteś przyjacielem Płockiego, o niego tu idzie. Jest to, jak panu może wiadomo, człowiek, któremu, nie chwaląc się, czyniłem dobrego tyle, ile tylko mogłem, na którego, jeśli nie wdzięczność, bo na tę nigdy nie rachuję, to na pewne względy miałem prawo liczyć. Ciężko mi wypowiedziéć, co doznaję, nie chce mi się wierzyć dotykalnéj oczywistości, do ostatniéj chwili opiérałem się dowodom niezbitym. Człowiek ten, okazując mi powierzchownie przyjaźń i powolność, dla niewytłumaczonych powodów stał się moim wrogiem. Odkrycie to wprawia mnie w osłupienie...
Słysząc te skargi, Piętka także osłupiał, znał on aż nadto dobrze Płockiego, by wątpić, iż Werndorf miał słuszny żal do niego; znalazł się wszakże w najprzykrzejszém położeniu. Był związany stosunkami z Eulaliją, nad którą Płocki miał opiekę. Przyszło mu na myśl, iż najmniejsze wystąpienie nieprzyjazne przeciwko niemu, musiało zwiększyć trudności lub nawet nieprzezwyciężone postawić tamy przyszłym jego projektom. W duszy oburzał się na postępowanie Płockiego, lecz odezwać nie mógł inaczéj jak pojednawczo i w obronie... Zmilczał więc zrazu, a Werndorf mówił daléj z przejęciem.
— Rozumiesz to pan? wierzysz li pan temu? Wytłumacz mi? objaśnij, powiedz, jaką masz opiniją o tym człowieku?
Piętka w ogólności nie był skłonnym do objawiania sądu swojego o ludziach, tu zaś osobiste względy niedozwalały mu potępiać, milczał więc pomieszany, nie wiedząc, co począć, jak postąpić... co mówić. Sumienie nie pozwalało mu ani bronić Płockiego, ani ręczyć za człowieka, którego znał egoizm i przewrotność, ostrożność nie dozwalała potępiać, Werndorf milcząc, oczekiwał na odpowiedź...
— Mów pan, proszę, naglił, znasz go lepiéj odemnie... Oszukałem się więc, mając go za uczciwego człowieka?
Piętka domyślał się już całéj sprawy po przyspieszonéj podróży, wiedział o knowaniach podstępnych Płockiego, lecz obawa jakaś i wzgląd na siebie samego zamykały mu usta. Piérwszy raz w życiu uczuł się w sprzeczności z własném sumieniem i twarz jego okryła się rumieńcem wstydu.
— Stawisz mnie pan w istocie w położeniu bardzo przykrém, odezwał się, walcząc z sobą. Znam Płockiego oddawna, ale nie mogę sądzić o jego postępowaniu, nie wiedząc bliżéj okoliczności, a nawet znając je, wahałbym się z sądem...
— Stajesz więc pan w jego obronie? podchwycił Werndorf... jest to bardzo szlachetném z jego strony. Lecz proszę posłuchaj i osądź.
Wyjeżdżając stąd dla poparcia moich planów, wymagających zatwierdzenia, wcale nie byłem pewny, że i mój współzawodnik w tę samą podróż się wybiérał... Nie myśląc wcale o nim, idąc jak najprostszą, otwartą drogą do celu, rozpocząłem starania. Mam tam przyjaciół i stosunki oparte na długich latach doświadczenia. W kilka dni po przybyciu mojém, uczułem, nie wiedząc kto i jak, że mi na wszystkich drogach ktoś szkodzić i zawadzać się starał. Uderzyło mnie to... nie mogłem pojąć, co to było... Jeden z moich starych przyjaciół po długich z méj strony naleganiach objawił mi nareszcie, że jak najniekorzystniejszą o mnie opiniją, jak najniedorzeczniejsze baśni i potwarze siał... pewien jegomość, który na te same projekta polował i chciał je mieć dla siebie... Gdy mi na prośby naglące wymieniono nazwisko Płockiego, zacząłem się śmiać. Przyjaciel, który mnie ostrzegał, zmieszał się i obraził.
— To wprost niemożliwą jest rzeczą, rzekłem, to jakaś omyłka... człowieka tego mam za uczciwego, a osobiście jest mi wiele obowiązanym...
Na twarzy mojego przyjaciela odmalowało się zdumienie... Niestety! rzekł, nie jest to ani potwarz, ani omyłka, jest to najprawdziwsza prawda. To, o czém mówię, słyszałam sam na moje uszy... gdy się zwierzał senatorowi...
Zamilkłem, lecz pozostała mi wątpliwość, mogło coś być źle zrozumianém, niedosłyszaném. Nie wierzyłem jeszcze. Obudzona jednak nieufność poprowadziła mnie do źródła. Wzdragano się zrazu wyznać przedemną, zkąd pochodziły stawione mi przeszkody, przynaglałem, użyłem wszystkich środków obudzających zaufanie, aby się domacać prawdy. Okazało się, że istotnie nie kto inny, tylko Płocki zabiegał potajemnie, kryjąc się, obalając wszystkie moje plany i szkodząc mi osobiście w sposób najwyszukańszy...
Chciałem mieć coś więcéj nad domysły i słowa... dostałem dowody literalne, niepozostawiające wątpliwości najmniejszéj.
Nie mogę wypowiedziéć, jakim mnie to napełniło uczuciem zgrozy i ohydy. W pierwszéj chwili, wyznaję to, chciałem użyć wszystkich moich stosunków na to, ażeby mu się wypłacić, obalając wszystkie jego projekty.. po namyśle jednak zaniechałem zemsty... Przybywam tu, pragnąc rzecz wyjaśnić... Może ma co na swą obronę...
Zdaje mi się, że pan, dodał Werndorf, przez dawne swe z nim a teraźniejsze ze mną stosunki jesteś stworzony na pośrednika.
— Ja? na pośrednika? ja? zawołał Piętka, cofając się przestraszony.
— Tak jest, mówił Werndorf, Płocki zapewne powrócić musiał, upoważniam pana, abyś mu opowiedział wszystko, oznajmił, że mam dowody jego postępowania i żądał tłumaczenia.
Zmieszany coraz bardziéj Piętka, spuścił oczy i zmilczał, Werndorf stanął, czekając odpowiedzi.
— Odmówisz mi pan?
— Poselstwa odmówić nie mogę, odezwał się Piętka, pośrednictwa się nie podejmuję... Nie mam do tego urzędu właściwéj powagi i znaczenia. Darujesz mi pan...
— Rozumiem, to delikatność przesadzona, odezwał się Werndorf... ale nie żądam nic więcéj nad to, abyś mu pan powtórzył, co słyszałeś odemnie i spytał, co to ma znaczyć?
Cóż to jest? dodał Werndorf, czy chęć opanowania wszystkiego i ambicyja, pragnienie stania na świeczniku? czy chciwość spekulanta, czy szał dorobkiewicza, czy przewrotność szachraja?...
Piętka milczał.
— Znasz mnie pan trochę, odezwał się po chwili Werndorf, z wyrazem szczerości, zapytaj ludzi, zastanów się nad przeszłością moją, świadczącą za mną... Nie zdradziłem nigdy nikogo, ilekroć mogłem, czyniłem dobrze... mógłżem sobie zjednać nieprzyjaciela tém, czém się zwykle przyjaciół zyskuje? To niepojęte...
Na honor i uczciwość zaklinam pana, powiedz mi, jaką masz opiniją o tym człowieku? Słowem uczciwym ręczę, że go nie skompromituję... Znasz go od młodości.
Zagadnięty w ten sposób Piętka nie mógł już zmilczéć zupełnie, postanowił jednak raczéj koić, niż rozdrażniać i nie wypowiedziéć tego, co trzymał o Płockim.
— Nic trudniejszego, odezwał się, nad poznanie człowieka, nic niebezpieczniejszego nad sąd o nim. Są w życiu chwile, okoliczności, uniesienia, które wyprowadzają ludzi z ich charakteru... Znam Płockiego od dawna, nie będę taił, iż ambicyją w nim widziałem niepomierną. Powiodło mu się szczęśliwie... to upaja... Współzawodnictwo może w gorącym temperamencie obudzić rodzaj szału i zapomnienia się.
Gdy to mówił przerywanym głosem, jąkając się, rumieniąc, Werndorf popatrzył nań, i jak gdyby to postępowanie zmieniło nagle jego opiniją o Piętce... ostygł, spoważniał, z pewną dumą obrażoną odstąpił kroków parę.
— Zdaje mi się, rzekł sucho, iż napróżnobym czegoś więcéj się chciał dowiedziéć. Oceniam wielce jego dyskrecyją i oględność w sądzie o człowieku, lecz spodziéwałem się więcéj szczérości i zaufania... Nie zmienia to moich przekonań wcale, lecz uwolni pana od przykrego mieszania się w naszą sprawę... W istocie, niepotrzebnie panu chciałem ten ciężar narzucić... To, co wiem, wystarcza mi...
Usiadł na chwilę i wsparłszy się na ręku, zadumał. Piętka czuł, że postąpił przeciwko sumieniowi, wstydził się sam siebie, wspomnienie Eulalii zamknęło mu usta. Stał upokorzony i przybity.
— Doświadczenia przykre w młodości, rzekł cicho Werndorf, przebywa się jak choroby, daleko łacniéj i mniéj boleśnie, niż w późniejszym wieku. Starsi musimy czuć silniéj ból i drożéj zawody opłacać. Czuję się upokorzonym, wstydzę się jako człowiek... za niego. Dla czegóż nie walczył przynajmniéj z otwartą przyłbicą, dla czego pokątnie, podstępnie, nikczemnie szedł i zdradziecko... To już chyba zamiłowanie tych dróg i środków natura kreta, który musi kopać się w ciemnościach, spowodować mogła.
Westchnął, wstał i zimno żegnając Piętkę, który go do drzwi odprowadził, wyszedł zamyślony i smutny...
Po wyjściu jego jakkolwiek zawsze nawykł był panem być siebie, Piętka upokorzony padł na krzesło... Gniéwał się na siebie i na losy. To, co popełnił, już było w oczach jego własnych brudném, bo egoistyczném, lecz więcéj daleko obawiał się przykrości, na którą patrzał z przeczuciem jakiémś przykrém i trzéźwém. Dokąd go to zaprowadzić mogło? Męczył się tak jeszcze myślami swemi, gdy drzwi pomalutku się otworzyły i do niepoznania wyelegantowany, z wesołą twarzą wszedł Wytrychiewicz... Piętka, znając sługę i pryncypała, nie wątpił, iż przyjście jego nie było przypadkowe...
Wytrychiewicz udawał niezgrabnie dandysa...
— Czy mogę wejść? nie przeszkadzam? zapytał skromnie. Właśnie powracamy z podróży, chciałem się o zdróweczko zapytać i w rachunkach o jedno prosić objaśnienie. Pozwoli pan?
— Bardzo proszę, rzekł zmieszany Piętka, bardzo proszę.
Wytrychiewicz wszedł z uśmiéchem chytrym na ustach. Miał z sobą papiéry, które na stoliku położył.
— Powróciliśmy dziś w nocy, rzekł, podróż by się była doskonale udała, bo mój pryncypał umié, chwała Bogu, chodzić koło interesów, ale nam Werndorf popsuł i szyki pomieszał...
Piętka zdziwiony spojrzał mu w oczy...
— Pełen chytrości człowiek, mówił Wytrychiewicz odchrząkując, wszystkoby pod siebie chciał zagarnąć... Niéma sposobu z nim. Pan dyrektor powrócił pełen żalu i słusznie... Dziś całe miasto już będzie o tém wiedziało i pewny jestem, że się oburzy na Werndorfa...
Gospodarz milczał, słuchając tylko z podziwieniem.
— E! dodał Wytrychiewicz, zniżając głos, z takim człowiekiem, jak ten Werndorf, nie warto panu dłużéj trzymać. Pan powinieneś być z nami!!
Piętka zmilczał jeszcze, Wytrychiewicz, przekonawszy się, że zadaleko poszedł, przerwał także mowę i udał, że czegoś szuka w rachunkach...
— Pan mnie nie zdradzi? szepnął po chwili...
— Jak ci się zdaje? uśmiéchając się, odparł gospodarz.
— Zdaje mi się, że niepowinienbyś pan mnie zdradzić!! Jestem tego pewnym! zniżając jeszcze głos, mówił Micio wdzięczący się dziwnie do gospodarza... Burza się u nas na pana gotuje.
— Na mnie? spytał Piętka, za co?
— Pan wié, że Płocki ma szpiegów wszędzie... mówił Wytrychiewicz, otóż mu już coś donieśli, jakoby pan kuzynkę bałamucił...
Zarumienił się pan Orest i ramionami poruszył obojętnie.
— Między nami powiedziawszy, z tego być nic nie może, jeśli Płocki nie pozwoli. Testament nieboszczki matki panny Eulalii jest taki, że bez zezwolenia opiekuna, ona nie może nic... a Płocki zażalony nie zgodzi się podobno nigdy...
Upokarzało to Piętkę, że się ów nieszczęśliwy famulus wciskał w jego tajemnice, oburzył się więc i porwał z siedzenia.
— Mój panie Wytrychiewicz, zawołał, rachunki ci objaśnię, ale uczyń mi tę łaskę i do moich spraw i interesów racz się nigdy nie mieszać. Proszę cię o to bardzo, jestem niecierpliwy i nie lubię tego...
Przestraszony Micio głowę spuścił i zamilkł nagle.
— Za cóż się pan gniéwa, słowo daję, z najlepszego serca chciałem... tylko ostrzedz...
— Przy najlepszém sercu można wiele niedorzeczności popełnić, zawołał Piętka, wtrącając się w cudze sprawy...
To mówiąc począł mu wskazywać cyfry, objaśniać prędko, co mogło być wątpliwém i nie dając się już ani odezwać więcéj Wytrychiewiczowi, pozbył się go co najprędzéj.






U pani Baronowéj zebrało się znowu wieczorem towarzystwo zwykłe na ową herbatę, która była przyprawą rozmowy daleko pożywniejszéj, niż ona.
Towarzystwo z wyjątkiem dni, w których przyjmowano znakomitości przesuwające się przez miasto, lub bawiące tu czas jakiś, arystokracyą mieszkającą zwykle na prowincjach i niekiedy artystów tych, których przyjmują wszystkie salony Europy, składało się zawsze z jednego i tego samego grona, które zwiększały lub uszczuplały szczególne wypadki lub zajęcia.
I tym razem siedziała znowu przy baronowéj na kanapie hrabina Sybilla, królująca poważnie zgromadzeniu, daléj staruszka z podwiązaną brodą i błyskotkami na palcach i piersiach, hrabianka Cecylija, panna w złotych okularach, hrabia Adam, dyrektorowie, prezesowie, radcy, hrabiowie i nieco złotéj młodzieży, przynoszącéj surowy materyjał plotek do obrobienia na téj fabryce... Między innymi odznaczał się dowcipny pan Lucyjan Werba.
Dodatkowo do osób, któreśmy już poznali, przybywał dnia tego znany i godzien szacunku, zacny ale najśmiészniejszy ze wszystkich na świecie szambelanów... Był to człowiek dobrze już nie młody, suchy, chudy, wyłysiały, z włoskami zręcznie zaczesanemi na głowę obnażoną, z pączkiem tęczowych wstążeczek u fraka i na pół zakrytą klapami jego a przecież widoczną — gwiazdą.
Był to jeden z tych typów dawnych, jakich już nasza nie wydaje epoka, zabytek archeologiczny, człowiek który najpewniejszym był, iż jest mężem stanu, że odegrywa wielką rolę polityczną, dobijający się rang i orderów służbą po za siedmdziesiąt lat przeciągniętą, upartą, zajadłą, nic nie znaczącą w rzeczy, ale sprawowaną z powagą, przejęciem, sumieniem i pedanteryją niezrównaną, szambelan sam przekonany był, że zna tajemnice wszystkich gabinetów i stanowi jednę z tych osi niewidzialnych, na których się obracają najważniejsze sprawy. Ociérał się w życiu swém nie jeden raz o najsłynniejszych mężów, a że niektórzy z nich mówili z nim o pogodzie, inni o katarze, a najłaskawsi o wdziękach księżniczek i królewien, wystawił sobie, że był ich powiernikiem. Nosił téż brzemię swego posłannictwa zachowawczego, swéj misyi obrończéj wszelkiego legitymizmu z powagą, któréjby się ani Metternich, ani Palmerston nie powstydził.
Ruchy jego, postawa, grzeczność wyszukana, pewna żywość połączona z rezerwą dworacką, nosiły na sobie znamię przeszłego wieku, ale na tle XIX wydawały się dosyć oryginalnie. Nikt poczciwego szambelana, który na małą skalę robił wiele dobrego, nie brał na seryjo, oprócz niego samego.
Nie było nadeń gorliwszego w prezentacyjach, paradach, ceremonijach, uroczystościach i wszelkich wypadkach, w których można się ubrać w mundur paradny i insygnia dostojeństwa... Bawiło go to, jak dziécię. Już przeszło siedmdziesiąt letni, dosłużył się piérwszéj gwiazdy, meta laborum, ale nie poprzestał na niéj. Cóżby był zresztą począł z sobą, gdyby mu zabrakło do podpisywania papiérów, godzin do przedrzémania w trybunale, niedzielnych prezentacyj, wieczorów i objadów obrzędowych. Umarłby pewnie z nudów, nie mając zręczności dobycia szytego fraka z płóciennego pokrowca i zawieszenia wielkiéj wstęgi na piérsiach.
Pomimo lat swych siedmdziesięciu wiele jeszcze życia miał w sobie, pisał przez okazyje niezmiernie wiele listów i oddawał nieprawdopodobną liczbę wizyt obowiązkowych... nie uchybił nikomu. Wiedział zawsze kto z towarzystwa był chory, kto zdrów, kto się swatał, żenił, umiérał i jaki napisał testament. Na pochwałę jego to dodać należy, iż nigdy o nikim nie mówił źle, bronił do upadłego każdego, choćby go nie lubił i pomagał chętnie wszystkim, byle go to nic nie kosztowało. Oszczędność bowiem była drugą namiętnością jego życia, która pod starość przechodziła już czasem w skąpstwo dziwaczne.
Szambelan, pilnujący się wielce, ażeby należne sobie hierarchicznie zająć miejsce, blisko hrabiny siedział i głównie ją starał się zabawiać, wsparty majestatycznie na krześle, tabakierkę, nieodstępną towarzyszkę, piastując w ręku. Hrabina może nie bardzo była rada sąsiedztwu starca, którego tabaką i różnemi powszedniego użytku medykamentami czuć było, ale wyprostowywując się w miarę, jak on się ku niéj pochylał, słuchała go z rezygnacyją.
Hrabia Adam przechadzał się, bo usiedziéć długo na jedném miejscu było mu zawsze trudno, a że nie miał książki, którąby mógł przepatrywać, bawił się, zwijając w rękach kawałek papiéru, który to skręcał w trąbkę, to rozkręcał na przemiany. Czynni ludzie i pewne temperamenty potrzebują tak koniecznie zająć czémś ręce, że staje się to dla nich nałogiem.
Rozmowa jeszcze się nie rozwinęła zupełnie, Szambelan szeptał hrabinie nowiny dworu, pan Lucyjan zabawiał piękną niegdyś pannę w okularach, która z rękami założonemi na piersiach słuchała go z obojętną powagą. Hrabianka Cecylija opowiadała coś żywo na ucho eksministrowi, który z ukosa spoglądał, uśmiechając się z włożonéj niepotrzebnie gwiazdy szambelana, gdy on, posiadając ich aż dwie, żadnéj nie produkował.
Hrabia Adam, bawiący się papiérkiem, a niekiedy wyciąganiem kołnierzyków aż nadto wystających z pod chustki zbyt grubo zawiązanéj, wiecznie się nudził a nawet ziéwał niekiedy, nie miarkując tego stanu nerwowego rozdrażnienia.
Nagle z cichego szeptu, głos szambelana pod wrażeniem wzruszenia, jakiego doznawał, stawać się zaczął coraz dobitniejszym, podnosił się, brzmiał, rozchodził tak, że mógł dojść do uszu wszystkich, nawet tych, którzy początku mowy nie słyszeli. Wynurzył się on z głębin i nabiérając patetyczności, naśladował jakby natchniony głos rzecznika, broniącego sprawy w departamencie senatu, w którym dostojny mąż zasiadał i drzémywał...
szambelan nie był bez pewnych pretensyj do stylu i literackiéj wykwintności w mowie. Równie po francusku, po rosyjsku i po polsku wyrażał się poprawnie i pięknie. Kto go znał, po samém wzniesieniu głosu i zapale, jaki go ożywiał, mógł się domyśléć, że stawał w czyjéjś obronie. Zacny mąż bowiem w apologijach tylko był mocny, nigdy nie potępiał nikogo. Jedynym wyjątkiem byli carbonari i masoni, których widział wszędzie i demagogija, która go przerażała o przyszłe losy Europy. Knowania rewolucyjne były koszmarem jego, wszystkie dziurawe buty, jakie spotykał na ulicy, groziły w oczach jego kataklizmem społecznym. Drżąc o społeczeństwo, czuł się w obowiązku walczyć, choć stary, w jego obronie i w duchu liczył się do rycerzy niezłomnych, co się najdzielniéj do utrzymania porządku przyczyniali. W potępieniu demagogii był czasem nawet gwałtownym, naówczas mówiąc, pluł mimowoli, co zbliżenie się do niego dosyć niebezpieczném czyniło...
Tym razem jednak o demagogach w salonie baronowéj mowy być nie mogło, przedmiotby był nieprzyzwoity, shocking, i niktby się go w takim towarzystwie tknąć nie ważył. Szambelan mówił, zażywając ciągle tabakę i gestykulując coraz żywiéj.
— Staję w obronie tego człowieka, envers et contre tous, un homme très comme il faut, człowiek bardzo majętny... człowiek porządku i pracy, poważny, rozumny, czynny, energiczny, szanujący prawo, w towarzystwie znajdujący się z taktem wielkim, i jak na takiego parwenijusza car enfin ce n’est, qu’un parvenu de fraiche date w obejściu się gładki, w salonie miły i szanujący ludzi i zasługi.
— Ale kochany szambelanie przerwała baronowa, nikt mu nie myśli tych przymiotów zaprzeczać?
— Ma jeszcze nieżyczliwych, ma, podchwycił szambelan z zapałem, zazdroszczą mu i piéniędzy i opinii... domu, żony, kucharza i wszystkich rzeczy, które jego są....
— Ale któż? kto? zapytała, śmiejąc się, gospodyni... Książę Nestor jest mu bardzo przyjazny, hrabia Adam także, jak sądzę...
Zainterpelowany hrabia Adam rozkręcił papiérek, otworzył usta, rozśmiał się i odpowiedział ruszeniem ramion i skłonieniem głowy.
— Inaczéj się rzecz ma z Werndorfem, zniżając głos, począł mówić z pewną dyskrecyją szambelan, mocno jest podejrzany o demokratyczne przekonania...
Werndorf się zestarzał, rzekł eksminister, to człowiek zużyty a ambicyja nienasycona... Chciałby wszystko trzymać sam w rękach i tego biédaka Płockiego oprymuje.., ale Płocki ma opiniją za sobą.
— Ogólną opiniją, dodał szambelan, pociągając silnie tabaki i strzepując ręką, tak jest, wszyscy go powinniśmy podtrzymywać, przeciwko despotyzmowi Werndorfa... To człowiek przyszłości... to człowiek porządku, gdy... między nami mówiąc, nie jestem pewny, czy Werndorf nie należy do masonów...
Ktoś się rozśmiał, szambelan zamilkł, oglądając się trwożliwie.
Hrabia Adam, który dotąd chodził, stanął i zaczął się z wielką uwagą przysłuchiwać rozmowie. Zdawało się nawet, jakby parę razy miał do niéj wmieszać się ochotę. Z oczyma wlepionemi w szambelana oparł się silnie o poręcz krzesła jednéj z pań i musiał go nadto cisnąć, zapomniawszy się, gdyż, siedząca na nim, odwróciła się, a hrabia spostrzegłszy dopiéro swój błąd, odskoczył przepraszając.
Gezy baronowéj, hrabiny i kilku osób zwróciły się na niego, jakby na arbitra, którego wyrok miał rozstrzygać. Hrabia Adam uśmiechał się, ale znowu papiér skręcał, bo mówić wogóle nie lubił, chyba zmuszony.
Nie znalazł się nikt, ktoby stanął w obronie Werndorfa, za to obficie apologistów wschodzącéj gwiazdy. Między innemi pan radca Funtowicz, stara beczułka okrągła w złotych okularach, mający wstęp do towarzystwa z powodu, że żona jego była ex domo znacznéj bardzo rodziny. Radca Funtowicz, czując honor, jaki mu to czyniło, że się tu o mitry i gwiazdy obciérał poufale, czynił się małym, cichym i pokornym. Tym razem pochwyciwszy zręczność, gdy wszyscy zamilkli, począł nieśmiało głosem ochrzypłym.
— Jakże to chlubnie za nim przemawia ta szlachetna jego, bezinteresowna ofiara, o któréj wszystkie pisma nasze wspominały, podnosząc ją, jak zasługiwała. Ofiara magnacka, ofiara wspaniała, ofiara znakomita... bo to nie kilkaset rubli, ale kapitał, mości tego... kapitał...
Hrabina zagryzła usta mocno, na kolanach rozłożyła széroko robotę, którą trzymała w ręku, a była to alba z Cluny do parafijalnego, fundowanego przez nią kościoła, i odezwała się głosem poważnym, ale cicho...
— A! mój radco, liberalne dzienniki podnoszą te ofiary wspaniałomyślne, ale my wiemy, co o nich trzymać. To jest pięknie procentujący popularnością kapitał, gdzie niéma religijnych pobudek do czynu miłosierdzia, ja w jego wartość nie wierzę...
Radca zamilkł zmięszany, gdyż o polemice z hrabiną nie mógł ani marzyć, szambelan odchrząknął raz, drugi i trzeci coraz okropniéj, co zwiastowało przemówienie. Za każdym razem panna w złotych okularach drgnęła nerwowo, zwrócili wszyscy oczy na gotującego się mówcę.
Eksordium mowy szambelana zwiastowało formalny traktat o popularności i opinii.
— Nikt nie zaprzeczy, iż to jest hołdem cnocie oddanym, gdy się ludzie cnotliwemi okazać pragną...
Hrabina coś mu szepnęła na ucho. Szambelan, który właśnie na to ucho był nieco przygłuchy, ręką je przysłonił dla lepszego pochwycenia zwierzonéj mu tajemnicy, chrząknął jeszcze raz, zażył tabaki i zwrócił rozmowę nagle.
Ta princesse Marie se porte mieux... Zwrot ten, który wszyscy przypisali interwencyi hrabiny, był tak skutecznym, iż nikt się już nie ważył wiązać na nowo zerwanego wątka...
Hrabia zamyślony i oczekujący na jakiś wniosek, zwrócił się tak nagle, iż potrącił pana Lucyjana i musiał go przeprosić.
Eksminister, który miał w niego bacznie wlepione oczy, wstał i podszedłszy, pociągnął z sobą hrabiego do ustronnego kątka... Eksminister miał wzrost prawdziwie ministeryjalny, postawę jeneralską, minę poważną i dystyngowane manijery, ale co do głowy, ta nigdy pono ministeryjalną nie była. Miała tylko ten rozum praktyczny, iż nigdy dróg nowych ani szukała, ani je torowała.
W kącie eksminister szepnął hrabiemu.
— Między nami, hrabio kochany, co trzymasz o Płockim, o Werndorfie i antagonizmie, o którym wiele mówią. Co to jest?
Hrabia Adam zaczął bardzo żywo kręcić trąbkę z papiéru. Eksminister nie był człowiekiem, przed którymby się ktokolwiek chciał zwierzać, ruszył ramionami.
— Obu ich, rzekł, szanuję, oba ludzie krajowi pożyteczni, dają popęd do pracy. O antagonizmie doprawdy nic nie wiem...
— Ale już nie widują się z sobą, nie bywają u siebie, któż z nich winien?
Hrabia popatrzał. Nie wiem nic, nic nie wiem...
— Ja trzymam stronę Płockiego, ten człowiek ma przyszłość, Werndorf już nie ten, co był!... a! tak! nie ten!
Hrabia się uśmiechał po cichu... widocznie nie życzył sobie się zwierzać.
— Szanowny panie, odezwał się sucho, ja to tylko wiem jedno, że gdy dwóch ludzi przedsiębierczych, możnych jak oni, idą na wyścigi, cieszyć się należy. Kraj na tém zyskać musi, a czegóż nam więcéj potrzeba.
— Ale za pozwoleniem, dopytywał minister, uśmiechając się i sądząc, że nadzwyczaj dowcipnie zagaduje hrabiego, czy pan hrabia jest z którym z nich we współce?
— J... j... a?
wyjąknął hrabia z ciężkością, śmiejąc się szydersko, j... j... a? ale ja należę we wszystkich uczciwych i pożytecznych robotach do współki imieniem i pracą, więcéj niż majątkiem, bo pan wiesz, że bogaty nie jestem.
— Jakto? więc z obydwoma? wrzucił eksminister, z obydwoma?
Hrabia, który nigdy na żart nawet nie kłamał, zmarszczył się i nachmurzył od tego nacisku.
— W za... sa... dzie! odparł, spoglądając na nudnego badacza.
— A! w istocie!! zawołał ciekawy próżniak...
— W... i... stocie!! pardon! rzekł hrabia, muszę poprosić o szklankę wody...
I zbywszy się natręta, poszedł na drugi koniec salonu, gdzie w istocie napił się jakiéjś niebezpiecznéj limonady, fabrykowanéj oszczędnie bez cytryny i już do eksministra nie powrócił. Ten, zrozumiawszy wreszcie, że mu nalegać nie wypada i że się nic nie dowie, przysiadł się do panny w złotych okularach... A że starego kawalera mogła piękna niegdyś hrabianka posądzać o niepotrzebne, spóźnione zalecanki, które dla niéj były wstydliwe, bo mimo swojego tytułu eksminister pachniał jéj plebejuszem i kancelaryją, więc mu się téż nie lepiéj tu powiodło, niż z hrabią.
Okazało się bardzo szczęśliwém, iż rozmowa o tak drażliwych rzeczach zawczasu przerwaną została, w chwili bowiem, gdy eksminister rozpocząć miał swe pięćdziesiątletnie zaloty do trzydziestokilkoletnich wdzięków, od proga poruszył się tłum gości, grono mężczyzn zaczęło się rozstępować, i zdumionym oczom areopagu ukazał się pan Werndorf.
Wspomnieliśmy już dawniéj, że salon baronowéj, mimo przeważnie arystokratycznego swego charakteru, był jednak gruntem neutralnym, na którym się różne żywioły społeczne spotykały. Dla Werndorfa zresztą, który mało gdzie bywał, wszystkie drzwi stały otworem, była to potęga szanowana i uznana powszechnie. Najdumniejsi nawet ludzie musieli mu przyznać, że bez dumy i nadęcia umiał przy wielkiéj prostocie godność swę zachować. Nie udawał on nikogo, był sobą, nieco rubasznym, otwartym i takim, jakim go życie stworzyło. Mawiał czasem ostre prawdy, ale w sposób bardzo grzeczny. Stosunki, fortuna, wpływy, czyniły go wszystkim potrzebnym, mnóstwo ludzi przy nim i jego łaską się żywiło, witano go więc wszędzie z uprzedzającą grzecznością. Nawet hrabina Sybilla podała mu rękę a baronowa wstała go przywitać i posłała po wystygłą herbatę. Jeszcze panie patrzały nań zdaleka z nietajoną ciekawością i zajęciem. Z mężczyzn nie było jednego, któryby się nie cisnął do oblicza krezusowego, szambelan udawał serdecznie poufałego, eksminister niemal jako kolegę go przywitał, młodzież kłaniała się do pasa. Jeden hrabia Adam, zawsze dosyć obojętny, najpóźniéj przyszedł ze swym uśmieszkiem i ukradkiem podał mu rękę, Werndorf z widoczną życzliwością zbliżył się ku niemu. Ci, co przed chwilą znajdowali, że wiele postradał w porównaniu z panem Płockim, najuprzejmniéj, uśmiechając się, cisnęli, aby przybliżyć się ku niemu.
Znalazło się zaraz krzesło obok szambelana, gospodyni łamała głowę, co wytoczyć na stół, aby zabawić gościa, którego przed chwilą o mało nie pokąsano effigie. Złota młódź kołem stanęła, nastawiając uszy.
Werndorf jakby przeczuwał, że baronowéj z trudnością przyjdzie zagaić, sam począł mówić o teatrze i muzyce, którą bardzo lubił. Był to doskonały przedmiot, na którym wszyscy się mogli popisywać ze smakiem, sądem artystycznym i fantazyją.
Były to właśnie chwile, gdy obok opery włoskiéj, entuzyjazmującéj melomanów, pani Modrzejewska występowała z przyniesioną już z Krakowa sławą, potwierdzoną i uznaną tu powszechnie. Porównywano ją ze sławnych imion artystkami dawnéj sceny polskiéj. Starcy znajdowali w niéj podobieństwo do tych gwiazd, do których modlili się w młodości, młodzi uznawali nieporównaną.
Nigdzie zamiłowanie sztuki dramatycznéj i znajomość jéj warunków nie jest powszechniejszą, jak tutaj. Utrzymały się tu tradycyje, sięgające czasów Bogusławskiego, Truskolaskiéj, Ledochowskiéj, Osińskiego. Tu parter może istotnie wyrokować, a sąd jego jest powagą i rękojmią dla sądu przyszłości. Nigdzie teatr nie zajmuje namiętniéj, nie obchodzi żywiéj.
Wprędce zagajona rozmowa, nieograniczająca się szczuplejszym kółkiem około okrągłego stolika, przeszła po za krzesła i stała się powszechną.
Modrzejewska, Rapacki, Królikowski, Żółkowski, Rychter, wystąpili na scenę, szambelan cytował starych swych znajomych artystów paryskich i sąd przyjaciela swojego Felińskiego, młodzież unosiła się nad polską Ristori.
Wśród gwaru tego Werndorf miał zręczność powiedziéć słów kilka, spłacić dług towarzyszom i wymknąć się ku hrabiemu Adamowi, z którym cichą rozpoczął sam na sam rozmowę.
Obok saloniku był gabinet, oświecony romantycznie lampą alabastrową, w którym zwykle panie poprawiały trzewiki i falbanki, a niekiedy zakradli się mężczyzni na poufną pogadankę. Hrabia wziął Werndorfa pod rękę i uprowadził go tutaj na sofkę pod drugi portret baronowéj, który tu został wygnanym, gdy do salonu zawitało arcydzieło Simlera. Wizerunek ten pochodził z czasów, gdy Kaniewski słynął jako portrecista, z jego sławą razem znikł w przyciemnionym gabinecie.
Za wchodzącymi potoczyły się wszystkich wejrzenia, lecz nikt ścigać ich nie śmiał. Hrabia dziwnie jakoś przywiązał się do Werndorfa, obejrzał po gabinecie i szepnął mu na ucho, posadziwszy go przy sobie.
— Bardzom rad, że tu pana spotykam, pragnąłem się z nim widziéć.
Werndorf odwrócił się żywo.
— Czy mogę czém służyć hrabiemu?
— A! nie idzie mi o nic więcéj tylkobym się rad dowiedział, jak się tam panu powiodło w podróży. Z czém pan powracasz?
Werndorf zamilkł chwilę.
— Prawie z niczém, rzekł cicho, miałem trochę przeszkód, nie wszystkie zwyciężyć się dały, lecz zdaje mi się, że się one usuną...
Hrabia z mowy mógł zmiarkować, że sprawy nie poszły pomyślnie i że Werndorf nie bardzo się rad był tłumaczył, pokręcił swój papiérek, który w ręku trzymał, podniósł głowę i spytał odważnie.
— Płocki podobno także jeździł? cóż on zrobił?
— Nie wiem, sucho odparł Werndorf.
— Więceście panowie nie spotkali się?
— Nie! lakonicznie dodał bankier.
Zamilkli, hrabia był widocznie zafrasowany.
— Miał także plany i projekty, które usiłował przeprowadzić.
— Być może, bąknął Werndorf, unikając obszerniejszych objaśnień.
I znowu zamilkli.
— Co to za szkoda, co za szkoda, odezwał się hrabia Adam, kładnąc rękę na kolanie Werndorfowi, żeśmy się tak rozpierzchli każdy z osobna, żeśmy sił naszych połączyć nie mogli.
Werndorf spojrzał w sufit i nic nie odpowiedział.
Hrabia czekał dosyć długo na słowo tak, że w końcu Werndorf się musiał odezwać...
— Zapewne, że szkoda, gdy się siły rozpraszają, ale nie mogło być inaczéj.
Hrabia spojrzał ciekawie w oczy towarzyszowi. Zwykle nie bywał nigdy tak natrętnym, tym razem wychodził ze swojego charakteru.
— Więc to są rzeczy niepowetowane? zapytał.
Werndorf zdawał się nie słyszéć lub niechciéć zrozumiéć, siedział zamyślony. Nie zraziło to hrabiego, który, zniżając głos, powtórzył. Nie mógł byś mi pan objaśnić... czy zaszło co między wami... Chodzą wieści. Przyznam się, że jestem smutny i niespokojny...
— Smutny i ja jestem, odezwał się Werndorf nareszcie, lecz spokojny i w sumieniu i o przyszłość. Sprawy to są, których tknąć trudno, póki człowiek nie ostygnie... nie mówmy lepiéj o tém.
— Więc zaszło coś między panami?
— Nic a nic osobiście, rzekł spokojnie Werndorf, ale w interesach stanęła między nami przepaść. Pojmuję otwarte współzawodnictwo, pokątne intrygi mnie oburzają. Widzisz więc hrabio, iż lepiéj nie mówić o tém.
— Jabym znajdował, że właśnie mówić potrzeba, aby sprobować, objaśnić, naprawić.
Werndorf się rozśmiał tylko.
— Panie hrabio, rzekł, co się stało, odstać się nie może, chciejcie mi wierzyć, chłodno dosyć patrzę, lecz są rzeczy popsute, które się naprawić nie dają.
Hrabia chwycił go za rękę żywo.
— Masz pan trochę zaufania we mnie? zapytał.
— Zupełnie, odparł Werndorf i dla tego hrabiemu jednemu powiem, iż z tym człowiekiem nic nigdy do czynienia mieć nie chcę. Chodźmy innemi drogami...
Hrabia smutnie spuścił głowę, ręce mu opadły, westchnął, nie odpowiedział nic.
— Zostałem pobity, dodał spokojnie ciągle Werndorf, bo środków, jakich przeciwko mnie użyto, jabym przeciw nikomu się nie chwycił.
Przyszłość osądzi i zawyrokuje... Jest zawsze wielka różnica, pomiędzy uczciwą pracą a robotą intrygancką, na któréj prędzéj czy późniéj ludzie się poznać muszą. My, panie hrabio, jeśli pozwolisz, abym się obok niego stanąć ośmielił, my jesteśmy ludzie pracy i dnia białego, tamci są robotnicy ciemności. Powodzi się im czasem w początkach i umieją odurzyć ludzi pozorami szlachetności, w końcu jednak spada z nich maska i komedyja tragicznie się zamyka...
Podali sobie ręce w milczeniu. Hrabia posmutniał.
W chwili gdy ta scena odegrywała się w gabinecie, inna daleko drażliwsza gotowała się w salonie. Szeptano sobie jeszcze o tém, co już po całém mieście chodziło, iż Werndorf wyrządził Płockiemu jakąś krzywdę, że między niemi zaszło nieporozumienie, przypisywane powszechnie postępowaniu Werndorfa, domysły i sądy najdziwaczniejsze krążyły z ust do ust a przytomność starego bankiera nadawała im więcéj jeszcze zajęcia, gdy w przedpokoju dał się słyszéć ruch niezwyczajny, a pan Lucyjan Werba stojący w środku salonu tak, że wzrokiem sięgał wnijścia, skinął na baronowę z wyrazem niemal rozpaczliwym... Cichy szmer biegł z ust do ust, aż do kanapy...
— Płocki! Płocki!
Płocki był wprowadzony do baronowéj przez księcia Nestora i bywał u niéj, bo wciskał się wszędzie, gdzie miał nadzieję wyrobić sobie stosunki. Tego wieczora z pewnością nie spodziéwał się tu spotkać z Werndorfem... Wchodził z tą śmiałością a raczéj zuchwalstwem, które w nim maskowało wewnętrzną trwogę, gdy ktoś ze znajomych, znajdujący się u drzwi z uśmiechem go wstrzymał...
— Nie mógł pan dobrodziéj przyjść bardziéj w porę, szepnął mu na ucho. Właśnie jest pan Werndorf... a tu także dziecinne plotki chodzą... to się przecię ludzie przekonają, że to są bałamuctwa.
Płocki pobladł niezmiernie i na chwilę zmięszał się tak, iż można było posądzić, że się cofnie. Usłużny przyjaciel zdziwił się niezmiernie. Pomimo pomieszania i trudności wybrnięcia pan Julijusz zmiarkował, że ucieczka byłaby go okryła śmiesznością i rzuciła nań cień winy... Musiał więc iść, narażając się na wszelkie następstwa. Na twarzy jego po krótkiéj walce wstydu, obawy i niepewności wystąpił wyraz energii i wesołości wymuszonéj. Szedł jednak krokiem wolnym, mierzonym, przedłużając ten swój pochód nakładaniem ciasnéj rękawiczki. Czuł, że oczy wszystkich były nań zwrócone; w salonie rozstępowano się, szepcząc i ciekawie spoglądając... Gospodyni tylko skłopotana, blada, patrzała ku drzwiom z trwogą, przynajmniéj dorównywającą téj, z jaką Płocki wchodził do tego nieszczęśliwego pokoju. Uczucie winy odejmowało mu śmiałość, którą napróżno odegrywać usiłował.
Werndorf z hrabią był jeszcze w gabinecie i właśnie miał z nim przejść próg salonu, gdy jeden z młodych panów stojący tu z kapeluszem i już szmerem uwiadomiony o przybyciu Płockiego, na ucho szepnął hrabiemu półgłosem, kogo oczekiwano.
Werndorf raczéj domyślił się, niż posłyszał tę wiadomość, zatrzymał się na progu, spojrzał na swojego towarzysza i cisnąc kapelusz pod pachą, stał z oczyma wlepionemi we drzwi od przedpokoju... Płocki z wielką fantazyją wchodził właśnie, spiesząc ku baronowéj, która mnąc chustkę w ręku spazmatycznie i rzucając do koła strwożonemi oczyma, oczekiwała na niefortunnego gościa. Hrabina Sybilla, któréj ten mały dramat mający się odegrać między ludźmi dla niéj niesympatycznymi, dogadzał wielce, śmiałemi oczyma wpatrywała się w przychodzącego, jakby probowała, czy ten ogień spojrzenie jéj dumnego wzroku wytrzyma.
Na Płockim poznać mógł łatwo każdy pomięszanie pokryte, ale przebijające się przez włożoną maskę... W pierwszéj chwili lękał się Werndorfa spotkać na drodze. Byłby go musiał przywitać a już znał go dosyć, by się domyśléć, że mu ukłonu nie odda i odwrócić się może z pogardą.
Przebiegłszy oczyma towarzystwo i nie spostrzegłszy antagonisty, ocknął się nieco Płocki, wróciła mu śmiałość, otaczający téż zaczynali go witać z kolei bardzo uprzejmie, co znacznie go ośmieliło.
Werndorf patrzący na to chłodno z progu gabinetu, stał jeszcze chwilę, nie spuszczając z oka Płockiego, potém podał rękę hrabiemu i cichym, powolnym krokiem, zamiast wrócić do kółka, wśród którego już Płocki miejsce zajął, skierował się ku wejściu, nie żegnając nikogo...
Baronowa i hrabina, eksminister i inni ciekawi spostrzegli ten odwrót i zawiedzeni znać w nadziei sceny, jakiéj się spodziewali, zaczęli spoglądać po sobie. Płocki, który nie dostrzegł ucieczki nieprzyjaciela, z gorączkową wesołością, z nadrabianym dowcipem i pozorną pewnością siebie prowadził rozmowę.
Hrabia, który był tak poruszony, że nawet swój zwitek papieru rzucił na ziemię, po odejściu Werndorfa został jak przykuty do miejsca. Spuścił oczy, znać po nim było, iż doznał wielkiego bólu...
Usposobienie towarzystwa, wahające się w chwili, gdy Płocki wchodził do salonu, wyjściem Werndorfa przechyliło się na stronę tego, który został na placu. Uważano ucieczkę jako wyznanie winy, jako rodzaj obawy, jak coś uchybiającego wszystkim. Płocki instynktowo poczuł, że atmosfera nie była mu nieprzyjazną, nabrał odwagi, domyślił się nawet po części, iż niebezpieczeństwo minąć musiało. Nie spostrzegł wyjścia nieprzyjaciela, lecz po oczach gości dośledził, że już zniknąć musiał. Szambelan go bawił, eksminister mu potakiwał, hrabina go z trójnoga badać raczyła, a hrabianka Cecylija, pomnąc na doskonałe obiady, jakie zjadała u niego, widocznie go tu protegowała.
Płocki nigdy w salonie świetniéj nie mógł odegrać roli, lecz na ten raz znaleziono w nim i dowcip, którego nie miał i wyborne manijery i takt bardzo szczęśliwy. Opowiadał o swéj podróży ogólniki jakieś, które przy usposobieniu towarzystwa wcale dobre zrobiły wrażenie. Hrabianka Cecylija kilka razy go podtrzymała i dopomogła mu. Szambelan przyszył coś swego i rozmowa z monologu stała się wkrótce powszechną. W przestanku Płocki, niby niechcący mógł się parę razy obejrzeć do koła, szukając oczyma Werndorfa, nieznalazł go i spostrzegł tylko hrabiego Adama, stojącego jeszcze ciągle w drzwiach od gabinetu. Przyzwoitość i zdrowa rachuba radziły mu pójść się zbliżyć do niego, lękał się jednak jeszcze zetknąć gdzie niespodzianie z Werndorfem. Wywiódł go z téj niepewności eksminister, który, zasługując mu się znać, rzucił w ucho wiadomość, że Werndorf go tu poprzedził, ale już wyszedł. Wyzwolony w ten sposób z krzesełka, które zajmował, Płocki wstał i przysunął się ku hrabiemu. Znaczna część osób, która widziała wprzódy hrabiego Adama na poufałéj rozmowie z Werndorfem, niezmiernie ciekawą była spotkania Płockiego z nim, wpatrywano się chciwie, gdy hrabia, jakby unikając widowiska z siebie, zawrócił się w głąb gabinetu i chodzić po nim zaczął. Mało więc osób mogło dostrzedz, jak zdala, zimno i niepodając mu ręki hrabia przywitał nadskakującego Płockiego. Piérwszy raz w życiu może hrabina Sybilla byłaby z niego zadowolnioną, gdyby spostrzegła dumę arystokratyczną, jaka się w nim odezwała na widok nadchodzącego spekulanta...
Pan Julijusz uczuł dobrze jak niefortunne czynił wrażenie, lecz zbyt wielu było świadków, musiał więc narzucić się hrabiemu... który go przyjął szyderskim uśmieszkiem swym i półsłowy szorstko ucinanemi.
Wieczora tego Płocki miał szczęście nadzwyczajne, zaledwie bowiem zaczęła się rozmowa, któraby może, zwracając uwagę, niekorzystne dlań uczyniła wrażenie, gdy wszedł do salonu książę Nestor...
Była to i błogosławiona dywersyja, i najskuteczniejszy protektor... Znano go jako najściślejszym stosunkiem połączonego z Płockiemi, widywano przysiadającego się do żony, do kuzynki, słyszano dowodzącego głośno, iż dwóch niema takich ludzi, jak p. Julijusz. Książę uchodził za bardzo postępowego gospodarza, administratora, za człowieka znakomitéj inteligencyi i wykształcenia, zdanie jego miało wagę... Mylili się może na nim wszyscy, lecz zyskał popularność a ta wiele niedostatków pokrywa. Na widok księcia Płocki, który się był zmieszał zimném przyjęciem hrabiego, odzyskał znowu odwagę, uśmiech, wesołość i nie narzucając się hrabiemu Adamowi, wyszedł na spotkanie swego protektora.
Są ludzie dziwnego autoramentu, którym najwykwintniejsze potrawy równie smakują, jak najobrzydliwsza strawa; są i w świecie moralnym takie charaktery, które ludzi wedle wartości ich nigdy ocenić nie umieją. Do nich zaliczyć było można księcia Nestora, łatwo dającego się uwieść pozorami i kładnącego na jednéj szali to, co społeczność miała w sobie najlepszego i najmniéj wartego. Dla tego Płocki był dlań wielkim człowiekiem a wiara w jego przyszłość przywiązywała księcia ku niemu. Być bardzo może, iż miłe towarzystwo pani i panny Eulalii trochę sympatyi jednało. Księciu nie szło pewnie o zaloty, lecz o to, aby ludzie go widzieli zalecającego się do najpiękniejszych pań w mieście. Szumne wyrazy, jakiemi Płocki umiał mówić o swych wielkich planach, obałamucały téż słabą głowę książęcą.
Dla towarzystwa zaś, które na ich stosunki dobrze patrzało, dość było uznania takiéj magnackiéj powagi, jak książę Nestor, aby p. Julijuszowi zjednać sympatyją i popularność. Przywitanie Płockiego z księciem, ton poufały, z jakim do niego przemówił, postawiło p. Julijusza jeszcze w lepszém świetle.
Werndorf został nieodwołalnie potępionym. Znajdowano w najwyższym stopniu nieprzyzwoitém, że się z taką dumą usunął z towarzystwa... przypisywano to uczuciu własnéj winy...
Słowem Płocki wygrał swę sprawę. Z wyjątkiem nieubłaganéj hrabiny Sybilli otoczyli go wszyscy z uprzejmością i dawali mu uczuć sympatyją, jaką obudzał. Zręczny człowiek starał się być tém skromniejszym, stał się pokornym, miłym, łagodnym i podbił nawet tych, którzy najniekorzystniéj uprzedzeni szli przeciw niemu.
W salonie toczyła się jeszcze rozmowa ogólna, w którą bardzo szczęśliwie mieszał się ucinkowo p. Julijusz, gdy książę Nestor, dostrzegłszy ponurego na uboczu stojącego hrabiego Adama, zbliżył się ku niemu.
— To dyjabeł z tego Płockiego, szepnął mu na ucho. Wiesz? wszystko, co chciał, przeprowadził!! lada chwila potwierdzone będą jego projekty! Umie chodzić około interesów!!
Hrabia spojrzał tylko i spytał.
— Tak?
— Niezawodnie! sam mi się przyznał, dodał książę po cichu, Werndorf mu ogromnie chciał szkodzić, zabiegał, ale nie dał mu rady...
— Werndorf? zapytał znowu lakonicznie hrabia, z uśmiechem dziwnym.
— Od niego to mam... Stary zupełnie głowę stracił... Ja zawsze mówiłem, że Płocki ma wielką przyszłość przed sobą. Werndorf jest zużyty... Ja admiruję tego mego faworyta!! I książę śmiać się począł.
— Ale ja tylko co się tu widziałem z Werndorfem, odezwał się powoli hrabia, nie zdaje mi się, żeby tak bezpowrotnie zdesperowane były jego projekty...
— Nie przyzna się do tego, ani że chciał szkodzić Płockiemu, co go w moich oczach potępia... dodał książę. Ja mam trafny instynkt do ludzi.
Hrabia spojrzał tylko i uśmiechnął się, nie odpowiadając nic...
W chwilę potém Płocki, który swojego szczęścia nadużywać nie chciał, szepcząc coś z księciem Nestorem, z nim razem nieznacznie salon opuścił.
Hrabia Adam pozostał. Skinęła na niego hrabina Sybilla?
— Cóż to? zapytała, Werndorf na widok Płockiego się wyniósł? Więc istotnie jest coś między niemi? Szeptaliście z sobą dość długo w gabinecie, jesteś hrabia z nim dobrze, nie wiesz, co to jest?
— Nic nie wiem, odparł hrabia, mówiliśmy o interesach...
— Jednak to ciekawa rzecz ten ich antagonizm, szepnęła wielka pani, przyznaję się do tego grzechu, że gdy im się co nie powiedzie, niepocześnie mnie to cieszy... Proszę cię hrabio, dodała, uważałeś, jakie to wszystko przyzwoite, z jakim taktem, manjerami! jak się to wykrzesuje!
— Jabym coś więcéj na pochwałę Werndorfa mógł powiedziéć, odezwał się hrabia. Człowiek nie tylko przyzwoity, ale szlachetny i rozumny...
— Jakto? przenosisz go nad Płockiego? spytała hrabina...
Hrabia ramionami ruszył tylko... Nie chciał się zbyt otwarcie tłumaczyć.
— Nie gniewam się na nikogo, kto przychodzi pracować i pomaga nam dźwignąć przemysł, kredyt ułatwić, krzewić oświatę i dobrobyt ludu podnosić.
— Ludu! ludu! podchwyciła, ramionami poruszając, zniecierpliwiona hrabina. Kochany hrabio, ty chorujesz na tę oświatę ludową! Przebaczone to drugim, ale doprawdy nie wam! Po co ludowi ta oświata? czy mu nie dosyć téj, jaką daje religija razem z antidotem, aby się od niéj w głowie nie przewróciło. Chcecież namnożyć półgłówków zarozumiałych, ażeby społeczność przerabiali, gdy im chléb razowy smakować przestanie? Zamiast proletaryjatu, który dawny patryjarchalny porządek żywił i nim kierował, odejmując mu niebezpieczną siłę, tworzycie nowy proletaryjat inteligencyi... narzędzie dla wartogłowów...
Ale ja to mówię hrabiemu, dodała, co sto razy słyszałeś już. Niech sobie demokracyja i liberały lud oświecają, aby go zużytkować, wy hrabio, wy, z waszemi przekonaniami religijnemi, z tradycyjami...
Hrabia słuchał téj przemowy z pokorą i rezygnacyją największą, chociaż nieco roztargniony, w końcu się zaczął uśmiechać.
— Ja oświatę ludu rozumiem inaczéj, rzekł zcicha, jest ona nieuchronną potrzebą czasu. Nie należyż nam, ludziom tradycyi i wiary, ująć jéj w ręce, ażeby niebezpiecznego charakteru nie przybrała?
Walczyć biernym oporem przeciwko prądom niezwyciężonym — próżna to sprawa. Trzeba iść z niemi, aby niesionym na tych wodach statkiem przynajmniéj kierować.
Ja téż oświatę nie znajduję niebezpieczną, owszem widzę w niéj rękojmią dla społeczeństwa... A że to są kwestyje, dokończył, których tak pobieżnie traktować nie podobna... Daruje mi hrabina.
Wielka pani głową tylko poruszyła i znać, uznawszy hrabiego za niepoprawnego marzyciela, zatopiła się cała w swéj robocie.
— Podziwiam hrabiego, szepnęła po długiéj pauzie, umiesz być niezmordowanie czynnym i starczysz na wszystko... nawet na stosunki z ludźmi nie naszego świata... To prawdziwe poświęcenie...
— O! nie zasłużyłem wcale na te pochwały, przerwał hrabia, zawsze mi się zdawało, że człowiek oprócz obowiązków prywatnych ma inne, większe, ważniejsze, które koniecznie spełniać powinien, chce li być z sumieniem w zgodzie.
To mówiąc wstał, hrabina téż spojrzała na zegareczek u pasa i koronki swe zwijać zaczęła. Powoli goście się wymykali, salon wypróżniał. Baronowa coraz lżéj oddychała, przebywszy szczęśliwie ten paroksyzm tygodniowy, kilku tylko poufalszych gości pozostało, szepcząc po cichu.
Hrabianka Cecylija założywszy nogę na nogę, dobyła cygaretę, którą teraz palić już mogła i odezwała się do baronowéj.
— Ja ci mówię moja droga, oni już dziś są w takiéj liczbie, że nasze salony zupełnie dla nich walor stracą. Ciągną do siebie młodzież, mają ładne i dobrze wychowane kobiéty, mają pieniądze, umieją ich używać.... a my.... myśmy kwaśni, nudni i ubodzy... dożyjemy do tego, że taki Płocki lub Werndorf gotowi rękę córki Radziwiłłowi odmówić!
I z dymem cygarety reszta w westchnieniu uleciała.






Z rzadką przebiegłością wszystko w całém postępowaniu znakomitego intryganta było matematycznie prawie obrachowane. Rachuba ta opiérała się na znajomości charakterów ludzkich i pobudek czynności. Postawiwszy na kartę wziętość swą, popularność, opiniją publiczną, Płocki musiał baczną zwracać uwagę na najmniejsze sprężyny, które czynności mogły pomagać lub zawadzać. Domyślał się, że jego zabiegi przeciwko Werndorfowi odkryte być mogą, lecz na to miał bezczelność chłodną, z jaką się umiał zapiérać, zrzucając na nieprzyjaciela własne winy. Wiedział on bardzo dobrze, iż opinija ogółu najczęściéj bierze stronę zuchwałych takich opryszków, co się rzucają na wszystko. Szedł więc już przebojem, kłamstwem i intrygą daléj, ale z cnotą na ustach. Najpewniejszy ten sposób zwyciężania był razem najprostszym. Od wieków używali go i używają wszyscy intryganci, nigdy nie doznając na nim zawodu. Jest w naturze ludzkiéj to, że rzadko pyta o środki, gdy widzi zwycięztwo i przewagę, że skłonną jest uniewinniać zawsze siłę a potępiać słabość, choćby najszlachetniejszemi wywołaną przyczynami, choćby dobrowolną i chlubną.
Wybiérając z dwóch sprzymierzeńców, którzy mu mieli torować drogi do pozyskania opinii, Płocki z równą trafnością oparł się na księciu Nestorze, wiedząc, że jego łatwiéj obałamucić potrafi i że jego ruchawość i błyskotliwa powierzchowność na łatwowierny ogół podziała skutecznie. Hrabia Adam, szanowany powszechnie, choćby stał na uboczu, nie zdawał mu się niebezpiecznym, gdyż skromny, milczący, mniéj występujący na scenę, gasnął przy daleko lżejszym wprawdzie, ale głośniejszym i śmielszym ks. Nestorze.
Powrócił więc do domu z podróży nie bez wewnętrznego niepokoju o przyszłe zawikłania walki rozpoczętéj, ale udając swobodny i wesoły humor. Żonę znalazł jak zwykle serdeczną i czułą, lecz zarazem pomieszaną i smutną. Przyczyną tego było, iż państwo Nurscy, w których domu zbliżył się Piętka do panny Eulalii, pospieszyli donieść jéj o tém niewiadomo z jakiego powodu. Biédna kobiéta, przewidując, że to męża podraźni, lękała się odpowiedzialności za to, do czego się bynajmniéj nie przyczyniła. Zgrzeszyła tylko nieopatrznością może. Trwożyły ją następstwa tak nierozważnego kroku ze strony kuzynki. Wiedziała, że Płocki sobie życzył Dekiera dla Eulalii, i że raz powziętéj myśli nie łatwo się wyrzekał. Biła się z niepewnością, jak jéj postąpić należało, wyznać wszystko przed mężem, czy czekać, aż się dowie z innego źródła.
Zakłopotana i niespokojna, dowiedziawszy się o zaręczynach od Nurskich, pobiegła do Eulalii, która na zapytanie, czyby to było prawdą, odpowiedziała z najzimniejszą krwią, iż tak było w istocie, że danego słowa nie cofnie. Spokoju i męztwa tego, z jakim kuzynka gotowała się do walnéj bitwy z opiekunem, trwożliwa kobiécina pojąć nie mogła. Ona drżała na samą myśl potęgi mężowskiéj, na najlżejsze brwi jowiszowéj zmarszczenie...
Z niewymowną trwogą postanowiła czekać w milczeniu na wypadki. Płocki zdawał się coś odgadywać, ale o nic nie spytał...
Drugiego dnia znalazł się jakiś pretekst rachunkowy do koniecznego widzenia się z Piętką. Płocki pojechał. Zobaczywszy go przybywającego z miną wesołą niezmienionego wcale, Orest nabrał odwagi. Miał najmocniejsze postanowienie przy pierwszéj zręczności rozmówić się otwarcie...
Po przywitaniu i kilku słowach obojętnych, Płocki, obejrzawszy się, odezwał żywo.
— Nie pytasz mnie, com zrobił w podróży? albo nie jesteś ciekawym, lub cię już fałszywe wieści doszły i zaspokojony jesteś. Słyszę, że Werndorf historyje wygaduje na mnie!
Ruszył ramionami.
— To mi wszystko jedno! On mi szkodzi, ja mu pomagać nie mogę. Jasna rzecz, walka — to walka. Bronię się i bronić będę...
Nic nie odpowiadając jeszcze, Piętka poszedł naprzód nakazać, aby nie przyjmowano nikogo, Płocki widząc, że się na coś ważniejszego zbiéra, siadł na kanapce, uśmiechając się chytrze... Twarz gospodarza zdradzała poruszenie mimowolne...
— Znamy się nadto dawno, długo i dobrze, odezwał się Piętka, żebyś przedemną potrzebował i próbować miał obałamucania... Wiém o skutku podróży, musiałeś obrachować następstwa... To do mnie nie należy...
— Cóż Werndorf powiada? co powiada? skarży się? łaje, narzeka? począł dopytywać Płocki.
— Milczy, to podobno najgorzéj, odparł gospodarz, lecz że wié o wszystkiém i nie da się tak łatwo pobić i zepchnąć ze stanowiska, pewnym być możesz. Jeśli sądzisz, że ci wypowie wojnę, mylisz się, Werndorf nadto jest dumny, ażeby z tobą miał występować do współzawodnictwa, pójdzie on swoją drogą, nie widząc cię i ignorując a jeśli się znajdziesz na niéj kiedy... to pewna, że cię nie oszczędzi...
— Ani ja téż jego, dodał Płocki, to się rozumie... A no! zobaczymy...
Płocki zaczął poświstywać, przeszedł się parę razy po pokoju, popatrzył na dawnego towarzysza. Zdawał się czekać, czy mu téż nie powie co więcéj. W istocie odgadł prawie, bo Piętka się sposobił do rozmówienia o pannie Eulalii. Odkładanie téj sprawy zdawało mu się gorszém, niż przyspieszenie jéj. Chwila nie była może dobrze wybraną, lecz nie zawsze człowiek jest panem wyboru chwili.
— Jeśli pozwolisz, odezwał się, miałbym z tobą do pomówienia we własnym interesie dosyć ważnym.
Płocki błysnął wejrzeniem, w którém czuć było tryumf i szyderstwo.
— Najchętniéj, proszę cię, mów, jestem na usługi... Miło mi będzie, jeśli zechcesz podać mi zręczność okazania mojéj przyjaźni.
Ton, jakim zagajał Płocki, nie przypadł do smaku Piętce... ale trzeba się było zwyciężyć.
— Proszę cię o chwilę cierpliwości, będę z tobą otwartym, począł, spuszczając oczy mimowolnie. Pokazuje się, że człowiek nigdy za siebie ręczyć nie może... Żartem czy seryjo proponowałeś mi raz rękę swéj kuzynki, wziąłem to za żart... Mógłżem się spodziewać, że się w niéj zakocham?
— Ty? zakochany! podchwycił, śmiejąc się Płocki, to chyba żartujesz ze mnie z kolei.
— Nic a nic, mówię seryjo i przyznaję się do tego ze wstydem. Jestem zakochany śmiertelnie...
— Ale proszęż cię, przerwał, strojąc minę smutną i poważną Płocki, to cię nie prowadzi do niczego. Wiadomo ci zapewne, że mam inne projekty..
— Mogłeś je mieć, ale możesz je zmienić dla mnie a raczéj dla szczęścia kuzynki, któréj serce, zdaje mi się, żem pozyskał.
Płocki się uśmiechnął.
— Do kaduka! zawołał, to i serce już potrafiłeś pozyskać i mówisz o tém z taką pewnością. Zaprawdę, ciekawych się dowiaduję rzeczy!! Poprowadziłeś sprawę swoję znakomicie bez wiadomości mojéj, ani żony, pokątnie... zręcznie nader, ale, kochany Piętko, zapomniałeś o gospodarzu Vous avez compté sans votre hôte. Przecież ja jestem opiekunem i z żalem ci wyznać muszę, że serce mogłeś pozyskać, ręki nie będziesz miał... Nie dam ci jéj.
— Dla czego? zawołał gwałtownie Piętka.
— Bo mam dla niéj projekty inne, rzekł Płocki chłodno. Znasz mnie, jestem wyrachowany dla siebie i dla tych, którzy zależą odemnie. Z dwojga wybierając, jużciż wolę bardziéj bogatego osła, niż niemającego nic rozumnego człowieka, który rozumem tym nigdy się nic nie dorobi...
— Przecież o wyborze między nami, przerwał Piętka, rumieniąc się, niekoniecznie ty sam masz prawo wyrokować... a jeśli panna Eulalija zaszczyci mnie nim.
— Ja położę veto!.
— A daléj co? zapytał Piętka.
— No, nie wiem, począł Płocki, możecie probować ominąć opiekuna i wywołać skandal, bo ja praw, testamentem mi przekazanych, nie zrzeknę się. Możecie chcieć czekać i schnąć tą wierną miłością... możecie wreszcie zrobić kilka głupstw, których wina spadnie na was...
— To twoje ostatnie słowo, zapytał Piętka...
Płocki począł się niby namyślać.
— Trochę mi cię żal, że się z tobą w sposób tak brutalski obejść muszę. Ale, powiedz mi szczerze, nie zasłużyłeś że ty na to? Chciałem cię mieć z sobą, byłeś mi potrzebnym, ze wzgardą niemal odrzuciłeś propozycyją moją, związałeś się z jawnym moim nieprzyjacielem, stoisz w jego obozie, okazujesz mi więcéj, niż obojętność, bo wstręt.. Za to wszystko ja, mam ci na piérwsze zażądanie dać rękę mojéj kuzynki, jéj posag, i uledz rozkazowi... To nie jest w moim charakterze, dodał Płocki. Umiem cię cenić, szanuję wielce, lecz wolę majątek gotowy Dekiera, niż ten, którego się ty masz dorabiać... Piętka padł na kanapę zamyślony i oparłszy się na łokciu, nie odpowiadał nic.
— Jeszcze się raz spytam, dodał po milczeniu dość długim, czy to twoje ostatnie słowo?
— Jest to cała, otwarcie, szczérze wypowiedziana myśl moja, odparł Płocki. Nie będę ci wyrzucał podstępu, intrygi... choćbym miał prawo... bo tybyś mi pewno odpowiedział, że ja téż w wyborze środków nie jestem zbyt delikatnym. Mogłeś sobie postąpić, jak ci się podobało, dla pochwycenia panny i jéj majątku, ja muszę bronić obojga... Ty niemasz nic, ona bogata dosyć, między nami mówiąc, kto mi zaręczy, że ta miłość nie jest rachubą?
Piętka się oburzył, Płocki rozśmiał się tylko...
— Dla czegóżeś się z tém taił? dodał, czemu nie szedłeś prostą drogą przezemnie?
— Dajmy pokój wymówkom, odparł Piętka, jak do tego przyszło, żem się zakochał, zbliżył, żeśmy wzajemnie się porozumieli, tłumaczyć się nie będę.
— Domyślam się, że kochani Nurscy, osobliwie ta kwoka, sama jejmość, rada swatać zawsze, musieli się do tego przyczynić, by mi miłą niespodziankę zgotować.... Z Eulaliją się rozmówię... Gwałtu jéj nie zadam... ale pozwolenia mojego odmawiam stanowczo.
— Przecież się bez niego kiedyś obejść będzie można, zawołał Piętka.
— Nie rychło, roześmiał się Płocki, czekaj, jeśli chcesz... tymczasem panna rozmyśléć się może i znudzić, a ja postawię na swojém...
— Ale to formalna zajadłość przeciwko mnie, krzyknął Piętka.
— Nic a nic, płacę ci tą monetą, jaką ty mi od naszego rozstania się ciągle rzucałeś w oczy. Byliśmy na pozór dobrze a przecież okazywałeś mi się nieprzyjacielem... pracujesz dla Werndorfa... nie chciałeś nawet zajrzéć do mnie i cierpiéć cię musiałem, żeby ludzie z zerwania stosunków nie wysnuli wniosków.... Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, mam po sobie wszystko. Nie chciałeś ty mnie, ja ciebie nie chcę.
— Co się tyczy panny Eulalii, nie uczynię jéj najmniejszéj przykrości, lecz powiem otwarcie, że mojego zezwolenia nie dam...
Piętka odwrócił się i począł patrzéć w okno. Płocki niespostrzeżony z uśmiéchem szyderskim przyglądał mu się przez chwilę, wreszcie wziął za kapelusz i odezwał się:
— Żegnam...
Odwrócił się Piętka milczący i skłonił zimno.
Płocki wyszedł.
W kwadrans po wyjściu jego, Orest biegł do państwa Nurskich a pan Julijusz wchodził z miną pół smutną, pół szyderską do pokoju żony.
Od przyjazdu za każdym razem spodziéwała się ona burzy i teraz spojrzała na męża z przestrachem prawie, zbladła zaś cała, gdy się do niéj odezwał, że chciałby z Eulaliją pomówić.
— Z Eulaliją? zapytała.
— Tak jest, odpowiedział mąż. Miałażbyś o niczém nie wiedziéć?
P. Maryja zmieszała się nieco, załamała rączki.
— Proszę cię, tylko się nie gniéwaj! bądź spokojny....
— Jestem nim zupełnie, roześmiał się Płocki, nie masz się czego lękać. Nie obwiniam ciebie o to, że w czasie mojéj niebytności rozporządziła sobą kuzynka... wiem, żeś niewinna. Potrzebuję z nią tylko rozmówić się otwarcie.
Dzwoniono we wszystkie dzwonki tualetowe i ścienne, nadbiegła służąca.
— Prosić panny Eulalii!
Chwilę, mrucząc, przechadzał się Płocki, służąca powróciła z odpowiedzią, że panna Eulalija się ubiéra i bardzo przeprasza.
— Powiédz, że na nią czekam i proszę, by przyszła nieubrana.
Służąca pobiegła, zabawiła nieco dłużéj a tym razem przyniosła zapowiédź, iż panna przyjdzie, skoro tylko będzie mogła.
Upłynął kwadrans. Płocki przechadzał się, nie okazując wielkiego poruszenia, uspokoiło to żonę. Drzwi się uchyliły, aż wreszcie panna Eulalija weszła w stroju rannym, widocznie naprędce zarzuconym, była nieco bladą, ale zupełnie spokojną, przywitała Maryją i Płockiego skinieniem głowy i śmiało zbliżyła się ku niemu.
— Życzyłeś sobie widziéć się ze mną?
— Tak jest, tak, podchwycił Płocki, wstając z sofki, chciałem co najrychléj dowiedziéć się z ust waszych, że niedorzeczne plotki, jakie mnie doszły, są tylko wymysłem.
— Cóż to takiego?
— Piętka mi się o pannę Eulaliją oświadczył i zaręczył, że ma od niéj słowo, nie chcę wierzyć, ażebyś rozporządzała sobą, nie poradziwszy się nawet opiekuna. To nie może być.
Panna stała chwilę zamyślona.
— O nikogo tu nie idzie, tylko o mnie, o moją przyszłość i szczęście. Pan Piętka podobał mi się, oświadczył... dałam mu słowo i dotrzymam go.
— Bez mojego zezwolenia? to będzie trudno, odezwał się pan Julijusz.
— Przepraszam szanownego opiekuna, odezwała się panna, niezmieszana bynajmniéj. Od Piętki o tém wiem, że sam mu moją rękę proponowałeś, zatém nie sądziłeś go niegodnym jéj.
— Chociażby tak było! przerwał Płocki, poznawszy go lepiéj, mogłem zmienić zdanie.
— Jakto? znałeś go od młodości i zdaniem waszém zachwiała potém jedna godzina?
— Nie mam najmniejszego obowiązku tłumaczyć się z moich przekonań, rzekł Płocki widocznie rozdrażniony śmiałością kuzynki, zapowiadam tylko, że na to małżeństwo nie zezwolę...
— A ja panu ręczę, że moją ręką nikt bezemnie nie rozporządzi, choćby był najprawniejszym opiekunem, odpowiedziała Eulalija.
— Bardzo dobrze, tymczasem ja mam prawo oprzéć się i stawię veto.
Panna Eulalija nie odpowiedziała nic.
— Rozmowa więc skończona? odezwała się po chwili, mogę odejść?
Zdziwiony i zmieszany tą obojętnością Płocki zagryzł usta.
— Za pozwoleniem, rzekł, opiekunowie nie zwykli się tłumaczyć i uczynię wyjątek dla pani.
Spojrzeli na siebie, pan Julijusz nie był wcale gniewny, owszem zdawało się, że chce mocno oburzoną choć na pozór spokojną kuzynkę przejednać.
Siadaj pani, rzekł, nie jestem tyranem i despotą, nie postępuję sobie dla fantazyi, chcę pani dowiéść, iż inaczéj nie mógłbym uczynić. Piętka jest moim towarzyszem, był przyjacielem, sam bez żadnéj przyczyny zerwał zemną i poszedł szukać zajęcia gdzieindziéj, wzgardził wszystkiemi ofiarami, odrzucił prośby, okazał mi wstręt i nieufność, możeszże pani wymagać, abym za to wypłacał mu się, oddając, co mam najdroższego, pupilkę taką, jak wy? Powiem pani więcéj, potrzebowałem go i potrzebuję, zamiast mi przyjść w pomoc, służy mojemu nieprzyjacielowi...
Panna Eulalija, która się snać innych spodziéwała zarzutów, zamilkła zdziwiona. Nie mogła zaprzeczyć, że Płocki ze swego stanowiska miał trochę słuszności. Żona téż, która była rada, że się mąż tak doskonale uniewinnił w jéj oczach, podbiegła do kuzynki, wołając.
— Proszęż cię, Lalciu, Julek ma najzupełniejszą słuszność.
— Cóż pani na to? zapytał tryumfująco Płocki.
— Jest to rzecz dla mnie nowa, odezwała się Eulalija, nie wiedziałam o tych stosunkach, ależ nie wiem, czyby co teraz pomogło, gdyby zmienił postępowanie... Płocki zamilkł.
— Za pozwoleniem, rzekł, targować się o rękę waszą nie mogę, warunków mu stawić nie myślę, lecz przyznacie, że znowu nieprzyjacielowi, jakim się on dla mnie okazywał i okazuje, dawać broń w ręce... wymagać po mnie nie można.
Eulalija zamilkła a Marja patrzała to na nią, to na męża...
— Nie byłbym może przeciwko Piętce, gdyby on nie był przeciw mnie... dodał Płocki cicho.
— Pozwolisz mi z nim o tém mówić, odezwała się, wstając Eulalija, która z wielkiém zdziwieniem znalazła opiekuna daleko wyrozumialszym, niż się spodziewała.
Płocki jakby nie chciał ani przyrzekać nic, ani odmawiać, skłonił się tylko.
— Przyznasz mi kuzynko, szepnął w końcu, biorąc za kapelusz, że nie jestem do zbytku wymagającym, tak jak dziś stoimy do siebie, na małżeństwo zgodzić się nie mogę. Werndorf jest moim jawnym nieprzyjacielem, nie zniosę tego, by z nim trzymał... tego żądać nie podobna...
To mówiąc, wyszedł... Maryja, uszczęśliwiona z tak pomyślnego zakończenia rozmowy, rzuciła się na szyję kuzynce.
— Julek ma słuszność! niech porzuci tego nieznośnego Werndorfa a wszystko się ułoży. Czyżby tego nie uczynił dla ciebie.
Szeptały długo, siedząc na kanapce jeszcze, Eulalija wyszła zamyślona... Wieczorem znalazła się u Nurskich... Piętka już na nią oczekiwał. Nie było nikogo obcego, oboje tylko gospodarstwo niezmiernie zajęci tą sprawą. Przed przyjściem jeszcze Eulalii wsiedli na Piętkę, dowodząc mu właśnie to samo, z czém ona teraz przybyła... Orest upiérał się przy tém, iż z Werndorfem zerwać nie może...
Na widok wchodzącéj Eulalii przerwano rozmowę żywą i głośną, Piętka był poruszony, gniewny i z uczuciem podbiegł u progu powitać piękną pannę, która mu się cała zmieszana uśmiechnęła.
Państwu Nurskim zdawało się, że najlepiéj uczynią, zostawiając ich z sobą samych... Znalazł się jakiś powód do spiesznego wyjścia samemu panu, a wkrótce potém i pani przeszła do drugiego pokoju.
— Wystawieni jesteśmy na próbę, którą przewidzieć mogliśmy, odezwał się Piętka, zbliżając do ust piękną rączkę narzeczonéj. Przebyłaś pani scenę, która mi ciąży na sumieniu, miałem i ja już rozmowę z p. Juljuszem... Spodziewałem się oporu z jego strony, ale nie nienawiści — a tę znalazłem.
— Mylisz się pan, przerwała Eulalija, nietylko niechęci nie ma, ale pana ceni i szanuje...
— Jakto?
— Tak jest... Juljusz ma słuszność! dodała panna śmiało.
Piętka zerwał się z krzesła.
— I pani to mówisz...? zawołał.
— Posłuchaj mnie pan cierpliwie, Płocki nie wymaga więcéj nic od pana nad to, ażebyś mu okazał życzliwość. Dotąd jéj od was nie doświadczył...
Piętka zamilkł i pobladł.
— Jakto? stawia mi więc warunki?
— On żadnego, ja zaś nie warunek, ale prośbę przynoszę, prośbę usilną. Jest to mój krewny, opiekun... Oparłabym się fantazyi, nie mogę odrzucić powodów słusznych.
— O cóż idzie? zapytał Piętka widocznie poruszony.
— Stosunków nie znam, przyczyn nie wiem, ale pan jesteś w przyjaźni i ścisłych związkach z jego nieprzyjacielem...
Usłyszawszy to Orest, wstał i zaczął się zadumany głęboko przechadzać po pokoju. Ciężkie brzemię spadło mu na piersi, osmutniał. Eulalija oczyma ciekawemi ścigała go.
— Siądź pan, rzekła, mówmy otwarcie. Nie jestem warta, abyś mi te stosunki poświęcił i znów... przywiązujesz pan do nich taką wagę..??
— Będę otwartym, odezwał się po namyśle Piętka, panią samą uczynię sędzią w téj sprawie. Nie znasz tych stosunków, ja na nieszczęście ich się dotknąłem. W każdéj innéj chwili gotówbym był dla pani, dla szczęścia zerwać węzły wszelkie, gdzieindziéj mnie odciągające. Jest to moment walki, w któréj Werndorf, jest niemal przez wszystkich opuszczonym... Mam dla niego szacunek, co więcéj, przekonanie, iż nie zasłużył na to, aby ludzie przenieśli nad niego kogo innego... Mamże go właśnie teraz porzucić gdy.... i siebie tém i jego skrzywdzę?...
Eulalija patrzała mu w oczy z przejęciem...
— Zdaje mi się, że to przesadzone skrupuły, rzekła, ożenienie usprawiedliwi pana... Są z sobą źle, zrodził się antagonizm, walka, nie możesz pan stać tylko po stronie.... przyszłéj swojéj rodziny.
— Nawet gdyby rodzina nie miała słuszności? zapytał Piętka z bolesnym uśmiechem... Czybyś pani nie pogardziła mną, gdybym dla niéj zapomniał o honorze?
— Ale czyż honor jest w tém interesowany, podchwyciła Eulalija, która znać nie spodziewała się tego oporu. Przecież uwolnienie się od obowiązku nie może być poczytane za zdradę...
Piętka spuścił wzrok smutnie.
— Wymagasz pani tego po mnie? zapytał.
— Ale tu idzie o przyszłość naszą! odpowiedziała Eulalija. Płocki nie zgodził się na to ożenienie. Każesz mi pan czekać? będę posłuszną i cierpliwą. Orest pochwycił się za głowę i odszedł kroków kilka, wtém wszedł Nurski...
— Wiem, o co idzie, odezwał się żywo. Widzę państwa zakłopotanych i całém sercem dzielę ich frasunek. Ale na miłość Boga, pomówmy o tém zimno... Płocki ma słuszność, wymaga to, czego żądać ma prawo!! Werndorf mu na każdym kroku szkodzi... musi się bronić.
Uśmiechnął się na to Piętka...
— Nie wchodząc nawet w ich stosunki, bo ja tam nie chcę być ich sędzią, dorzucił Nurski, przecież to wymaganie słuszne... słowo daję... pan powinieneś na nie przystać, jeśli kochasz Eulaliją...
Pani Nurska nadbiegła téż z drugiego pokoju, oblegli oboje nieszczęśliwego Piętkę.
— Ja się spodziewałam po Julijuszu daleko więcéj uporu i zaciętości? zawołała pani domu, piérwszy raz znajduję go tak wyrozumiałym... Ma doprawdy słuszność... Trzebaż coś dla szczęścia poświęcić...
Pan siebie i Eulalki nie będziesz przecię męczył przez jakiś osobliwszy punkt honoru... Panie Oreście? nieprawdaż? nieprawdaż...
Orest stał osłupiały, nie odpowiadał nic. Wejrzenie jego rzucone na narzeczoną znalazło ją smutną, niemal obrażoną tém wahaniem i drożeniem się z sobą, nie wiele kobiét w podobném położeniu zechce przyznać mężczyznie słuszność. Choćby powód był najszlachetniejszy, miłość powinna być silniejszą nad wszystko, ona nie znosi, by ją kładziono na szalę nawet z tém, co najdroższe jest człowiekowi.
Spojrzenie Eulalii złamało Piętkę, z niewysłowioném upokorzeniem, z uczuciem wstydu nad słabością swoją zbliżył się do narzeczonéj.
— Powiédz mi pani, odezwał się, że téj ofiary wymagasz odemnie, będę jéj posłusznym...
— Proszę o nią, odpowiedziała Eulalija i nie sądzę, bym zgrzeszyła... Będziesz pan wytłumaczonym w oczach najsurowszych sędziów... Wina niech spada na mnie... Płocki ma słuszność.
— Tak jest! wtrącił Nurski, słowo daję, że ma słuszność...
— Ma ją! ma! dodała sama pani, niema co mówić.
Zmilczał więc Piętka, skłoniwszy głowę... P. Eulalija wstała i żywo pochwyciła go za rękę. Dziękuję panu, szepnęła...
— Za pozwoleniem, odparł Orest cały jeszcze wzburzony, Płocki może wymagać, ażebym porzucił Werndorfa, pojmuję to i uczynię... lecz nie powinien żądać, ażebym przeszedł w jego służbę. Znajdę pracę niezależną...
Nurski dziwną zrobił minę i spojrzał, dając znak jakiś żonie.
— Już to się ułoży! zawołał, to się jakoś załatwi, choć tego nie bardzo rozumiem, dla czegobyś pan bliskiemu krewnemu miał szacownéj pomocy swéj odmawiać.
— Niema co o tém dziś mówić! zagadała gospodyni domu, najtrudniejszy warunek przyjęty. My wszyscy teraz napadniemy Julijusza, ażeby ze swéj strony nie był dziwacznym i nazbyt wymagającym.
Gdyby kiedy doznana przykrość i upokorzenie tego rodzaju, jakie dotknęły Piętkę mogły się wynagrodzić i zatrzéć prędko wrażeniem nowém, byłaby mu je wdzięczna czułość panny Eulalii, jéj widoczne rozpromienienie opłaciły sowicie. Cały wieczór przeszedł na cichych szeptach i marzeniach, na planach przyszłości, która już zdawała się zapewnioną. Piętka późno w noc wyszedł rozmarzony, ale smutny... Nazajutrz bardzo rano, gdy Płocki ubrać się jeszcze nie miał czasu, zapukano do jego kancelaryi. Wszedł niezmiernie ożywiony i z pełnemi śmiechu ustami Nurski, rzucając się w objęcie kuzyna.
— No! brawo! zawołał! zwyciężyliśmy! odebrałeś Piętkę Werndorfowi...
Wiesz co, to trzeba twojego rozumu, aby tak tą sprawą poprowadzić umiejętnie i doskonale... Zbliżyć i przeszkodami podrażnić, opiérać się, protestować i sprowadzić do żądanego mianownika taki uparty rzeczownik, jak ten Piętka.
— Zgodził się więc! krzyknął Płocki.
— Eulalija go skłoniła, począł po cichu Nurski, my téż z żoną trochęśmy go nacisnęli. Opiérał się, oburzał, ale gdy kobiéta każe, zwłaszcza przed ślubem, licha się kto jéj potrafi sprzeciwić, to było do przewidzenia...
Płocki był rozpromieniony.
— Strata Piętki będzie dla Werndorfa bolesną, rzekł z uśmiechem złośliwym, człowiek uczciwy, zdolny, usposobiony, słowem taki, że go nie łatwo kto zastąpić potrafi, a potém rozgłos w téj chwili!! pojmujesz!
Nurski uśmiechał się także i ściskał kuzyna.
— Słuchaj Nurski... ty powinieneś to umiéć tak puścić w kurs, ażeby się zdawało, że Piętka nie dla Eulalii to uczynił, ale dla mnie a ja z méj strony dopiéro... rozumiesz!
— Rozumiem, szepnął Nurski, spuść się na mnie, puścimy, jak potrzeba.
— Czy sądzicie, że się nie cofnie, zapytał Płocki.
— Nie może, dał słowo... Zakochany fatalnie... zmysły postradał... zrobi z nim Eulalka, co zechce...
Przyjaciele uściskali się raz jeszcze...






Opinija publiczna... jest to owo morze, którego bałwany[1] rozbijają najpotężniejsze statki i kruszą najtwardsze skały, lecz, niestety, wiatry, które ją podnoszą, wieją, jak los zdarzy.
Wiatrami temi często nie mytologiczne Eola dzieci, ale skromne bardzo władają istoty.
Wiedział o tém doskonale pan Julijusz Płocki i wypuszczał z jaskini Boreaszów w postaci Wytrychiewiczów, Nurskich, a nawet trzech książąt Nestorów, którym się zdawało, że głosili własne przekonanie, z narzuconemi zaś tylko zręcznie chodzili po świecie.
W kilka dni po powrocie z podróży przekonać się mógł o szczęśliwéj trafności kombinacyj swoich, potrafił wmówić wszystkim, iż on był prześladowanym, pokrzywdzonym i że miał wszelką słuszność za sobą.
Profesor Milanowicz wielbił go, jako protektora oświaty ludowéj i ks. Nestor uznawał znakomitym finansistą i ekonomistą. Nurski wychwalał jego bezinteresowność i poświęcenie się dla rodziny, Wytrychiewicz sławił gienijusz i pracę, milczał wprawdzie, słuchając tych pochwał hrabia Adam, nie mówiąc ni źle, ni dobrze, ale jego mieli wszyscy za dziwaka... a Płocki był tak zręczny; że, obalić go nie mogąc, głosił jego pochwały...
Nie małe téż wrażenie wywarło odstępstwo nagłe Piętki. Postarano się je przedstawić i wytłómaczyć w sposób dla Werndorfa najniekorzystniejszy.
Zerwanie tych stosunków kosztowało wiele pana Oresta, lecz ktokolwiek z czytelników moich bacznie się wpatrzył w ten charakter, mógł się takiego końca spodziewać. Sceptycyzm nie rodzi innych owoców... Nazajutrz po wieczorze u państwa Nurskich około południa upokorzony Piętka poszedł do Płockiego, czekał na niego zwyciężca, lecz z właściwą sobie zręcznością postanowił być łaskawym panem.
Rzucił się na szyję dawnemu towarzyszowi i oświadczył mu sam, że, jak tylko zrywa z Werndorfem, przeciwko ożenieniu nic mieć nie będzie. Stał się czułym, serdecznym, a że Piętka go znał dobrze, usiłował mu się odmalować ze strony najmniéj zbadanéj, zatém takiéj, w któréj komedyja uchodzić mogła za prawdę, chciał go przekonać, że ma czułość dla rodziny niewypowiedzianą, że to jest jego słabość, że węzły familijne krępują go i przywiązują.
Czy o tém przekonać potrafił Piętkę, wątpimy bardzo, smutny pan Orest, którego gryzło sumienie, znosił wszystko, czém go karmić chciano... Podali sobie ręce, Julijusz zażądał natychmiastowego opuszczenia Werndorfa a miał tyle taktu, że nie nalegał o przyjęcie natychmiastowe żadnych nowych u siebie obowiązków. Był aż nadto pewnym, że to przyjdzie późniéj bez trudności.
Po téj rozmowie i umowie Piętka poszedł do Werndorfa. Wstydził się uroku, jaki czynił i nad wyraz był przybity i zbolały. Nie miał jeszcze cynizmu, który dopiéro z latami przychodzi. Werndorfa znalazł w jego kancelaryi, jak zwykle zajętego korespondencyją, oblężonego przez interesantów, umiejącego razem podołać stu rozmaitym sprawom, krzyżującym się na jego biurze. Piętka miał tu wnijście swobodne, nie potrzebował się opowiadać. Na widok jego Werndorf, sądząc, że go sprowadza potrzeba narady jakiéjś późnéj, rzucił pióro i uprzejmie go powitał.
Z twarzy jednak wprawny wzrok jego mógł poznać zaraz, że coś niemiłego spotkać musiało faworyta...
Orest chciał się rozmówić w gabinecie na osobności.. Wyszli natychmiast... Przybyły długo się nie mógł zebrać na słowo.
— Co panu jest? widzę, żeś doznał jakiéjś przykrości, odezwał się Werndorf, bądź pan ze mną otwartym.
— Widzisz pan przed sobą człowieka w najprzykrzejszém w istocie położeniu, jakie sobie wystawić można... rzekł Piętka. Wstydzę się tego, co mam popełnić...
Byłem najpewniejszym, dodał, że ta utrapiona słabość, którą ludzie zowią zakochaniem, ominie mnie, że jéj nie ulegnę... Tymczasem padłem jéj ofiarą.
Werndorf się rozśmiał.
— A! nie jest to rzecz wcale śmieszna, dorzucił Piętka. Zakochałem się w kuzynce pana Płockiego, zostałem przez nią przyjęty... Opiekun położył veto, narzucono mi warunek.
— Jaki? zapytał Werndorf.
— Abym się rozstał z panem, wyjąknął Piętka, spuszczając oczy.
— Pan go przyjąłeś? zimno i na krok cofając się w tył, rzekł gospodarz.
— Nie mogłem go odrzucić, począł żywo, tłómacząc się Piętka, niech mnie pan nie obwinia... Szło nie o mnie, ale o kobiétę... Przyznaję się, popełniłem grzech przez słabość, winnym być mogę, lecz może nie tyle, jak się zdaje. Werndorf słuchał, ręce w tył założywszy, fizyjognomija jego po piérwszém nerwowém wzdrygnięciu stała się spokojną, wyrażała chłodną jakąś litość i niemal pogardę.
— Pan się wcale nie potrzebujesz tłómaczyć, rzekł sucho. Każdy postępuje, jak uznaje lepszém i właściwszém dla siebie. Racz pan zdać papiéry, obrachować się z kasą, odebrać, co mu należy... i rzecz skończona... nie mamy mówić o czém.
Ten to i sposób, w jaki go odprawiano, dotknął mocno pana Oresta.
— Mam nadzieję, że pan będziesz pobłażającym i że nie weźmiesz za złe... odezwał się.
Werndorf cofał się coraz daléj ku oknu z widoczną chęcią jak najprędszego ukończenia rozmowy.
Rzecz jest skończona! powtarzał, nie mamy o czém mówić dłużéj...
— W mojém położeniu, natarczywie począł Piętka.
— Ale to do mnie wcale nie należy, przerwał Werndorf. Darujesz mi pan, jestem tak zajęty... muszę natychmiast powracać.
Skłonił się i wyszedł szybko z gabinetu do kancelaryi, nie spojrzawszy już nawet na Piętkę, który się wysunął, jak winowajca...
Spodziewał się on sceny z Werndorfem, ale daleko innéj i mniéj pogardliwéj a przykréj. Sądził, że go będzie wstrzymywał, że go zechce nawracać, że się ulituje może i przebaczy, stary bankier nie raczył ani słowem go zatrzymywać, nie dopytywał przyczyn, nie okazał gniewu, z zimną jakąś obojętnością wyprosił go za drzwi. Z twarzą okrytą rumieńcem, nie witając się z nikim po drodze, nie widząc nikogo, Piętka zbiegł ze wschodów. Nie był jeszcze na dole, gdy Werndorf, zawoławszy służącego i wskazując mu na drzwi, któremi wyszedł Piętka, zabronił go więcéj kiedykolwiek przyjmować.
Tegoż dnia roznoszono po mieście, iż Piętka oburzony postępowaniem Werndorfa, skrzywdzony przez niego... opuścił służbę, w któréj zostawał...
Do innych plotek dodana i ta miała swą ważność i znaczenie.
Płockiemu wiodło się we wszystkiém tak, iż w istocie mogła mu się zawrócić głowa... Wypadek wcale niespodziewany podał mu zręczność nową okazania się wspaniałomyślnym.
Stary ów dom zamożny Fabryczów, który zdawał się opoką niezachwianą, runął nagle, katastrofy téj nietylko że nikt przewidziéć nie mógł, ale niktby jéj nie śmiał przypuszczać. Znaczne bardzo kapitały, nadzwyczaj skromne życie, ostróżne spekulacyje, doświadczenie wiekowe zdawały się Fabryczów zabezpieczać od upadku. Tymczasem domy dwa w Nowym-Yorku i Londynie, z któremi byli we współce nagle upadły... Strata poniesiona przez nich była tak znaczną, iż nie o dzwignięciu się, ale tylko o likwidacyi myśléć było można. Cios ten padł na uczciwą rodzinę w chwili, gdy się go jak najmniéj spodziewać mogła... Stary Fabrycz zdawał się zrazu do obłąkania prawie przybity nim... Surowe obowiązki rozbudziły go... Z męstwem i zimną krwią wziął się do likwidacyi, zapowiadając, że gotów jest stracić do ostatniego grosza, byle nikt z jego przyczyny nie poniósł szkody.
Gdy się wiadomość o tém rozniosła po mieście, nie chciano jéj wierzyć, ludzie się śmieli z pogłoski. Późniéj tłumami biegli ciekawi do kantoru... Kilku majętniejszych, między innymi Werndorf ofiarowali Fabryczom kredyt swój, pomoc, byle nie potrzebowali likwidacyi. Stary Fabrycz nie przyjął ofiar, nie czując się na siłach do rozpoczęcia na nowo budowy, którą jedna burza rozniosła.
Bankructwa, których Fabrycze padali ofiarą, tak były znaczne, iż pochłonęły niemal cały majątek. Nie przyjąwszy pomocy, któraby im stratę zmniejszyć mogła, Fabryczowie wylikwidowali się i rozpłacili jak najściśléj. Został im szacunek powszechny i ów stary dom, na którym jeszcze była jakaś suma odwieczna... Z milijonowéj fortuny, z dnia na dzień prawie zeszli do ubóstwa, które im łatwiéj było znieść, bo nigdy bogactw swych nie używali. Wiedli jak dawniéj życie dość skromne, że się im różnica uczuć prawie nie dała... Młody Fabrycz znalazł z łatwością pomieszczenie, o starym jakoś nikt nie pomyślał.
Płocki, który polował na popularność i czyhał na wszelką zręczność pozyskania jéj, przewidział, iż podanie ręki człowiekowi tak powszechnie poważnemu, może mu ludzi pozyskać. Nie czynił tego ani z serca, ani z przekonania o obowiązku, ani z innych pobudek szlachetniejszych, była to prosta rachuba i okazała się wyborną.
Zależał od niego wybór jakiegoś dyrektora, do którego miejsca była przywiązana pensyja znaczna, uczciwszego i zdolniejszego człowieka znaléźćby był nie mógł, nad Fabrycza... Był to wybór doskonały i w oczach ogółu postępek szlachetny. Nie mówiąc nic nikomu Płocki poszedł do niego.
Nie było ani powodu do odmówienia, ani trudności w przyjęciu stosownych dla starego, doświadczonego człowieka obowiązków. Fabrycz uścisnął z uczuciem dłoń człowieka, w którego serce uwierzył, bo sam miał je w piersi. Tegoż dnia wszyscy wiedzieli w mieście o szlachetném znalezieniu się Płockiego. Nikomu wiadome nie było, że Werndorf znaczny kapitał ofiarował upadłéj rodzinie, którego ona nie przyjęła, ale ofiara Płockiego rozbębnioną została staraniem otaczającéj go kliki tak, że przeszła do dzienników i okryła go chwałą. Nikt się nie zastanowił nad tém, iż zyskanie tak zacnego i doświadczonego, jak Fabrycz, człowieka, było dla Płockiego materyjalnie nawet niezmiernie korzystném; wysławiano jego serce, szlachetność i skromność, z jaką postąpił.
Hrabia Adam nawet, który się był nieco odsunął od niego, począł sobie czynić wyrzuty i pytać sumienia, czy miał słuszne powody zniechęcenia do Płockiego.
Umieli przyjaciele jego nawet ten postępek tak wypotrzebować i przedstawić, że z niego zrobili broń przeciwko Werndorfowi. Porównywano ich uparcie, a że czynności jednego były głośne i wydzwaniane, drugiego ciche i zakryte, łatwo się domyśléć, iż zwyciężcą był ten właśnie, który na to najmniéj zasługiwał.
Taka jest najzwyczajniejsza koléj rzeczy ludzkich i nikogo zapewne nie zadziwi, że wkrótce Piętka, czując się winnym a nie chcąc się nim okazać w oczach świata, stanął po stronie przyjaciół Płockiego i w koleżeństwie z Wytrychiewiczem stał się jego najgorętszym obrońcą. Pan Julijusz umiał z każdego wypadku skorzystać, zużytkował téż dla siebie wydanie kuzynki za Piętkę. Znano go w mieście ze zdolności niepospolitych i z prawego charakteru. Gdy się wieść rozeszła o ożenieniu, które dlań było bardzo świetne, poczęli dopytywać wszyscy, jakim sposobem przyjść do tego mogło.
Płocki ze skromnością sobie właściwą jednego wieczora zagadnięty w resursie, odezwał się w kółku znajomych, pewny będąc, że wyrazy jego powtórzone zostaną.
— Może to panów słusznie zadziwić, iż moją kuzynkę, która miała prawo ze wszystkich względów aspirować do świetniejszego za mąż pójścia, wydaję za ubogiego młodego człowieka. Nie chwaląc się, czynię to, ażeby zachęcić go do dalszéj pracy, dać mu do niéj środki i okazać innym, że się charakter zacny opłaca na świecie. Piętka ma przeszłość, talent, nie strwoni ani zdolności, ani majątku, ani czasu.
Wszyscy przyklasnęli téj pięknéj teoryi Płockiego, który się w duchu śmiał i cieszył głównie z tego, że pana Oresta odebrał antagoniście a miał nadzieję zużytkować dla siebie.
Kilka takich faktów, jak restauracyja szkółki, wydanie kuzynki, podtrzymanie zubożałego Fabrycza, podniosły niezmiernie w opinii zręcznego człowieka, który miał ten takt, że o Werndorfie nie mówił, albo się o nim odzywał z umiarkowaniem a tymczasem podkopywał go i nurtował pod nim przez swych zauszników.
W tych czasach, gdy Płocki jeszcze ze wszystkiemi był dobrze, bo potrzebował ich, będąc nowym i nieznanym, wzajemnie sobie hrabia Adam, Werndorf i Płocki udzielali projektów i pomysłów, których wykonanie było na dobie. Ze wszystkich ich najstarszy, najdoświadczeńszy, najgenijalniejszy Werndorf nie taił wcale myśli i planów.
Część ich już Płocki pochwycił był i przywłaszczył, starając się o ich potwierdzenie dla siebie. O ten jednak plagiat posądzić go nie było podobna, bo idee te chodziły naówczas po głowach wszystkich i z ust do ust, — było to niejako wspólne dobro ogółu.
Inne finansowe i ekonomiczne pomysły, które Werndorf osnuwał, doznały zwłoki w wykonaniu, gdyż zrażony zrazu stary bankier, zaniedbał je w piérwszéj chwili. Po zbliżeniu się nowém do Piętki, którego panna Eulalija do domu Płockich ciągnęła, zręczny Płocki starał się wybadać towarzysza dawnego i dobyć z niego szczegółów o projektach osnutych. Podało mu to myśl śmiałego przyswojenia ich sobie. Wytrychiewicz pod dyktowaniem pana dyrektora spisał i wyrobił z pomocą kilku ludzi, którzy mu dostarczyli materyjału do rozwinięcia, te pokradzione zarysy instytucyj, stowarzyszeń, finansowych operacyj. Płocki, popsuwszy je może i przerobiwszy na swój sposób, wystąpił z niemi publicznie. Jeden z dzienników przyjął z wdzięcznością tę elukubracyją, dodając do niéj swe uwagi i podnosząc wielką zasługę młodego czynnego pracownika, który tak pięknemi pomysły przysługiwał się krajowi.
W porę puszczone artykuły podniosły jeszcze Płockiego w opinii powszechnéj. Stał się ulubieńcem publiczności, która potrzebuje od czasu do czasu nowych bożyszcz we wszystkich sferach tak samo, jak nowych na scenie artystów i wirtuozów na koncertach.
Jednego dnia po dobrym obiedzie, na którym się znajdowała hrabianka Cecylija, profesor Milanowicz, stary Fabrycz, Piętka, państwo Nurscy i kilku jeszcze protegowanych Płockiego, otaczającego się chętnie dworem, mającym głosić jego sławę, Piętka nieco zmęczony wyszedł na balkon odetchnąć świéżém powietrzem i ciszą. Panny Eulalii nie było, chwilowa migrena nie dozwoliła jéj pokazać się dnia tego.
Piętka choć wszedł w ten świat, w który go wciągnięto mimo jego woli, choć musiał potakiwać Płockiemu, miewał także chwile niesmaku, zgryzoty i znużenia. Był to właśnie dzień złego humoru, tłómaczącego się dla obcych niebytnością narzeczonéj.
Roznoszono czarną kawę, gdy do salonu wszedł książę Nestor.... powitany przez gospodarza i gospodynią z nadzwyczajném nadskakiwaniem i wyszukaną zręcznością.
Podano mu cygaro, zrobiono miejsce, książę przysiadł się do pięknéj pani, bo był wielkim wielbicielem jéj i w ogóle wszystkich młodych pań, jakie na świecie spotykał. Obok poważnéj roli ekonomisty, chętnie grał téż czasem rolę seduktora, nie doprowadzając jéj daléj po za przyzwoitą galanteryją.
Przez kilkanaście minut zabawiał panią Płocką, dopytywał o pannę Eulaliję, udawał młodego lwa zakochanego, aż nareszcie, jakby ocknąwszy się, wstał podać dłoń gospodarzowi.
— Niechże panu powinszuję! zawołał, wszyscy jesteśmy w zachwyceniu nad twemi wybornemi pomysłami o przyszłości kredytu krajowego! Artykuły pańskie, bo choć nie podpisane, wiadomo dobrze, kto jest ich autorem, robią formalną furorę... W Biblijotece ma być pochlebny bardzo rozbiór ich umieszczony... dadzą pewnie asumpt do żyznéj polemiki, ale co najzabawniejsza, że maluczkie gronko wiernych druhów pewnego emeryta — finansisty chce dowodzić, iż pomysły te do niego należą!
Książę zaczął się śmiać wesoło, a Płocki, zrobiwszy dziwną minę i zarumieniwszy się mimowoli, głową tylko poruszał.
Milanowicz nader gorąco i niezręcznie wystąpił przeciwko zawiści ludzi, którzy niechcą prawdziwéj uznać zasługi, inni mu potakiwali, Płocki udawał skromnego i niesłusznie pokrzywdzonego człowieka...
Gdy się to działo w salonie, hrabianka Cecylija, zapaliwszy cygaretkę, w milczeniu rzuciła szyderskie wejrzenie po zgromadzeniu i powolnym krokiem wysunęła się na balkon.
Piętka siedział tu w krześle zadumany i kwaśny.
Na widok jego hrabianka stanęła i jakiś czas patrzyła nań w milczeniu z pewnym rodzajem politowania.
— Obiad był doskonały, odezwała się po cichu a przy czarnéj kawie, zamiast kadzidła innego, książę Nestor przyniósł trybularz pochwał gospodarzowi. Słyszy pan, jak mu tam kadzą!
Piętka wstał milczący. Stara panna wpatrzyła się w niego uważnie i nagłe stłumionym parsknęła śmiechem...
— Z twarzy pańskiéj czytam, szepnęła, zbliżając się, że pan jak ja bawisz się tą komedyją dell’arte, wybornie odegrywaną, ale jak ja przecież rozumiesz się na niéj i na sztuce wielkiego artysty!
Ruszyła ramionami.
— Ja tu jestem dla wybornego obiadu i miłéj Maryi (bo to dobre dziecko), pan dla swojéj Lali... ale wytłómacz mi... innych ludzi, księcia Nestora?... czy oni na seryjo wierzą w tę wielkość naszego nieporównanie zręcznego Amfitryjona?...
Piętka z obawą pewną spojrzał na drzwi od salonu...
— Bądź pan spokojny, odgadując myśl jego, odezwała się hrabianka, tam nadto są zajęci nową komedyją odegraną świeżo z wielkim talentem, ażeby nam przeszkodzić mogli w poufnéj pogadance...
— Wielki artysta! dodała śmiejąc się i przybliżając do Piętki, nieprawdaż? Tem dziwniejszy, że nie genijusz, ale co za talent akrobaty! niema masztu, na któryby się nie wdrapał, niema najcieńszéj liny, na któréjby niepotrafił tańcować... Patrz pan, co za poważna mina apostoła i purytanina! jakie namaszczenie... jaka uroczystość!
— O kim pani mówi? spytał Piętka, który nie wiedział, jak miał to przyjąć...
Hrabianka ramionami ruszyła.
— Bądźże pan szczerszym ze mną... rzekła Vous étes un homme d’esprit. Nie mówię nic złego o Płockim, jestem jego wielką admiratorką, lecz rozbieram grę tę mistrzowską! Spojrz pan na publikę, w jakim przyklaskuje mu zachwycie... pan, co go za kulisami widujesz i znasz dobrze, nie uśmiechaszże się czasem z tak dzielnie odegranego dramatu. Ja, ja się przyznaję, ja patrzę nań z admiracyją... a na parter i lożę ze zdumieniem. On leur fait avaler tout ce qu’on veut!!
Hrabianka Cecylija śmiała się dziwnie, Piętka stał osłupiały... Długo starał się utrzymać powagę i nie rozumiéć do kogo się to stosowało, nareszcie, mimowoli usta mu się do uśmiechu skrzywiły...
— Pani jesteś nielitościwą! rzekł cicho.
— A! mój panie Piętko, z wyżyny swego arystokratycznego tonu dodała hrabianka, jakże się nie śmiać? Kilku, kilkunastu ludzi uwieść, rzucić na nich urok, przedstawić się im zręcznie, to jeszcze nic. Ale całe masy inteligentne rozumne mające czasem instynkta trafne, tak wywieść w pole... ale ze wszystkiego umiéć sobie budować piedestały... i wmówić w tysiące, co się podoba... może tylko tak wielki artysta, tak znakomity kuglarz, jak nasz nieporównany pan Julijusz.
Spójrz pan przez szparkę na księcia Nestora. Książę Nestor tak wierzy w naszego komedyjanta, jak gdyby sam nim nie był... Ale to pośledniejszy daleko dyletant? nieprawdaż? Płocki go remorkuje za sobą...
Widząc, że Piętka jakoś niechętnie bierze czynny udział w rozmowie, hrabianka zatrzymała się nagle...
— Wydam się panu po tym doskonałym obiedzie straszną niewdzięcznicą! A! nie! rozśmiała się, puszczając dymek z cygaretki... Nie jest niewdzięczném to uwielbienie, pewna jestem, że gospodarz nasz, gdyby mnie posłyszał sam, zrozumiałby całą wartość admiracyi en connaissance de cause powziętéj.
Całe życie jest komedyją! Miło popatrzéć na dobrych artystów...
Hrabianka przeszła się parę razy po balkonie...
— Nie wiem, czym panu powinszowała ożenienia, rzekła z odcieniem szyderstwa.. Przyjm pan moje najszczersze życzenia!... Jesteś w dobréj szkole, vous ferez vôtre chemin!
— Ja mam życzenia bardzo skromne i nie dążę wysoko, rzekł Piętka, ograniczę się tém, co niezbędne do szczęścia domowego. Akcesoryja są piękne na obrazach, w życiu są to konwencyjonalne dodatki, które się często stają ciężarem.
— Cóż to pan akcesoryjami zowiesz? spytała hrabianka.
— Właśnie to, o co się mój amfitryjon ubiegać zdaje. Przewaga, znaczenie, władanie ogromnemi środkami... Dźwiganie na piedestały, jak pani mówi...
— To może daje interes życiu dosyć w ogóle pustemu, westchnęła stara panna. Cóż zrobić z tém, co się życiem zowie, kto kochać nie umie, i w praktykę cnoty nie wierzy? Trzeba się bawić kosztem ludzi!... i śmiać z nich.
Zbliżyła się do Piętki poufale.
— Szczerze, la main sur la conscience, Płocki musi się doskonale wyśmiewać z publiki, gdy zejdzie ze sceny, a huis clos, nieprawdaż? Śmiejecie się we dwóch... zdrajcy!
I hrabianka śmiać się téż zaczęła serdecznie.
— Rozstałeś się pan z Werndorfem, dodała cicho, z tego człowieka nigdy nic nie będzie.... Seryjo nadto bierze wszystko, oszukują go wszyscy...
Przepraszam panią, widzi on jasno ludzi i sprawy ich, ale nie sądzi być godnym siebie, zniżać się do wypotrzebowywania ich słabości...
— Pan go bronisz? spytała ciekawie hrabianka Cecylija...
— Nie, bo nie potrzebuje obrony, ja go tylko określam...
— Ja go żałuję, uśmiechnęła się panna, ale to los zwykły jemu podobnych... że ich dobry clown zagasi...
Ruszyła ramionami.
— Jakże jesteście z hrabią Adamem? tegom ciekawa.
— Pani nas łączy obu razem?
— Należysz do rodziny.
— Sądzę, że Płocki jest z nim w stosunkach, jeśli nie dobrych i ścisłych, to przynajmniéj bardzo przyzwoitych.
— To także ekscentryk! pan wiesz, ja go nie lubię. Hrabina Sybilla czasem go zdrajcą i odstępcą nazywa, bo go posądza, że jedną nogą stoi w demokratycznym obozie...
Stała właśnie naprzeciw drzwi salonu i wpatrzyła się weń uważnie. Ks. Nestor wygłaszał jakąś teoryją manczesterskiéj szkoły, któréj się nauczył z rana, aby się z nią po obiedzie popisać. Płocki udawał wielkie podziwienie dla idei, które uchodziły za nowe, chociaż czuć je już było... zwierzyną. Lecz musiał przecię wypłacić się księciu Nestorowi za jego współczucie dla siebie. Gość nie poznał się wcale na tém, że gospodarza uwielbienie było fałszywą monetą, i zapędzał się tém bardziéj, im pewniejszym był, że pani Płocka, profesor Milanowicz i Nurscy wcale go nie zrozumieją.
Nurski stał w osłupieniu nad tą mową tak uczoną i tak wymowną.
— Takiego księcia, szepnął żonie, jeszcze mi się téż spotkać nie trafiło!! a toby mógł być profesorem!!
Pani Nurska podzielała męża zdanie. Stary Fabrycz, choć kilka razy mu się coś dziwném zdało i ryzykowném, nadto był grzeczny i z natury milczący, ażeby się wtrącał do rozmowy.
— Pan jesteś, widzę, kwaśny, zapewne z powodu migreny panny Eulalii? Nie siedźże sam jeden z myślami smutnemi na balkonie, chodź ze mną na widowisko, przecież coś warto widziéć, ks. Nestora z Płockim, odgrywających swą scenę tak przedziwnie...
Spojrzała ku Piętce, który się uśmiechnął i powróciła do salonu. Orest usłyszał ją w progu z największą ironiją odzywającą się do księcia Nestora.
— Jakiż książę jesteś wymowny! co za wdzięczna wysłowienia łatwość, jaki potok słów! Z prawdziwą admiracyją przysłuchiwałam się księciu...
Książę wstał, aby podziękować za pochwałę, którą przyjął z dobrą wiarą.
Hrabianka Cecylija nie zmieszana wcale ciągnęła daléj.
— Wy, kochany książę, rzekła, wy i szanowny nasz gospodarz stworzeni doprawdy jesteście dla siebie... Jak się myśli wasze godzą... dopełniają... jak się doskonale rozumiecie... Słuchałam rozmowy, ucząc się nią i budując...
Czy Płocki nie poczuł szyderstwa w tych wyrazach staréj panny, za to trudno ręczyć, ale że książę Nestor uwierzył w nie najzupełniéj, rozpromieniał i ucieszył się tém uznaniem, to pewna.
Hrabianka weszła między nich w myśli podbudzenia rozmowy na nowo, to się jéj jednak nie powiodło, bo książę Nestor wyczerpał zapas przyniesiony a Płocki nie mógł go podsycić.
Kilka razy jeszcze hrabianka Cecylija usiłując rozkołysać dwóch tych panów powtarzanemi pochwały, spojrzała ku Piętce, jakby mu chciała powiedziéć:
— Patrz, że i z nich szydzić można bezkarnie. Lecz nieszczęśliwy Orest dumał już z głową spuszczoną nad sobą, nad ludźmi i nad drogą, jaką pochwycony ubiegł w tak krótkim czasie, znajdując się dziś bardzo daleko od dawnéj swobody i w rękach człowieka... dla którego nie miał szacunku.





Epilog.

Nadzwyczaj szczęśliwym trafem dla tych scen kreślonych z natury, które do powieści prawidłowéj nie roszczą najmniejszego prawa, epilog wypadł, jakiego najklasyczniejszy romans mógłby im pozazdrościć.
Od wieków wiecznych przyjętém jest, że powieść, jak nasze bajki ludowe, musi się zamknąć weselem. Czytelnik naówczas uspokojony o losy bohaterów, którzy choćby przez miodowy miesiąc muszą być trochę szczęśliwi, zamyka książkę i przebacza autorowi, jeśli go za długo ciągnął za sobą po labiryntach, wiodących do tego wonnego wirydarza.
W parę miesięcy po opisanych wypadkach, gdy szkoła, wyrestaurowana przez Płockiego, została uroczyście otwartą w jego obecności przez profesora Milanowicza, który przy téj zręczności dobitnie zarekomendował dobroczyńcę ludu odległéj potomności; gdy Fabrycz stary wdział już mundur dyrektorski z łaski tegoż wspaniałomyślnego człowieka; gdy i koléj nowa przyznaną została młodemu entreprenerowi; gdy dwa banki zaszczycone zostały wyborem jego do rady zawiadowczéj, nadzorczéj, finansowéj, administracyjnéj... słowem, gdy Płocki jaśniał już w całym blasku zasług swoich: postanowił świetne wyprawić wesele dla człowieka, którego, jak po cichu mówił, wyciągnął z ukrycia i otworzył mu przyszłość.
Tym człowiekiem był nieszczęśliwy Piętka, ofiara pięknych oczów panny Eulalii, która wcale się nie domyślała, jak wiele dla niéj poświęcił.
Cała ta sieć zręcznie utkana, w którą wpadł człowiek, chlubiący się swą przenikliwością, spostrzegacz i badacz charakterów, dla niego i dla narzeczonéj pozostała tajemnicą. Być bardzo może, iż Piętka chwilami domyślał się potrosze, że go schwytano, nie był jednak tak zarozumiałym, ażeby przypuszczać, że takich zabiegów mógł się stać godnym. Miłość pierwsza w życiu, silna prawdziwa, młodzieńcza, odejmowała mu zwykłe jasnowidzenie. Przed sobą miał tylko piękną swą narzeczoną, nic więcéj, a nad nią szczęścia przyszłego marzenie unoszące się, jak aureola złocista.
Płocki potrzebował się popisać z tém weselem, wystąpić, okazać wspaniałomyślność, jaką mu przyznawano. Pamiętał o tém, że się takie popisy opłacają płaskiém uznaniem ogólném, które się potém w każdym interesie zużytkować daje.
Przygotowania więc do wesela były wielkie, wspaniałe; podarki dla kuzynki przepyszne, czułość dla obojga państwa młodych rozrzewniająca...
Niestety! Płocki, który pamiętał swe ostatnie przy dawném rozstaniu z Piętką rozmowy, jedno miał jak kamień na sercu... widział trudność a raczéj zupełne niepodobieństwo przekonania Piętki, który go znał do głębi, że to wszystko, co czynił, pochodziło z serca nie z rachuby, z uczucia, nie dla popisu.
Smutna twarz Oresta, jego zakłopotanie, milczenie, upokorzenie widoczne, były dla p. Julijusza symptomatem dowodzącym, że Piętka pamiętał dobrze, z kim miał do czynienia. Sprobować więc przynajmniéj zapragnął ująć sobie Piętkę, jedyne niezamydlone oczy, które widziały jasno, okryć tumanem, jaki na inne narzucał.
Zbliżało się wesele. Piętka wysilał się na przygotowanie domu, choć skromnie odpowiadać mogącego położeniu i stosunkom swéj narzeczonéj. Biegał więc zajęty, zmęczony, a że nie życzył sobie ani wzywać, ani przyjąć pomocy żadnéj od Płockiego, przychodziło mu z niemałą trudnością wydołanie wszystkiemu. Wprawdzie panna Eulalija zaklinała go, aby nad siły się nie porywał, ażeby wszelkiego nienawistnego jéj wyrzekł się zbytku, miłość własna nie pozwalała pokazać mu się tak bardzo ubogim w chwili, tak w szczęście bogatéj. Piętka miał wielu przyjaciół i wybrnął z tych trudności zwycięzko... W ostatnich dniach oddychał wolniéj. Panna Eulalija z Płocką wyjechały jeszcze na parę dni do Berlina po jakieś niezbędne dopełnienia wyprawy. P. Julijusz był sam w domu.
Jednego wieczora odebrał od niego kartkę Piętka, zapraszającą koniecznie na herbatę. Stało w dopisku, że sami być mieli; odmówić nie było ani powodu, ani sposobu. Około ósméj więc Piętka poszedł i znalazł się w saloniku Płockiego, który przy lampie przepatrywał jakieś notatki.
— Mój Boże, odezwał się, witając go, Julijusz, jak dziwnie ten wieczór dzisiejszy przypomina mi ów, o którym ty pewnie zapomniałeś, no przypomnij, gdyś do drzwi moich zapukał, oznajmiając mi o bytności ks. Nestora w miasteczku... Nie wiesz, iż się przyczyniła ta na pozór drobna okoliczność do ułatwienia przyszłéj mojéj karyjery... wielce ci winien jestem.
Podał mu rękę, Orest zdziwiony nieco usiadł.
— A mój drogi, westchnął gospodarz, minę sobie tworząc pełną kompozycyi zabawnéj, ile się to rzeczy od tego czasu zmieniło!! Nie uwierzysz... jak ja sam, tak jest, ja czuję się zmienionym, innym...
Okoliczności, życie, doświadczenie... oddziałały na mnie.
Piętka się rozśmiał.
— Julijuszu kochany, zawołał, czyż przez nałóg i ze mną chcesz grać komedyją, porzuć tę próbę! Znamy się nadto a ja w metamorfozy pawiów na orły nie wierzę.
— Spodziewałem się, że to powiesz, westchnął Płocki. Nie mogło być inaczéj. Wierz więc, nie wierz... powiem ci szczerze, jestem innym...
— Nabrałeś doświadczenia...
— Tak jest, lecz ono mi wskazało, że się myliłem w wielu zasadach...
— Naprzykład? obojętnie zapytał Piętka.
— Byłem egoistą, dziś nim nie jestem... Maryja mnie poprawiła...
— Słuchajno, odezwał się Piętka, ja nie jestem spowiednikiem... dajmy temu pokój, mówmy o czém inném...
— Jak chcesz, rzekł Płocki, podsuwając mu papier. Spójrz no na to... Jest to potwierdzona koncesyja kolei...
— A! to rozumiem, winszuję ci...
— Powinszuj zarazem sobie, odezwał się Płocki, wpisałem cię jako wspólnika.
Piętka mocno zdziwiony stał chwilę pomieszany.
— To najlepszy komentarz do mojéj poprzedniéj spowiedzi, dodał Płocki. Gdybym był egoistą po dawnemu, mógłbym był koncesyją całą utrzymać przy sobie. Przecież mąż mojéj siostrzenicy nie byłby mi czynnéj pomocy odmówił. Natomiast daję ci współkę i połowę zysków... przyznajże...
— Bohatersko się znajdujesz istotnie, rozśmiał Piętka. Mogłoby to kogo innego zachęcić do rzucenia się na spekulacyje, ale ja...
— Jakto? cóż myślisz?
— Myślę być szczęśliwym.
— Czy to przeszkadza jedno drugiemu.
— Takbym sądził!
— Ja myślę inaczéj i mam nadzieję, że Eulalka cię przekona, a ty nie odmówisz iść za mną.
— Ale ja wiem, począł po chwili, co cię odstręcza odemnie — w tobie tkwi ta nieszczęsna przy ponczu rozmowa, którą po prostu mocny arak wywołał.
— Mój Julijuszu, rzekł Piętka, słowa dla mnie wielkiego znaczenia nie mają. Czytam ludzi w ich czynach... Już cię nieraz proszę, mówmy o rzeczach obojętniejszych. Wdzięczny ci jestem nieskończenie za dobrą twą wolę dla mnie... ale...
— Ale naturalnie podług staréj metody, obawiasz się, bym cię nie ciągnął dla tego, żeś mi jest pożyteczny? nie prawdaż! odezwał się Płocki.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Grajmy lepiéj w szachy, rzekł Piętka, zapomnimy o czém inném.
Dobyto stoliczek z szachownicą i rozmowa się przerwała. Płocki był w złym humorze... ale go nie chciał okazywać. Po różnych przejściach i obojętnych kołowaniach, Juljusz nagle się odezwał:
— Sądź mnie jako egoistę obrzydliwego i jak ci się podoba, powiem ci szczerze, nie będę o ciebie spokojnym, dopóki ty do moich robót nie wejdziesz... obawiam się zawsze, byś do Werndorfa nie powrócił.
— Niestety! odparł Piętka, posuwając pionka, możesz zupełnie być bezpiecznym w tym względzie. Werndorf jest z tego rodzaju ludzi, którzy powracających nie przyjmują, kto z nim rozstał raz, ten się rozbratał na wieki... Gdybym nawet chciał i był tak pokornym, ażeby starać się o to, rzecz jest nie możliwa.
Płocki popatrzał, nie dowierzając.
— Dla czegóż ci zawsze jeszcze na pamięci Werndorf i lękasz się go, jak upiora? zapytał Piętka, potrafiłeś zwyciężyć olbrzyma, który rzeczywiście stokroć był silniejszym od ciebie... Zdobyłeś wszystko, czegoś pragnął... nasycasz się tém, że cię opinija wynosi nad niego... czego ci potrzeba więcéj?
Spojrzał na Płockiego, którego zaciśnięte usta świadczyły o wewnętrznym gniewie.
— To wszystko prawda, stłumionym głosem odpowiedział Płocki, ale ten człowiek dowiódł mi swém postępowaniem tak upokarzającéj wzgardy, że mu jéj przebaczyć nie mogę... Usunął się, nie racząc nawet walczyć ze mną... Sądziłem, że się potrafię zbliżyć.
Ruszył ramionami Piętka.
— Szach Królowéj! zamilkli...
W tydzień po tém pół miasta zaproszone było na wesele... Przepyszny dom nowego bogacza jaśniał wyświeżony, przybrany, ozdobny we wszystko, co tylko pieniądz dostarczyć może.
Kościół w oznaczonéj godzinie pełen był ciekawych, przypatrywano się nadciągającym ekwipażom, wysiadających strojom, całemu przepychowi, który towarzyszył weselu ubogiego człowieka i raz jeszcze stugębna sława powtarzała, że to wszystko było dziełem Płockiego. Rósł więc ów spekulant, który opiniją kupować umiał tanio, aby ją drogo odprzedać, rosła wziętość, wiara w niego i miał prawo uśmiechać się, spoglądając na ciekawe tłumy, którym się tak potrafił narzucić.
Przepyszny obiad. Lukullusowa uczta czekała nowożeńców w największéj sali domu... Sproszeni goście należeli do wszystkich warstw społeczeństwa... na ich czele znalazł się książę Nestor, który prowadził do ślubu pannę młodą. Hrabianka Cecylija proszoną była za druchnę, ale usłyszawszy to, o mało serdecznego nie dostała śmiechu.
— Chcecie chyba, żeby się na głos ze mnie śmiano w kościele! z mojéj żółtéj twarzy i starego panieństwa! A piękniebym się wydawała w białéj sukni z bukietem u boku. Wiecie, że jesteście przedziwni...
Przybyła jednak na obiad i jadła z apetytem, żartując sobie ze wszystkiego i ze wszystkich według zwyczaju...
Przy toastach były krótkie przemowy. Ks. Nestor wniósł sam zdrowie... gospodarza owéj świetnéj gwiazdy, która chmurny rozświecała horyzont... Nadworny poeta wystąpił z wierszykiem humorystycznym, słowem nie brakło nic, cokolwiek świetności obchodowi dodać mogło i nazajutrz w trafnie zredagowanym pomieścić artykuliku o przyjęciu mnogich przyjaciół domu z prawdziwie „słowiańską gościnnością.“
Po obiedzie grała muzyka, krążyły jeszcze kielichy, goście w różowych humorach rozczulali się dla gospodarza i ściskali, czując szczęśliwemi... gdy przechodzącego księcia Nestora schwyciła w gabinecie paląca cygaretkę hrabianka Cecylija...
Eh bien, mon prince, nous y sommes! zawołała ze śmiechem, łapiąc go, niechże ja stara, biedna i łaknąca dobrego obiadu, mais vous!
Książę się najeżył, usłyszawszy to...
— Mości książę! dodała nieubłagana panna, co na to powie hrabina? co inni? nous dérogeons diablement, nieprawdaż... a tak kochamy tego Płockiego... Ah c’est parfait. Jak on, zostawszy się sam, za boki trzymać musi... Il nous a mis tous dedans. Jenijalny i prawdziwie jenijalny człowiek!
Książę się obejrzał, lękając, aby kto niepodsłuchał.
— Co téż pani mówi, czy się to godzi? szepnął, ruszając ramionami. Wolno sobie pani żartować, ale ja envers et contre tous biorę jego stronę i mam odwagę mych przekonań.
— Wiesz książę, to bardzo, bardzo pięknie, rozśmiała się hrabianka i c'est chevaleresque... Pasztet był wyborny i szampan znakomity... w tych rzeczach są niedorównani...
Książę Nestor skrzywiony się wymknął, powiodła za nim oczyma.
A propos, zawołała za odchodzącym, braknie mi hrabiego Adama, czyżby go tu nie było?
— Hrabiego nie ma istotnie, rzekł książę, rad z obrotu rozmowy, mówiono mi, że był proszony i że dostał fluksyi.
Cela vient à point! rozśmiała się hrabianka.
W drugim końcu salonu Nurski mocno rozweselony toastami, w które go zapędzono, nie zupełnie pan już języka i myśli, uczuł niezmierną potrzebę ucałowania i uściskania kuzynka Płockiego, którego był wielbicielem.
— Słuchaj Julku, zawołał, biorąc go w pół, ażeby mu się nie wymknął, doszedłeś swoim rozumem i mocą do tego, że ci książęta dworują, dorobiłeś się fortuny, znaczenia, chytro i mudro... O! ja cię znam na wylot! Coś tylko chciał, toś zrobił, niech cię kaci porwą... Udało ci się... ale, jakże to tam w szkołach mówili o kapitolu i tarpejskiéj skale? hę? rozumiesz, trzymaj się bratku dobrze, bo cię diabli wezmą.
E! e! nabroiłeś kochanie...
Począł go ściskać, śmiejąc się.
— E! nabroiłeś djabelnie... trzymajże się a dobrze... Już to słowa nie masz, że my cię téż, naszego kochanego będziemy podtrzymywali, to się rozumie... ale musisz się i ty sam pilnować, bo djabli wezmą...
Śmiał się, Płocki w objęciach jego bladł i potniał.
— Już cię pewno nikt tak nie kocha, jak ja i tak ci dobrze nie życzy... ale znamy się, jak łyse konie... a ja wszystko wiem... Gdy kto tak wysoko wylazł, musi dosyć ekwilibrijum utrzymywać, aby nie padł.
Ścisnął go raz jeszcze... a tuż pijaniuteńki Wytrychiewicz z kieliszkiem w ręku nadchodził z twarzą rozognioną i promieniejącą.
— Raz jeszcze zdrowie pryncypała! zawołał, i hura! a kto nie wypije, to go w łeb! niéma, jak on jeden na świecie...
— Tak, jeden jest Bóg a Machomet jego prorok! dorzucił Nurski, słowo honoru... Ale pilnuj się kochanku... bo cię djabli wezmą!!
Ze wszystkich słodyczy, jakie tego dnia połknął Płocki, nie wiem, dla czego utkwiła w jego pamięci tylko ta śmiesznogroźna przestroga!

KONIEC.

Przypisy

  1. Autor protestuje przeciwko dwuznaczności!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.