Regina/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Regina
Podtytuł Dramat w 3-ch aktach
Pochodzenie Pisma V.
Utwory dramatyczne
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wyd. 1899
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT II.
(Dzieje się w osadzie nadmorskiej »Regina« — sułtaństwa Witu. Obszerna, skromnie umeblowana izba mieszkania Reginy i Makarego).


SCENA I.
Dżak i Wanika, poźniej Regina.

Dżak (dobywa z pak i podaje Wanice rozmaite pudła i przedmioty, która je rozwija i ustawia). Żeby słońce nie pofarbowało nam skóry odcieniami a rodzice nie opieczętowali na gębach, tobyśmy mniej wiedzieli o swych gniazdach, niż jaskółki. Matki składają dzieci jak ryby ikrę a handlarz rozpędza je jak orkan po morzu. Was, dziewczyny, ci zbóje wtedy dopiero kupują i sprzedają, kiedy jesteście przydatne do sypialni, a nas już wtedy, kiedy jesteśmy zdolni do roboty. Dlatego ty wiesz, że pochodzisz z ugandów, a ja tylko przypuszczam, żem z urorów, bom do nich najpodobniejszy.
Wanika. Tak wcześnie cię w świat popędzili?
Dżak. Pewnie jeszcze Tipu-Tip brody nie miał. Już chyba nazbierałem lat z 50, a on niewiele mnie wyprzedził, bo dotąd harem trzyma i konno jeździ. Pamięć ocknęła mi się pierwszy raz w Chartumie. Wyrosłem w niewoli u jednego plantatora kawy, który był nietylko srogi, ale obmierzły. Ciągle chorował, jeździł nawet dla porady do Kairu. Stamtąd od polskiego lekarza przywiózł kilkanaście małych szklaneczek, które podpalał i przystawiał sobie do piersi, ile razy go zaczęła bóść kolka. Szklaneczki te stłukła mu chowana papuga. Wtedy kazał nam ustami nasysać sobie ciało po całych godzinach. Już ze wstrętu chciałem go zagryść. Ale pewien stary niewolnik dał mi radę: obetnij — powiada — ucho osłowi drugiego pana, to cię mu oddadzą za wynagrodzenie — taki tu zwyczaj. Stało się, jak rzekł. Zgnilec obił mnie, ale oddał.
Wanika. U nowego było lepiej?
Dżak. Nie rozejrzałem się, bo w kilka tygodni z innymi uciekłem.
Wanika. Nie złapali?
Dżak. Toż bym przecie u ojca Makarego nie służył i tych pak dziś nie paproszył. Chociaż nie z jednego jeszcze sznurka urwać się musiałem. Towarzysze moi ciągle powtarzali: zmykaj jak najdalej, gdzie arabowie nie docierają, bo to psy najzażartsze. Zawędrowaliśmy aż do Bakuby. Chciano nas zarżnąć na grobie wodza, który właśnie umarł, ale wyprosiliśmy się obiecawszy przywieść soli, którą tam bardzo lubią lizać. Trzeba było znowu uciec. Nazajutrz w drodze spotkaliśmy inne plemię, idące na łowy do lasu, gdzie mieszkali ludzie na gałęziach drzew. Wódz darował nam życie pod warunkiem, że weźmiemy udział w wyprawie, o której bogaty łup dbał bardzo, gdyż jakiś handlarz obiecał mu za każdego zdrowego niewolnika cztery funty prochu lub pięć łokci tkaniny europejskiej. Nie było rady — przyłączyliśmy się. Ach okropne to polowanie! Napadnięci bronili się mężnie, ale schwytano trzydziestu — ja sam dwu. W powrocie jednak zauważyłem, że wódz szepnął coś do swych przybocznych i nas wskazał. Zrozumiałem — a ponieważ noc zapadła, zniknęliśmy w gąszczach. Długo żyliśmy w lasach, jak zwierzęta, unikając ludzkiego wzroku. Nareszcie przybyliśmy do urorów. Jak mówiłem — jestem do nich podobny, więc myślałem, że spocznę między nimi. Wódz nawet przyjął nas bardzo łaskawie i dał robotę. Po paru dniach woła mnie do siebie i powiada: tak cię polubiłem, że na znak łaski pozwolę ci wypalić fajkę konopi. Wypaliłem — choć to paskudztwo. Ale on każe nałożyć drugą, potem trzecią, czwartą, mdłości mnie zbierają, dziękuję, a on nastaje... Straciłem przytomność. Kiedym ją odzyskał byłem już własnością Tipu-Tipa, któremu wszystkich nas sprzedał.
Wanika. Oj!
Dżak. Może bym poddał się losowi, ale osadzono mi ręce i nogi w kłodzie drzewa razem z drugim niewolnikiem, który z rozpaczy zaczął jeść ziemię i umarł. Przez tydzień jego trup leżał przytwierdzony koło mnie w szopie, gdzie oczekiwaliśmy na inne transporty, z którymi mieliśmy razem wyruszyć. Ta męczarnia takiej dodała mi siły, że jednego dnia rozbiłem kłodę, uderzyłem Tipu–Tipa, który przechadzał się sam między nami i uciekłem.
Wanika. Wiatr cię uniósł?
Dżak. Strach. Już temu lat cztery, służyłem potem u anglika, który mnie przezwał Dżakiem, trzeci rok jestem u ojca Makarego, miałem więc czas zapomnieć o tym rekinie, a przecież dotąd drżę na wspomnienie imienia Tipu–Tipa. Gdyby na mnie spojrzał, wleciałbym mu sam w gardło.
Wanika. O, tak, i ja bym oszalała z trwogi, gdyby tu stanął.
Dżak. To nic dziwnego: ledwie cię ukradł matce, Gala mu odebrał; kiedyż więc mogłaś przyzwyczaić się do niewoli? Ale ja w niej dojrzałem, niejeden już handlarz ludźmi trzymał mnie w pazurach, a mimo to przed Tipu-Tipem w wulkan bym się schował.
Wanika. Chyba tu nie wpadnie?
Dżak. Śmiały to tygrys, chociaż kolonie misyonarzów zwykle omija, a ojca Makarego szczególnie unika. Aby tylko Gala nam go na kark nie ściągnął!
Wanika. Jakto? Gala, który go już ze swym oddziałem dwa razy rozbił i niewolników wyswobodził?
Dżak. Właśnie dlatego. Jak go osaczy i drogi mu poprzecina, to zbój zgromadzi uzbrojoną bandę i z nas miazgę zrobi.
Wanika. A niemcy?
Dżak. Tyle im wierz, ile ogniowi: to grzeją, czego spalić nie mogą. I nas zniszczą i z nim się połączą, jeśli to im dogodzi. Już ja ich obejrzałem nie z jednej strony, a zresztą słyszałem, co mówi ojciec Makary i pani Regina.
Wanika. Nie zasnę dziś, tak mnie przeraziłeś.
Dżak. Ha, ha, ha, to ty myślałaś, że teraz w Afryce ktokolwiek spokojnie zasnąć może? Ja tam uważam się za szczęśliwego, jeśli na tem samem miejscu zobaczę wschód, na którem widziałem zachód słońca.
Wanika. Może jednak biali zaprowadzą większe bezpieczeństwo.
Dżak. Eh, według mnie murzyna rozeznasz w nocy araba — w brzasku, a europejczyka nie rozeznasz nawet w jasny dzień. Czarnego przeniknę, tylko z boku na niego spojrzę, żółtego — tylko go przodem obrócę, a białego nie odgadnę, chociaż go w około obejdę.
Wanika. A nasi państwo?
Dżak. Zęby słonia są także kością, a jednakże więcej warte, niż jego goleń. Tak i z ludźmi. Gdyby ojciec Makary i pani Regina wzięli w rękę zeschły kaktus, to by zakwitnął.
Regina (wchodzi). Rozpakowaliście wszystko?
Dżak. Kończymy.
Regina. Pospieszcie się, moje dzieci, chcę przejrzeć, co mi przysłano, i napisać jeszcze dziś listy przez okręt, który wieczorem odpływa do Europy. Nie zauważyliście skrzynki... a pewnie ta (bierze jedno z pudełek). Tak... Zaraz wrócę, tylko paru chorym dam lekarstwo. Gdzie ojciec Makary?
Dżak. W szkole.
Regina. Wanika niech pamięta zadzwonić na obiad dla robotników w plantacyi (wychodzi).
Dżak. Żaden bocian więcej odemnie świata nie zwiedził, a jednak nigdzie nie spotkałem takiego raju dla murzynów roboczych, jak tu: przecie to są jeńcy Gali, bo ich Tipu-Tipowi odbił; a tymczasem pani Regina płaci im za pracę i pozwala odejść, kiedy zechcą. A jak ona leczy nietylko swoich, ale i obcych ludzi! Teraz ma z piędziesięciu chorych w szpitalu.
Wanika. Może ona nie kobieta...
Dżak. Ja co innego myślałem: może oni oboje z ojcem Makarym nie ludzie.
Wanika. Czego on uczy w swojej szkole?
Dżak. Trudno powiedzieć. Jest to niby religia, a niby jakaś inna mądrość, którą on nazywa wszechkapłaństwem. Czyta piękne książki i wykłada, że wszyscy ludzie są braćmi wspólnej matki — natury, która jednako ich kocha i łonem swem karmi, że jak niebo świeci ziemi gwiazdami, tak ziemia powinna niebu odświecać duszami, że każdy człowiek jest cząstką Boga, że żadna z tych cząstek ani krzywdzić, ani ujarzmiać innych nie ma prawa... Ale czy ja powtórzyć mogę! To tylko jeszcze dodam, że słuchając ojca Makarego, uczuwasz taką błogość, jak gdyby z jego słów uśmiechało się do ciebie szczęście.
Wanika. Poproszę panią, ażeby mi pozwoliła czasem chodzić do tej szkoły.
Dżak. Ona ci niedługo sama każe, jak się trochę otrzesz, boś jeszcze głupia. Murzyni bardzo lubią naukę ojca Makarego, ale arabowie i europejczycy — nie. (We drzwiach ukazuje się gromadka murzynów).
Murzyn I. Gdzie tu szkoła?
Dżak. W drugim domu na prawo.
Murzyn I. Wpuszczą?
Dżak. Idźcie śmiało.
Murzyn 2. A na febrę poradzą?
Dżak. W szpitalu — obok. (Murzyni oddalają się). Tak codzień schodzą się z najodleglejszych okolic. Jeśli barak nie może ich pomieścić, to sypiają na polu, jak owce. Biedacy spodziewają się, że ojciec Makary nauczy ich czarów przeciw Tipu–Tipowi. Musi ten sęp krążyć niedaleko, bo stadami zlatują. Czy on drużyny Gali nie skosił — dawno już o niej nie słychać.
Wanika. Niech dobre duchy strzegą mojego wybawiciela! (Wchodzi Gala).


SCENA II.
Ciż i Gala.

Wanika. (rzucając się do kolan). Galo wspaniałomyślny, dobry, mężny... Galo kochany... jesteś! Pozwól mi ucałować twoje stopy, ustami zdjąć z nich kurz, być twoją niewolnicą!
Dżak (do siebie). Patrzcie jak dla niego odkorkowała serce!
Gala. Wstań Waniko. Co tu nowego?
Dżak. Pani była bardzo o was niespokojna.
Gala. Pani? Czy zdrowa, zadowolona?
Dżak. Jak zawsze — smutna.
Gala. A ojciec Makary?
Dżak. Słabuje czasem, omdlewa, chodzić wiele nie może.
Gala. Więc pani o mnie się kłopotała? Cóż mówiła?
Wanika. Długo nie dawałeś o sobie znać, lękała się, czy was Tipu-Tip nie rozbił, czy ciebie nie dostał w moc swoją.
Gala. Tymczasem ja mu znowu wydarłem niewolników. Waniko, każ im dać jeść, bo mają brzuchy puste, jak trzciny.
Wanika. Biegnę (wychodzi).
Gala. Ty Dżaku idź na stacyę handlową. Moi żołnierze zanieśli różne towary, które nabyliśmy lub zabrali Tipu-Tipowi. Dopilnuj, ażeby je starannie zważono. Zaraz przybędę i rozliczę się z uczestnikami wyprawy. Powiedziano mi, że statek z naszym ładunkiem jeszcze nie odjechał do Europy — niech się parę godzin zatrzyma.
Dżak. Zrozumiałem (oddala się — wchodzi Regina).


SCENA III.
Gala i Regina.

Regina. Nareszcie! Jakże ja pana niecierpliwie wyczekiwałam! (Podaje mu rękę, którą on całuje).
Gala. Spieszyłem się.
Regina. Już zaczęłam drżeć o życie pańskie.
Gala. Ach, czyż ono warte niepokoju pani! Zmarudziłem trochę w pogoni za oddziałami Tipu-Tipa, które teraz przemykają się bocznemi drogami. Zdołałem jednak obciąć mu złodziejskie sakwy. Mamy trzydziestu oswobodzonych ludzi, kilka pudów kości słoniowej i ze dwieście piór strusich.
Regina. Ślicznie pan się sprawiłeś. Ale ja nie dam długo odpoczywać na tych wawrzynach. Już obmyśliłam dla pana nowe trudy.
Gala. Nowe rozkosze. Jakakolwiek jest wola pani, każda stanie się mojem dobrem, jeśli ją spełnię. Nie przestań pani nigdy mi rozkazywać — o to zawsze prosić będę.
Regina. A ja o to, żebyś pan się zbyt nie poniżał.
Gala. My murzyni jesteśmy stworzeni do niewoli i pragniemy tego tylko, ażebyśmy ją swobodnie wybierać sobie mogli.
Regina. I ja mam z panem pracować nad wyzwalaniem was?
Gala. Nad uszczęśliwianiem.
Regina. Przedewszystkiem zrównaj się pan z nami, zanim innych zrównasz z sobą. Chcę panu przedstawić całkowicie mój plan, którego już część urzeczywistniliśmy.
Gala. Uważnie słuchać go będę, ażebym nie pomylił się w wykonaniu mojej służby.
Regina. Uparty pan jesteś, ale tymczasem mniejsza o to, bo mamy sprawę ważniejszą. Wszystkie zamiary nasze, z którymi tu przybyliśmy, zyskały podstawę. Powinniśmy je teraz uporządkować, związać i rozwinąć. Szkoła roztacza wpływ zbawienny i szeroki, szpital, o ile starczą siły i wiedza takiej, jak ja, siostry miłosierdzia, daje biedakom niewątpliwą pomoc. To są dwa pola pracy dobroczynnej nasze — moje i ojca Makarego. Plantacye kawy, dla których zakupiłam ziemię, dadzą nam środki utrzymania a oswobodzonym niewolnikom zarobek. Chociaż w założeniu stacyi handlowej przyjęliśmy udział i mamy tam nieco towarów pragnę ażeby ona pozostała wyłączną własnością pana.
Gala. Nigdy.
Regina. Zobowiązałeś się pan ulegać mojej woli. Jesteś kupcem, wniosłeś do tego przedsięwzięcia kapitał, doświadczenie i stosunki, słusznie więc, ażebyś je posiadł bez podziału. Jeżeli będziesz życzliwym pośrednikiem w sprzedaży naszych produktów, skorzystamy na tem bardzo wiele. Działania zaś nasze łączyć się będą w tym wspólnym celu, że ja i ojciec Makary damy tutejszej ludności oświatę, opiekę i zarobek, pan zaś — przyjacielski rynek dla handlu i swobodę.
Gala. Swobodę? Ja?
Regina. Nie pojmuję tego zdziwienia. Naprzód ci wszyscy, którzy jako wolni ludzie są naszymi robotnikami, panu zawdzięczają niezależność; powtóre jeszcze nie wypowiedziałam całego mojego planu. Według mnie potrzeba, ażeby oprócz pańskiego, podobne oddziały zbrojne, tępiące handel niewolnikami i walczące z Tipu–Tipem, tworzyły się dalej w głąb kraju pod przewodnictwem ucywilizowanych murzynów, których ojciec Makary odpowiednio do tej roli kształci. Oddziały te, skojarzywszy swoje działania, mogłyby wytworzyć siłę pożądaną dla zatamowania wszystkich dopływów niecnego targowiska. To jest pierwsze zadanie pańskie. Drugiem, dalszem powinno być wejście w związek z podróżnikami europejskiemi, a zwłaszcza ze Stanleyem, który obecnie przebywa nad Kongiem. Ściśnięci z kilku stron jednocześnie handlarze niewolników musieliby uledz.
Gala. Cokolwiek pani uzna za potrzebne i stosowne, to ja uznam za święte. Ale ośmielę się wyrazić wątpliwość o dobrych chęciach europejczyków w tym względzie, nie wyłączając nawet Stanleya. Wszyscy oni są albo obojętnymi na niedolę murzynów badaczami albo jeszcze obojętniejszymi kupcami.
Regina. Uwaga pańska jest po części słuszną, gdyż europejczycy przybywają tu nie dla wspierania was, ale dla poznania lub wyzyskania. Ich wszakże cywilizacya, chociaż zaprawiona egoizmem a często nieprawością, pewien osad dobry po sobie zostawia. Natomiast klęską, szarańczą Afryki są arabowie — ciemni okrutni, chciwi i podli, którzy was obdzierają i tępią. Przeciw nim więc należy zwrócić wszystkie ostrza obrony. Gdybym była, jak pan, synem tej ziemi i odczuwała jej bóle, poprzysięgłabym dośmiertną zemstę tym wężom dusicielom, tym drapieżnym szakalom, tym grabarzom waszej rasy.
Gala. Przysięgam.
Regina. Wierzę, i bodajby każda godzina stwarzała podobnych panu tysiące. Jeden bowiem, nawet najpotężniejszy wysiłek może tu być zaledwie hasłem zmartwychwstania, dopóki same ofiary pomagają swym katom. Bez współudziału królików murzyńskich, bez tych dostawców żywego towaru, arabowie nie prowadziliby niecnego handlu. Ale wy jesteście najmniej winni: przez wieki całe obłudni apostołowie pracowali nad upodleniem was. Nie upłynęło jeszcze sto lat od czasu, kiedy dostojnicy kościelni założyli Towarzystwo szerzenia chrześciaństwa, które kapitały na ten cel czerpało ze sprzedaży murzynów do Indyj zachodnich. Czy wobec tego można się dziwić barbarzyńskim wodzom waszych plemion, dzierżącym zamiast bereł ogony bawole i tańczącym na jarmarkach? Europa ratować was nie zechce i nie może, wy przedewszystkiem musicie ratować się sami. Bądź pan dumnym, ambitnym, zuchwałym, a kto wie, czy nie zostaniesz wielkim. Jeżeli kukułki europejskie w waszych gniazdach składają swoje jaja; jeżeli anglicy, francuzi, niemcy wprowadzają tu skrzynie, z których niespodziewanie wysypują się gnębiciele; jeżeli każdy z tych narodów uderza zdradziecko w wasze piersi sztyletem owiniętym w traktaty handlowe i usiłuje z waszej ziemi wykroić sobie państewko; jeżeli nawet papież w suknie kapłańskie ubiera przysyłanych tu werbowników, czemuż jeden z was, pan nie miałbyś sięgnąć po władzę nad swoimi? Czemuż byś nie miał odegnać rąk obcych, zatopionych w waszej kieszeni lub ściśniętych na waszem gardle? Byle awanturnik lub przekupień europejski chce być waszym władcą, czemu pan o tem nie zamarzysz? Rozpuść daleko promienie swego wpływu, zwiąż nim współziomków, wytwórz z nich dla swej działalności szeroką podstawę, zapanuj nad nimi rozumem i uczciwością a nad wrogami potęgą — zostań monarchą murzynów!
Gala. Pani mądra i dobra, twe słowa zakręciły szalony wir w mojej głowie, śpiewają mi w uszach odurzającą muzyką a przed oczami migocą światłem błyskawic. Otoczył mnie krąg widm kuszących... Ale czy ja, bezwiedny oręż w twej ręce, odbite echo twej woli sprostam takiemu zadaniu? Gdybyś pani weszła we mnie jako moja dusza, gdybyś uderzyła mną jak chmura gromem, rozdzierałbym góry i rozdmuchiwał je jak kupki piasku.
Regina. Czyż panu odmawiam rady?
Gala. Prawda... To też porywa mnie jakiś gwałtowny a nieznany prąd... On nigdy dotąd nie unosił moich myśli... Tak, piękny, wspaniały to sen... Rozkopać groby żywcem pogrzebanych, wskrzesić ich i rozpowić z osłon dzikości, wypędzić z tego cmentarza hyeny, zamienić go na siedzibę życia, napełnić ją szczęściem — ach! — jakże to cudowny widok! Ale, nie, nie zarzucaj pani na moje karle ramiona płaszcza majestatu olbrzymów, bo ja w nim ginę jak ukryty w jego fałdach robak.
Regina. Powtarzam, bądź pan zuchwałym.
Gala. Po co pani ciskasz we mnie te gorejące rojenia, jak rozżarzone węgle w snop bawełny, który od nich spłonie? Po co robisz ze mnie mocarza, bohatera, po co mnie nazywasz panem, mnie, który nie umiałby dostrzedz jasności w słońcu, gdybyś mu jej widzieć zabroniła. Ja nie żaden pan Gala, ale murzyn z plemienia galów, kupiec z Madagaskaru, trochę ostrugany z barbarzyńskiej kory, trochę nauczony myśleć, a nieoduczony czuć nadmiernie, gorąco, bezrozumnie. Mów pani jak do swego najposłuszniejszego niewolnika, bo ja niczem więcej nie jestem.
Regina. Kłamiesz pan.
Gala. Ach, nie! Dusza moja, jak płytka studnia, tylko odzwierciedla obraz pani, a ty sądzisz że ona do twojej podobna. To złudzenie, które myli panią dla tego, że nie dojrzałaś we mnie odbicia żadnej innej istoty. Prosiłem panią, ażebyś mi rozkazywała — jeszcze raz błagam o to. Powiedz do mnie jak do kamienia leżącego w procy: spadnij tam — spadnę, zabij — zabiję, bądź zabawką dzieci — będę. Ale nie wskazuj mi ogólnie kierunku i nie pozostawiaj swobody wyboru celów. Mam zebrać gromadę murzynów, uzbroić ich, zamordować Tipu-Tipa, wygnać europejczyków — wszystko to zrobię, dlatego, że taka pani wola, a nie mój zamiar.
Regina. Co to wszystko znaczy? Czy pan rzeczywiście niezdolny jesteś do niczego, prócz posłuszeństwa, czy też sparaliżowała cię jakaś chorobliwa cześć dla mnie?
Gala. Być może, gdyż poznawszy panią, uczułem dziwną niemoc, odrazę do swobody, do samodzielności, do pragnień własnych. Chodzę w omroku, w oczarowaniu, w tęsknocie do uniżonej służby. Ja wiem, że jestem tylko stopniem twojego tronu, mętem twojej czystości, obrzaskiem twojej słodyczy, cieniem twojego światła, że oczy powinny mi wypłynąć za karę, gdy je niegodny wzniosę ku tobie, ale...
Regina. Dosyć. Gdzie jest Tipu–Tip?
Gala. W Sudanie — zakupuje niewolników i ma ich popędzić do zatoki Adeńskiej, gdzie czeka na niego okręt.
Regina. Zbierz pan wszystkich swoich wojowników, nakłoń sąsiednie plemiona, ażeby się przyłączyły do wyprawy, przegrodźcie mu drogę, kiedy będzie szedł z całą karawaną i stoczcie bitwę. Tipu-Tip powinien dostać się w pańskie ręce i być przyprowadzonym tu, jako niewolnik.
Gala. Dobrze. Kiedy mam wyruszyć?
Regina. Jak najprędzej. Nie zapomnij pan: chcę mieć niewolnikiem Tipu–Tipa.
Gala. Niech dobroć pani zatrze w pamięci wspomnienie dnia dzisiejszego. Między rozkaz twój a moją chęć wykonania go nie wciśnie się żadna myśl inna. Poświęcę wszystkie siły na to przedsięwzięcie i nie zostawię z nich nawet odrobiny dla własnego ocalenia. Jeśli one mnie nie zowiodą, rzucę pani pod nogi nietylko Tipu-Tipa, ale całe te roje murzyńskie, które on jak żołna pszczoły wydziobują. Bądź królową naszą, godniejszą korony, niż Ranawalona Madagaskaru.
Regina. Ja nie potrzebuję poddanych, ale szczęśliwych. Kiedy pan wyjedziesz?
Gala. Dziś, zaraz, tylko moją drużynę zwołam. Naprzód postaram się ją powiększyć.


SCENA IV.
Ciż i Wanika.

Wanika (wchodzi zmieszana). Proszę pani...
Regina. Czego chcesz?
Wanika. Robotnicy, którzy przyszli na obiad, opowiadają, że przysunął się do nich na pole nieznajomy czarny człowiek i wypytywał, ilu ich jest, gdzie sypiają, kto strzeże domu, czy pan Gala już wrócił... Domyślają się, że to jakiś szpieg, może Tipu-Tipa.
Gala. To niepodobna, ażeby on był blizko, ażeby ukryli się tu jego łapacze. Chyba podkrada się inny handlarz niewolników.
Regina. A gdzie ten człowiek?
Wanika. Odszedł i zniknął w lesie.
Regina. Trzeba robotników szczegółowiej wybadać.
Gala. Będę wiedział. Naprzód pobiegnę na stacyę handlową, może i tam wywiadywacz zaglądał. Jeżeli okręt z naszym towarem jeszcze stoi, powiększę mu ładunek. Czy pani dla niego nie ma nic do polecenia?
Regina. Napiszę list do Hamburga o kilka środków aptecznych.
Gala. Za chwilę uwiadomię panią i pożegnam.
Regina. Do widzenia.
Gala. O gdyby Tipu-Tip rzeczywiście chciał się sam przekonać, czy ja tu jestem! (Wychodzi).


SCENA V.
Regina i Wanika.

Wanika. Dziwne życzenie ma pan Gala! Ach, żeby on teraz nigdzie nie wyjechał! Kiedy jego niema, to zdaje mi się, że nasz dom jest okiem bez powieki. Prawda, proszę pani, jaki on odważny, dobry, piękny?
Regina (przeglądając rozpakowane przedmioty i ich spis) Prawda.
Wanika. Nigdy podobnego człowieka nie widziałam. Ile razy spojrzy, to jak gdyby sparzył i pocałował. Gdybym nie była prostą dziewczyną, przysuwałabym się do niego bliżej. Ale on gardzi takimi śmieciuchami. Czy nie?
Regina (machinalnie). Nie.
Wanika. Ale co pani mówi! Bogaty, mądry, ma wojsko, wszyscy go się boją i lubią. Któż tu mocniejszy? Sam sułtan Witu nie śmiałby przed nim siedzieć na ośle.
Regina (j.w.) Tak.
Wanika. Czemu ja nie jestem mężczyzną! Zaraz bym przyczepiła się do jego drużyny. Zrobiłabym to nawet jako kobieta, gdyby pozwolił. Obmyłabym go na każdym poczynku, przygotowała jedzenie, ugłaskała.. Ach!
Regina. Co tobie?
Wanika. Nic, majak przemknął mi przez głowę. Niech pani weźmie bat i wybije mnie.
Regina. Nie pleć.
Wanika. Kochana pani, wychłoszcz plecy, piersi całą siłą.
Regina. Waniko, rozum postradałaś.
Wanika. Za to mnie wybij. Matka moja z pewnością by to zrobiła. Szkoda, że jej tu niema. (Wbiega zadyszany Dżak).


SCENA VI.
Ciż i Dżak.

Dżak. Obwąchują kotlinę... ha! gady podłe! Znam ja ich! Każdy handlarz niewolników ma takich szpiegów, których daleko od siebie puszcza na zwiady.
Regina. Czy coś pewniejszego wiadomo?
Dżak. Murzyn, który szedł przez las do stacyi niemieckiej ze skórami antylop, mówił mi, że spotkał dwu tych żbików, leżących przy drodze. Pytali go również o nas, udając, że chcą się zgodzić do roboty. A no zaraz wyśpiewają prawdę.
Regina Gdzie?
Dżak. Pan Gala kazał prosić panią o pozwolenie wzięcia czterech najmocniejszych parobków i zrobienia małej obławki.
Regina. I owszem, idźcie, ale przekonajcie się naprzód, kim są i nie popełniajcie żadnego okrucieństwa.
Dżak. W każdym razie ja rewolwer w kieszeń schowam. To mnie doda odwagi a im szczerości i pokory. Nie ukradną mnie.
Regina. Zapewne o tem nie myślą.
Dżak. Tipu-Tip, ile razy miał napaść jakąś osadę a obawiał się silnego odporu, kazał zawsze swym psom kraść domownika, który pod pletnią drucianą o wszystkiem go objaśnił. Ale ci nie z jego bandy, bo całkiem czarni. No, Waniko, może się przyłączysz do nas i chłopca sobie przyprowadzisz.
Wanika. Dziękuję. Z panem Galą bym poszła, ale Dżak ma skrzydła przy nogach i tylko umie dobrze uciekać.
Dżak. Przecież takiego straszydła jak ty nie zobaczę. (Wychodzi).


SCENA VII.
Regina, Wanika, później Achtman.

Wanika. Straszydło! Od niego djabeł skóry by pożyczył, ażeby się oszpecić.
Regina (która zapieczętowała list, podając go). Zanieś ten list na stacyę, niech oddadzą kapitanowi statku. (Słychać pukanie do drzwi). Kto to? (Wanika oddala się, otworzywszy drzwi, przez które wchodzi Achtman). Pan Achtman, witam.
Achtman. Kto tu właściwie jest głową?
Regina. Każdy ma własną.
Achtman. Ale kto rządzi?
Regina. Nikt.
Achtman. No to mam zaszczyt pani oświadczyć, że tu od dziś musi rozkazywać jedna głowa, która będzie nas słuchać.
Regina. Co za »nas«?
Achtman. Bardzo źle, że pani swoich zwierzchników nie zna. My — to znaczy wschodnio-afrykańskie Towarzystwo niemieckie, które na mocy patentu cesarskiego i ugody z sułtanem założyło w Witu kolonię handlowo-przemysłową.
Regina. To mnie nic nie obchodzi i niczego nie uczy; chciałabym wiedzieć, na czem opierają się prawa zwierzchnicze panów i obowiązki posłuszeństwa nasze?
Achtman. Na tem, że ojciec Makary jest niemieckim misyonarzem a pani niemiecką siostrą miłosierdzia.
Regina. Pierwszy raz o tej godności słyszę. Nasza osada tylko graniczy z posiadłościami panów a nasza działalność nie ma w sobie nic niemieckiego, prócz potrzeby rozprawienia się z zuchwałą pretensyą, którą pan mi przynosisz.
Achtman. My nie jesteśmy w salonie, ale w dzikim kraju.
Regina. Rozmawiając z panem zapomnieć o tem nie mogę.
Achtman. Ja nie przyszedłem prawić grzeczności młodej kobiecie, ale...
Regina. Objaśnienie zbyteczne: z grzecznościami musiałbyś pan stąd wyjść natychmiast, a brutalnych uroszczeń gotowa jestem cierpliwie wysłuchać. Więc jak najkrócej: czego pan chcesz?
Achtman. Naprzód, ażeby towary państwa wysyłane były do Europy i przychodziły z niej przez naszą stacyę i na naszych okrętach, ażeby opłacały nam daninę komisową i cło... Mamy prawo wymagać tego za opiekę, jaką wam udzielamy.
Regina. Ależ w takim razie spór załatwimy prędko: panowie cofnijcie swoją opiękę,[1] z której ani teraz, ani na przyszłość korzystać nie myślimy, a nam zostawcie swobodę.
Achtman. Czy tę dumę bezpieczeństwa czerpie pani z owej hołoty, na czele której Gala rozbija po drogach karawany i kradnie ludzi? Istotnie, piękna armia!
Regina. Gala napada karawany zbójów i kradnie ludzi po to, ażeby ich uwolnić. Z jego zaś hołoty radzę panu drwić bardzo cicho.
Achtman. Co pani mnie straszysz bandą oprzyszków! Gdziekolwiek stanie jeden niemiec, tam go zaraz otoczy z całą swą grozą najpotężniejsze mocarstwo ziemi. My tu z jego cywilizacyą przynieśliśmy jego siłę, do nas więc, a nie do jakiegoś Gali, należy stłumienie handlu niewolnikami.
Regina. Głośniej rozlegałaby się wasza przechwałka po Afryce, gdybyście panowie to wielkie zadanie zaczęli spełniać.
Achtman. Właśnie w tym celu chcemy zapanować nad wybrzeżem i jego portami, ażeby nie miały dostępu okręty handlarzów ludźmi. Państwo wytworzyliście sobie przystań, która otwiera im drogę.
Regina. Dotąd nie zawinął do niej ani jeden tego rodzaju statek.
Achtman. Ale może przypłynąć jutro, pojutrze, mimo strasznych wojsk Gali. Zresztą w ulu afrykańskim nie myślimy być pszczołami roboczemi dla trutniów. Za dobrodziejstwa cywilizacyi musimy mieć korzyść handlu. To jest nasz rynek. Dopóki państwo sprowadzaliście i wywozili drobne ładunki, mogliśmy na to patrzeć pobłażliwie. Ale wy rozwinęliście dużą faktoryę, która naszym interesom szkodzi, zwłaszcza że przeciwko nim wobec ludności krajowej występujecie wrogo.
Regina. Skoro już pan wykrzyczałeś wszystko, co wam dolega, a ja bynajmniej przerażoną nie jestem, więc nie pozostaje mi nic innego, jak czekać, aż za jednym niemcem przyjdzie cała potęga jego mocarstwa i zmusi nas do ustępstwa, którego dobrowolnie nie zrobimy.
Achtman. Pani urągasz mnie? Pani wyzywasz do walki Niemcy? Czy zastanowiłaś się kim jesteś? Jaszczurka, kąsająca w łapę słonia, nie byłaby śmieszniejsza. Ja pani pokażę, czyj gniew drażnisz!
Regina (idzie do okna, otwiera je i woła). Chodźcie tu — dwaj!
Achtman. Co to ma być? (Wchodzi dwu murzynów).
Regina. Odprowadźcie tego pana na granicę naszej osady i nie pozwólcie tknąć nikomu, gdyby nas lub kogokolwiek obraził.
Achtman. Precz, chamy! (Wyjmuje rewolwer — murzyni wydzierają mu broń i chwytają go za ręce).
Regina. W drogę!
Achtman. Ja tu wrócę i na nosach udzielnych książąt zagram! (Oddala się).


SCENA VII.
Regina, później Makary.

Regina (sama). Ależ ja przecie nie jestem bezsilna! (Wchodzi Makary).
Makary. Co tu się stało, Regino? Kogo nasi ludzie wyprowadzili?
Regina. Awanturnika. Achtman przyszedł z żądaniem, ażebyśmy znieśli naszą przystań, poddali się Towarzystwu niemieckiemu, nie wyzwalali niewolników, słowem, ażebyśmy wyrzekli się niepodległości.
Makary. Nie przyjąłem ich zapomogi, nie mieszkamy na ich terytoryum...
Regina. Ale znajdujemy się w »sferze interesów niemieckich« — jak mówi dyplomacya berlińska; to dostateczne uprawnienie napaści i zaboru. I oni się mianują krzewicielami kultury!
Makary. Moje dziecko, od jednego ognia zapalają się teraz wszystkie jej pochodnie. Dawniej wybierałem między narodami, dziś już tylko między ludźmi. Niemcy nie wiele gorsi od innych. Poznałaś francuzów i anglików, czy sądzisz, że godniej postępują portugalczycy? Ot przed chwilą opowiadał mi w szkole jeden murzyn o ich gospodarce w Angoli. Osadzają tam swoich zbrodniarzów i pozwalają im trudnić się wszystkiem, a nawet utrzymywać apteki. Wyzyskują ciemny lud w wymianie towarów, oszukują przy miarach i wagach, rozpajają wódką, zarażają chorobami. Za stare mundury huzarskie, czerwony barchan, wstążki, paciorki szklanne i zapałki szwedzkie wyłudzają od krajowców skarby. Pewien namiestnik portugalski nie mogąc z biedaków wydobyć uciążliwych danin, wpadł na pomysł, który z pewnością oklaskano w Lizbonie: wszystkich płacących podatki mianuje majorami i ubiera ich w spódnice, szarfy wojskowe na biodrach i fezy tureckie. Tym sposobem powstały całe wsie takich majorów. Europa śmieje się z tego dowcipu, bo dla niej Afryka jest wielką sceną jasełek, bo w pogoni za zyskiem zgubiła sumienie i odnaleźć go nie chce. Nie wytrwamy, Regino kochana, mam przeczucie, że i tu nas zmogą.
Regina. Nie, ojcze, za zbyt krajowcy uświadomili sobie wartość naszych usiłowań i niecnotę opiekunów dotychczasowych. Zwyciężymy, chociażby tylko w obrębie naszego wpływu.
Makary. Dobrze, że nie wątpisz. Siła jest córką wiary. (Wchodzi Wanika).


SCENA VIII.
Ciż i Wanika.

Wanika. Przepływający okręt angielski zostawił na stacyi naszej list do ojca Makarego (podaje list Makaremu).
Makary. Przeczytaj Reginiu.
Regina (otworzywszy kopertę). Od Mortona z Madagaskaru. »Czcigodny ojcze. Pomimo odrzucenia mojej propozycyi, nie przestałem być waszym przyjacielem. I dlatego pospieszam ostrzedz was na podstawie niezawodnych wiadomości, że murzyńscy plantatorzy i gospodarze, którzy przez waszą i waszej krewniaczki działalność obawiają się ucieczek lub buntu niewolników roboczych, a królikowie murzyńscy — utraty dochodu z handlu ludźmi, knują przeciw wam złe zamiary pod kierownictwem Tipu-Tipa. Zamiarom tym sprzyjają ostrożnie niektórzy koloniści, kupcy i agenci europejscy. Nie lekceważcie tego doniesienia.«
Makary. Nie wolno ludziom czynić dobrze.
Regina. Więc i plantatorzy murzyńscy są przeciw nam? Czy to możliwe?
Makary. Czemuż by oni mieli być szlachetniejsi od amerykańskich lub azyatyckich? Tego samego czczą boga — interes. Wszędzie jednacy.
Regina. Trzeba w tej sprawie pomówić z Galą. (Do Waniki). Idź... Co tobie? Blada jesteś... chwiejesz się?
Wanika. Nie chciałam... opierałam się, ale tak namawiali... Inni pili, więc i ja... jedną szklaneczkę... (chwieje się coraz bardziej).
Regina (poważnie). Kto ci dał wódki?
Wanika (bełkocze uśmiechnięta.) Niemcy przywieźli beczkę... Ten pan, co go prowadzili, kazał ją rozczęstować między naszych ludzi... I mnie... (Siada przymykając oczy). Tu jadą... Powiedzieli, że i panią zaproszą... Ha, ha, ha. (Kładzie się).
Regina. Cywilizacya odbywa wjazd tryumfalny na beczce z wódką! Achtman przed naszym domem szynk założy. To wolno! (Wpada Gala).


SCENA IX.
Ciż i Gala.

Regina. I cóż panie?...
Gala. Nie spodziewałem się. Bądźcie zdrowi! Nie wrócę bez pomsty!
Makary. Na kim?
Gala. Wszystko mi jedno, kto urządził tę zasadzkę. Dwaj nasi robotnicy, którzy ocaleli i przynieśli mi tę okropną nowinę, wiedzą tylko, że w lesie był ukryty liczny oddział.
Regina. O czem pan mówisz?
Gala. Czterech zarąbano, a Dżaka wzięto żywcem. Odbiorę go! (Wylatuje).
Regina. Tipu-Tip?
Makary. Grzmi coraz bliżej...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — opiekę