Ona (Rodziewiczówna, 1931)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ona
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Wydanie piąte
Data wydania 1931
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V

W Podgaju Kostusia czekała od niego napróżno znaku życia.
Tydzień upłynął, potem dwa. Dziewczynka suwała się jak cień, zgryziona troską, łzami, niepokojem. Jak automat się poruszała, jak maszyna spełniała swe obowiązki.
Wakacje Kazia dobiegały końca, gotował się do wyjazdu. Raz jeszcze zapytał, czy może w czem jej dopomóc. Poprosiła wówczas, znękana, by wieści o Sewerze zasięgnął. Pojechał do miasteczka i przywiózł jej wiadomość, że Sewera nikt nie widział. Wyjechał podobno. Gdzie? Nie wiadomo.
Kostusia przyjęła wiadomość spokojnie, jak przyjmowała wszystkie ciosy od pewnego czasu, tylko nazajutrz nie wstała już z pościeli. Struna, zbyt naprężona, pękła. Wieść o jej chorobie prędko się rozeszła. Wszakże była trybem, choć drobnym napozór, co wprawiał w ruch porządek domowy. Niesłychany wypadek jej opóźnienia zrazu opóźnił ruch w garderobie. Potem przeniósł się do kuchni, spiżarni, ogrodu, mleczarni, nareszcie doszedł jadalni. Gdy nie ujrzano jej przy stoliku z samowarem, oburzenie powstało ogólne.
— Co to jest? Co ona sobie myśli? Śpi do tej pory! Pozwala sobie na coś podobnego! To jawny bunt. Od czasu swego romansu jest niedbała i nieznośna. Niech ją zbudzą zaraz.
Pani wydała ostatni rozkaz tonem, nie wróżącym nic dobrego. Lokaj pobiegł na górę, ale wrócił sam.
— Panna — tak nazywano Kostusię — leży chora bez pamięci.
Wówczas ubolewania przybrały inny odcień.
— A obiad? Produkta nie wydane. A mleko stoi na dworze. A ochmistrzyni gdzie? Nie umie dać sobie rady. Dobrą sobie ta błaźnica wybrała porę do choroby! Latem, kiedy najwięcej roboty! Żeby choć uprzedziła. I jaka tam choroba! Pewnie katar! Niech jej naparzą ziółek na poty.
Na tem się narazie skończyło. Po śniadaniu wuj, nic nie mówiąc, poszedł na górę, utykając na każdym stopniu i sapiąc jak miech kowalski. W izdebce na strychu zastał już Kazia. Kostusia nie potrzebowała ziółek i nie skarżyła się na nic. Leżała w ciężkiej gorączce.
Obadwaj mężczyźni, niezdarni jak zwykle, poczęli się naradzać.
— Poślę po doktora — rzekł wuj.
— A tymczasem mamkę jej trzeba sprowadzić, — dodał Kazio — niech jej, biednej, dogląda.
— A pewnie — potwierdził stary, zapominając o indeksie, jakim baba była obłożona.
Kazio, nie wierząc w pośpiech służby, sam prędko konia dosiadł i do opuszczonej staruszki popędził.
Po godzinie nad łożem Kostusi krzątała się starucha. Przedwszystkiem okurzyła ją ziołami, potem wysmarowała ją od stóp do głowy odwarem jakimś, następnie okryła ją pierzyną i własnym kożuchem, a wreszcie napoiła płynem ciemnym i odurzającym. Kostusia dawała z sobą robić, co chciano.
Wyciągnęła się na swej nędznej pościeli jak do śmierci, z głową nieruchomo złożoną na poduszce, zdradzała życie jedynie ruchem ust spieczonych i ciemnych. Pracowite jej ręce spoczywały, odrzucone bezwładnie, a tak była wychudła i wątła, że starej kobiecie, gdy dotykała jej członków, żałość wzbierała ciężkiemi łzami.
Doktór przyjechał nareszcie i przedewszystkiem kazał otworzyć okno, wywietrzyć pokój, w którym kadzidła mamki zostawiły swąd gryzący, odrzucić pierzynę a babę wyprawił precz. Potem nakazał zimne okłady i trzy mikstury. Chwilę potem, zabawiwszy na dole, w salonie, odjechał.
Przepisów jego nikt nie spełnił. Wuj wprawdzie lekarstwa sprowadził i posłał przez lokaja, ale zażywania nie nauczył, a mamka nie raczyła spojrzeć na flaszki. Wzięła się znowu do swych sposobów. Kadziła, smarowała, szeptała zaklęcia czy modlitwy. W piecyku urządziła swe laboratorjum i po całych dniach i nocach warzyła coraz to nowe zioła i korzenie.
Kazio codzień przychodził po wieści. Otrzymywał je przez szparę od baby, która w oświetleniu dymu i pary wyglądała bardzo na czarownicę. Wieści te były pełne chłopskiej filozfji.
— Da Bóg, to umrze; da Bóg, to wyzdrowieje.
Do izdebki stara nie wpuszczała nikogo. Nie posłyszał też nikt, jak dziewczynka w gorączce rozsnuwała żałośnie i łzawo żywota swego szare nici i kolce. Opowiadała nie mamce, bo tej nie poznawała, ale istocie niewidzialnej, o obliczu znać bardzo miłosiernem, bo czasem podczas szeptu jej oczęta chore stawały się promienne, a uśmiechy pogodne przewijały się po twarzy. Często wśród ciszy nocnej, gdy stara, sądząc, że chora śpi, sama zadrzemała, skulona u łóżka, na ziemi, budził ją szmer tych wyznań.
— Tyle lat służyłam im, tyle lat! I dalej służyć gotowam! Co im szkodziło, żem szczęśliwa, co im szkodziło, żem go pokochała. Za co mi to uczynili! Czy mi nie wolno duszą własną rozporządzić! A przeto on mój i nie odstąpię od niego i nie porzucę!
Zdawało się jej, że on ją woła i zrywała się biec, to znowu przypominała sobie obowiązki i troskała się nad jakąś niedokończoną robotą. Krzywda, którą jej wyrządzono, wracała jednak najuparciej do głowy zbolałej, a słowo ciotki okrutne wstrząsało ją jak raz śmiertelny.
Stara kobieta, słuchając tego wszystkiego pojęła źródło choroby Kostusi i w żalu swym zapamiętała, złorzeczyła ponuro i dziko. Jeżeli śmierć weźmie jej to ostatnie dziecko, to ona kij ujmie, torbę i z odpustu do odpustu chodzić będzie, Bożej sprawiedliwości prosząc, a jeśli Bóg drobinę tę uratuje, to ją zabierze stąd, zabierze koniecznie, ukradnie złym ludziom niebogę i w świat z nią pójdzie.
Siódmego dnia na Kostusię zstąpił sen cichy i mocne poty. Obudziwszy się, zażądała jeść. Była uratowana. Poznała mamkę i spytała, co się z nią działo, potem zasnęła znowu.
Dziesiątego dnia po zasłabnięciu wstała wreszcie, jak źdźbło wątła. Ucieszyła się widokiem słońca i uśmiechnęła do mamki.
— Dobrze mi — mówiła, mirt swój gładząc wychudłemi rękami. — Jutro już do roboty pójdę. Pewnie bardzo na mnie się gniewają. Tyle czasu zmarnowałam. Nie dowiadywał się nikt o mnie?
— Panicz przychodził. Wczoraj wyjechał.
— Wyjechał! — powtórzyła Kostusia smutno.
— Pożegnać ciebie, zazulo, chciał, ale ja nie dopuściłam, bo spałaś.
— A więcej nikt nie przychodził?
— Nie, nikogo nie było.
— A tobie, mamko, nie bronili przyjść?
— Sam panicz po mnie przyjechał.
Kostusia umilkła i długo wahała się z pytaniem, które ją męczyło od pierwszej chwili odzyskanej przytomności.
— Mamko, — szepnęła wreszcie — widziałaś ty jego?
Stara przysunęła się do niej bliżej.
— Widziałam. Wyglądał ciebie, kwiatuszku, całą niedzielę.
— A potem już nie przychodził?
— Nie widziały go więcej moje oczy.
— Mówiono mi, że pojechał daleko! Ale to nieprawda! Nie pojechał on, ale go coś złego spotkało.
— Czemu, robaczku?
— Bo onby do mnie przyszedł! Gdzie on, mamko? Jemu źli ludzie coś zrobili! Jemu kędyś bardzo ciężko i trudno! Tyle czasu go nie było!
— Nie troskaj się, zazulo! A toż Stamierów nie koniec świata. Pójdę, ludzi przepytam i prawdę ci przyniosę.
— Pójdziecie? — zawołała Kostusia radośnie.
— Pójdę, zobaczę go i opowiem wszystko. Nie troskaj się, nie dręcz! Da Bóg dobre!
Kostusia uspokoiła się znacznie i poczuła się rzeżwą i silną. Nadzieja wstąpiła w jej duszę. O zmroku cichutko i nieśmiało poczęła opowiadać jedynej duszy przyjaznej i wiernej swoje tajemne marzenia i plany szczęśliwości.
Zobaczy Sewera już tylko raz pokryjom, raz ostatni. Potem on do wuja przyjedzie, o jej rękę poprosi. Wtedy ludzie przestaną nią poniewierać, nikt się nie ośmieli jej skrzywdzić, bo on przy niej stać będzie. Tak się jej los odmieni jak z nocy na dzień, jak z zimy wiosna ciepła. Niedługo czekać! Sewer się oświadczy, wuj zezwoli i może po Nowym Roku już się pobiorą. Nie mają nic, ale poco im dostatki? Bóg ludziom jednym bogactwo dał, drugim ręce zdrowe. Czego im potrzeba? Kąta ladajakiego i łyżki strawy. Sewer się uspokoi, ustatkuje, i tak we dwoje do pracy staną, do pracy dla siebie! Taka praca to gody! Mamkę zabiorą z sobą, naturalnie, będą jej dogadzać, i tak we troje żywot im snuć się będzie jak nitka z jedwabiu.
Oczy dziewczęcia jaśniały szczęściem i siłą. Ramiona jej dostawały skrzydeł, głos śpiewał i pełna dobrej otuchy, snuła i snuła swe marzenia.
Nikt na nią gniewać się nie będzie, nikt żartować boleśnie. Sewera chleb jeść będzie, Sewera słuchać, dla Sewera pracować. Sewer to tak jakby ona sama! Z czasem może kiedy wuj ich odwiedzi, a Kazio to pewnie często zaglądać będzie. Ubogo u nich będzie, ale wesoło. Ubogo, bo co ona ma? Kuferek zielony!
Zaśmiała się srebrzystym śmiechem. Bogatą się czuła i doli owej marzonej nie zamieniłaby na skarby całej ziemi.
Późno było, a ona wciąż gwarzyła. Przemocą prawie ułożyła ją do snu mamka i jeszcze we śnie cichym miała na licach smugi wesela, na ustach rozchylonych imię ukochanego.
Nazajutrz ciotka przysłała garderobianę z zapytaniem o jej zdrowie. Na dole chorobę jej nazywano tyfusem i lękano się zarażenia. Garderobiana podzielała tę trwogę, bo ledwie zajrzawszy, uciekła.
Kostusia zrozumiała, że nie troskliwość powodowała ciotką, ale kłopot z powodu jej nieobecności. Daremnie protestowała mamka, daremnie błagała, dziewczynka odziała się, przypasała fartuch i zeszła na dół.
W sieni raz jeszcze ucałowała staruszkę.
— Pójdziecie zaraz? — spytała niespokojnym szeptem.
— Zaraz!
— Powiedzcie mu, że o zmroku będę w chmielniku...
— Powiem i odpowiedź tobie przyniosę.
Baba zgarbiona podreptała za wrota, Kostusia poszła zameldować się ciotce.
Powitano ją tam radośnie. Od dziesięciu dni pani z córkami zastępowały we trzy jej miejsce, a pomimo to wszędzie czuć było jej brak, zewsząd wyzierał nieporządek.
Powitaniem tem nie dała wprowadzić się w błąd; zabrała klucze swoje i nic nie rzekłszy, wzięła się do codziennej roboty.
O zmroku, w gęstwinie chmielu i jarzyn ukryta, czekała na Sewera. Czekała godzinę, dwie, trzy. Rosa pokryła ziemię. Przejęta wilgocią i chłodem, trzęsła się i szczękała zębami. Marzenia jej, nadzieja, otucha, opadły jak suchy liść na jesieni.
Daremnie uspokajała sama siebie. Mamka mogła nie zastać Sewera, mógł nie przyjść, zatrzymany wizytą znajomego lub interesem. Przeczucie nieszczęścia, ciężki smutek i zrozpaczenie były nad wszystkie uwagi silniejsze. Gdy noc zapadła, odeszła od płotu, nie czekała już, ale pewna srogiej niedoli i w trosce o Sewera, na nic nie pomna, ani na gniew wuja, ani na swe słabe siły, zamiast spocząć i rana doczekać, ruszyła odważnie do chaty mamki.
Nie trwożył jej czarny bór ni ciemność, ani daleka droga. Poszła, nie zawahawszy się ani na chwilę. Nie szło tu przecie o jej życie lub śmierć, boby ścierpiała i zniosła, szło tu o Sewera — o jej jedyną własność, o jej skarb, o jej wszystko. Poszła zatem...
Zdaleka ujrzała, że w chacie światełko migoce, więc nie stukając do drzwi, weszła.
Na kominie paliło się drzazg parę. Przed tem światłem, nieruchomo w nie zapatrzona, siedziała staruszka. Brodę podparła pięścią, po brózdach oblicza biegły łzy.
Na skrzyp drzwi obejrzała się obojętnie, a na widok tak niezwykły nie powitała nawet wchodzącej. Odwróciła tylko twarz i jak przedtem patrzała w ogień.
Kostusia zachwiała się i o ścianę oparła.
— Mamko, gdzie on? — zagadnęła głucho.
Stara milczała.
— Gdzie on? — powtórzyła dziewczyna głośniej.
Stara poruszyła się nareszcie. Wyciągnęła ręce przed siebie z niewymownym jękiem.
— Czego ty, nieboże, tutaj, czego przyszła! — zaczęła przeciągłym tonem, z jakim chłopi umarłych żegnają. — Czego ty pytasz? Co chcesz wysłuchać? Pytaj ty Boga, pytaj dobrych ludzi... A mnie nie pytaj! Bóg ci ratunek da, a dobre ludzie pocieszą. A mnie nie pytaj! Nie na tom cię piersią własną karmiła, nie na tom cię hodowała, nie na tom cię teraz śmierci z rąk wyrwała, nie na to... Lepiejbym cię była mlekiem swem otruła, rękami własnemi udusiła, jak tobie mówić, gdzie on!
Kostusia bez tchu, bez pamięci, ale podniecona i silna, poskoczyła do niej i chwyciła za ręce.
— Niema go już na tej ziemi? — zawołała nieswoim głosem. — Mówcie! Toć kiedy tak jest, to umrę! Czego się boicie? Nie żyć mi — to nie żyć. Nie z waszych ust zatrata mnie spotka, ale z Bożej woli!
— Nie z Bożej, niebogo, nie z Bożej! Bóg bierze, co jego. Bóg sierot nie krzywdzi. Bóg jego tobie dał, a ludzie odebrali! Już sokolik ten jasny ni Boży teraz, ni twój. Już ty głosu jego nie posłyszysz, jego widokiem oczu nie pocieszysz.
— Mamko! Litość miejcie! Nie po radość ja szłam do was. Mnie niedola sądzona od kołyski! Toż ja nie płaczę nawet, ale mi prawdę powiedzcie, bo mi dusza pęka! Co mu zrobili ludzie?
— Rozum mu wzięli, duszę jak świeczkę zgasili, w zimną ciemnicę rzucili, by gnił!
— Kto? — wyjąkała Kostusia.
— Matczyn mąż! Na zgubę jego pracował i zgubił. Widzieli ludzie, jak go do nieludzkiej złości doprowadził, postronkami powiązał, do lochu omdlałego wrzucił. Tam on i zostanie.
— Byliście tam?
— Byłam, krwawemi łzami opłakałam! Ni Bogu, ni ludziom on teraz, ino nocce ciemnej i mogile głębokiej.
Kostusia, wyprostowana, niema, oparła głowę o ścianę, rękami cisnąc piersi.
Z oczu jej rozszerzonych i gorejących nie spadła ani jedna łza, z serca nie wydarł się żaden jęk.
Stara znowu, wyciągając ręce przed siebie, poczęła zawodzić strasznie.
— I na to krasną cię wyhodowałam, i na tom czekała lat tyle. Potoś ty szła nocką czarną, potoś ulubiła serce sieroce! Potoś żyła i czekała doli! Oj, dolo, dolo! Jakim ty ludziom służysz i jakiemi świata skrajami chodzisz, że ni moich próśb, ni jej cnoty się nie użaliłaś. Ostowe kolce na posianie jej dawałaś, troską karmiłaś, łzami poiłaś. Oj, dolo, dolo!...
Nagle żałość jej rozpłonęła dziką zaciętością. Chude ramiona wzniosła nad głowę i ponurym, syczącym głosem jęła przeklinać.
— Żeby ludziom tym choroby ciało od kości odbiły, żeby ich czerw za życia toczył. Żeby ich dobytki zmarniały, a dzieci przeklęły! Żeby oni snu nie zaznali, a przy śmierci konali ciężko! Żeby ich dusze zły wicher nosił, a ciało święta ziemia wyrzuciła!
Kostusia, blada i nadludzko spokojna, podniosła głos nagle.
— Nie przeklinajcie — rzekła surowo. — Klątwa do nieba nie idzie. Klątwa Boga od was odwróci. Na dolę naszą pacierza trzeba, na drogę mocy wielkiej! Chodźmy!
— Zazulo, sieroto, gdzież my pójdziemy, nędzne? Po śmierci pójdziemy do Boga na sprawę.
— Pójdziemy po niego. Jeśli w ludzkiej on mocy, to stamtąd wyrwiemy! Chodźcie matko, bo do Stamierowa daleko.
— Do Stamierowa, o, Jezu! A pocóż ty tam pójdziesz? Nie odbierzesz jego z pod krat, z za muru. A choćbyś kraty zębami pogryzła, poco ci on, nieboże! Toż on bez rozumu i mowy. Toż on, nie sokolik twój, ale trup niemy!
— Więc co? Nie będzie zdrów! Wola boża! Ale na słońcu żyć będzie i w swobodzie, ale go odbiorę złym ludziom, z grobu i z niewoli. Chodźcie, bo sama pójdę! Myślicie, żem go dla szczęścia pokochała, dla swojej doli!
Wyprostowana, z błyskającemi oczami i drgającemi usty, była obrazem żelaznej woli i mocy, nad wszystkie moce większej. Zawróciła się i już słowa nie mówiąc więcej, wyszła z chaty.
Wówczas stara, przestraszona, wybiegła za nią i jęła dopędzać w ciemności, zaklinając i prosząc.
— Ulituj się nad sobą! Z choroby ledwie powstałaś! Opamiętaj się! Dnia doczekaj!
Ale dziewczyna, jakby nie do niej mówiono, szła i szła. Stara dopędziła ją z trudem i pociągnęła za rękę:
— Kostuśka! Zapłacz ty, poskarż się, pożal słowami!
Dziewczyna potrząsnęła głową.
— Nie żaliłam się ja nigdy i nie skarżyłam — rzekła głucho. — Kiedym się rodziła, matce już łez nie stało i mnie ich nie dała. I dobrze tak. Nie łez mi trzeba teraz, ale mocy za siebie i za niego.
— Nie idź tak prędko! Tobie do Podgaja wracać trzeba, opiekuna za sobą poproś, niedolę swą mu opowiedz.
— Jak go zobaczę, wrócę, a teraz do niego mi pierwsza droga.
— Gniewać się będą na ciebie!
— Niech się gniewają. Co mi gniew ludzki, co mi ludzkie sądy. Jednego jego mam na ziemi i bronić będę do tchu ostatka!
Staruszka westchnęła głęboko i widząc, że nic nie pomoże na taką wolę, szła za Kostusią, nie sprzeciwiając się już, a tylko półgłosem odmawiając pacierze.
Na dzień się zbierało, gdy dotarły do Stamierowa. Zatrzymały się chwilę u płotu i naradziły zcicha. Potem przesunęły się do środka ogrodzenia dworskiego i ruszyły w kierunku lamusa.
— To tutaj! — szepnęła stara, ukazując samotny budynek.
Kostusia podeszła śmiało, uchwyciła się krat okiennych i zajrzała do środka. Pleśń i chłód stęchły uderzyły ją stamtąd, oczy daremnie przedrzeć starały czarną głąb tego grobu.
— Sewer! — zawołała zcicha.
Zdawało się jej, że ruch posłyszała, ale nikt jej nie odpowiedział.
— Sewer! — powtórzyła z rozdzierającym żalem.
Wzrok jej oswoił się z ciemnością i nagle jakiś niewyraźny jęk wydarł się z gardła i skonał. Ujrzała naprzeciw siebie w mrocznym kącie postać jakąś, skuloną na ziemi, okrytą łachmanami, sczerniałą, straszną. I ujrzała z niedającą się opisać zgrozą, że widmo to nie spało i nie było umarłe, ale patrzyło w okno właśnie, w nią, patrzyło bezmyślnie i mgławo, źrenicą zagasłą, bez ducha. Patrzał i nie widział nic, i nie poznał jej i nie odpowiedział.
I to widmo, ten upiór, to Sewer był, jej jedyny skarb sierocy, jej wszystko na ziemi! Usta jej rozwarły się jak do krzyku, a palce wpiły się w rdzawą kratę. I tak wpół zawieszona, wpatrywała się weń, a twarz jej stała się tragiczną od wielkiej, w sobie ukrytej rozpaczy.
— Sewer! — jęknęła raz jeszcze głosem, coby umarłego poruszył.
Widmo, nie ruszając się i nie zdradzając najmniejszej uwagi, wyszeptało bezdźwięcznie:
— Gdzie ona? Gdzie ona?
Ręka Kostusi puściła kratę. Osunęła się na ziemię, zwinęła się jak robak zdeptany.
Gdzie ona? Gdzie ona? O, Boże, o Boże miłosierny! Ona, ona! Gdzież ona była, gdy on jeszcze przytomny, w kaźni swojej czekał od niej pomocy, pamięci! Czekał jej, a ona nie przyszła, a potem w ruinie swojej i bezmyśli, machinalnie tę myśl swoją, ostatnią przytomną powtarzał, z grobu swego do niej wołał. Gdzież ona była, że jego bólu nie przeczuła, rozpaczy nie odgadła, wołania jego nie słyszała. Nie broniła go i nie ustrzegła, dała go zatracie.
Gdzie ona? Gdzie ona?
Porwała się z ziemi, znowu do krat tych twarz przywarła i dzikiemi od boleści oczami wpatrzona w to kochanie swoje umarłe, w tę dolę swoją zburzoną, wołała doń rozdzierającym szeptem:
— O, Sewerze! Zapóźnom przyszła, ale cię już więcej nie opuszczę. Już do śmierci z tobą zostanę. O, moje ty wszystko. Niebo mi dałeś, a teraz w to piekło pójdę za tobą. Czy ty już nic nie pamiętasz? Nic? Nawet tych grobów wśród pól? Czy ty już i mnie nie słyszysz!
Z głębi ciemnicy głuchy szept jej odpowiedział:
— Gdzie ona? Gdzie ona?
— Zazulo! — ozwał się drżący głos starej kobiety. — Poco ty mówisz do niego! Głuchy on i niemy na ludzką mowę, na ludzkie myśli. Na bożym sądzie on mówić będzie, krzywdę swoją zaniesie, wyrok posłyszy! Na świecie jego wszystko skończone! Chodźmy, dzień się robi!
Kostusia usłuchała. Szła prędko i w milczeniu. Wydostały się na drogę. U bramy zatrzymała się dziewczyna.
— Nie idźcie za mną teraz — rzekła. — Mogą wasz siwy włos z mego powodu sponiewierać. Jeśli możecie, zaczekajcie.
Weszła na dziedziniec.
— Zazulu, zazulu! — wołała stara za nią. — Nie idź, nie idź! Nic nie poradzisz, a sromu się najesz! Oj, dola moja nieszczęśliwa!
Kostusia nie obejrzała się nawet. Wyprostowana, z dziką determinacją w twarzy, poszła do drzwi domu. Lokaj ją spotkał na ganku, obejrzał zdziwiony, odzież zroszoną i biedną, burkliwie spytał o interes.
— Do pana — odparła krótko.
— Śpi pan.
— To zaczekam.
Oparła się o słup podjazdu i zapatrzona gorejącemi oczami w próżnię, targana niedającą się określić rozpaczą, stała tak długo, nieporuszona.
Słońce wzbiło się wysoko. Mdłały nogi pod nią, bolały wszystkie członki, a tam, w Podgaju, szukają jej pewnie, Bóg wie, co myślą. Nie obchodziło ją to wcale. Stała wciąż, do słupa przyparta, znękana i nieszczęśliwa, ale przekonana, że dobrze czyni, że czynić tak musi.
Nareszcie Rudakowski spostrzegł ją z domu, rozpytał lokaja i wyszedł do niej na ganek.
— Czegóż to panna potrzebuje tutaj? — zagadnął zdaleka.
Kostusia podeszła do niego i chwilę nie mogła dobyć głosu z gardła. Mieszało się jej w głowie: żal, zgroza, wrodzona nieśmiałość i strach złego przyjęcia. Ale wnet się opamiętała i zcicha jęła prosić:
— Panie, ja do was z prośbą! W lamusie u was Sewer Stamierowski leży zamknięty, chory, jak bydlę opuszczony.
Rudakowski skoczył, poczerwieniał, przerwał jej gwałtownie.
— A panna skąd, czego? A pannie co do moich spraw! Jeśli kto jest zamknięty, to z racji! Panna kto? Jakiem prawem szpieguje mi po folwarku i wtrąca się w moje rodzinne interesa! Fora ze dwora!
Zasapał się i za ramię ją ująwszy, odepchnął na drogę.
Wówczas w niej zbudziła się na nic nie pomna energja i śmiałość. Odtrąciła go od siebie.
— Nie macie wy prawa więzić człowieka samowolnie! Duszę mu wzięliście, odarliście ze wszystkiego! Myślicie, że wam to ujdzie? Myślicie, że on sam, sierota, na waszej woli, to go krzywdzić możecie bezkarnie! Pomsty boże na was zejdą za niego!
— Precz, włóczęgo! — wrzasnął Rudakowski, przyskakując do niej. — Wyrzucie ją za wrota! — krzyknął na lokaja. — Upiła się żebraczka!
Lokaj podszedł do niej, ludzie z za węgłów wytykali ciekawe głowy. Kostusia była jak mur biała i chwiała się na nogach.
— No, idźcie sobie — burknął lokaj — bo i was wsadzą do ciupy.
Spojrzała nań, potem po ludziach, śmiejących się bezczelnie, i nagle, tknięta poczuciem swej bezsilności, fałszywej pozycji, strachem, by oporem nie pogorszyć położenia, zawróciła się wstecz.
Grad wymyślać i pogróżek Rudakowskiego towarzyszył jej, oblewając purpurą twarz, słyszała też grubjańskie uwagi służby i pojęła dopiero w całej okropności swą dolę sierocą. Chwilę, małą chwilę, strach ją zdjął, obezsilił wolę, ale wnet wzdrygnęła się cała, bo zdało się jej, że od tego lochu stęchłego aż tutaj słaby głos wołał:
— Gdzie ona? Gdzie ona?
Ona jest, ona pamięta, ona piekłu go wydrze!
Za bramą, na skraju rowu, czekała na nią mamka, zmęczona i drżąca.
— Wygnali cię, zazulu! — poczęła zawodzić. — Bodaj ich dusze tak z raju wygnali, a kości ze święconej ziemi. A tam, w Podgaju, bieda cię czeka!
— To i cóż! Może i tam wygonią — odparła dziewczyna bezdźwięcznie i twardo. — Ja się niczego już nie boję.
I znowu szły obok siebie, prostując drogę miedzami, łąkami i mało co mówiąc. Dopiero na widok Podgaja Kostusia zatrzymała się chwilę.
— Marako, nie wracajcie do chaty — rzekła. — Dowiedzą się we dworze, żeście ze mną byli, i skrzywdzić gotowi.
— Serdeńko! Co się ty o mnie troszczysz! Twoja głowa biedna i stroskana, tobie nie wracać do Podgaja...
— Nie lękajcie się! Wrócę. Nie będę jak złodziej uciekać, a jak wypędzą, na oczach wszystkich wyjdę. Bezdomnam się rodziła, bezdomna zostanę. Nie opuścicie wy mnie!
— O, Jezu! Tak jak pies za tobą się powlokę!
— Daj wam, Boże, niebo za to słowo. Jutro wieczorem przyjdę na matczyną mogiłę i powiem, co w Podgaju mnie spotkało. — Bywajcie zdrowi teraz.
Uścisnęła starą jak matkę i odeszła, tak zamyślona i zatopiona w sobie, że nie widziała drogi ni kierunku, ani zdziwienia na twarzach ludzi, pracujących w pobliżu dworu, na polach, którzy ją sobie palcami pokazywali. Szła wyprostowana i spokojna, obojętna na to, co ją czekało w domu opiekunów. Nie ukrywała się wcale i nie na swój strych się schroniła, ale poszła prosto do gabinetu wuja.
Obywatel siedział u biura i coś pisał zamaszyście, zirytowany widocznie, namarszczony, stroskany. Na szelest drzwi spojrzał z pod okularów i nagle, jak ruszony sprężyną, wyskoczył w górę.
— Słowo stało się ciałem! To ty! — wrzasnął wielkim głosem, w którym mieszała się radość, gniew, ciekawość i ulga.
Dziewczyna złożyła ręce jak do modlitwy.
— Do wuja przyszłam po ratunek — jak do ojca — rzekła cicho. — Tylko do wuja! Żebyż tutaj nikt nie przyszedł — dodała z widoczną trwogą i niepokojem.
— Zwarjowałaś, czy co, u licha! — wołał, zniżając jednak głos i zamykając drzwi na klucz.
— Całą noc i cały dzień za domem! Ładna konduita, niema co powiedzieć! Wszystkie fornalki rozesłałem na twe poszukiwanie i właśnie piszę odezwę do policji. A ta mi tu staje raptem i powiada, że przychodzi po ratunek! Po rózgi, chcesz powiedzieć!
Kostusia podeszła do niego i do nóg się osunąwszy, objęła jego kolana.
— I rózgi wezmę z wuja ręki, jeślim winna — mówiła, oczy ku jego nasrożonej twarzy wznosząc żałosne. — Wuj mnie maleńką od śmierci uratował, wuj mnie chował i karmił, wuj jak ojciec dla mnie był. Ja też jak ojcu swój ból opowiem, o ratunek poproszę!
Odachowski począł się w złości chwiać i ustępować. Schylił się do niej, podniósł z ziemi, machinalnie ręką po głowie pogładził.
— No, no! Cóż tam! Wielkie rzeczy! Chowałem! Każdy by chował! Rozkoszy wielkich nie zaznałaś! Dobra byłaś do ostatnich czasów! Teraz to coś paskudnego do ciebie przystąpiło! Sfiksowałaś i basta! Zbałamucił cię ten urwisz z szubienicy! Tobym go sprał za to! No, gadajże porządnie! Cóż tam nowego? Schadzka? Pewnie błazen porzucił i czmychnął? Co?
Kostusia potrząsnęła głową. Usta jej krzywiły się jak do płaczu, ale oczy, rozszerzone i gorące, były suche, a w gardle nie łzy ją dławiły, ale płomienie.
— O wuju! — szepnęła głucho. — Nie bałamucił on mnie i nie na schadzce byłam teraz. Chodziłam do niego, ale on mnie ani zobaczył, ani poznał, chociaż patrzał. On, wuju, zwarjował w lochu, gdzie go od miesiąca zamknął ojczym.
Odachowski skamieniał. Oczy wytrzeszczył, ręce opuścił i milczał, przerażony. Dziewczyna drgającemi usty, urywano, bezładnie, mówiła dalej.
— Wuju, za co to na mnie przyszło? Przecie nie od Boga! Com ja zawiniła? Za co mi się stała taka krzywda i takie pokaranie? Inni domy i rodziny mają, rodziców i przyjaciół, a jam jego jednego miała tylko! Czy to grzech pokochać sierocie? Czy mi nie wolno duszy oddać, serce podarować?! Przeciem go nikomu nie odebrała!... On sam był jak palec i tylko wrogów miał. Ja sama nie wiem, jak to przyszło, że on mi się stał wszystkiem na świecie. Myślałam, że mi tak Bóg dał za rodziców pomarłych, za dolę sierocą... A teraz wszystko dobre się skończyło!... Tak nam snać sądzono z pokolenia w pokolenie marnieć i marnieć!
Odachowski przyszedł do siebie.
— Jakże to? Co to? Opowiedz porządnie. Zwarjował Sewer Stamierowski? — Naprawdę? Zdaje ci się może. Rudakowski może tylko bajkę puścił w świat. Ależ to awantura!
— On taki strasznie gwałtowny był — mówiła Kostusia, drżąc na całem ciele z wycieńczenia i nawału przebytych wrażeń. — Powiadają ludzie, że się rzucił na ojczyma w chwili rozdrażnienia. Wzięto go wtedy, napół zduszono, powrozami związano i rzucono jak wściekłego psa do lochu!... Miesiąc cały, miesiąc czekał, że ktoś go wyratuje... Miesiąc wyglądał, że się o niego upomną, a potem mu rozum się pomieszał! Wtedy ja chorowałam, a on tam gasł... Mój Boże, Boże!
— Okropność! — szepnął Odachowski, przecierając dłonią czoło.
Kostusia znowu osunęła mu się do nóg i już nie kolana, ale stopy obejmując rękami, błagała.
— Po ratunek do wuja przyszłam, po zmiłowanie nad jego niedolą. Niech go ten człowiek okropny uwolni z tej ciemnicy, gdzie gnije za życia. Czyż dlatego, że on warjat, ma mu być słońce odjęte, głodem ma mrzeć i męczyć się jak zwierzę? Nie odbierze on już tych nikczemnych pieniędzy Rudakowskiemu, nie będzie swych słusznych praw dochodził! Już mu niczego nie potrzeba, ani szczęścia ani dostatków, tylko spokoju odrobiny, starania jak około dziecka i lekarskiej pomocy. Przecie on wyzdrowieć może, a jeśli umierać musi, niech mu śmierć lżejsza będzie!
Płakała już teraz, wstrząsana cała łkaniem i żałością.
— Ładne się rzeczy dzieją na świecie — mruczał Odachowski, ponuro patrząc przed siebie. — Ładne! Niema co powiedzieć. No, nie płaczże tak bardzo! To jednak prawdziwe szczęście, żeśmy się w to nie wplątali. Kompromitacja! Brr! A mówiłem ci, Kostusiu! Przestrzegałem! Poco się było awanturować? Nigdy starszych nie słuchacie! Teraz to doświadczenie przeboleć musisz, zanim zapomnisz. Wartoby cię urzędownie wygderać, ale mi cię szkoda. Uspokój się i idź, spocznij. Ja tu tę sprawę jakoś ciotce wytłumaczę i ułagodzę. Tymczasem prześpij się i zjedz cokolwiek. Musisz być głodna...
Kostusi łzy nagle oschły.
— Wuju, ale go wyratować można? — spytała niepewnym głosem.
— A jakże? — moja droga.
— Wuj do Rudakowskiego się wstawi.
— Ja? — A jakiemże prawem? — Stamierowski mi ani krewny, ani powinowaty. — Czy to nawet wypada wtrącać się w rodzinne sprawy obcych? Naraziłbym się na cały szereg nieprzyjemności. I poco? Wszak sama powiadasz, że on warjat.
— Wuju, może on ma krewnych? — Żeby ich powiadomić?
— Zapewne, że ma krewnych. Opowiadał tutaj nawet o jakiejś bogatej ciotce, wdowie. Zapytany, opowiedziałbym jej ten wypadek, ale tak, pisać do niej pierwszy — nie mogę! Nie wypada!
— Więc cóż będzie, wuju? Komuż wypada? — spytała Kostusia, wstając i prostując się, z ockniętą energją.
— Trzeba czekać! Rudakowski sam się opamięta i zlęknie rozgłosu.
— A jak nie? — pytała krótko i twardo.
— Cierpliwości! Niebywałe to rzeczy! Rozgłosi się i wtedy policja może się zajmie.
— A tymczasem on tam gnić będzie?
— Ha, cóż robić! Nie nasza rzecz wglądać w cudze sprawy. Moja droga, trochę spokoju... Takie interesa nie załatwiają się prędko.
Kostusia nic już więcej nie rzekła. Popatrzyła na wuja wzrokiem osłupiałym, jakby w przepaść, nagle otwartą, zawróciła się i schyliwszy nisko głowę, wyszła z pokoju. Na ganku rozejrzała się wokoło tym samym wzrokiem, oderwanym od spraw i myśli zwykłych, i zamiast do roboty codziennej się zabrać, poszła do siebie na strych.
Tam usiadła na brzegu łóżka, głowę wzięła w ręce, przymknęła oczy i zaczęła rozmyślać.
Człowiek cierpiał niesłusznie, człowiek ginął. Na wyratowanie go starczyłoby wujowi słów parę zaledwie. Niby nic, a jednak człowiek niech ginie, bo ratować go «nie wypada». Upomnieć się, to narazić się na szereg nieprzyjemności; okazać zajęcie jego dolą, to znaczy skompromitować się. Smutne to, ale... niech człowiek ginie, bo słaby jest, zgnieciony, zdeptany i samotny. Nie ma rodziców ni rodziny, potężnych krewnych i przyjaciół. Nie ma żony ani narzeczonej, ogłoszonej przed światem. Ma tylko ukochaną dziewczynę swoją, której nikt nie zna, a której wypada milczeć i zaprzeć się go, by się także nie skompromitować. Wolno jej płakać i boleć, ale nie wolno łez pokazać, bólu zdradzić, bo jeśli do niego się przyzna, skompromituje się na wieki, weźmie na się wyrok wygnania z towarzystwa ludzi porządnych, odsunięta będzie od szacunku i czci współbraci, wykluczona ze sfery szczęścia, spokoju, pozbawiona dobrego imienia i stanowiska.
Wszystko to stanęło jasno przed Kostusią w owem samotnem dumaniu. Spojrzała myślą za siebie i ujrzała swój żywot pracowitej ptaszyny, bezpieczny i niefrasobliwy; spojrzała przed siebie i zdało się jej, że widzi psa oszalałego, umykającego przed tłumem, co nań ciskał kamienie, ścigał kijami i krzykiem.
Zrozumiała, że żywot jej rozłamuje się na dwoje, że za chwilę nic jej nie pozostanie, co ją z ludźmi wiązało, że bierze na swe ramiona trud beznadziejny, że odtąd aż do śmierci sama pójdzie, odtrącona i sponiewierana.
Poczuła się małą, słabą, bezradną, niezdolną zebrać myśli, wiedziała tylko, że pójdzie tą drogą, nie ustanie, aż padnie lub zmarnieje — ale z nim.
Godziny biegły, a ona wciąż siedziała, nieporuszona, zdrętwiała w jednej pozycji. Powoli gorycz dla świata ustępowała w niej miejsca planom do czynu i nowej pracy. Zbierała myśli. Tysiąc projektów snuło się jej po głowie. Czy ma iść szukać owej ciotki Sewera? Ale gdzie, jak? Czy napisać do Kazia o pomoc i radę? Ale czy Kazio od nauk przyjedzie na jej wezwanie? Czy jest czas czekać na odpowiedź, prawdopodobnie niepomyślną. A tymczasem żyć cierpliwie i spokojnie, wciąż go mając w oczach, wciąż słysząc ten głos: «Gdzie ona?».
Zerwała się z miejsca. Chciała iść zaraz. Zatoczyła się. Poczuła słabość i głód okropny. Nie dojdzie w tym stanie nawet do chaty mamki. W tej chwili drzwi się otworzyły i zajrzała szafarka.
— Pani odesłała mnie do panny z kluczami — rzekła niechętnie i lekceważąco, obrażona za nieufność.
Kostusia wzięła klucze w milczeniu. Miała w pierwszej chwili zamiar odnieść je ciotce, za chleb podziękować, pożegnać i wyjść z ich domu. Opamiętała się jednak, że jej nie puszczą od siebie, gotowi zamknąć i uwięzić. Widziała przecież, jak Sewera uwięziono, choć taki mocny był i niezależny.
Zlękła się. Jeśli przewidzą jej zamiary i siłą zatrzymają, co z nim się stanie! Nie, trzeba milczeć i nie zdradzić się niczem. Nie zdradziła się też. Jakby nic nie zaszło, wzięła się do roboty; wieczorem zasiadła z innymi do stołu.
Wuj zapewne uprzedził rodzinę, bo nikt jej nie zaczepił ani się nawet odezwał. Z oczu tylko ciotki wyzierało bezmierne oburzenie, z Jadwisi złośliwe drwiny, z Feli bezgraniczne lekceważenie i pogarda. Wuj był chmurny, ale nie rozgniewany. Znać było, że go drażnił obiad bez wesołości i żartów.
Kostusia przeceniała swe siły. Tej nocy nie poszła do mamki. Jak kloc podcięty legła na posłaniu i usnęła ciężko, przez sen skarżąc się i płacząc.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.